Samozwaniec. Tom 4Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Samozwaniec. Tom 4
Samozwaniec. Tom 4
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,83  54,26 
Samozwaniec. Tom 4
Samozwaniec. Tom 4
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Cykl Orły na Kremlu

Pijana Moskwa

Korona Monomacha

Opała

Ogień i mróz

Opryczny Dwór

Dziedzictwo

Carskie gody

Kolęda moskiewska

Przypisy

Mapa

Książki Jacka Komudy

Jacek L. Komuda

Karta redakcyjna

Okładka


Cykl Orły na Kremlu

1 Samozwaniec – tom 1

2 Samozwaniec – tom 2

3 Samozwaniec – tom 3

4 Samozwaniec – tom 4

5 Moskiewska ladacznica

6 Car z żelaza

Żołnierzom polskich misji wojskowych

w Afganistanie, Iraku

i we wszystkich tych miejscach, o których nie wiemy,

poświęca autor

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział XXI

Pijana Moskwa

Uściski kniazia Wasyla • Dydyński gniewny • Rozterki pana Jacka • Strach w cerkiewce • List z przeszłości • Pogoń • Nahaj i ladacznica • Krwawiąca dusza Anastazji • Kaźń Szujskiego • Na ratunek • Między Kremlem a szafotem • Dobryj car – słabyj car • Kniaziowska wolta

Die 5 julii nowego stylu, 25 iunii starego stylu
Anno Domini 1605
Roku 7113 od stworzenia świata
Pałac kniazia Skopina-Szujskiego na Kremlu Pod wieczór

Mości panowie bracia Polacy, wielce mnie mili dobrodzieje i przyjaciele nasi! Piję za zdrowie i wieczną przyjaźń Rusi z Rzeczpospolitą. Zdrowia żełaju batiuszce naszemu korolowi Zygmuntowi i młodemu kniażycowi Władysławowi. Niechaj żyje pan nasz, ojczulek umiłowany!

Nie do wiary! Kniaź Wasyl Szujski, który jeszcze trzy miesiące wcześniej obiecywał dostarczyć Dymitra Samozwańca w klatce, a Polaków przezywał Łżelachami i dziecinami, teraz pił ich zdrowie z carskiej czary. Z tej samej, w której odbierał garście niderlandzkich dukatów od Borysa Godunowa. Teraz, na uczcie w pałacu swego brata, cedził z niej nektar polsko-moskiewskiej przyjaźni.

Jacek Dydyński, stolnikowic sanocki, ledwie umoczył usta. Za to panowie Gąsiorowski i Bełza – wierni franci i faworyci kniazia – przekrzykiwali się w wiwatach. Nie było dla nikogo tajemnicą, że od chwili, gdy wojska carewicza Dymitra zajęły Moskwę, Wasyl Iwanowicz był bielszy i bardziej lacki niż orzeł na chorągwi króla jegomości. W dodatku nosił się po polsku, w adamaszkowym żupanie i szkarłatnej ferezji wyglądał prawie jak szlachcic lub magnat. Gdyby oczywiście któryś z polskich królewiąt miał capią bródkę, przenikliwe, żółte oczy i rozpychał się na ławie, jakby jego duma była przynajmniej trzy razy większa od rozdętego brzucha.

– Coś wam, batiuszka, przyjacielu drogi, Jacku Aleksandrowiczu, nie idzie w smak nasza skromna kniaziowska strawa. Pewnie pan stolnikowic jadał lepiej u siebie we dworze – pokiwał bródką kniaź Szujski.

Rzeczywiście – Dydyński nie tknął łabędzia, nie skusił się na bieługę, pojadł trochę kotłomy i skubał bliny, a po nich pierogi z farszem baranim i zajęczym.

– Dajże spokój, batiuszka – zagadał z boku krewny kniazia, Michał Wasylewicz Skopin-Szujski, młodszy i, dziwna rzecz, bez brody. – Batiuszka Jacek Aleksandrowicz pewnie zmęczony.

