Obóz świętychTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Obóz świętych
Obóz świętych
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,99  50,39 
Obóz świętych
Audio
Obóz świętych
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
33  24,09 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


zakupiono w sklepie: Sklep Testowy
identyfikator transakcji: 1632228551668650
e-mail nabywcy: test@virtualo.pl
znak wodny:

Spis treści

  Okładka

  Karta tytułowa

  Karta redakcyjna

  Aperitif

  WSTĘP

  PRZEDMOWA

  I

  II

  III

  IV

  V

  VI

  VII

  VIII

  IX

  X

  XI

  XII

  XIII

  XIV

  XV

  XVI

  XVII

  XVIII

  XIX

  XX

  XXI

  XXII

  XXIII

  XXIV

  XXV

  XXVI

  XXVII

  XXVIII

  XXIX

  XXX

  XXXI

  XXXII

  XXXIII

  XXXIV

  XXXV

  XXXVI

  XXXVII

  XXXVIII

  XXXIX

  XL

  XLI

  XLII

  XLIII

  XLIV

  XLV

  XLVI

  XLVII

  XLVIII

  XLIX

  L


Tytuł oryginalny

Le camp des saints

Okładka

Radosław Krawczyk

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

fotolia.com © Warren Goldswain

Łukasz Jarowski/EAST NEWS

Redaktor prowadzący

Bartłomiej Zborski

Korekta

Katarzyna Szol

Skład i łamanie

TEKST Projekt, Łódź

Copyright © Editions Robert Laffont, Paris 1973. All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Marian Miszalski

& Wydawnictwo Dębogóra.

Copyright © for this edition by Fronda PL, Sp. z o.o.

ISBN 978-83-80790-28-5

Wydawca

Fronda PL, Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

A gdy dobiegnie końca tysiąc lat, z więzienia swego szatan zostanie zwolniony. I wyjdzie, by omamić narody z czterech narożników ziemi, Goga i Magoga, by ich zgromadzić na bój, a liczba ich jak ziaren piasku morskiego. Wyszli oni na powierzchnię ziemi i otoczyli obóz świętych i miasto umiłowane…

Apokalipsa św. Jana 20,7–9*

Możemy szukać razem nowego stylu życia, który uczyni możliwym zapewnienie środków do życia ośmiu miliardom istot ludzkich, jakie zamieszkiwać będą naszą planetę w roku 2000. Jeśli nie, żadna ilość bomb atomowych nie powstrzyma wielkiego napływu tych miliardów ludzi, którzy pewnego dnia wyruszą z biednych regionów śródziemnomorskich i wtargną na względnie otwarte przestrzenie półkuli północnej, poszukując środków na przeżycie.

Prezydent Huari Bumedien, marzec 1974 roku

Teraz pytanie brzmi: w jaki sposób zamierzamy ułożyć pokojowe stosunki z ważną grupą, która odtąd stanowi część państwa francuskiego, która ma prawo być tym, czym jest, bo jest to sytuacja faktyczna, którą zaakceptowaliśmy i której chcieliśmy? Jakie zamierzamy wymyślić sposoby wewnętrznego współżycia we Francji, które uczyniłyby możliwym takie współżycie w miłości i poszanowaniu wolności każdego? Jest to zadanie pokoleń, które nadchodzą.

Kardynał Jean-Marie Lustiger, kwiecień 1984 roku

WSTĘP

Nie ma dla pisarza bardziej niewdzięcznego tematu niż przyszłość. Zwłaszcza przyszłość w miarę nieodległa – trzydzieści, pięćdziesiąt lat. Jeśli przewidzi źle, jego dzieło skwitowane zostanie uśmieszkami politowania. Jeśli dobrze, może zostać podwójnie odrzucony. Najpierw przez swych współczesnych (bo trafna prognoza z zasady idzie pod prąd potocznym wyobrażeniom i trąci polityczną niepoprawnością), a następnie przez potomnych, którzy powiedzą, że wszystko to przecież już dawno wiadomo.

Na taki los naraził się Jean Raspail, wydając w roku 1973 Obóz świętych. W chwili pierwodruku powieść została odtrącona i przemilczana przez postępowe salony. Dziś bywa zaś zbywana jako może i słuszna, ale właśnie dlatego już nieciekawa publicystyka. Rzecz dzieje się na początku wieku XXI, a zabawnym smaczkiem jest fakt, że powieściowy papież nosi imię Benedykt XVI, choć ma akurat odmienne poglądy od kardynała Ratzingera.

