Trzynaście powodówTekst

Autor:Jay Asher
Z serii: Salamandra
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trzynaście powodów
Trzynaście powodów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Trzynaście powodów
Trzynaście powodów
Audiobook
Czyta Anna Próchniak, Marcin Hycnar
34,90  25,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

13 POWODÓW

Wczoraj

Kaseta 1: Strona A

Kaseta 1: Strona B

Kaseta 2: Strona A

Kaseta 2: Strona B

Kaseta 3: Strona A

Kaseta 3: Strona B

Kaseta 4: Strona A

Kaseta 4: Strona B

Kaseta 5: Strona A

Kaseta 5: Strona B

Kaseta 6 : Strona A

Kaseta 6: Strona B

Kaseta 7: Strona A

Kaseta 7: Strona B

Nazajutrz

Polecamy

Dla JoanMarie

Proszę pana – powtarza. – Kiedy to ma dojść do adresata?

Dwoma palcami pocieram czoło nad lewą brwią, mocno. Ból przybrał na sile.

Urzędniczka zabiera paczkę. To samo pudełko po butach, które znalazłem na ganku niecałe dwadzieścia cztery godziny wcześniej, opakowane z powrotem w brązowy papier, oklejone przezroczystą taśmą klejącą, dokładnie tak jak wtedy, gdy trafiło do mnie. Tylko zaadresowane na inne nazwisko. Następne z listy Hannah Baker.

– Parszywa trzynastka – mamroczę pod nosem. I zaraz wzdragam się z odrazą na samą myśl.

– Przepraszam, nie dosłyszałam.

Potrząsam głową.

– Ile płacę?

Umieszcza pudełko na gumowej podkładce, potem wystukuje na klawiaturze ciąg znaków.

Stawiam kubek z kawą ze stacji benzynowej na kontuarze i zerkam na ekran. Wyciągam parę banknotów z portfela, wyłuskuję z kieszeni kilka monet i kładę pieniądze w okienku.

– Kawa chyba jeszcze nie zadziałała – mówi. – Brakuje dolara.

Wręczam jej dodatkowy banknot, potem przecieram oczy, usiłując odpędzić senność. Biorę łyk kawy, jest chłodnawa i trudna do przełknięcia. Ale muszę się przecież jakoś obudzić. A może nie. Może najlepiej przetrwać ten dzień, na wpół śpiąc. Może to jedyny sposób, by w ogóle jakoś go przetrwać.

– Powinna dotrzeć do adresata jutro – oświadcza urzędniczka. – Góra pojutrze. – Potem kładzie paczkę na stojącym za nią wózku.

Trzeba było poczekać do końca zajęć. Dać Jenny jeszcze jeden, ostatni dzień spokoju.

Choć na to nie zasługuje.

Kiedy jutro albo pojutrze przyjdzie do domu, znajdzie na progu paczkę. Albo – jeśli jej mama, tata czy ktokolwiek inny pojawi się tam pierwszy – na swoim łóżku. I poczuje podekscytowanie. Ja poczułem. Paczka bez adresu zwrotnego? Przez roztargnienie czy umyślnie? Może od tajemniczego wielbiciela?

– Chce pan potwierdzenie nadania? – pyta urzędniczka.

Kręcę głową.

Drukarka i tak je wystukuje. Patrzę, jak kobieta odrywa paragon od ząbkowanego plastiku i wyrzuca do kosza.

W miasteczku jest tylko jedna poczta. Zastanawiam się, czy ta sama urzędniczka pomagała innym ludziom z listy, tym, którzy dostali paczkę przede mną. Czy oni zatrzymali swoje potwierdzenia w charakterze chorej pamiątki? Upchnęli w szufladach na bieliznę? Przypięli do korkowych tablic?

Omal nie proszę o zwrot swojego. Omal nie mówię: „Przepraszam, czy mógłbym jednak dostać pokwitowanie?” Jako przestrogę.

Tylko że gdybym potrzebował przestrogi, mogłem przegrać sobie kasety albo zachować mapę. Ale za nic nie chcę słuchać tych taśm znowu, choć głos Hannah nigdy nie opuści mojej głowy. A te domy, ulice i liceum już zawsze będą mi ją przypominać.

Teraz nie mam już nad tym kontroli. Paczka jest w drodze. Wychodzę z poczty bez kwitka.

Głęboko w głowie, na wysokości lewej brwi, ciągle czuję pulsujący ból. Każdy łyk kawy ma kwaśny posmak, a im bardziej zbliżam się do szkoły, tym bliższy jestem zasłabnięcia.

