Trufle. Przypadki księdza GroseraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Trufle. Przypadki księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50  40 
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Śmierć użyteczna
1

Czekał w pokoju przyjęć około dziesięciu minut. Był tu już wielokrotnie, ale dopiero teraz przyjrzał się baczniej wiszącym na ścianie portretom rządców diecezji. Dziwna prawidłowość. Obrazy przedstawiały na przemian dostojników łysych, otyłych i z podgardlem, oraz zasuszonych ascetów o bujnych czuprynach. Biskup Ignacy, poprzednik Zdzisława, miał siwą czuprynę. Zdzisław, co prawda, przykrywał czaszkę „pożyczką", ale śmiało można go było zaliczyć w poczet łysych. „Czyżby wybierano ich z klucza?" — przemknęło przez głowę Krystianowi.

Minął rok od objęcia probostwa. Rok współpracy z Pawłem. Na pewno nie byli przyjaciółmi. Ale nie było też żadnych konfliktów. Za chwilę będzie mógł pochwalić się, że nie zawiódł.

— Biskup prosi do sypialni — usłyszał nagle głos kapelana.

Trochę go to zdziwiło, spodziewał się raczej, że otworzą się drzwi gabinetu.

Okna były zasłonięte, choć na dworze nie zapadł jeszcze zmrok. Biskup siedział w szlafroku na skórzanym fotelu obok łóżka. Na nocnym stoliku paliła się lampka. Zdzisław wskazał gościowi fotel naprzeciwko.

— Dziękuję serdecznie za takie szybkie przyjęcie... Ale zdaje się, że zamówiłem się nie w porę...

Biskup pokręcił głową.

— W samą porę — odparł cicho, z lekkim uśmiechem, który jednak natychmiast został zgaszony przez skurcz twarzy. — Chciałem z księdzem porozmawiać. To już chyba rok, jak ksiądz jest proboszczem Męczenników. Słyszałem z różnych źródeł, że radzi sobie ksiądz nie najgorzej.

Na twarzy Krystiana malowała się pokora wprost imponująca.

— Ale najpierw proszę powiedzieć, co księdza sprowadza.

— Wspominałem już kiedyś Jego Ekscelencji, że w parafii Męczenników na parę miesięcy przed śmiercią był ksiądz Popiełuszko. Pomyślałem, że warto by ten fakt uwiecznić tablicą... Ten pomysł poparł i ksiądz Paweł, który spotkał się wówczas z księdzem Jerzym, i rada parafialna. Wszyscy zdają sobie sprawę, że dziś, kiedy ludzie nie pamiętają już prawie tamtych czasów... Hmm... Dziś...

Wargin dostrzegł zmęczenie na twarzy biskupa, pokrytej pajęczyną zmarszczek. Pożyczka była jak zawsze starannie zaczesana, choć mocno już przerzedzona. Przypominała ułożone równo na talerzu strączki fasoli. „Boże, czy można się tak zestarzeć w ciągu miesiąca?"

— Nie chcę męczyć Ekscelencji szczegółami. Powiem zatem krótko. Nie wyobrażam sobie tej uroczystości bez obecności Jego Ekscelencji.

— Ja też. Będę na pewno... jak nie ciałem, to duchem.

— Rozumiem duchowe wsparcie, bezcenne, zawsze... nam zależałoby jednak i na ciele... Jego Ekscelencji. — Krystian zrobił boleściwą minę.

— Drogi księże, no cóż, straciłem kontrolę nad swym ciałem... Może się zdarzyć, że Bóg powoła mnie wcześniej. Taką możliwość przedstawił lekarz... Prosiłem go o szczerość...

— Ależ...

Zdzisław przymknął oczy i poprawił palcem pasemko włosów, które opadło ze skroni.

— Nie, proszę, zostało mi zbyt mało czasu, aby udawać. Oczywiście, jeśli wolą Boga będzie moje ozdrowienie... ale przyjmijmy raczej, że sprawy potoczą się normalnym biegiem. Wie ksiądz, co to jest śmierć użyteczna?

Krystiana opanowała nagła tępota umysłu, a może wzruszenie. Milczał.

— To taki przypadek, gdy biskup, umierając, zwalnia stanowisko — wyjaśnił po chwili Zdzisław.

Nie wiedział, jak zareagować.

— Przepraszam księdza, położę się do łóżka.

— Rozumiem, pójdę już. Przyjdę w stosowniejszej chwili.