W nękanych głodem i epidemią Indiach pod wpływem wystąpień szalonego filozofa, zresztą przybysza z Europy, setki tysięcy ludzi opanowują siłą statki, łodzie, barki i na oślep, niepowstrzymaną falą, ruszają ku Europie. Przypadkiem celem tej nowej wędrówki ludów staje się ojczyzna autora, ale nie o nią tu w sumie chodzi, tylko o cały zgnuśniały w dobrobycie i ogłupiały Zachód, który wobec tej nagłej inwazji okazuje się całkowicie bezradny. Nikt nie ma przecież odwagi wydać rozkazu strzelania do tłumów. Mieszkańcy dotkniętych inwazją terenów uciekają w panice i na oślep, z kolei na tereny te ciągną tłumy ochotników rewolucji, węszących okazję do obalenia starego świata. Media plotą o tolerancji i sprawiedliwości dziejowej, postępowi księża o zbliżającym się do Europy „milionie Chrystusów”, rodzą się z dnia na dzień rewolucyjni przywódcy i hasła, armia francuska i aparat państwowy dosłownie się rozbiegają... Aż kipi tu od ironii i charakterystycznych szczegółów – znać, że miał jeszcze Raspail przed oczami komunistyczne ruchawki na uniwersytetach w 1968 roku. Sami Hindusi prawie się w powieści nie pojawiają, autor zresztą nie ukrywa, że byli pretekstem do napisania przypowieści. Jego interesuje rozkład białej cywilizacji, która straciła wiarę oraz ducha i jako taka musi ustąpić miejsca innym. Innym, którzy nie marnując zbyt wiele energii na filozofowanie, uważają, że skoro są głodni i bezdomni, mają prawo zabrać jedzenie i żywność bogatym. Zwłaszcza że są silni i zdeterminowani, a biali słabi i tchórzliwi.

 

Takie streszczenie mogłoby pasować do prostej, politycznej agitki – ale kilkusetstronicowe dzieło Raspaila ma znacznie większą wagę. Autor zdaje sobie doskonale sprawę z umowności powieściowej wędrówki ludów, w rzeczywistości wszak rozciągniętej w czasie, z historycznych oraz kulturowych kontekstów tej kolejnej literackiej apokalipsy. Opowieść o konającej w imigracyjnych konwulsjach Francji jest zarazem opowieścią o upadku Rzymu i Bizancjum, o wellsowskich Elojach i Morlokach, o rewolucji bolszewickiej i może najbardziej – o Kościele Dni Ostatnich. To suma lęków wspólnych wymierającym cywilizacjom.

Łowcy sensacji nie znajdą tutaj odniesień do płonących francuskich przedmieść, ale oczywiście wydarzenia ostatnich miesięcy nadały książce nowy kontekst. I dopiero one zniosły polityczne tabu, które Raspail miał odwagę złamać już ponad trzydzieści lat temu.

Rafał A. Ziemkiewicz, „Newsweek” 01/2006

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PRZEDMOWA

Obóz świętych – opublikowany po raz pierwszy w 1973 roku – jest powieścią, która uprzedza zdarzenia prawdopodobne już dziś i zagrożenie, którego możliwość nie wydaje się już nikomu nieprawdopodobna: opisuje pokojowy najazd nieprzebranych rzesz mieszkańców Trzeciego Świata na Francję, a potem na cały Zachód. Na wszystkich płaszczyznach – powszechnej świadomości, działalności rządów, równowagi międzycywilizacyjnej, a zwłaszcza indywidualnego sumienia – rodzi się spóźnione pytanie: co robić? Co robić – skoro nikt nie jest gotów wyrzec się swej ludzkiej godności za cenę przyzwolenia na rasizm? Co robić – skoro jednocześnie każdy człowiek i każdy naród ma święte prawo do zachowania odrębności i tożsamości w imię swojej przyszłości i przeszłości…?

Nasz świat ukształtował się pośród nadzwyczajnej różnorodności ras i kultur, które mogły się rozwijać – często osiągając najwyższą i specyficzną doskonałość – tylko wskutek koniecznej, faktycznej segregacji. Wynikające z niej konflikty – a zawsze miały one miejsce w historii – nie są konfliktami rasistowskimi ani nawet rasowymi. Są po prostu elementem składowym odwiecznego ruchu ścierających się ze sobą sił, a w tym starciu wykuwa się historia świata. Słabsze siły tracą impet, zanikają i potem znikają, silniejsi rosną w siłę, zwyciężają.