Chcę zasłabnąć. Upaść na ziemię i wpełznąć w pnącza bluszczu. Ponieważ zaraz za nim chodnik zakręca, biegnąc wzdłuż szkolnego parkingu. Przecina trawnik przed szkołą i prowadzi prosto do frontowych drzwi głównego budynku. Zamienia się w korytarz, który ciągnie się między rzędami szafek i klas po obu stronach i kończy na zawsze otwartych drzwiach pracowni, w której mamy pierwszą lekcję.

Z przodu sali, naprzeciw uczniów, będzie stało biurko pana Portera. On jako ostatni otrzyma przesyłkę bez nazwiska nadawcy. A pośrodku, w lewym rzędzie, zobaczę ławkę Hannah Baker.

Pustą.

Wczoraj
Godzinę po zakończeniu zajęć

Paczka wielkości pudełka na buty leży przy frontowych drzwiach. Jest w nich wprawdzie mały otwór na pocztę, ale nic grubszego od kostki mydła się przez niego nie przeciśnie. Z pospiesznych gryzmołów na opakowaniu wynika, że przesyłka jest dla Claya Jensena, więc ją podnoszę i wchodzę do środka.

Zabieram paczkę do kuchni i stawiam na blacie. Wysuwam szufladę na rupiecie i wyjmuję nożyczki. Przeciągam ich ostrzem dokoła papieru i zdejmuję wierzch pudełka. We wnętrzu znajduje się zwinięta w tubę folia pęcherzykowa. Odwijam ją i odkrywam siedem kaset magnetofonowych luzem.

Na wszystkich figuruje ciemnoniebieski numer namalowany w prawym rogu, chyba lakierem do paznokci. Każdą stronę oznaczono kolejno: jeden i dwa na pierwszej kasecie, trzy i cztery na drugiej, pięć i sześć, i tak dalej. Na ostatniej taśmie po jednej stronie znajduje się trzynastka, po drugiej – nic.

Kto mógłby przysłać mi pudełko na buty pełne kaset magnetofonowych? Nikt już nie słucha muzyki z kaset. Czy w ogóle mam je jak odtworzyć?

Garaż! Miniwieża na stole warsztatowym. Tata kupił ją na wyprzedaży domowej prawie za grosze. Sprzęt jest stary, więc ojciec się nie przejmuje, że może zostać zasypany trocinami lub umazany farbą. I, co najważniejsze, ma magnetofon.

Przyciągam taboret do stołu, rzucam plecak na podłogę i siadam. Wciskam klawisz kieszeni kasety na odtwarzaczu. Otwierają się plastikowe drzwiczki i wsuwam do środka pierwszą taśmę.

Kaseta 1: Strona A

Siema, dziewczyny i chłopaki. Mówi Hannah Baker. Na żywo i w stereo.

Nie mogę uwierzyć.

Bez powtórek. Bez bisów. I tym razem kategorycznie bez żadnych próśb.

Nie, nie mieści mi się to w głowie. Hannah Baker się zabiła.

Mam nadzieję, że jesteście gotowi, ponieważ zamierzam wam opowiedzieć o swoim życiu. A konkretniej, dlaczego moje życie się skończyło. Bo skoro słuchacie tych taśm, jesteście jednym z powodów.

Że co? Nie!

Nie powiem, komu poświęcone są poszczególne kasety. Ale bez obawy, jeśli otrzymaliście to śliczne pudełeczko, wasze nazwisko prędzej czy później się pojawi… obiecuję.

Uwaga! Skąd wiadomo, że martwa dziewczyna nie kituje? Odpowiedź: bo już wykitowała.

Czy to jest jakiś chory list pożegnalny?

No, śmiało. Śmiejcie się. Cóż. Myślałam, że to zabawne.

Przed śmiercią Hannah nagrała zestaw kaset. Dlaczego?

Reguły są proste. I tylko dwie. Po pierwsze, słuchacie. Po drugie, przekazujecie taśmy dalej. Przy odrobinie szczęścia żadna z tych rzeczy nie przyjdzie wam łatwo.

– Czego tam słuchasz?

– Mamo!

Rzucam się do magnetofonu i wciskam kilka przycisków naraz.

► ◄◄ ►► ▌▌

– Mamo, przestraszyłaś mnie – mówię. – To nic ważnego. Projekt do szkoły.

Moja gotowa odpowiedź na wszystko. Późno wracam do domu? Projekt do szkoły. Potrzebuję dodatkowych pieniędzy? Projekt do szkoły. A teraz kasety z głosem jakiejś dziewczyny. Dziewczyny, która dwa tygodnie temu połknęła garść tabletek.

Projekt do szkoły.

– Mogę posłuchać? – pyta.

– Nie mój – odpowiadam, szurając palcami butów o betonową posadzkę. – Pomagam przyjacielowi. Na historię. Nuda.