— Nie, nie, proszę zostać.

Zapadło długie milczenie.

— Niezrozumienie kapłana... — przemówił wreszcie Zdzisław — boli. Ludzie dziś nie rozumieją, czym jest kapłaństwo. Zresztą, czy my sami to rozumiemy? Wie ksiądz, co to za uczucie, kiedy zbliża się koniec, a nie ma się pewności, czy minie się metę?

Wargin poczuł, że zasycha mu w gardle. „Do czego on zmierza?"

— Groser... on miał szansę... Boję się zmarnowania... Taki talent… — biskup nie kończył zdań. Westchnął ciężko. Zamknął oczy i długo, delikatnie, prawie niezauważalnie kręcił głową. Znowu zapadła kłopotliwa cisza.

— Tak, Wacław miał talent, tylko że gdybym ja miał talent literacki, to bym napisał o pięknie kapłaństwa. O tym, czym jest ono naprawdę — Wargin spróbował wejść w dialog z przełożonym. Gdy jednak spojrzał na jego twarz, przestraszył się, że słowami, którymi chciał się wgryźć w jego łaski, sprawił mu potworny ból. Zdzisław skrzywił się, jakby mu pękł wrzód. Oddychał głęboko. Cała jego istota przemieniła się w oddychanie. Po chwili, nie otwierając oczu, wyszeptał:

— Niemożliwe...

— Co niemożliwe? — Wargin z troską przysunął się do chorego, chcąc zaoszczędzić mu wysiłku.

— Żeby ksiądz miał talent.

Wargin uśmiechnął się, rozumując, że jest to początek dowcipu, w którym rozmówca musi postawić pytanie:


— Dlaczego? — spytał z nieco głupawym wyrazem twarzy, który zwykle pojawia się u obrażanego podwładnego.

— Bo Pan Bóg daje go tylko tym, do których ma zaufanie.

Krystian przełknął ślinę. Biskup na ten moment otworzył oczy.

— Przepraszam księdza, to moja słabość... nie potrafię... bez złośliwości. Nie potrafię się od niej uwolnić. Ale to już naprawdę... ostatni raz... — biskup uśmiechnął się ze smutkiem.

— Proszę... — jęknął Krystian, protestując przeciw śmiertelnym przepowiedniom.

Biskup uniósł dłoń na znak, by mu nie przerywał.

— Ja, proszę księdza, chciałbym, żeby...

Urwał, jakby zrezygnował z prośby. Milczenie trwało około minuty. Wydawało się, że biskup zasnął z wyczerpania. Gdy jednak tylko otworzył oczy, Krystian rzucił się z gotowością spełnienia prośby.

— Żeby co?

— Żeby ksiądz zaprzyjaźnił się z Groserem.

— Ależ my... my przyjaźnimy się od ponad dwudziestu lat. Już w seminarium byliśmy nierozłączni...

Głowa biskupa drgnęła na znak zrozumienia.

— To posprzątajcie, posprzątajcie waszą przyjaźń.

Zdzisław wlepił w Krystiana swoje zmęczone oczy.

— Trzeba prostować ścieżki... Proszę, to nie wyrzut. Ja też... Moja wina. Nie umiałem... Pycha... Chciałbym go jeszcze zobaczyć... Proszę się modlić o moje nawrócenie.

— Błagam, proszę oszczędzać siły.

— Nie, nie, nie... Zaprosiłem... bo chcę z księdzem szczerze porozmawiać... To boli bardziej niż ten... niż ból. Wygnałem, podeptałem kapłana dla chwały Kościoła. — Spróbował się uśmiechnąć pokutnie, ale zaczął kaszleć. — Boże, Boże... Wie ksiądz, przeglądałem swój kalendarz. Niewiele dni przede mną, więc przypominam sobie te, które minęły... Obiady... jadłem je zawsze z księżmi albo z biznesmenami. Stogę zakreślałem nawet na czerwono. Żadnego biedaka... A Kościół albo jest z ubogimi, albo go nie ma... Czy ksiądz mógłby zapro... — ostatnie słowo utonęło nagle w spazmatycznym kaszlu. Zdawało się, że wstrząsane nim ciało biskupa próbuje bezskutecznie poderwać się do lotu.

Gdy się wreszcie uspokoił, po jego policzku spływała łza. „Pożyczka" opadła na czoło, ale biskup już jej nie poprawiał. Otworzył oczy i znów wpatrywał się nieruchomo w Wargina.

