3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Pensjonat na Strandvägen

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pensjonat na Strandvägen
Pensjonat na Strandvägen
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Pensjonat na Strandvägen
Pensjonat na Strandvägen
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
24,99 
Szczegóły
Pensjonat na Strandvägen
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Edigey

Pensjonat na Strandvägen

Saga

Pensjonat na Strandvägen

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Copyright © 1969, 2021 Jerzy Edigey i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728049686

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

I. Rättslakäre 1 zaczyna pisać pamiętnik

czwartek, 8 czerwca

Ten förste kriminalassistent robi zupełnie przyjemne wrażenie. Młody, wysoki blondyn. Widać po nim, że uprawiał różne sporty. Jak to u nas w Szwecji, przede wszystkim narciarstwo. A że mieszka w Lund, więc i pływanie w morzu nie musi mu być obce. Pomimo to dziwię się, że takiemu młodemu człowiekowi, liczącemu najwyżej dwadzieścia osiem lat i mającemu tak niski stopień służbowy, który odpowiada zaledwie randze porucznika, zdecydowano się powierzyć tak skomplikowaną sprawę. Na miejscu polismästare w Lund mianowałbym utrednicsmanem kogoś o większym stażu i większym doświadczeniu zarówno kryminalnym, jak i życiowym. U nas, w Uppsali, nasz dyrektor policji Lars Estberg nigdy by nie powierzył dochodzenia w sprawie morderstwa takiemu smarkaczowi, na jakiego wygląda förste kriminalassistent Magnus Torg.

Wprawdzie to nie są moje sprawy zawodowe i nie powinienem się przejmować kłopotami czy decyzjami policji z Lund, ale ponieważ przypadkowo i bez mojej woli, jak i inni goście pensjonatu pani Astrid Brands, jestem wplątany w ten tajemniczy wypadek, przeto zależy mi bardzo, żeby sprawę wyświetlono jak najszybciej, a mor dercę odnaleziono. Dlatego też postanowiłem służyć swoim doświadczeniem i pomagać koledze Magnusowi Torgowi. Sądzę, że taka pomoc człowieka, który od przeszło piętnastu lat jest lekarzem policyjnym i asystował setkom różnych dochodzeń, będzie dla młodego policjanta wielką wyręką. Zawsze co dwie głowy, to nie jedna. Zwłaszcza kiedy ta jedna jest taka młoda i niedoświadczona. Raczej stworzona bardziej do noszenia czapki, niż do myślenia.

A swoją drogą, ten Magnus Torg wygląda, jak gdyby urodził się w mundurze. Jaka szkoda, że szwedzka policja kryminalna chodzi w cywilnych ubraniach. Jak pięknie ten młody człowiek wyglądałby w opiętym zielonym mundurze i czapce z szerokim rondem.

Przyznam się szczerze, że nieraz, będąc jedynie biernym świadkiem różnych skomplikowanych dochodzeń, marzyłem, aby nie tylko być policyjnym oglądaczem trupów czy też opisywaczem ran ciętych lub szarpanych, lecz stać się głównym bohaterem dramatu. Tym, który z paru nic nie znaczących poszlak rozwiązuje zagadkę i demaskuje mordercę. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że te moje ambicje urzeczywistnią się kiedykolwiek, a tym bardziej że spełnią się w małej nadmorskiej miejscowości Lomma, gdzie przypadkowo spędzam dwa tygodnie urlopu w pensjonacie pani Astrid Brands.

Postanowiłem zapisywać w moim podręcznym bloku wszystkie wydarzenia od samego początku, od momentu kiedy zdarzyła się ta straszna rzecz. Będę w moim pamiętniku notował także wszelkie posunięcia Magnusa Torga, prowadzącego śledztwo, oraz moje propozycje, pomysły i przypuszczenia. W ten sposób notatki te staną się wiernym dziennikiem zbrodni i akcji policyjnej prowadzonej dla ujęcia mordercy. Może w przyszłości uda się je ogłosić jako ciekawą książkę kryminalną, tym różniącą się od tysięcy tego rodzaju powieści, że będzie ona właściwie raportem autentycznych wydarzeń.

Rozpisałem się dość szeroko, a nie powiedziałem jeszcze niczego konkretnego. Trzeba więc, jak to mówili Rzymianie, zacząć ab ovo — od samego początku.