– To ładnie z twojej strony – mówi. Pochyla się nad moim ramieniem i podnosi zakurzoną ścierkę, jedną z moich dawnych pieluch, by zabrać ukryty pod nią centymetr. Potem całuje mnie w czoło. – Już ci nie przeszkadzam.

Czekam, aż drzwi się zamkną, i kładę dłoń na klawiszu odtwarzania. Moje palce, ręce, ramiona, kark, wszystko jest zupełnie bezwładne. Nie mam sił, by wcisnąć jeden przycisk na magnetofonie.

 

Podnoszę pieluchę i przykrywam nią pudełko z taśmami, by nie musieć na nie patrzeć. Żałuję, że w ogóle je zobaczyłem, i te siedem kaset w środku. Włączenie odtwarzania za pierwszym razem poszło łatwo. Pryszcz. Jeszcze nie wiedziałem, co zaraz usłyszę.

Ale teraz to jest jedna z bardziej przerażających rzeczy, jaką musiałem zrobić w życiu.

Zmniejszam głośność i wciskam „Play”.

…pierwsze, słuchacie. Po drugie, przekazujecie taśmy dalej. Przy odrobinie szczęścia żadna z tych rzeczy nie przyjdzie wam łatwo.

Kiedy uporacie się już ze wszystkimi trzynastoma stronami – ponieważ jest trzynaście stron tej historii – przewińcie kasety, odłóżcie je do pudełka i przekażcie temu, kto następuje w opowieści po was. A szczęśliwa trzynastka może je zabrać ze sobą prosto do piekła. Niewykluczone, że się tam spotkamy. Zależy, jakiego jesteście wyznania.

Na wypadek gdyby kusiło was złamanie reguł, przyjmijcie do wiadomości, że zrobiłam kopie tych taśm. Zostaną upublicznione, jeśli cały zestaw nie dotrze do każdego z was po kolei.

To nie była decyzja podjęta pod wpływem chwili.

Nie lekceważcie mnie… znowu.

Nie. Ona nie mogła serio tak myśleć.

Jesteście obserwowani.

▌▌

Żołądek podchodzi mi do gardła. Niedaleko, na stołku, stoi do góry nogami plastikowy kubeł. Gdybym musiał zwymiotować, bez trudu mogę dosięgnąć rączki i go odwrócić.

Prawie nie znałem Hannah Baker. Choć chciałem. Marzyłem, by poznać ją lepiej. Latem pracowaliśmy razem w kinie. A nie tak dawno, na jednej z imprez, całowaliśmy się. Ale nigdy nie mieliśmy okazji się zaprzyjaźnić. I ani razu jej nie zlekceważyłem. Ani jeden raz.

Te kasety nie powinny tu trafić. Nie do mnie. To musi być jakaś pomyłka.

Albo poroniony żart.

Przysuwam po podłodze kosz na śmieci. Mimo że raz już to zrobiłem, ponownie sprawdzam opakowanie. Musi być gdzieś adres zwrotny. Może go przeoczyłem.

Ktoś puścił w obieg pożegnalne kasety Hannah Baker. Zrobił kopię i wysłał je do mnie dla kawału. Jutro w szkole będzie rył na mój widok albo tylko uśmiechnie się znacząco pod nosem i odwróci wzrok. I wtedy będę już wiedział kto.

A wtedy? Co zrobię wtedy?

Nie wiem.

O mały włos bym zapomniała. Jeśli jesteście na mojej liście, musieliście otrzymać mapę.

Upuszczam papier do kosza.

Jestem na liście.

Parę tygodni temu, dosłownie kilka dni wcześniej zanim Hannah nałykała się tabletek, ktoś wsunął kopertę przez otwór w mojej szkolnej szafce. Na kopercie czerwonym flamastrem napisano: „Zachowaj – przyda ci się”. W środku znajdowała się złożona mapa naszego miasta, z tuzinem różnych miejsc oznaczonych czerwonymi gwiazdkami.

W podstawówce używaliśmy takich samych mapek Izby Handlowej do nauki stron świata. Maleńkie niebieskie numery porozrzucane na rysunku odpowiadały nazwom przedsiębiorstw wymienionym na marginesach.

Nosiłem mapę Hannah Baker w plecaku. Zamierzałem pokazać ją kolegom ze szkoły, by sprawdzić, czy ktoś jeszcze dostał podobną. Czy wie, co oznacza. Ale po jakimś czasie wsunęła się pod podręczniki i zeszyty i cała sprawa wyleciała mi z głowy.

Aż do teraz.