Zachodni ekspansjonizm na przykład – od czasu wypraw krzyżowych i wielkich odkryć geograficznych aż po epopeję kolonialną i ostatnie bitwy jej ariergardy – kierował się bardzo różnymi pobudkami: moralnymi, politycznymi, gospodarczymi, ale nie było pośród nich rasizmu i nie odgrywał on w tej ekspansji żadnej roli, z wyjątkiem, być może, prywatnych motywacji pewnych nikczemników. To, że Zachód najczęściej zaspokajał swoje potrzeby kosztem innych ras – a przecież wskutek tych kontaktów wiele z nich uratowało się od zagrażającego im śmiertelnego zgnuśnienia… – było jedynie konsekwencją naszej żądzy podbojów, nie zaś ich ideologicznym motywem czy usprawiedliwieniem. Dziś, gdy stosunek sił jest diametralnie odmienny i gdy stary Zachód znalazł się na tej ziemi w tragicznej mniejszości, gdy wycofuje się za coraz słabsze mury obronne, przegrywając już bitwy na własnym terenie, i gdy zaczyna słyszeć, zdumiony, głuchy szum potężnej fali napływowej, zagrażającej jego zalaniem – trzeba przypomnieć napis umieszczany na tarczach dawnych zegarów słonecznych: „Jest już później, niż myślisz”… Te słowa przywołał w związku z Obozem świętych Thierry Maulnier. Pozwolę sobie również zacytować profesora Jeffreya Harta z Uniwersytetu w Princeton, znanego amerykańskiego krytyka i publicystę: „Raspail nie zajmuje się problemem rasy, zajmuje się problemem cywilizacji”.

Obóz świętych jest powieścią symboliczną, niejako proroctwem pisanym w rytmie inspiracji, którą nazwałbym natchnieniem: bo jeśli którakolwiek z moich książek mi się „objawiła”, to właśnie ta. W innym przypadku, skąd, u licha, miałbym odwagę, żeby ją napisać? Po osiemnastu miesiącach katorżniczej pracy nad tą książką byłem kompletnie wyczerpany; przyglądam się swojej fotografii na obwolucie pierwszego wydania z 1973 roku: twarz wymizerowana, jakby o dziesięć lat starsza, spojrzenie człowieka udręczonego przez swoje wizje… Jednak w Obozie świętych moją prawdziwą naturę odzwierciedla humor, zdrowy szyderczy śmiech, tragizm podszyty komizmem, wesołość, która jest lekarstwem na tę apokalipsę. Zawsze twierdziłem, że – wbrew tematyce – Obóz świętych nie jest książką ponurą i jestem wdzięczny tym, którzy jak Jean Dutourd, potrafili to dostrzec: „Jeśli nasz Zachód stał się klaunem, jego końcowa tragedia byłaby tylko błazeństwem – napisał. – Dlatego ta straszna książka jest w istocie tak komiczna”…

Wracając do tematu Obozu świętych: ma on charakter symboliczny, ale nie utopijny, już nie utopijny. Jeśli jest tam jakieś proroctwo, to obserwujemy dziś pierwsze znaki jego spełnienia. Po prostu w Obozie świętych akcja potraktowana została tak, jak w antycznym dramacie: jest tu jedność czasu, miejsca i akcji, wszystko rozgrywa się w ciągu trzech dni na południowym wybrzeżu Francji, gdzie przypieczętowany zostaje los świata białych. Chociaż w świecie rzeczywistym proces ten jest już mocno zaawansowany i od 1973 roku przebiega dokładnie według opisanych w książce mechanizmów (boat people, radykalizacja społeczności muzułmańskiej we Francji, nasilająca się presja psychologiczna najrozmaitszych „obrońców praw człowieka”, pogłębiający się kryzys doktrynalny na tle odmiennego głoszenia Ewangelii przez odpowiedzialnych za to duchownych, fałszywa „anielskość” sumień, odmowa spojrzenia prawdzie w oczy etc.) – rozwiązanie nie nastąpi, rzecz jasna, w ciągu trzech dni, ale dokona się, to niemal pewne, po licznych konwulsjach, w pierwszych dekadach trzeciego tysiąclecia, za życia zaledwie dwóch czy trzech pokoleń. Gdy wiemy, co w naszej starej Europie znaczy dziś pokolenie, pokolenie atrapa, podobne do atrapy rodziny i atrapy narodu, to aż się serce ściska. Wystarczy przywołać te przerażające prognozy demograficzne na najbliższe trzydzieści lat, a te, które przytaczam poniżej, należą jeszcze do najbardziej optymistycznych. Otóż za trzydzieści lat pośród siedmiu miliardów istot ludzkich będzie żyć niespełna siedemset milionów białych, z których tylko trzecia część, przeważnie w mocno podeszłym wieku, będzie zamieszkiwać naszą małą Europę usiłującą stawić czoło awangardzie Trzeciego Świata: prawie czterystu milionom Arabów i muzułmanów, z których połowa nie będzie miała dwudziestu lat, czekającym po drugiej stronie Morza Śródziemnego! Czy można choć przez chwilę sobie wyobrażać – i w imię jakiej to strusiej ślepoty – że stan takiej nierównowagi będzie trwał w nieskończoność…?