— A ksiądz już wrócił do Polski?

— Słucham?

— No z Gregorianum. Mówił mi kardynał Grocho... Z Rzymu nie chcą puścić księdza. Podobno Ratzinger się interesuje…

„Majaczy" — pojął w lot Krystian. Ten, z którym zwykle prowadził polityczne gierki i którego zawsze się bał, bo mógł go przejrzeć, umierał. W ułamku sekundy zrozumiał, że już nie musi przed nim udawać. Że już nie musi się go bać tu, na ziemi. I to go przeraziło. Nie było już miejsca na kłamstwo.

— Proszę Ekscelencji, ja jestem Krystian Paleczny, proboszcz Braci Męczenników. Ja zawołam kapelana...

2

Paweł starał się nie żywić urazy. Co prawda, pamięć o wypędzeniu nie znikła i biskup Zdzisław nie zdołał jej zmazać teatrem, który urządził mu z okazji jego powrotu, ale kolec otorbił się na tyle, że Paweł mógł dość sprawnie funkcjonować. Zresztą teraz biskupowi można było tylko współczuć. Jego dni, a raczej, jak wszyscy mówili — godziny — były policzone. Nowotwór był złośliwy i szybki. W ciągu dwóch miesięcy Zdzisław stał się wrakiem człowieka.

Paweł pomógł Krystianowi wejść w parafię, uderzyć do ludzi, którzy mają potrzebę pracy dla wspólnoty, tylko trzeba do nich odpowiednio zapukać. Użyteczny wikary. Spotykał się okazjonalnie z młodzieżą, ale duszpasterstwa jako takiego nie prowadził. Wiadomo było, że za chwilę przyjdzie w tym celu do parafii Franek Ognik. Nie chciał mu wchodzić w paradę. W chwilach wolnych przygotowywał plan pracy doktorskiej, podczytywał fachową literaturę.

— No to cóż, Pawełku, trzeba oblać dziś nasze święto. Dokładnie od roku ciągniemy ten wózek.

— W sierpniu?

— Nie żartuj sobie. Po alkoholowym wyczynie Śliwińskiego? Napijemy się za biskupów. Żadne wielkie picie. Kropelka hipokryzji. — Zadumał się. — Tak, teraz mogę ci powiedzieć. Miałem pietra, czy podołam. Ale chyba nie jest najgorzej. Co rusz słyszę podziękowania, wyrazy uznania. „Życie wróciło — powiedziała mi wczoraj Sajdakowa. — Proboszcz Potocki niestety już słabował". Nie mówiłbym tego, gdyby chodziło o moje zasługi. To ty masz w tym największy udział...

— Może Sajdakowa nie wie, że moc w słabości się doskonali. — Paweł zagłębił łyżeczkę w orzechowym torcie produkcji pani Halinki. — Wie natomiast doskonale, jak pokadzić każdemu, kogo akurat spotka — westchnął, jakby z politowaniem. — Wiesz, z kimkolwiek rozmawiam, wspomina z łezką w oku Wacka. A już pani Janeczka Gorgoń bezustannie mnie nagabuje, czy nie mam od niego jakichś wieści.

 

— Eee, chyba przesadzasz...

W tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Po chwili weszła pani Halinka. Po odejściu Gołąbka chciała zrezygnować z funkcji gosposi, ale Wargin ubłagał ją, twierdząc, że bez niej na pewno nie zdoła pokierować Męczennikami. Halinkę, która spodziewała się raczej wymówienia z „powodów obiektywnych", wzruszyła i rozbroiła ta prośba. Poza tym wrócił Paweł. Ten powrót osłodził jej odejście Gołąbka i Grosera, no i Leszka.

— Proszę księdza, przyszła pani, która koniecznie chce rozmawiać z proboszczem.

— Pani Halinko, to teraz niemożliwe. Jedziemy z księdzem Pawłem do profesora Stasińskiego w sprawie tablicy księdza Jerzego. Proszę jej powiedzieć, żeby przyszła wieczorem. Do biura.

— Obawiam się, że może w ogóle nie przyjść.

— Słodki Boże, no dobrze, zdaję się na pani intuicję. Pawle, bądź tak dobry, zadzwoń do profesora i powiedz, że się spóźnimy kwadransik...

3

Do nozdrzy Wargina doszedł zapach jego ulubionych perfum Nothing. Tych samych, których używała Ola.