Nazywam się Bjorn Nilerud. Mam pięćdziesiąt pięć lat i jestem z zawodu lekarzem. Moja matka była Norweżką. Urodziłem się w Kalmarze. Tam też mieszkaliśmy aż do śmierci ojca. Później matka wróciła wraz ze mną do Norwegii, gdzie ukończyłem szkołę średnią. Medycynę studiowałem w Wiedniu. Wybuch wojny zastał mnie w Norwegii, którą uważałem i uważam po dziś dzień za moją drugą ojczyznę. Brałem udział w ruchu oporu. Aresztowany w 1944 roku, zdołałem zbiec z więzienia i przedostać się na teren neutralnej Szwecji. Przez kilka lat pływałem na statkach szwedzkich jako lekarz okrętowy; później, gdy zdrowiu mojemu nie odpowiadały ciągłe zmiany klimatu, osiadłem w Uppsali. Tam przyjąłem posadę lekarza policyjnego.

Nie jestem żonaty, a z czasem stałem się nawet w pewnym stopniu odludkiem. Mieszkam samotnie i nie utrzymuję bliższych stosunków ani z kolegami z policji, ani z innymi lekarzami w Uppsali. I dobrze mi z tą samotnością. Nie zajmuję się wolną praktyką. W czasie swoich podróży morskich zaoszczędziłem pewną sumkę. Obracałem nią dość szczęśliwie na giełdzie. Do tego doszedł mały spadek po matce. To wszystko wraz z moim uposażeniem rättsläkare daje mi pełną niezależność finansową i nie każe gonić za dodatkowymi zarobkami, jak to zazwyczaj robią inni lekarze policyjni. Mógłbym nawet żyć bardziej wystawnie i pozwolić sobie na niejeden luksus, ale te rzeczy mnie nie bawią. Nie mam nawet samochodu, chociaż i ostatni model volvo nie nadszarpnąłby moich rezerw pieniężnych.

Przez lata wędrówek po wszystkich kontynentach poznałem tylu ludzi i tyle krajów, że dzisiaj nie nęcą mnie podróże zagraniczne. Nie jeżdżę do Norwegii lub Finlandii, nie mówiąc już o wypadach do innych państw. Nawet nie interesuje mnie legendarnie tania wódka na polskim promie z Ystad do Świnoujścia, bo na kieliszek dobrego francuskiego koniaku mogę sobie pozwolić i bez wyjeżdżania za granice Szwecji, zaś więcej niż jeden kieliszek nigdy nie piję. Lubię zagrać w brydża, w dobrym towarzystwie, które jednak nie stawia wygrania robra za najważniejszy cel w życiu. Wspominam o tym, bo ta okoliczność miała ważne znaczenie w wydarzeniach przeze mnie opisywanych.

Nie znoszę tłoku. Dlatego też zawsze spędzam urlop przed sezonem lub po jego zakończeniu. Jeżeli jadę nad morze, to napóźniej w czerwcu. Jeżeli wybieram się na narty, robię to w styczniu, zanim uzdrowiska zapełnią się hałaśliwym tłumem.

W tym roku wybrałem się nad morze do Lommy, małej miejscowości uzdrowiskowej położonej nad Sundem, kilka kilometrów od Malmö. Tu wzdłuż pięknej, piaszczystej plaży biegnie szosa nosząca nazwę Strandvägen, a z kolei wzdłuż niej leżą niewielkie, przyjemne osiedla: Alnarp, Lomma, Bjarred, Vikhög i nieco dalej Barseb. W każdej z tych miejscowości jest wiele najrozmaitszych hotelików i pensjonatów mogących zaspokoić wszelkie gusta i najróżniejsze możliwości materialne amatorów spędzania urlopu nad morzem.

Ja wybrałem pensjonat pani Astrid Brands. Leży on już za Lommą, mniej więcej na połowie drogi do Bjarred. Jego wielką zaletą jest położenie tuż nad morzem. Od Strandvägen pensjonat, dawny pałacyk bogatego fabrykanta z Malmö, odgrodzony jest dużym starym parkiem i gęstym żywopłotem, nie pozwalającym ciekawym oczom zaglądać za jego zieloną ścianę.

Nie muszę chyba dodawać, że pensjonat jest drogi i dostępny jedynie ludziom bardzo dobrze sytuowanym. Na pewno nie zwyczajnym lekarzom policyjnym, ale, jak już przedtem zaznaczyłem, stać mnie na trochę luksusu. Tym bardziej w czerwcu, kiedy ceny na Wybrzeżu są jeszcze niskie i nawet pani Brands cieszy się z każdego gościa i musi stosować w swoim zakładzie przedsezonową taryfę. Co mnie specjalnie zachęciło do wybrania tego, a nie innego pensjonatu, to fakt, że posiada on duży, stary park oraz że jego właścicielka, aby zapewnić swoim gościom możliwie największy spokój, stawia warunek: pensjonariusze nie będą mieli samochodów lub będą je garażowali poza terenem jej zakładu. Dzięki temu nie mamy codziennego ryku motorów, panuje tu cisza i spokój, tak potrzebne człowiekowi, który po całorocznej wytężonej pracy ma parę tygodni dla wypoczynku i regeneracji sił.