To stosowny moment, by wyjaśnić, dlaczego w Obozie świętych południe Francji najeżdżają masy ludzkie znad dalekiego Gangesu, a nie znad Morza Śródziemnego. Jest kilka powodów. Jeden wynika z pewnej mojej ostrożności, a zwłaszcza z mojej odmowy uczestniczenia w fałszywej debacie o rasizmie i antyrasizmie we Francji, obecnej na co dzień w mediach, jak również z mojej niechęci do podkreślania – za cenę zaogniania sytuacji – już teraz widocznych napięć rasowych, pomijanych w tej debacie. To jasne, że mamy już u siebie tę silną awangardę, wyraźnie manifestującą chęć pozostania u nas i odmawiającą asymilacji, a za dwadzieścia lat w łonie narodu francuskiego będzie ponad trzydzieści procent tej napływowej, silnie „motywowanej” ludności. To pewien sygnał, ale tylko sygnał. Można na tym poprzestać. Można nawet toczyć na ten temat jakieś drobne spory, udając niewiedzę lub rzeczywiście nie wiedząc, że prawdziwe niebezpieczeństwo jeszcze się nie pojawiło, że jest gdzie indziej, że dopiero nadejdzie i że ze względu na rozmiar będzie już miało inną naturę. Jestem bowiem przekonany, że w skali światowej wszystko rozegra się jak na stole bilardowym, na którym zderzające się kule wprawiają się w ruch jedna za drugą, począwszy od pierwszego impulsu, który może pojawić się tu lub tam, w tych wielkich rezerwuarach nędzy, jak choćby nad brzegami Gangesu. Prawdopodobnie nie będzie to przebiegać dokładnie tak, jak to opisałem, bo Obóz świętych jest tylko przypowieścią, ale ostatecznie rezultat nie będzie całkiem odmienny, co najwyżej przybierze formy bardziej przewlekłe i łatwiej akceptowalne. Cesarstwo Rzymskie umierało podobnie, właśnie powoli, ale tym razem tlący się ogień może wzniecić gwałtowną pożogę. Powiadają, że historia się nie powtarza. To niedorzeczność. Historia naszej planety to cykl następujących po sobie spustoszeń, które pozostawiają po sobie tylko ruiny. Te z kolei zaludniają następne pokolenia, niektórym udaje się je nawet odbudować i ożywić.