— Dzień dobry pani. Czym mogę służyć? — zwrócił się z dobrotliwym uśmiechem do kobiety.

Minę miała tak zrezygnowaną, jakby przed chwilą dowiedziała się o spaleniu domu i wymordowaniu rodziny.

— Wszechmocą... — spróbowała zażartować i urwała. — Nie wiem, nie wiem, czy to ma sens.

Wargin usiadł za biurkiem. Splótł ręce na jego krawędzi i przypatrywał się ze spokojem kobiecie. To właśnie tu, w biurze parafialnym tworzy się wizerunek proboszcza. Był o tym przekonany w stu procentach. Możesz mówić cudowne kazania, ale ludzie cenią najbardziej to, jak ich potraktujesz w biurze. Takich rad udzielił mu przed rokiem proboszcz Zbawiciela, jego serdeczny przyjaciel. Biuro jest kluczem do serc parafian. Kobieta miała około trzydziestu lat. Ubrana była skromnie, w szarości, ale Krystian dobrze wiedział, że za tą szarością kryły się doskonałe marki. Był mistrzem dyskretnej elegancji i wyrafinowania.

— Dopóki mi pani nic nie powie, nie odpowiem... Proszę, jestem tu, by słuchać.

Pod wpływem słów Krystiana kobieta się rozkleiła. Popłynęły łzy. Spojrzał dyskretnie na zegarek, wykorzystując to, że kobieta zakryła twarz rękoma.

— Nie wiem, co zrobić.

— Po prostu mi zaufać. Jestem księdzem. Słyszałem już niejedno...

— Rok temu wyjechałam do Szwajcarii. Mój zakład współpracuje ze szwajcarską firmą farmaceutyczną... To była dla mnie szansa. Finansowa i zawodowa. Mąż został w kraju. Nie mógł zrezygnować ze swojej pracy. Miałam duże wątpliwości, bo zawsze był taki niezaradny... Ani ugotować, ani posprzątać. Typowy naukowiec. Taka sierota. Nigdy do końca nie wiedziałam, czy mam męża czy dziecko. Uradziliśmy więc, że co jakiś czas będzie go doglądać nasza przyjaciółka.

Zamilkła.

— Hmm, i jak się domyślam, doglądnęła skutecznie. — Wargin chciał zdjąć z kobiety ciężar kłopotliwego wyznania.

— Nie. Maria nie miała czasu, więc posyłała swoją córkę. Szesnaście lat... to znaczy szesnastoletnią. „Posprzątasz trochę wujkowi, dostaniesz na kino". Przed tygodniem Maria zadzwoniła, żebym natychmiast przyjechała.

W tej chwili rozległo się pukanie do drzwi.

— Przepraszam, na sekundę... — Ukazała się twarz Pawła.

Wargin wyszedł na korytarz. Pokręcił tylko głową i spuścił powietrze.

— Pawle, chyba pojedziesz sam. Ja tam nie muszę być. Powiedz coś profesorowi, żeby się nie poczuł urażony. Muszę zostać... Daj mu dwa tysiące... — wyciągnął z kieszeni marynarki kopertę. — Uzgodnij, że rozliczymy się przy odbiorze...

— Nie ma sprawy.

Wargin spojrzał znacząco w kierunku drzwi, dając znać, że nie panuje nad kłopotliwym gościem.

— Przeszkadzam — usłyszał, wchodząc z powrotem do pokoju.

Zaprzeczył zdecydowanym ruchem głowy.

— Dziewczyna jest w ciąży. Z tym moim safandułą, co niby do pięciu nie umiał zliczyć. Nigdy się nie oglądał za kobietami. Maria włosy drze sobie z głowy. Córkę puszczała do wujka, który jeszcze jej niedawno lalki na imieniny kupował. Co robić? Na razie trzymamy to z Marią w tajemnicy. Nie ma już mowy o aborcji. To czwarty miesiąc...

— Chyba nigdy nie było mowy? — spytał Krystian.

— Oczywiście, proszę księdza, jestem osobą wierzącą. Tylko słaba ta moja wiara... Jeśli dziecko się urodzi, to nie oszukujmy się, koniec z moim małżeństwem.

Zapadło milczenie.

— Nie wiem naprawdę, co pani powiedzieć, bo ta sytuacja rzeczywiście przerasta wyobraźnię. Ale Bóg niekiedy swoje plany objawia przez totalny bezsens.