Przyjechałem w ostatnich dniach maja. U pani Brands zastałem już trzy osoby. Byli to: małżeństwo Egil Tuvesson z żoną Klarą i Ingvar Harding ze Sztokholmu. Państwo Tuvesson to bardzo sympatyczna para. On jest oficerem marynarki handlowej. Pływa na linii australijskiej. Zaledwie co trzy miesiące jest na kilka dni gościem w domu. Ona młodsza od niego chyba o dziesięć lat. Mają dwoje dzieci w szkołach, w Göteborgu, gdzie pani Klara stale mieszka. Tak się złożyło, że w tym roku pan Tuvesson mógł mieć urlop tylko w czerwcu, więc przyjechali we dwójkę do tego pensjonatu. Wyglądają jak gdyby byli w podróży poślubnej. Nie dziwię się. Za parę tygodni oficer znowu popłynie na swoim statku do dalekiej Australii.

Pan Ingvar Harding jest rzutkim kapitalistą. Swój majątek ulokował w nieruchomościach. Kupuje place pod Sztokholmem, buduje domy i sprzedaje je, by cały proces natychmiast rozpocząć od nowa. Jego, jak i mnie, zwabiła do Lommy możliwość całkowitego relaksu w ciszy i samotności. Słuchając pana Hardinga, ile to ma kłopotów i użerania się z przedsiębiorcami budowlanymi, nie dziwię się, że taki odpoczynek po denerwującej pracy jest mu bardzo potrzebny.

W dwa dni po moim przyjeździe, do naszego pensjonatu przybył jeszcze jeden gość. Przyjechała tutaj pani Maria Jansson. Szczupła, dość wysoka pani, w wieku dobrze po czterdziestce, co widać, pomimo że nie szczędzi starań, by zatrzymać kończącą się młodość. Ubrana więcej niż dostatnio, piękna biżuteria i samochód z szoferem, który przywiózł ją ze stolicy — świadczyły, że nasza nowa współlokatorka nie potrzebuje liczyć się z każdym öre. Miła pokojóweczka, Lilljan, śliczna blondynka, taka jakie rodzą się tylko w Skanii, zdradziła mi, że pani Maria jest corocznym gościem pensjonatu i daje jej najwyższe napiwki ze wszystkich, którzy zatrzymują się w ustronnym pałacyku pani Brands. No tak. Firma „Jansson i syn”, wielki dom handlowo-eksportowy, mający swoje oddziały w wielu państwach, nie tylko na kontynencie europejskim, musi przynosić dobre dywidendy. A pani Maria jest przecież wdową po Janssonie seniorze.

 

Mimo swojego bogactwa, a może właśnie dzięki niemu, ta kobieta jest chyba nerwowo chora. Tylko wieczorem schodzi do jadalni na wspólną kolację. Nie ogląda razem z nami telewizji i wyraźnie unika ludzi. Widziałem ją parokrotnie z okien swojego pokoju, jak odbywała samotnie spacery po plaży. Czasami też znikała na długie godziny. Wiem od Lilljan, że nie wracała wówczas na obiady. Kiedy jednak zapytałem ją pewnego dnia, czy była w Malmö, czy w oddalonym tylko o siedem kilometrów Lund, dała mi wymijającą odpowiedź. Za to godzinami rozmawia ze Sztokholmem. Bardzo często w jakimś nieznanym języku. Musi wydawać majątek na te rozmowy.

Drugiego czerwca nasza nieliczna grupka powiększyła się. I znowu o kobietę. Panią Norę Lindner z Halmstadu. Śliczna, wesoła kobietka. Nie ma jeszcze trzydziestki, a już zdążyła dwa razy wyjść za mąż i dwa razy się rozwieść. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że wybrała się do modnej i uczęszczanej miejscowości, jaką jest Lomma, dla wyszukania kolejnego przystanku w swojej karierze małżeńskiej. Była wyraźnie rozczarowana, że w uzdrowisku jest tak pusto, a w pensjonacie pani Brands tylko trzech mężczyzn, z czego jeden dobrze obstawiony.