Zachód bowiem jest pusty, nawet jeśli w pełni jeszcze tego sobie nie uświadamia. Ta niebywale pomysłowa cywilizacja, z pewnością jedyna, która zdolna byłaby podejmować niemal nieprzezwyciężalne wyzwania trzeciego tysiąclecia nie ma już duszy. A tymczasem – czy to w skali narodów, ras lub kultur, czy też w skali jednostki – to dusza wygrywa zawsze decydujące bitwy. Ona i tylko ona jest tarczą ze złota i spiżu, która chroni mocne narody. Nie widzę już w nas duszy. Przyglądając się mojej ojczyźnie, Francji, jakby przebudzony ze złego snu, mam często wrażenie, że rodowici Francuzi to dziś wymierający gatunek, który w niczym nie przypomina i w żaden sposób nie zapowiadał obecnego gatunku, który pod koniec wieku – wskutek nie wiadomo jakiej tajemnicy genetycznej – przybrał sobie jego imię. Tym ostatnim wystarczy samo istnienie. Machinalnie zabezpieczają sobie przetrwanie, jak najmniejszym wysiłkiem. Pod szyldem wewnętrznej solidarności i iluzji „poczucia bezpieczeństwa” nie są już solidarni w niczym ani nawet świadomi niczego, co stanowi tę podstawową, wspólną istotę każdego narodu. Na płaszczyźnie praktycznej i materialnej, jedynej, która może jeszcze zapalić płomyk zainteresowania w ich gnuśnym spojrzeniu, tworzą drobnomieszczański naród, który opłacał, i w dobie kryzysu nadal opłaca – w imię dziedziczonego bogactwa, coraz mniej zasłużenie – milionową służbę: imigrantów! Ach, będą bać się coraz bardziej! Ta służba ma nieprzeliczone rodziny, za tymi i tamtymi morzami, a one tworzą jedną wielką głodną rodzinę, która przepełnia całą ziemię. To globalny Spartakus… Aby przywołać jeden tylko ze stu przykładów: Nigeria ma prawie siedemdziesiąt milionów mieszkańców, których kraj ten nie jest w stanie wyżywić, chociaż na zakup żywności przeznacza ponad połowę swych dochodów ze sprzedaży ropy naftowej. Na początku trzeciego tysiąclecia będzie sto milionów Nigeryjczyków, a złoża naftowe się wyczerpią.

Jednak głuchy i ślepy drobnomieszczanin jest tylko błaznem, nawet jeśli o tym nie wie. Żyjąc jeszcze jakimś cudem w swym dostatku, pośród swych „zielonych łąk Zachodu”, krzyczy, spoglądając z zawiścią na sąsiada: „Niech płacą bogaci!”. W końcu przecież dociera do niego, że ten bogaty to on sam, a ten krzyk sprawiedliwości, ten krzyk wszystkich zbuntowanych, wywrzaskiwany tysiącami głosów, skierowany jest przeciw niemu i tylko przeciw niemu, bo wkrótce już i on będzie samotny. To cały temat Obozu świętych.

Zatem – co robić?

Jestem pisarzem. Nie proponuję ani nie bronię tu żadnej teorii, systemu czy ideologii. Wydaje mi się tylko, że jedyna alternatywa, która staje przed nami, jest taka: musimy albo nauczyć się tej zrezygnowanej odwagi bycia biednym, albo znów odnaleźć w sobie tę nieugiętą odwagę bycia bogatym. W obydwu przypadkach miłosierdzie zwane chrześcijańskim okaże się bezsilne. Nadchodzą okrutne czasy.

 

J.R. 1985

I

Starego profesora naszła pospolita myśl. Zbyt wiele się naczytał, zbyt wiele przemyślał, zbyt wiele także napisał, by się ośmielił, nawet wobec samego siebie i w okolicznościach tak doskonale nienormalnych, wypowiedzieć cokolwiek innego niż banał na miarę wypracowania ucznia trzeciej klasy. Pogoda była piękna. Było ciepło, ale nie zanadto, bo świeży wiosenny wietrzyk przewiewał łagodnie i bezszelestnie kryty taras domu, jednego z ostatnich, wysoko na wzgórzu, przytulonego do zbocza skały jak posterunek strażniczy tej starej, spatynowanej wioski, górującej nad całą okolicą, skąd rozciągał się widok na leżący w dole kurort turystyczny, na jego luksusową aleję tuż nad wodą, gdzie można było domyślać się szpaleru zielonych palm i białych rezydencji, i dalej na samo morze – łagodne i błękitne, to morze bogatych, teraz nagle odarte ze swej powszedniej politury: chromowanych jachtów, muskularnych narciarzy wodnych, opalonych na złoto dziewcząt, opasłych brzuchów zalegających pokłady dużych, statecznych żaglowców; i oto na to morze, wreszcie opustoszałe, wpłynęła ta nieprawdopodobna, zardzewiała flota z innego świata, i osiadła na oddalonej pięćdziesiąt metrów od brzegu mieliźnie, którą stary profesor obserwował już od rana. Paskudny odór, jak z latryny, który na podobieństwo grzmotu zapowiadającego burzę poprzedził pojawienie się tej floty, teraz zniknął.