W nagraniach pojawi się kilka miejsc naszego ukochanego miasteczka, które powinniście odwiedzić. Nie mogę was do tego zmusić, ale jeśli chcielibyście lepiej wszystko zrozumieć, po prostu kierujcie się gwiazdkami. Możecie też, jeśli wolicie, wyrzucić mapy, prawdopodobnie i tak nigdy się o tym nie dowiem.

Głos Hannah dobiega z zakurzonych głośników, a ja czuję ciężar plecaka opartego o nogę. W środku gdzieś na samym dnie leży jej zmięta mapa.

Albo się dowiem. Tak naprawdę nie mam pojęcia, jak to jest z tą śmiercią. Kto wie, może właśnie w tej chwili stoję za plecami któregoś z was.

Pochylam się do przodu i opieram łokcie na stole. Głowa opada mi w dłonie, przesuwam palcami po raptem mokrych włosach.

Przepraszam. To nie było fair.

Zatem gotów, panie Foley?

Justin Foley. Czwartoklasista. Pierwszy chłopak, z którym Hannah się całowała.

Ale skąd to wiem?

Justin, kochanie, byłeś pierwszym, z którym się całowałam. Pierwszym, z którym trzymałam się za rękę. A okazałeś się tylko pętakiem, jakich wielu. Nie mówię tego złośliwie, naprawdę. Miałeś w sobie coś takiego, co sprawiało, że chciałam być twoją dziewczyną. Do dziś nie rozumiem co. Ale miałeś to coś… i było to zadziwiająco silne.

Nie wiesz o tym, ale dwa lata temu, kiedy chodziłam do pierwszej klasy, a ty do drugiej, włóczyłam się za tobą. Na szóstej lekcji pracowałam w sekretariacie w dziale frekwencji, więc znałam cały rozkład twoich zajęć. Skserowałam nawet twój plan lekcji, który, jestem pewna, jeszcze gdzieś mam. Teraz, kiedy będą przeglądać moje rzeczy, pewnie go wyrzucą, w przekonaniu, że zadurzenie z pierwszej klasy nie ma znaczenia. Ale czy aby na pewno?

Dla mnie owszem. Ma. Cofnęłam się aż do ciebie, żeby znaleźć początek mojej opowieści. I właśnie tu się ona zaczyna.

No to gdzie ja jestem na tej liście, wśród tych historii? Drugi? Trzeci? Czy im dalej w las, tym to wygląda gorzej? Powiedziała, że szczęśliwa trzynastka może zabrać kasety do piekła.

Kiedy przesłuchasz wszystkie taśmy, Justin, mam nadzieję, że zrozumiesz rolę, jaką odegrałeś. Teraz może się wydawać niewielka, ale się liczy. W ostatecznym rozrachunku wszystko się liczy.

Rozczarowanie. Jedno z najgorszych uczuć.

Wiem, że nie chciałeś sprawić mi zawodu. Tak naprawdę większość z was przypuszczalnie nie zdaje sobie sprawy z tego, co robiła – co naprawdę robiła.

Co ja takiego robiłem, Hannah? Bo, z ręką na sercu, nie mam pojęcia. W tę noc, jeśli chodzi ci o tę, o której myślę, czułem się tak samo źle jak ty. Może nawet bardziej, ponieważ ja nadal nie wiem, co się, do diabła, wydarzyło.

Pierwszą czerwoną gwiazdkę znajdziecie na C-4. Przesuńcie palec do góry na C i opuśćcie go na 4. Tak, zgadza się, jak w grze w okręty. Kiedy skończycie słuchać tej kasety, powinniście tam pójść. Mieszkaliśmy w tym domu tylko chwilę, przez lato przed pierwszą klasą liceum, zaraz po przyjeździe do miasteczka.

I to tam po raz pierwszy cię zobaczyłam, Justin. Może pamiętasz. Kochałeś się w mojej przyjaciółce Kat. Szkoła miała się zacząć dopiero za dwa miesiące, a Kat była jedyną osobą, którą tu znałam, bo mieszkała drzwi obok. Twierdziła, że przez cały ubiegły rok się do niej przystawiałeś. To znaczy niezupełnie przystawiałeś: po prostu się gapiłeś i przypadkiem wpadałeś na nią na korytarzach.

No bo to były przypadki, prawda?

Kat powiedziała, że na dyskotece na zakończenie roku szkolnego odważyłeś się wreszcie na coś więcej. Przetańczyliście razem każdy wolny kawałek. Zwierzyła mi się, że wkrótce ma zamiar pozwolić ci się pocałować. Pierwszy pocałunek w jej życiu. Co za zaszczyt!

Te historie muszą być naprawdę niekiepskie. Właśnie dlatego kasety wędrują od jednej osoby do drugiej. Ze strachu.