Z miejsca więc przypuściła szturm do mnie. I to z takim impetem, że musiałem ulec i już na drugi dzień po przyjeździe pięknej Nory wybrać się z nią do Night-Club w Malmö, gdzie patrząc na niekończącą się rozbierankę, zresztą dość dobrze zbudowanych striptiserek, wynudziłem się jak mops. Do tego wyszło na jaw, że i taniec nie jest moją mocną pozycją towarzyską. Ogółem więc nie zaimponowałem pięknej rozwódce.

Na szczęście już nazajutrz zjawił się w Lommie pan Gustaw Dalin, wysoki urzędnik czy nawet dyrektor jednego z banków Norrköpingu. Piękna pani szybko więc zrezygnowała z mojej osoby i zajęła się dyrektorem. Jak mi się wydaje, ze znacznie lepszym skutkiem niż flirt z lekarzem policyjnym.

Wymieniłem i postarałem się krótko scharakteryzować poszczególne osoby dramatu. Jeszcze tylko parę słów o pani Astrid Brands. Prowadzi ona swój pensjonat już od ośmiu lat. Kim był pan Brands i czy jeszcze żyje? O tym nigdy się nie mówi. W każdym razie pani Astrid kupiła przed ośmiu laty pałacyk wybudowany przez jakiegoś fabrykanta czy armatora z Malmö i urządziła go na ekskluzywny pensjonat. Interes chwycił. Zakład czynny jest przez cztery miesiące w roku, a ponadto na okres świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Pani Brands sama robi zakupy i kieruje gospodarstwem, stale zatrudniając wykwalifikowaną kucharkę i jedną pokojówkę. Jedynie na sezon przyjmuje jeszcze trochę służby — córek miejscowych rybaków.

Syn właścicielki jest studentem politechniki w Sztokholmie, ale na wakacje przyjeżdża do Lommy i pomaga matce. Jak mi się wydaje, pani Brands żyje samotnie, nie ma żadnego przyjaciela, bądź też załatwia te sprawy bardzo dyskretnie.

Kucharka Ranhild Moberg pracuje tutaj od samego początku i jest osobą godną zaufania. Zajmuje wraz z mężem mały pawilonik przy wjeździe do parku. W zamian za to mieszkanie, mąż zimą pali w centralnym ogrzewaniu i uprząta śnieg. Obecnie pan Moberg, który z zawodu jest kierowcą autobusowym w jednym z biur podróży w Malmö, wyjechał na parotygodniową wycieczkę zagraniczą do Hiszpanii. W ogóle latem człowiek ten jest jedynie gościem w Szwecji, gdyż obsługuje autobus na zagranicznych trasach.

O naszej pokojówce Lilljan już wspomniałem. Dodam jeszcze, że jest córką miejscowego rolnika z Bjarred i, jak to zwykle bywa z pokojówkami, jest w miarę ciekawa i w miarę plotkująca o gościach z pensjonatu. Właśnie dzięki rozmowom z tą dziewczyną zdobyłem tak szczegółowe informacje o współlokatorach i o naszej gospodyni.

A teraz postaram się opisać możliwie jak najszczegółowiej wszystko, co działo się od samego rana w dniu 7 czerwca. Piszę to od razu w dwóch egzemplarzach, bo obiecałem Magnusowi Torgowi, że zrobię opis tych wydarzeń do protokołu, jaki musi sporządzić dla dyrekcji policji w Lund.

Jak sami pamiętacie, dzień siódmego czerwca był od rana dziwnie upalny. Mimo pięknej pogody, nie zdarzającej się prawie o tej porze w Szwecji, ludzie czuli się bardzo źle. Zrozumiałem od razu przyczynę, kiedy rzuciłem okiem na barometr wiszący w halu naszego pensjonatu. Ciśnienie spadało gwałtownie.

Do zwyczajów panujących w pensjonacie pani Brands należy, że śniadania są przynoszone przez Lilljan do pokoju każdego z gości. Natomiast obiady podaje się między pierwszą a drugą, a kolacje o godzinie siódmej są wspólne. Jedynie pani Maria Jansson, jak już wspomniałem, nie stosowała się do tych wymagań gospodyni. Ale tak już jest na świecie, że bogaci cieszą się wyjątkowymi przywilejami. A pani Jansson była wyjątkowo bogata. Nawet jak na szwedzkie stosunki. A przecież ludzi zamożnych u nas nie brakuje.