Odsuwając wzrok od lunety na trójnogu, w której soczewce ta niewiarygodna inwazja mrowiła się w takim przybliżeniu, że, zdawało się, wkraczała już na zbocza wzgórza i podchodziła pod sam dom, stary człowiek potarł zmęczoną powiekę, a potem w naturalnym odruchu zerknął na drzwi. Były to solidne, dębowe drzwi, zamocowane na prawdziwie fortecznych zawiasach. Na pociemniałym ze starości drewnie wyryto rodowe nazwisko i rok ukończenia budowy domu przez jednego z przodków profesora: 1673. Drzwi oddzielały taras od głównego pomieszczenia tego domu, które pełniło funkcję zarazem salonu, biblioteki i biura. Były jedynymi drzwiami w tym domu, gdyż z tarasu niewielkie, pięciostopniowe schodki prowadziły wprost na wąską uliczkę. Zgodnie ze zwyczajem panującym w małych miasteczkach i wioskach, były zawsze otwarte: każdy, komu przyszłaby na to ochota, mógł wejść, by porozmawiać z gospodarzem. Tak więc tego wieczora też były otwarte. Stary człowiek dopiero teraz to sobie uświadomił. „Trzeba by sobie zadać pytanie – mruknął do siebie, a na ustach błąkał mu się smętny uśmiech – czy w tych okolicznościach drzwi powinny być otwarte, czy jednak zamknięte?”.

Potem wrócił do przerwanej obserwacji, z okiem przy lunecie, korzystając z tego, że słońce jeszcze nie całkiem zaszło i ostatni raz przed zapadnięciem nocy oświetliło nieprawdopodobne widowisko. Ilu ich tam było, na tych wszystkich wrakach osiadłych na przybrzeżnych mieliznach? Jeśli wierzyć przerażającym liczbom podawanym od rana w kolejnych wiadomościach radiowych, to tłoczyli się tam ciasno warstwami, jedni na drugich, w ładowniach i na pokładach, obsiadłszy wszystkie pomosty, uczepieni nawet kominów, żywi depczący po zmarłych, niczym prące naprzód kolumny mrówek, których widoczna część jest mrowieniem się życia, a ta dolna – rodzajem mrówczego szlaku, znaczonego milionami trupów.

Stary profesor – nazywał się Calguès – nastawił teraz lunetę na jeden ze statków, najlepiej oświetlonych zachodzącym słońcem, potem starannie wyregulował ostrość, jak badacz przy mikroskopie, który odkrywa w kulturze bakterii kolonię mikrobów, której istnienie przeczuwał. Statek był parowcem, którego pięć archaicznych kominów świadczyło o bardzo zaawansowanym wieku. Cztery kominy były poważnie zniszczone przez upływ czasu, rdzę, brak konserwacji, zdarzenia losowe – słowem: przez nędzę. Osiadły na mieliźnie tuż przy brzegu statek przechylił się o jakieś dziesięć stopni. Gdy zapadł zmrok, zarówno na tym parowcu, jak i na pozostałych statkach tej upiornej flotylli nie sposób było dostrzec ani jednego światełka, nawet najdrobniejszego błysku światła. Ognie, kotły, generatory – wszystko momentalnie zgasło podczas tego dobrowolnego ugrzęźnięcia na płyciźnie, właściwie wpółzatonięcia: albo z braku paliwa, być może tak odmierzonego, całkiem słusznie zresztą, by starczyło na podróż w jedną stronę, albo dlatego, że nikt na pokładzie nie uważał już za konieczne zajmować się czymkolwiek, skoro ten exodus dobiegł wreszcie końca u bram nowego raju. Stary pan Calguès obserwował wszystko uważnie, szczegół po szczególe, nie dostrzegając u siebie najmniejszych nawet przejawów wzruszenia. Po prostu: w zetknięciu z tą awangardą jakiegoś antyświata, który pozwolił sobie wreszcie przybyć i zapukać do bram obfitości, Calguès odczuwał jedynie chłodne zaciekawienie.