Czy ktoś chciałby wysyłać innym nagrania, które obarczają go winą za czyjeś samobójstwo? Mowy nie ma. Ale Hannah życzy sobie, żebyśmy – ci z nas, którzy są na jej liście – wysłuchali tego, co ma nam do powiedzenia. I zrobimy tak, jak nam każe, przekazując dalej taśmy, byleby tylko nie dostały się w ręce ludzi spoza listy.

„Lista”. Brzmi jak jakieś tajne stowarzyszenie. Elitarne.

I z jakiegoś powodu ja też do niego należę.

Chciałam zobaczyć, jak wyglądasz, Justin, więc zadzwoniłyśmy do ciebie z mojego domu, mówiąc, żebyś wpadł. Dzwoniłyśmy ode mnie, ponieważ Kat nie chciała, żebyś wiedział, gdzie mieszka… przynajmniej na razie… choć jej dom znajdował się tuż obok mojego.

Grałeś w piłkę – nie wiem, w kosza, w baseball czy w co tam jeszcze – i mogłeś przyjść dopiero później. Więc czekałyśmy.

W kosza. Wielu z nas trenowało tego lata w nadziei na dostanie się do młodzików w pierwszej klasie. Justin, choć dopiero drugoklasista, już miał zapewnione miejsce w szkolnej reprezentacji. Więc graliśmy z nim, licząc, że się podszkolimy przez lato. I niektórym się udało.

A niektórym niestety nie.

Siedziałyśmy u mnie w wykuszu okiennym od frontu, gadając od kilku godzin, kiedy ni stąd, ni zowąd pojawiłeś się z jednym z przyjaciół – hejka, Zach – na ulicy.

Zach? Zach Dempsey? W towarzystwie Hannah widziałem go tylko raz, i to przelotnie, w ten wieczór, kiedy ją poznałem.

Przed moim starym domem dwie przecznice zbiegają się niczym odwrócone T, a wy szliście środkiem drogi w naszym kierunku.

▌▌

Chwilka. Chwilka. Muszę pomyśleć.

Skubię suchy kleks z pomarańczowej farby tkwiący na stole. Dlaczego tego słucham? Po co się czymś takim katować? Może po prostu wyjąć kasetę z magnetofonu i wrzucić całe pudełko do kosza?

Przełykam ślinę. W kącikach oczu czuję palące łzy.

Bo to jest głos Hannah. Bo myślałem, że nigdy go już nie usłyszę. Nie mogę tego tak po prostu wywalić.

I z powodu reguł. Zerkam na pudełko ukryte pod pieluchą. Powiedziała, że zrobiła kopię wszystkich taśm. A co, jeśli nie? Może jeżeli kasety przestaną krążyć, jeżeli ich nie przekażę, będzie po sprawie. Koniec. Nic się nie wydarzy.

Ale jeśli znajduje się tam coś, co mogłoby mnie zranić? Jeśli to nie jest podpucha? Wtedy drugi zestaw zostanie upubliczniony. Tak powiedziała. I wszyscy usłyszą ich treść.

Plama farby łuszczy się jak strup.

Kto się odważy sprawdzić, czy Hannah nie blefowała?

Przeszedłeś przez krawężnik i postawiłeś jedną nogę na trawniku. Tata przez cały ranek trzymał włączone zraszacze, więc trawa była mokra, stopa podjechała ci do przodu i omal nie zrobiłeś szpagatu. Zach gapił się w okno, starając się lepiej przyjrzeć nowej przyjaciółce Kat – to znaczy mnie – i wpadł na ciebie, lądując obok na chodniku.

Odepchnąłeś go i wstałeś. On też się zaraz podniósł, popatrzyliście na siebie, niepewni, co zrobić. I na co się zdecydowałeś? Pobiegłeś z powrotem ulicą, podczas gdy ja i Kat śmiałyśmy się w oknie jak szalone.

Pamiętam. Kat uważała, że to było zabawne. Opowiedziała mi o tym na swojej pożegnalnej imprezie tego lata.

Tej samej, na której poznałem Hannah Baker.

Boże. Wydała mi się taka ładna. No i była nowa w mieście, właśnie to mnie najbardziej kręciło. W towarzystwie płci przeciwnej, zwłaszcza wtedy, język stawał mi kołkiem albo plątał się tak, że nawet zuch by uciekł. Ale przy niej mogłem być nowym, podrasowanym Clayem Jensenem, pierwszoklasistą z liceum.

Kat się wyprowadziła, zanim szkoła się zaczęła, a ja zakochałam się w chłopaku, którego zostawiła. I nie minęło dużo czasu, kiedy ten chłopiec zaczął interesować się mną. Być może dlatego, że jakoś zawsze znajdowałam się obok.