Tak więc zjadłem śniadanie gdzieś około godziny ósmej. Potem ogoliłem się, ubrałem i zszedłem na dół do salonu, aby przejrzeć gazety. Zapomniałem dodać, że pałacyk ma dwa piętra. Na parterze znajduje się ładnie urządzony salon, nieco mniejszy pokój zwany nie wiadomo dlaczego biblioteką, chociaż jest tam tylko jedna szafa z książkami, które każdy dawno przeczytał w młodości, oraz obszerna jadalnia. Poza tym na parterze są jeszcze dwa pokoje — prywatne mieszkanie właścicielki — i cztery niewielkie pokoiki pensjonatowe. Są one obecnie nie zajęte, gdyż okna wychodzą nie na morze, a na park. A każdy, skoro już przyjechał do Lommy, chciałby jak najwięcej nacieszyć się zielononiebieskimi falami Sundu.

Na pierwszym piętrze jest osiem pokoi i dwa tarasy, na które wychodzą drzwi balkonowe każdego pokoju. W jednym z nich ulokowało się małżeństwo Tuvesson. Sąsiedni zajmuję ja, zaś obok mieszka pani Nora Lindner. Za nią, w małym pokoiku, „urzęduje” na razie Lilljan. W pełni sezonu, kiedy wszystkie pokoje są wynajęte, dziewczyna zajmuje pokoik w suterenie, gdzie jest również kuchnia, pralnia i inne pomieszczenia gospodarcze.

Drugie piętro ma taki sam rozkład, jak i pierwsze. Dwa środkowe pokoje z widokiem na morze zajmują: pani Maria Jansson i Gustaw Dalin. Lilljan bardzo narzekała, że siedmioro gości mieszka aż na dwóch piętrach, co zmusza ją do biegania po schodach z ciężkimi tacami. Jest w tym trochę racji, ale, jak już zaznaczyłem, każdy z nas chciał mieć widok na morze, a przed sezonem, przy braku gości, właścicielka musiała się liczyć z tymi żądaniami.

Dodam jeszcze, że wszystkie pokoje na piętrach mają własne łazienki. Na parterze są tylko dwie. Jedna — prywatna pani Brands — i druga, wspólna dla mieszkańców tych czterech pokoi. Łącznie, w pełni sezonu, pensjonat może swoim gościom ofiarować sześć pojedynek i czternaście podwójnych pokoi — razem dla trzydziestu czterech osób. W razie większego tłoku, pani Brands umieszcza jeszcze pensjonariuszy w małym pawilonie, stojącym przy wjeździe do parku. Na parterze mieszka tam wprawdzie kucharka, pani Moberg z mężem, ale na pięterku znajdują się cztery pomieszczenia.

Tak więc około godziny dziewiątej zszedłem na dół i usiadłszy przy stole zagłębiłem się w czytaniu „Sydsvenska Dagbladet”. W parę minut po mnie zszedł i pan Dalin, którego zainteresował dziennik z Göteborgu. Jak zauważyłem, jego uwagę przykuły przede wszystkim notowania giełdowe.

Następnie zeszli na dół Klara i Egil Tuvessonowie. O dalszym czytaniu nie było już mowy. Zaczęła się ogólna rozmowa o pogodzie. Pani Klara skarżyła się na niespokojny sen dzisiejszej nocy i ból głowy. Jako lekarz wytłumaczyłem jej, że żadne proszki w tym przypadku nie pomogą. Jest to po prostu reakcja organizmu na gwałtowny spadek ciśnienia i samopoczucie poprawi się, gdy tylko organizm przystosuje się do tej zmiany. Pamiętam też, że pan Dalin tłumaczył nam sytuację atmosferyczną i dodał, że gazeta ostrzega przed sztormem.

W tym czasie pojawił się pan Harding, o którym zapomniałem napisać, że również mieszka na drugim piętrze. On także przyłączył się do naszej rozmowy. Powietrze było tak parne, że po prostu trudno było oddychać. Nikomu z nas nie chciało się ruszyć.

Gdzieś przed dziesiątą ukazała się piękna pani Nora. Tej pogoda nie przeszkadzała. Zeszła na dół tylko w opalaczu — mniejszego chyba byś nie znalazł w całej Szwecji; nie zakrywał, lecz przeciwnie, pokazywał to, czym się pani Lindner mogła słusznie chlubić. Poza tym miała na sobie jakieś bajecznie kolorowe spodnie. Od razu na powitanie rzuciła nam:

— Co za wspaniały dzień! Idziemy natychmiast na plażę.

Na widok tej pięknej kobiety wszyscy mężczyźni odruchowo wciągnęli brzuchy i dumnie wypięli piersi. Nikt też nie śmiał się skarżyć, że pogoda pod psem i nie ma czym oddychać. Nawet pani Klara, nie chcąc być gorsza od Nory, zaczęła nas namawiać na tę nieszczęsną plażę. Jedynie ja ośmieliłem się zauważyć, że ziemia jest jeszcze wilgotna i należy wziąć z sobą nie tylko koce, ale również i plastyk, żeby nie kłaść się na zdradliwym o tej porze piasku.