Z okiem przyciśniętym do lunety widział przede wszystkim ręce. Wyliczył, że krąg, jaki obejmował swą lunetą na pokładzie obserwowanego statku, miał średnicę około dziesięciu metrów. Zaczął liczyć te ręce, powoli, ale było to tak trudne, jak liczenie drzew w gęstym lesie. Bo wszystkie ręce były uniesione. Kołysały się razem, wyciągały w stronę pobliskiego brzegu jak chude, czarne i brunatne gałęzie ożywione wiatrem nadziei. Te ręce były nagie. Wyłaniały się z białej bielizny, którą stanowiły zapewne tuniki, togi, pielgrzymie sari, suche, wychudzone jak ręce Gandhiego. Doliczywszy się dwustu rąk, profesor przestał liczyć, gdyż doszedł do granicy widocznego w lunecie okręgu. Potem dokonał szybkiego rachunku. Uwzględniając długość i szerokość pokładu – można go było objąć w całości trzydziestoma przyłożeniami lunety, a pomiędzy jednym przyłożeniem a drugim, pomiędzy dwoma sąsiednimi okręgami, znajdowała się jeszcze dodatkowa przestrzeń w postaci dwóch stykających się ze sobą wierzchołkami trójkątów, których łączna powierzchnia stanowiła mniej więcej jedną trzecią powierzchni trzydziestu okręgów. A zatem: 30 + 10 = 40 okręgów, przemnożone przez 200 rąk daje 8 tysięcy rąk! Cztery tysiące osób! Na jednym tylko pokładzie statku! Jeśli przyjąć, że pokładów jest więcej, a zagęszczenie zapewne podobne na każdym pokładzie, pomoście i w każdej ładowni, to należałoby tę i tak już zaskakującą liczbę powiększyć mniej więcej ośmiokrotnie. W sumie: około trzydziestu tysięcy osób na każdym statku! Nie licząc tych zmarłych, którzy pływali wokół każdego z nich, ciągnąc za sobą po wodzie białe łachmany, a których ci żywi o poranku zrzucili z pokładu. Nie wynikało to raczej ze względów higienicznych – po co mieliby to robić, jeśli wierzyli, że dotarli do kresu podróży? Profesor Calguès sądził, że znalazł jedyne możliwe wyjaśnienie. Calguès wierzył w Boga. Wierzył we wszystko, w życie wieczne, odkupienie i miłosierdzie Boskie. Wierzył także, i to bardzo mocno, że te zwłoki wyrzucone na wybrzeża Francji trafią do raju, że dopłyną tam bez przeszkód i na zawsze, bardziej nawet uprzywilejowane niż ci żywi, którzy, rzucając swych zmarłych do wody dawali im za jednym zamachem wyzwolenie, szczęście i wieczność. Ten gest był gestem miłości – i w ten sposób rozumiał go profesor.

Nastała noc, ale wcześniej dzień zdążył jeszcze oblać czerwoną poświatą osiadłą na mieliźnie flotę. Było tam ponad sto statków, wszystkie zardzewiałe, nie do użytku, świadczące, że tylko cud prowadził je i ochraniał podczas podróży z tamtego, innego świata, z wyjątkiem jednego, który zatonął w okolicach Cejlonu. Przypływając, jeden po drugim, jakby się umówiły, wbijały się w przybrzeżne skały lub piasek, z dziobami skierowanymi ku plaży i uniesionymi jakby w ostatecznym wzlocie. Wokół na morzu unosiło się tysiące ciał w bieli, które ostatnie fale kończącego się dnia sprowadzały na ląd, łagodnie wynosiły na brzeg, a potem wracały, by poszukać innych. Sto statków! Stary profesor poczuł, że rodzi się w nim coś w rodzaju dreszczu pokory zmieszanej z uniesieniem, który odczuwał niekiedy, gdy nazbyt zaprzątał sobie umysł pojęciami nieskończoności lub wieczności. Tego wieczora, tej wielkanocnej niedzieli osiemset tysięcy żywych i tysiące martwych oblegały pokojowo granicę Zachodu. Nazajutrz wszystko się rozstrzygnie. Od strony wybrzeża aż po nadmorskie wzgórza, aż do wioski, aż po taras jego domu niósł się łagodny zaśpiew, ale o niesamowitej sile, wbrew swej monotonnej słodyczy, jak jakaś melodyjna recytacja nucona przez chór ośmiuset tysięcy głosów. Przed wiekami krzyżowcy szykujący się do ostatecznego ataku na Jerozolimę okrążali miasto ze śpiewem na ustach. Przy siódmym zadęciu w trąby załamała się bez walki obrona Jerycha. Czy gdy i ta melodyjna recytacja ustąpi miejsca ciszy, narody dziś wybrane doświadczą Boskiej niełaski? Teraz słychać było także warkot silników setek ciężarówek, bo także od rana armia zajmowała pozycje na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Ale gdy zapadła noc, z tarasu widać było tylko niebo i gwiazdy.