— Rozumiem, że ksiądz tak musi mówić, ale ja naprawdę nie widzę w tym działania Boga, tylko diabła. Bez pomocy diabła ten niedojda nigdy by nie zrobił dziecka małolacie. Czemu to może dać początek? To małe kurwiszcze musiało się naoglądać idiotycznych filmów. Znam przecież mojego męża. On nigdy na żadną moją koleżankę nie spojrzał, aż wyrażały mi niekiedy współczucie... Ja wiem, że księdzu to może trudno pojąć, ale dla większości mężczyzn wszystko sprowadza się do jednego. Mój był wyjątkiem, i to małe kurwiszcze... — kobieta zaczęła szlochać.

— Wie pani, w Biblii mamy przypadki, że owocem grzechu byli ludzie obdarzeni łaską.

— Ja mówię o życiu...

— O, proszę pani... w Biblii jest wszystko. Czy pani wie, że Juda spotkał się z Tamar jako prostytutką? A ona jest w rodowodzie Pana Jezusa...

— Kto? Proszę księdza... ja...

Krystian zląkł się irytacji na twarzy kobiety.

— No tak, wiem, to nie są rozważania na dzisiaj — zaczął się wycofywać.

— Przyszłam do księdza, bo ja i Maria widzimy jedno rozwiązanie. Uradziłyśmy, że ta mała urodzi dziecko, po czym zrzeknie się od razu praw do niego. My je z mężem adoptujemy.

— Przepraszam. — Próbował zaoponować przeciw załatwianiu sprawy bez uwzględnienia racji zainteresowanych. — No wie pani, ale chyba nie tylko wy macie tu głos. Jest to dziecko, no, ta przyszła matka. Jest też pani mąż. Musi być pani ostrożna. W takim stanie… on może tego wszystkiego nie wytrzymać i… — Krystian zawahał się, szukając słowa.

— Samobójstwo? — uśmiechnęła się z politowaniem. — Do tego trzeba być mężczyzną. On jęczy i rzęzi, że nie ma pojęcia, jak to się stało, że sobie wtedy trochę wypił. Ta mała zołza musiała to wykorzystać.

— Wie pani, nigdy nie jest tak, że jedna strona jest winna.

— Proszę księdza, może jest ksiądz ekspertem od Biblii, ale w tej dziedzinie to ja trochę lepiej się orientuję.

Wargin pomyślał, że skoro zostawiła męża pod opieką przyjaciółki, to ma co do jej wiedzy w tej sferze pewne wątpliwości, ale ugryzł się w język.

— Nie życzę księdzu, żeby jakaś atrakcyjna dewotka zagięła na księdza parol.

Uśmiechnął się pokornie.

— Przepraszam... A dziewczyna? Co ona? — spytał.

— Twierdzi, że nie wiedziała, że to może mieć taki skutek, że dała się tylko wujkowi pogłaskać, bo był taki smutny. I z tego głaskania zaszła w ciążę. Powiedziała, że chce oddać dziecko wujkowi, bo przecież ona go nie chciała i nie może sobie złamać życia...

— Hmm... — Wargin potarł delikatnie palcami czoło.

— I jest teraz prośba do księdza. Nikt poza nami jeszcze nie wie o sprawie. Brzuch jest na tyle mały, że w szkole się nie zorientowali. No, czy ksiądz by mógł załatwić jakieś miejsce u sióstr, gdzie by do czasu urodzenia... no, znalazła schronienie. W szkole się pokaże zwolnienie lekarskie... A ja wrócę do Szwajcarii i tak to urządzimy, że to niby moje dziecko...

— No nie wiem — Krystian zaczął potrząsać głową na znak, że go to przerasta. — Nie znam takiego zakonu, który by... Poza tym, czy tak można od strony czysto prawnej...? Wie pani, jest taka Fundacja Pomocy Samotnej Matce.

Kobietę ogarnęła furia.

— To nie jest żadna samotna matka! To jest gówniara...! To jest wstrętne, przebiegłe kurwiszcze. — Z trudem zapanowała nad sobą. — Widzę, że tylko pobożne frazesy ksiądz umie ludziom wciskać o jakichś prostytutkach Pana Jezusa... Po co mi to ksiądz opowiada? Albo ksiądz pomoże ratować to dziecko, a jak nie, to idę po radę do diabła. Potem się dziwicie, że pływające kliniki aborcyjne z Holandii zawijają do naszych portów.