— Świetnie — stwierdziła pani Lindner. — Doktor weźmie dla nas wszystko, co będzie uważał za stosowne, i idziemy.

W tym czasie na schodach, które było doskonale widać z tego miejsca salonu, gdzie wszyscy się znajdowaliśmy, ukazała się pani Jansson. Na nasz widok zrobiła ruch, jak gdyby chciała się cofnąć, ale Nora już wołała do niej:

— Pani Mario! Idziemy na plażę. Bardzo prosimy, niech pani zabierze się razem z nami. Przepiękna pogoda. Słońce jak w środku lipca.

— Bardzo dziękuję — odpowiedziała pani Jansson swoim zwykłym, chłodnym tonem — ale jestem umówiona i spieszę się. Życzę dobrej zabawy.

— Może pani chce skorzystać z mojego wozu? — zaofiarował się pan Harding. — Stoi jak zwykle na parkingu koło stacji autobusowej w Bjarred. Chętnie służę kluczykiem. Ciemnoniebieskie volvo.

Muszę dodać nawiasem, że pan Harding dopiero przed paroma tygodniami sprawił sobie ten wóz i bardzo chętnie się nim popisywał. Już pierwszego dnia pobytu tutaj, a przyjechał razem ze mną, użalał się na panią Brands; gospodyni kategorycznie zażądała, żeby samochód usunąć sprzed domu. Pan Harding zaparkował więc wóz przy stacji autobusowej, odległej o dobre półtora kilometra.

— Dziękuję — odpowiedziała pani Jansson — idę tylko do Lommy i chętnie się przejdę. Zresztą to prawie taka sama odległość, jak do pańskiego samochodu.

To mówiąc kiwnęła nam głową i wyszła na dwór. My zaś porozmawialiśmy jeszcze chwileczkę, po czym poszliśmy na plażę. Jedynie ja musiałem iść na górę po płachtę plastykową. Niepotrzebnie się z tym wyrwałem. Ostatecznie, co mnie to obchodzi, że ktoś nabawi się lumbago?

Nawet na plaży było bardzo parno. Pomimo absolutnego braku wiatru, fala stale rosła. Widać było, że rybacy z Lommy i z Bjarred przyspieszają powrót z połowu. Niektórzy z nich wyciągali swoje łodzie na brzeg i mocowali je stalowymi linami do wysokich pali.

— Wygląda na to, że idzie huragan — zauważył pan Tuvesson. — Jako marynarz znam się na tym. Nie podoba mi się taka wysoka fala przy zupełnym stilu.

— Huragan? Tutaj? Przecież nie jesteśmy gdzieś na Samoa, a w Szwecji. Nie na Pacyfiku, lecz nad brzegiem Sundu — śmiała się pani Nora.

— Tutaj też zdarzają się takie sztormy, że nie tylko kutry rybackie, ale nawet większe statki muszą chronić się w portach. Pamiętam, płynąłem kiedyś z Visby do Gdyni i złapała nas taka burza, że już niewiele brakowało, a obejrzelibyśmy dno Bałtyku. Co prawda było to w listopadzie. Ale i w czerwcu potrafi też dobrze dmuchnąć.

Na razie jednak leżeliśmy na plaży i opalaliśmy się w promieniach dziwnie czerwonawego słońca. Nasza podwójna rozwódka namawiała nas na kąpiel w spienionych falach Sundu. Pan Dalin może by i uległ tym namowom. Na szczęście sprzeciwił się temu kategorycznie Tuvesson. Jego, jako wilka morskiego, posłuchała nawet piękna, rozkapryszona pani. Parę minut po pierwszej wróciliśmy wszyscy do willi. Już pół godziny później spotkaliśmy się w jadalni na obiedzie. Jak zwykle, pani Maria Jansson nie usiadła razem z nami do stołu, chociaż była w pensjonacie. Wiem o tym na pewno, bo kiedy zszedłem na parter, w stołowym nie było jeszcze nikogo. Wstąpiłem więc do biblioteki i czekając na gong, którym Lilljan oznajmiła, że obiad gotów, przeglądałem jakąś książkę wyjętą na chybił trafił z szafy. Wtedy usłyszałem, że pani Jansson rozmawia w halu przez telefon. Oczywiście nie podsłuchiwałem, zauważyłem jednak, że rozmowa zaczęta po szwedzku, dalej toczyła się w jakimś nieznanym mi języku. W parę minut potem rozległ się głos gongu i przeszedłem do jadalni.