Nie chodziliśmy razem na żadne zajęcia, ale na pierwszej, czwartej i piątej godzinie mieliśmy lekcje w sąsiadujących ze sobą klasach.

Na imprezie u Kat wszyscy sterczeli na patio, mimo że na zewnątrz było lodowato. To była chyba najzimniejsza noc w roku. A ja oczywiście zapomniałem zabrać z domu kurtki.

Po jakimś czasie udało mi się na twój widok wydusić „cześć”. A niedługo potem tobie się udało wydusić odpowiedź. Później, pewnego dnia, przeszłam obok ciebie bez słowa. Wiedziałam, że cię to ruszy, i tak doszło do naszej pierwszej dłuższej rozmowy.

Nie, nieprawda. Zostawiłem kurtkę w domu, bo chciałem, żeby wszyscy zobaczyli moją nową koszulę.

Jakim byłem głupkiem.

– Hej – powiedziałeś. – Nie przywitasz się?

Uśmiechnęłam się, wzięłam oddech i odwróciłam się.

– A niby dlaczego powinnam?

– Bo zawsze mi mówisz „cześć”.

Spytałam, dlaczego ci się zdaje, że tak dobrze mnie znasz. Powiedziałam, że prawdopodobnie nic o mnie nie wiesz.

 

Na tej imprezie u Kat, podczas pierwszej rozmowy z Hannah Baker, schyliłem się, żeby zawiązać but. I nie mogłem. Nie byłem w stanie zawiązać głupiej sznurówki, bo miałem palce zdrętwiałe z zimna.

Hannah, trzeba przyznać, zaproponowała, że zrobi to za mnie. Oczywiście w życiu bym jej nie pozwolił. Czekałem więc na stosowny moment i kiedy Zach wmieszał się do naszej pełnej skrępowania rozmowy, wymknąłem się do środka, by ogrzać palce pod strumieniem gorącej wody.

Żenada.

Wcześniej, kiedy spytałam mamę, jak zwrócić na siebie uwagę chłopca, powiedziała: „Udawaj trudną do zdobycia”. Więc właśnie to robiłam. I faktycznie, działało. Zacząłeś wyczekiwać na mnie, kręcąc się koło sal, w których miałam zajęcia.

Minęły chyba całe tygodnie, zanim wreszcie poprosiłeś mnie o numer telefonu. Ale wiedziałam, że w końcu to zrobisz, więc ćwiczyłam jego podawanie. W sposób pewny siebie i opanowany, jakby mi nie zależało. Jakbym dyktowała go setki razy na dzień.

Owszem, chłopcy w mojej starej szkole prosili mnie o numer telefonu. Ale tutaj, w nowej, byłeś pierwszy.

Nie. Nieprawda. Ale byłeś pierwszym, który miał go dostać.

Nie żebym wcześniej nie chciała go komuś podać. Byłam po prostu ostrożna. Nowe miasto. Nowa szkoła. Tym razem zamierzałam mieć kontrolę nad tym, co ludzie o mnie myślą. W końcu, ile razy dostajemy drugą szansę?

Przed tobą, Justin, gdy tylko ktoś prosił, podawałam wszystkie cyfry prawidłowo, aż do ostatniej. Wtedy nachodził mnie strach i myliłam się… coś jakby z przypadkowym rozmysłem, wiesz.

Stawiam plecak na kolanach i rozpinam zamek największej kieszeni.

Stanowczo za bardzo się denerwowałam, patrząc, jak zapisujesz ten numer. Na szczęście sam byłeś stanowczo zbyt zdenerwowany, by to zauważyć. Kiedy wreszcie wykrztusiłam ostatnią cyfrę – właściwą – uśmiechnęłam się od ucha do ucha.

Tymczasem tobie ręka potwornie się trzęsła i zaczęłam się obawiać, że teraz to ty się rąbniesz. Nie zamierzałam na to pozwolić.

Wyciągam jej mapę i rozkładam na stole.

Wskazałam na cyfrę, którą pisałeś.

– To powinno być siedem – powiedziałam.

– To jest siedem.

Drewnianą linijką wygładzam załamania.

– Aha. W porządku, jeśli jesteś pewien.

– Jestem – powiedziałeś. Ale przekreśliłeś cyfrę i napisałeś obok inną, jeszcze bardziej koślawą.

Naciągnęłam na dłoń mankiet rękawa i już, już wyciągałam rękę, żeby zetrzeć ci pot z czoła… tak jak zrobiłaby to moja matka. Na szczęście jakoś się powstrzymałam. Inaczej już nigdy nie poprosiłbyś żadnej dziewczyny o numer telefonu.