4

Francja żegnała go chłodem. Jakby chciała powiedzieć, że to katastrofalnie upalne lato 2003 roku, które pochłonęło tysiące ofiar, to nieprawda. Rząd podał oficjalnie informację o piętnastu tysiącach śmiertelnych ofiar. Liczba jednak podobno byłaby znacznie wyższa, gdyby uwzględnić kloszardów. A dziś chłód, w powietrzu wirowały ostatnie spadające z drzew listki.

Groser przybył na plac Concorde pół godziny przed odjazdem autokaru. Postawił na chodniku bagaż i pociągnął nosem. Rozmasował przedramię. Plecak nie był zbyt wielki, ale Groser wiózł kamień ważący dokładnie pięć kilo. Jego wykopalisko z pola lawendowego. Co prawda na pamiątkę syzyfowych prac w Aiguebelle wystarczyłoby zabrać maleńki kamień, ale ten był niespotykany. Gdy pokazał go Michałowi, ten stwierdził, że to absolutny wybryk natury. Niczego podobnego nie spotkał, choć kamienie w Prowansji zna od wielu lat. Groser miał nawet wyrzuty, czy nie powinien kamienia zostawić trapistom, ale Michał rozwiał jego wątpliwości. „Nie, ten kamień ma w pierwszym rzędzie wartość dla ciebie… Będzie ci zawsze przypominał to »cudze pole«". Zabrał go więc z sobą i wiózł przez całą Francję. Pojechał z nim do Trosly, Paryża, do Lourdes, gdzie przez dwa tygodnie słuchał spowiedzi pielgrzymów z Polski. Wszędzie, gdzie się dało, kładł go na ołtarzu w czasie odprawiania mszy. A wieczorami zapalał przy sercu świecę i modlił się: „Weź serce z kamienia, a daj mi z ciała…". Jak w Księdze Ezechiela.

Ciągle nie miał pojęcia, co dalej robić.

Przedwczoraj dowiedział się, że pożądany byłby jego natychmiastowy powrót do Polski. Bilet cudem załatwił mu brat Philipe Renoir ze zgromadzenia Fils de la Charité, Synów Miłosierdzia. Philipe przedstawił Wacława pani w biurze podróży jako wybitnego pisarza, który jedzie do umierającego kardynała. W sumie niewiele skłamał, poza tym, że ów „kardynał" zmarł poprzedniego dnia. Philipe Renoir był proboszczem w podparyskim miasteczku Kremlin–Bicêtre. Groser spędził u niego ostatni miesiąc. Oj, ciekawe było to miejsce. Zwłaszcza dla księdza. Najbardziej komunistyczne miasteczko w okolicy Paryża. Zaraz pierwszego dnia Philipe wręczył mu ksero rozporządzenia tamtejszych władz z roku tysiąc dziewięćsetnego. ARRÊTÉ interdisant le port de la soutane. Zakaz noszenia sutanny. „Masz, żebyś wiedział, w jakim rejonie przyszło ci być księdzem". Zabawna była argumentacja ówczesnych władz. Jeden z punktów tego ukazu głosił: „Kostium ten czyni osoby go noszące śmiesznymi w oczach wszystkich rozumnych ludzi, a państwo nie może tolerować, aby jakaś grupa funkcjonariuszy stawała się powodem do śmiechu dla przechodniów".


W tym mieście — bastionie francuskiego komunizmu — pełno było wyjątków. Na przykład madame Françoise Dubois. Nigdy nie zapomni tej niezwykłej matrony, której trzymany w rękach śpiewniczek nie przeszkadzał w lustrowaniu każdego wchodzącego do świątyni. Czuła się tak odpowiedzialna za Kościół, że — jak sama mówiła — gdyby wszyscy księża pomarli, ona sama mimo swych sześćdziesięciu lat poszłaby na księdza. Grała pierwsze skrzypce w radzie parafialnej. Madame Françoise była typową pilier de l’Église, jak mówią Francuzi. Kolumną Kościoła. Kolumną była nie tylko ze względu na solidną tuszę, ale i na pozycję, którą zajmowała. Mimo gotowości do zostania księdzem madame Françoise miała poglądy bardzo tradycyjne. Była jedynie niezwykle wyczulona na lekceważenie kobiet i wiele swoich rozmów z księżmi kończyła hasłem: Vous êtes mysogyne. Jesteście mizoginem...