 

Obiad upłynął w przyjemnym nastroju. Pani Lindner żartobliwie docinała kapitanowi, że nie pozwolił nam się kąpać. Pewnie dlatego, aby nie wyszło na jaw, że nie umie pływać, bo przecież wszyscy marynarze nie znają tej sztuki i boją się wody.

Kapitan najpoważniej wyjaśniał, że umiejętność pływania przeszkadza ludziom morza. Jeżeli znajdą się w falach oceanu, to tylko dłużej się męczą. A nie umiejąc pływać, toną od razu i mają bezbolesną śmierć. Pani Tuvesson, która nie ma zbyt wielkiego poczucia humoru, słuchała tych słów z przerażeniem i wpatrywała się w swojego małżonka jak w jakiegoś legendarnego bohatera.

Pod koniec obiadu pan Harding zaproponował, żeby zagrać w brydża.

— Taka piękna pogoda — oburzyła się Nora — mowy o tym nie ma. Zaraz idę na spacer. Mam zresztą parę sprawunków, które muszę załatwić w Lommie. Chyba nie każecie mi panowie iść samej?

Wprawdzie powiedziała „panowie”, ale spojrzenie pięknej Nory skierowane było tylko w jednym kierunku.

— Pani pozwoli sobie towarzyszyć? — Dalin szybko zorientował się w sytuacji.

— No, jeśli nikt z pozostałych mężczyzn nie kwapi się pomóc biednej kobiecie, to muszę przyjąć pańską ofertę — zgodziła się rozwódka.

W rezultacie umówiliśmy się, że zaczniemy grę o czwartej, gdyż pani Klara chciała trochę odpocząć po obiedzie. Ból głowy nadal jej dokuczał i miała nadzieję, że mała drzemka dobrze jej zrobi. Natomiast Nora zapowiedziała, żeby Dalin wstąpił po nią do jej pokoju nie później niż o wpół do czwartej. Pierwszy wstałem od stołu i poszedłem prosto do swojego pokoju. Nigdy nie śpię po obiedzie, więc leżałem na tapczanie i czytałem książkę. Słyszałem, że gdzieś przed czwartą pani Lindner i jej towarzysz, głośno rozmawiając, schodzili po schodach.

Jestem aż do przesady punktualny, toteż kiedy wskazówki mojego zegarka ustawiły się równo na godzinie czwartej, zszedłem na dół. Jak zwykle byłem pierwszy. Usiadłem w wygodnym fotelu w salonie i czekałem na resztę towarzystwa. W drzwiach stanęła pani Astrid Brands. Zamieniliśmy kilka nic nie znaczących słów. Pani Brands miała na ręku płaszcz. Wyjaśniła mi, że spieszy się do autobusu, bo jedzie do Lund w odwiedziny do jakiejś swojej przyjaciółki. Wzajemnie życzyliśmy sobie wesołej zabawy.

Właśnie wtedy nadszedł pan Harding i z kolei naszej gospodyni zaproponował użycie swojego volvo. Pani Astrid odmówiła jednak tłumacząc, że jej przyjaciółka robi świetny domowy likier, a to zbyt wielka dla niej pokusa. Woli wyrzec się jazdy samochodem, niż kieliszka tej pysznej nalewki.

Po odejściu pani Brands jeszcze chwilę czekaliśmy na państwa Tuvesson. Zjawili się dopiero dziesięć minut po czwartej. Pani Klara przepraszała nas, ale tak smacznie zasnęła, że mąż nie miał sumienia jej budzić. Za to ból głowy minął, jak ręką odjął.

Zaraz usiedliśmy do stolika i zaczęliśmy nasze brydżowe boje. Pan Harding gra doskonale. To gracz wielkiego formatu. Bezwzględnie najlepszy z nas wszystkich. Pani Klara licytuje z kobiecą ostrożnością. Nigdy nie wychyli się poza poprawność. Przepisy i konwencje to dla niej święta rzecz. Nasz wilk morski odznacza się w grze ogromną fantazją. Potrafi mieć błyskotliwe rozgrywki, jakich nie powstydziliby się na turniejach najlepsi zawodnicy. Ale zaraz potem robi wprost dziecinny błąd. Muszę się pochwalić, że w tej partii nie odstawałem od ogólnego poziomu.