Przez wewnętrzne drzwi garażu słyszę, że woła mnie mama. Ściszam magnetofon, gotów wcisnąć stop, jeśli się otworzą.

– Tak?

Zanim zdążyłam dotrzeć do domu, już zadzwoniłeś. Dwa razy.

– Nie chcę ci przeszkadzać – mówi – tylko powiedz, czy jesz z nami kolację.

Mama spytała, kim jesteś, i rzuciłam, że kolegą ze szkoły. Że pewnie chciałeś się dowiedzieć o pracę domową. Na co ona stwierdziła, że powiedziałeś jej dokładnie to samo.

Patrzę na pierwszą czerwoną gwiazdkę. C-4. Wiem, gdzie to jest. Ale czy powinienem tam pójść?

Nie wierzyłam własnym uszom, Justin: okłamałeś moją mamę.

Dlaczego sprawiło mi to taką radość?

– Nie – odpowiadam. – Idę do kumpla. Pomóc mu przy projekcie do szkoły.

Bo nasze kłamstwa się pokrywały. To był znak.

– Dobrze – mówi mama. – Zostawię ci coś w lodówce, będziesz mógł sobie później odgrzać.

Mama spytała, na jaki przedmiot chodzimy razem, i powiedziałam, że na matmę, co nie było całkowitym kłamstwem. Oboje mieliśmy matmę. Tyle że nie razem. I nie w tej samej klasie.

– Zgadza się – zawyrokowała. – Powiedział mi to samo.

Oskarżyłam ją o to, że nie ufa własnej córce, porwałam świstek papieru z twoim numerem i pobiegłam na górę.

Pójdę tam. Na miejsce pierwszej gwiazdki. Ale wcześniej, gdy tylko odsłucham tę taśmę, wpadnę do Tony’ego. Nie wymienił odtwarzacza w samochodzie na nowocześniejszy, nadal używa magnetofonu. Twierdzi, że w ten sposób ma kontrolę nad tym, co jest grane. Jeśli pasażer przyniósł własną muzę, pech. „Nośnik jest niekompatybilny”, mówi wtedy Tony.

Kiedy odebrałeś telefon, powiedziałam: „Justin? Tu Hannah. Mama mi przekazała, że dzwoniłeś z jakimś problemem z matmy”.

Tony jeździ starym mustangiem, którego przejął po bracie, który dostał go po ojcu, który pewnie odziedziczył go jeszcze po swoim ojcu. W budzie niewiele jest związków mogących się równać siłą uczucia z więzią, jaka łączy Tony'ego i jego samochód. Więcej dziewczyn rzuciło go z powodu zazdrości o auto, niż ja miałem okazję całować.

Z początku nie wiedziałeś, o co chodzi, ale w końcu przypomniałeś sobie, że okłamałeś moją mamę i, jak grzeczny chłopiec, przeprosiłeś.

Tony wprawdzie nie należy do moich bliskich przyjaciół, ale robiliśmy razem kilka projektów do szkoły, więc wiem, gdzie mieszka. A co najważniejsze, ma starego walkmana na kasety. Żółtego z cienkimi plastikowymi słuchawkami, który, jestem pewny, bez problemu mi pożyczy. Wezmę ze sobą kilka kaset i przesłucham je, spacerując po starej dzielnicy Hannah, która znajduje się zaledwie dwie przecznice od Tony’ego.

– To co to za problem z matmy, Justin? – Nie zamierzałam pozwolić ci się wymigać tak łatwo.

A może pójdę z nimi gdzie indziej. W jakieś ustronne miejsce. Bo tu nie mogę siedzieć. Nie żebym się bał, że mama czy tata rozpoznają głos w głośnikach, po prostu potrzebuję przestrzeni. Więcej powietrza.

Ale stanąłeś na wysokości zadania. Powiedziałeś, że pociąg A wyjeżdża z twojego domu o godzinie 15.45. Pociąg B wyjeżdżał z mojego dziesięć minut później.

Nie widziałeś tego, Justin, ale uniosłam rękę, jakbym siedziała w ławce szkolnej, a nie na brzegu łóżka. „Ja, ja, panie Foley. Ja”. Powiedziałam: „Znam odpowiedź”.

Kiedy wywołałeś mnie po nazwisku „Tak, panno Baker”, wyrzuciłam przez okno rady mamy o trudnej do zdobycia. Powiedziałam ci, że dwa pociągi spotykają się w parku Eisenhowera na dole przy zjeżdżalni rakiecie.

Co Hannah w nim widziała? Nigdy nie mogłem tego pojąć. Sama też przyznaje, że tego nie rozumie. Ale jak na tak przeciętnie wyglądającego chłopaka, w Justinie kocha się cała masa dziewczyn.