Dwa tygodnie temu Kremlin-Bicêtre nawiedził biskup Ronard. Philipe dyskretnie szepnął mu na ucho, aby zamienił parę słów z madame Françoise, lecz Ronard, który był znanym kawalarzem, odpowiedział tak, by usłyszała to sama zainteresowana:

— Nie rozmawiam z kobietami.

Alors, Monseigneur, Vous êtes un con — otrzymał błyskawicznie odpowiedź, którą słyszeć musieli wszyscy. Philipe w pierwszej chwili zamarł. Różnie w jego otoczeniu nazywa się dostojników kościelnych, ale żeby zwracać się do nich bezpośrednio per „młotek" i dodawać do tego monseigneur, słowo, które wyszło z użycia jak papieska lektyka? Kiedy jednak zobaczył trzęsącego się ze śmiechu biskupa i madame Françoise, też zaczął się śmiać.

 

Autokar podstawiono nieco wcześniej, Groser wsadził więc do luku plecak, podarunek od Philipe’a. Odnalazł swój fotel, niestety miejsce przypadło mu na kole. Usiadł i zatopił się w lekturze. Po paru minutach dotarł jego współpasażer. Groser kątem oka zobaczył coś czarnego. Tchnięty przeczuciem odwrócił głowę. Siostra zakonna.

— Dzień dobry.

— Dzień dobry.

„Słodki Boże, czy w biurze podróży mają informacje o naszym stanie, że nas razem usadowili?" No, no. Wacław zaczął się zastanawiać, kiedy siostrę zaskoczyć wiadomością, że jest księdzem.

— Przepraszam... Ksiądz cały rok był we Francji? — usłyszał głos sąsiadki.

— Ja? — Wacława zamurowało.

— Tak. Słyszałam, że ksiądz był cały czas poza Polską.

— Nie, nie, to znaczy tak, ale skąd siostra się domyśliła, że jestem księdzem? Zawsze mnie pocieszano, że nie mam brewiarzowej gęby.

— Po prostu jestem z księdza parafii. Od sióstr getsemanek. Siostra Zuzanna.

Groser znał Siostry Pana Jezusa modlącego się w Getsemani. Chwycił się więc za czoło niczym porucznik Colombo, dręczony wyrzutami sumienia, że nie skojarzył twarzy siostry. Madame Dubois od razu nazwałaby go mizoginem.

— Zostałam tam przydzielona na tydzień przed księdza wyjazdem — usłyszał uspokajające wyjaśnienie.

Siostra uśmiechnęła się do Wacława, widocznie wahając się z wyznaniem.

— Ksiądz wie, że w parafii po księdza wyjeździe krążyły najróżniejsze plotki. Jedni mówili, że ksiądz pojechał do Afryki, inni, że do Kazachstanu. Byli i tacy, którzy twierdzili, że ksiądz odszedł dla kobiety.

Wacław pokiwał głową ze zrozumieniem.

— No cóż, w każdej plotce jest ziarno prawdy...

— I w tym, że to biskup kazał księdzu wyjechać?

— Jak na siostrę, to nadzwyczaj rezolutnie sobie poczynacie... — Wacław omiótł karcącym wzrokiem siostrę Zuzannę. — A gdzie pokora i cichość serca?

— A wie ksiądz, jeszcze w nowicjacie przeczytałam taki tekst pewnego poczytnego księdza: Pan Bóg nie chce, byśmy były ściereczkami...

Siostra spojrzała ze słodkim, wyjaśniającym uśmiechem na Wacława. Nie musiała nic dodawać. Przed laty opublikował swoją rozmowę z siostrą Celiną, rozmowę, która dla wielu zakonnic stała się manifestem i programem. Celina mówiła w niej między innymi, że Pan Bóg przewidział dla sióstr też inne zadania w Kościele oprócz odkurzania księżowskich mebli. Tekst sprowadził gromy, niestety, nie tylko na Grosera, ale i na siostrę Celinę, która po nagonce na jej osobę musiała w końcu udowadniać, że w ogóle wierzy w Pana Boga.

Wacław uświadomił sobie, że w tym momencie skończyły się jego wakacje we Francji i rozpoczyna się czas, kiedy musi się liczyć ze słowem. I to nie z pisanym — tego zaniechał — ale wypowiadanym. Niby był jeszcze za granicą, ale autobus, w którym serwowano właśnie Manię wielkości z Louisem de Funesem, był już kawałkiem Polski.