W domu było chłodno, mimo to, wracając z tarasu, profesor nie zamknął drzwi. Czyż jakiekolwiek drzwi, choćby i trzystuletnie arcydzieło rzemiosła wykonane z szacownego dębu, mogły ocalić świat, który przeżył zbyt wiele? Elektryczność nie działała. Zapewne elektrycy z nabrzeżnych elektrowni uciekli na północ, oni także, w ślad za przerażonymi tłumami, które uciekały w ciszy, aby nie widzieć, niczego nie widzieć, a przez to niczego nie rozumieć, a mówiąc dokładniej – nie musieć zrozumieć. Profesor zapalił lampę naftową, którą miał zawsze na podorędziu na wypadek awarii prądu, i wrzucił zapałkę do kominka, gdzie starannie przygotowany stos polan zajął się natychmiast i buchnął trzaskającym płomieniem, roztaczając wokół ciepło i światło. Potem profesor włączył radio na baterie. Muzyka pop i rockowa, pieśniarki i ględziarze, murzyńscy saksofoniści, rozmaici guru i zadowolone z siebie gwiazdy, animatorzy kultury, spece od zdrowia, miłości i seksu – cały ten światek zniknął gdzieś z fal radiowych, nagle uznany za nieprzyzwoity, jak gdyby zagrożony Zachód zatroszczył się teraz o swój ostatni dźwiękowy wizerunek. Rozbrzmiewała natomiast muzyka Mozarta, ten sam program dla wszystkich stacji: Eine kleine Nachtmusik, czyli „nocna muzyczka”. Stary profesor pomyślał z sympatią o prowadzącym program w paryskim studiu. Nie wiedząc, nie widząc, ten człowiek zrozumiał. Pojął. Na tę monotonną, melodyjną recytację ośmiuset tysięcy głosów, której nie mógł przecież słyszeć, znalazł najlepszą odpowiedź. Cóż było w tym świecie bardziej zachodniego, bardziej cywilizowanego, bardziej doskonałego niż Mozart? Nie można przecież zanucić Mozarta na osiemset tysięcy głosów. Mozart nigdy nie komponował, by podburzać tłumy, ale żeby niepowtarzalnym dźwiękiem wzruszyć serce każdego. Zachód w jego jedynej prawdzie… Głos dziennikarza wyrwał profesora z tych rozmyślań:

„Rząd, który zebrał się pod przewodnictwem prezydenta Republiki, obradował cały dzień w Pałacu Elizejskim. Wobec powagi wydarzeń w posiedzeniu rządu uczestniczyli także szefowie sztabów trzech armii, zwierzchnicy policji i żandarmerii, prefektowie departamentów Var i Alp Nadmorskich oraz, wyjątkowo, na zasadzie konsultacji, arcybiskup Paryża, nuncjusz apostolski oraz większość ambasadorów państw zachodnich obecnych w stolicy. W chwili gdy przekazujemy te informacje, obrady jeszcze się nie zakończyły, ale rzecznik prasowy rządu oświadczył, że prezydent Republiki wygłosi około północy uroczyste orędzie. Według informacji, które dobiegają z południa kraju, sytuacja na statkach emigrantów się nie zmieniła. Komunikat szefa sztabu armii potwierdza, że rozmieszczono dwie dywizje na wybrzeżu naprzeciw tych…” (Dziennikarz zawahał się i jakże dobrze go zrozumiano! Jak nazwać ten nieprzebrany tłum? Wrogiem? Hordą? Inwazją? Maszerującym Trzecim Światem?) – „…wobec tej nietypowej inwazji” (Proszę! Wybrnął z tego całkiem nieźle!) – „…i że wsparcie w postaci trzech dywizji jest już w drodze na południe, mimo pewnych trudności z przemieszczaniem się. W ostatnim komunikacie, podanym do wiadomości publicznej przed pięcioma minutami, pułkownik Dragasès, szef sztabu generalnego, zapowiada, że wojsko rozpaliło na wybrzeżu około dwudziestu olbrzymich stosów, gdzie…” (Dziennikarz znów się zawahał. Słychać było, jak westchnął. Starszemu panu wydało się nawet, że powiedział: „Mój Boże!”) – „… gdzie pali się tysiące zwłok wyrzuconych dotąd ze wszystkich przybyłych statków”.