Graliśmy bez przerwy aż do samej ósmej. Rezultaty były minimalne. Najwięcej wygrał pan Harding. Ja schowałem do kieszeni coś ze cztery korony. Jedynym przegranym był Egil. Zemściła się na nim jego mania rekontrowania. Z Hardingiem takie żarty nie przechodzą. Zresztą graliśmy tanio — dwadzieścia pięć öre punkt, więc hazardu nie było.

Kolacja nieco się opóźniła, bo pani Brands wróciła dopiero przed samą ósmą. Nasi „zakochani” również wrócili dobrze po siódmej. Jak się pani Nora pochwaliła, wstąpili na jednego „drinka” do lokalu mieszczącego się na rogu Strandvägen i Fiskaregatan w Lommie. Jednej zresztą z dwóch knajpek czynnych przed sezonem.

Tak byliśmy pochłonięci grą, że nikt z nas nie zauważył, iż szum morza zamienił się w prawdziwy huk fal zalewających coraz większe połacie naszej plaży. Nie było też tak spokojnie, jak po południu. Często uderzały w nasz dom podmuchy silnego wiatru, aż chwiały się drzewa w parku. Lilljan pozamykała wszystkie okna.

Jedliśmy kolację w milczeniu. Było coś złowrogiego w tej wichurze. Pani Jansson i teraz nie zaszczyciła nas swoją obecnością. Jej nakrycie stało puste. Widocznie nie wróciła jeszcze z jednej ze swoich tajemniczych wycieczek. Pani Brands zapytała pokojówkę:

— Czy zaniosłaś kolację na górę?

— Nie — wyjaśniła Lilljan — kiedy nosiłam obiad, pani Jansson mówiła, że jeśli zdąży wrócić, to zejdzie na dół. A jeśli nie, żeby na nią nie czekać, bo wróci później.

Ledwo skończyliśmy jeść, jak rozszalało się piekło. To już nie był zwykły wiatr, a prawdziwy huragan. Nie spadła jeszcze ani kropelka deszczu, jak zaczęły walić pioruny. Takiej burzy nie widziałem chyba nigdy w życiu. Przeszliśmy do salonu i wpatrywaliśmy się w ciemność raz po raz rozjaśnianą błyskawicami. Chwilami robiło się widno jak w dzień. Huk był tak potworny, że trudno było rozmawiać. Pani Klara wyraźnie się bała. Stała przytulona do męża. Nawet pani Nora i pani Brands miały wystraszony wyraz twarzy. Co do Lilljan, ta żegnała się przy każdym głośniejszym piorunie. Przyznaję, że i my, mężczyźni, trochę nadrabialiśmy miną. Żadnemu z nas nie było przyjemnie. Tym bardziej że po dwóch szczególnie wielkich błyskawicach dwa razy zgasło światło. Wprawdzie tylko na kilka minut, ale nie były to miłe minuty. Widocznie piorun trafił w rozdzielnię. Lilljan zapaliła świece.

Również i telefon przestał działać. Pani Tuvesson zaczęła się martwić, jak tę burzę przeżywają jej dzieci w Göteborgu, więc kapitan usiłował połączyć się z domem, żeby uspokoić żonę. Niestety, telefon był głuchy, w słuchawce nie odezwał się sygnał.

— To się często zdarza — zauważyła pani Brands — przy każdej silniejszej burzy coś psuje się w miejscowej centralce na poczcie w Lommie i telefony przez parę godzin nie działają. Już nieraz obiecywali to naprawić, ale jakoś nic z tego nie wyszło.

— Biedna pani Jansson — powiedziała Nora — nie zazdroszczę jej, jeżeli burza schwyciła ją gdzieś w drodze.

— Na pewno nie! — uspokajał piękną panią jej adorator. — Gdyby szła z Lommy do naszego pensjonatu, zdążyłaby jeszcze przed deszczem. Myślę, że po prostu została w Malmö.

— To pani Jansson wybierała się do Malmö? — zapytałem.

— Coś o tym wspomniała — powiedział Gustaw Dalin — kiedy przed obiadem spotkałem ją na schodach.

Gdzieś po wpół do dziesiątej wyładowania elektryczne nieco się zmniejszyły. Za to otwarły się upusty niebieskie i lunął już nie deszcz, ale jakby ktoś z gigantycznego wiadra wylewał potworne ilości wody. A jednak ta ulewa była dużo lepsza, niż ta sucha burza z piorunami. Nawet uchyliliśmy nieco drzwi werandy, bo w salonie było tak gorąco i duszno, że z trudem się oddychało.

Pani Brands pamiętała o obowiązkach właścicielki pensjonatu. Zwróciła się do pokojówki:

— Lilljan, czy tapczany posłane? Państwo pewnie chcą wcześniej położyć się po tych emocjach.