— Przepraszam, ksiądz jedzie do Męczenników? — spytała Zuzanna.

— Nie, to raczej niemożliwe. W ogóle nie wiem, co... Z te go, co wiem, to proboszczem jest Krystian Paleczny, a wikarym Paweł Wolny. Załoga skompletowana.

— Tak, ksiądz Paweł czasami u nas odprawia. — Zuzanna uśmiechnęła się, mrużąc filuternie oczy okolone cudownie długimi rzęsami. — A gdzie księdza słynny rower?

— Słynny?

— A tak, księża już poukładali na jego temat dowcipy, których mi jednak jako siostrze nie godzi się powtarzać.

— No... — Wacława dopadła nagła pokusa, żeby wydusić z Zuzanny choć jeden dowcip o sobie, ale w końcu się opanował. — Tak, no... zostawiłem go u przyjaciół. Muszę zdążyć na pogrzeb biskupa Zdzisława.

— Jak to, biskup Zdzisław nie żyje? — Zuzanna była zaszokowana.

— To siostra nic nie wie? Zmarł trzy dni temu.

— Niemożliwe, jeszcze przed wyjazdem w czasie Bożego Ciała stałam tuż przy nim.

— Hmm... A siostra myśli, że jak już przy kimś stanie, to on nie umrze? Życie jest jak krucha poręcz wieczności — zacytował ulubionego poetę.

Groser patrzył na siostrę Zuzannę. Z jej bezustannie otwierających się cudownie wykrojonych ust błyskała biel zębów. „»Jak runo białych owiec«. Boże, jak to dziewczę trafiło do zakonu? Czy wszyscy mężczyźni w jej otoczeniu stracili wzrok?"

— Ale ksiądz nie chodzi na wszystkie pogrzeby?

— No nie. Mój przyjaciel zadzwonił mi, że biskup bardzo chciał się ze mną zobaczyć przed śmiercią...

— Ksiądz Cybulski?

„Chryste, czy to jest zakonnica, czy agentka wywiadu?", pomyślał Wacław. Mimo wzmożonej czujności Grosera w ciągu kolejnych godzin jazdy Zuzannie udało się wyciągnąć z niego tyle informacji, że mogłaby od biedy napisać już jego biografię. Przed ujawnieniem najskrytszych myśli uratowała go noc. Udając zmęczonego, wymówił się od dalszej rozmowy snem. Zamknął oczy, ale sen nie nadchodził. W końcu udało mu się zapaść w krótką drzemkę. Ocknął się z głową na ramieniu Zuzanny. Koła autobusu podskakiwały na wybojach. Wjeżdżali do Polski.


Stali na dworcu. Siostra miała dobre połączenie metrem, Grosera czekała kolejna jazda autobusem. Do Cybuli.

Zuzanna podała Wacławowi rękę.

— No to z Bogiem. Ja jednak wierzę, proszę księdza, że będziemy współpracować w parafii, może się na coś księdzu przydam.

Groser spojrzał znacząco na siostrę. Długie, czarne rzęsy trzepotały nad niebieskimi oczami.

„Jakaś ty piękna. Ciekawe, ilu z twego powodu ogarnie pokusa zrzucenia sutanny?" — pomyślał i rzekł z uśmiechem:

— Oj, siostro, dałby Bóg, żebyśmy nigdy razem nie pracowali…

Tym razem siostra Zuzanna się zarumieniła. Schyliła się po bagaż, co pozwoliło ukryć czytelne zadowolenie.

— Jest ksiądz bardzo miły.

Groser popatrzył chwilę za oddalającą się Zuzanną. I z miną „No cóż, tęcza jest piękna, ale to tylko gra świateł" odwrócił się, zamierzając ruszyć do tablicy informacyjnej.

— Fiu, fiu! — uśmiechała się do niego prowokacyjnie, bezczelna gęba Mackiewicza.

— Mareczku, a ty tu co? — Groser padł w objęcia przyjaciela. Wyściskałby w tej chwili wszystko nadające się do wyściskania. Ale wyściskanie Mackiewicza to już było szczęście wyjątkowe. — Skądeś ty się tu, chłopie, ulung?

— A cały czas jechałem za wami. Mam na taśmie zapis waszych nocnych wyznań… Ale tymczasem dostałem polecenie od niejakiego Cybuli, podającego się za księdza, bym cię jak najszybciej do niego dostarczył.