Na pewno nie można odmówić mu wzrostu. I może je intryguje. Zawsze wygląda przez okna, coś tam niby kontemplując.

I cisza po twojej stronie słuchawki, Justin. Naprawdę dłuuuuga.

– To kiedy te pociągi się spotykają? – spytałeś w końcu.

– Za kwadrans – rzuciłam.

Powiedziałeś, że kwadrans to straszliwie długo jak na pociągi jadące pełną parą.

Ej, przyhamuj trochę, Hannah.

Wiem, co sobie wszyscy myślicie. Hannah Baker to puszczalska.

Upss. Słyszeliście? Powiedziałam: „Hannah Baker to…” Nie powtórzę.

Urywa.

Przyciągam taboret do stołu. Dwie szpulki w magnetofonie ukryte za szybką z przydymionego plastiku przewijają taśmę z jednej strony na drugą. Z głośników dochodzi spokojny szum. Cichy, niezmienny szum.

O czym myśli? Czy ma teraz zamknięte oczy? Płacze? Trzyma palec na przycisku „Stop”, mając nadzieję, że znajdzie dość siły, by go wcisnąć. Co robi? Nie słyszę.

Pudło.

Jej głos jest wściekły. Słychać, jak drży.

Hannah Baker nie jest, i nigdy nie była, puszczalską. Nasuwa się więc pytanie, co takiego słyszeliście o mnie i Justinie.

Marzyłam o pocałunku. Byłam pierwszoklasistką, która nigdy jeszcze się nie całowała. Ani razu. Ale spodobał mi się chłopiec, ja spodobałam się jemu i chciałam go pocałować. Ot, i cała rzecz, wszystko na temat tej randki.

A jak brzmiała inna wersja? Bo obiła mi się o uszy.

Przez kilka nocy przed naszym spotkaniem w parku miewałam ten sam sen. Dokładnie taki sam. Od początku do końca. Zaraz go wam opowiem.

Ale najpierw małe wprowadzenie.

W mieście, w którym mieszkałam poprzednio, jest park przypominający pod jednym względem ten Eisenhowera. Oba mają zjeżdżalnie w kształcie rakiety. Jestem pewna, że wyprodukowała je te sama firma, bo wyglądają kropka w kropkę tak samo. Zwrócony do nieba czerwony dziób. Metalowe pręty biegnące od czubka w dół do zielonych stateczników przytrzymujących statek na ziemi. Między nimi a dziobem trzy platformy połączone drabinkami. Na górnym pokładzie ster. Na poziomie środkowym zjeżdżalnia kończąca się na placu zabaw.

Przez wiele nocy poprzedzających mój pierwszy dzień w tej szkole wspinałam się na szczyt rakiety i opierałam głowę o koło sterowe. Wiejący przez pręty nocny wiatr uspokajał mnie. Zamykałam oczy i myślałam o domu.

Też tam się kiedyś wspiąłem, tylko raz, gdy miałem pięć lat. Krzyczałem, darłem się wniebogłosy i za nic nie chciałem zejść. Ale tata był za duży i nie mógł się przecisnąć przez właz. Wezwał straż pożarną, a oni wysłali po mnie strażaczkę. Musieli mieć mnóstwo takich interwencji, ponieważ kilka tygodni temu miasto ogłosiło zamiar demontażu zjeżdżalni.

Sądzę, że to dlatego, kiedy śnił mi się mój pierwszy pocałunek, zawsze dochodziło do niego na tej rakiecie. Kojarzyła mi się z niewinnością. A ja chciałam, by mój pierwszy pocałunek był właśnie taki. Niewinny. Czysty.

To chyba dlatego nie oznaczyła parku czerwoną gwiazdką. Rakieta może stamtąd zniknąć, zanim wszyscy z listy zdążą odsłuchać taśmy.

Te sny zaczęły się w dzień, kiedy zobaczyłam, że wystajesz pod moją klasą. Kiedy zrozumiałam, że ci się podobam.

Hannah zdjęła koszulkę i pozwoliła, by Justin położył ręce na jej staniku. Tyle. Taka wersja wydarzeń w parku z tamtej nocy do mnie dotarła.

Ale chwila. Po co robiłaby coś takiego w środku parku?

Początek snu był zawsze taki sam: stoję na szczycie rakiety, trzymając się steru. To nadal jest plac zabaw i rakieta dla dzieci, nie prawdziwa, ale za każdym razem, gdy obracam ster w lewo, drzewa w parku unoszą korzenie i odsuwają się bardziej na lewo. Kiedy skręcam go w prawo, odchodzą w tę stronę.