– I zniesmaczony – mruknął Jacek pod wąsem. – Zapraszasz mnie na wieczerzę, mości kniaziu, wiedząc, że służę u Jego Carskiej Mości. A potem w twojej obecności wygadują trzy po trzy o Dymitrze: że źle rządzi, że nie przestrzega obyczajów. Dalibóg czekam, kiedy go nazwiesz worem i rostrygą!

– Hospody pomiłuj, jeśli ja tak mówiłem – wybałuszył oczy Szujski. – Klnę się na mą brodę, że nie uroniłem ani słowa o batiuszce carze. Ja tylko chciałem ofiarować waszej miłości przyjaźń, a ty co, Jacku Aleksandrowiczu? Nie chcesz jej?! To co, my nie braty?! Jakże tak?

– Nie braty, oj, nie! – pokiwał głową durny i pijany Dymitr Szujski, młodszy brat Wasyla.

– Ja tak nie mówię – wycharczał Szujski – tylko nasi goście. – Wskazał palcem na Bełzę. – Przecie to Lachy, im wolno mówić, co chcą, wszak u was swawo... wolność znaczy.

– Przyjaźni waszej miłości nie odtrącam. Ale nie godzi mi się słuchać takich słów, jako towarzyszowi carskiej chorągwi husarskiej.

– Waszmość pan jesteś przyjacielem, wybawcą ojczulka Dymitra – dokończył składnie Skopin-Szujski i dał znak, aby sługa dolał wina do kielicha stolnikowica; o co było trudno, bo puchar był pełny prawie po brzegi. – Nie sumuj, mości panie bracie. My nie jesteśmy wrogami Dymitra. Ale wszak car teraz wolności nam ustanowi, kak w Polsze. To i nasze prawo mieć własne zdanie. Jak poseł u was na sejmie.

– Albo to – Szujski złapał krewnego za rękaw – nie są u was ludzie, jak wojewoda krakowski... ten, no... nuuuu...

– Zebrzydowski – wtrącił Skopin.

– Właśnie. Zebrzydowski. Co nazywa, w mowie i na piśmie, korola Zygmunta alchemistą, sodomczykiem?

Dydyński przygryzł wąsa, bo sam takie rzeczy wygadywał nieraz w karczmie nad beczką piwa, zresztą pamiętał jak dziś, że ojciec porąbał kiedyś w Sanoku portret Zygmunta, gdy w sejmie szła batalia o nowy wymiar czopowego. Ale to były domowe sprawy i głupio było przyznawać się do tego przed Moskalami.

– Tak i my chcemy... W zgodzie z prawem mieć własne stronnictwo. Jak jaśnie wielmożny mości pan Zebrzydowski. Jak książę Radziwiłł.

– I chcecie, żebym opowiedział się za wami? Znaczy stał się partyzantem domu i rodu kniaziów Szujskich?

– Właśnie rękę do waszej mości wyciągam – prychnął Szujski i naprawdę wyciągnął upierścienioną dłoń nad stołem zastawionym pucharami i półmiskami z jadłem. – Przyjdźże do nas i jedz chleb mój kniaziowski, Jacku Aleksandrowiczu!

Jacek siedział jak na szpilkach. Dłoń kniazia zakołysała się, wisiała w powietrzu jak konar wyschłego dębu, zadygotała.

– Mości panie Dydyński, nie chrzańże trzy po trzy! – zagrzmiał Bełza i obrócił się do Jacka z takim impetem, że przewrócił kubek z kwasem i wywalił bracki kołacz, który służył mu za talerz. – Po pierwsze, Dymitr nieprawym carem jest i źle rządzi, po drugie, to od kiedy jesteś jego zausznikiem? A nam się Dymitr nie podoba i dlatego zaraz, ot, choćby jutro, nasadzimy nowego.

Oczy Szujskiego błysnęły, opuścił rękę i zamiast dłoni stolnikowica chwycił czarę.

– Ot, waszmość pan już całkiem zmoskwiciał – rzekł Jacek do Bełzy. – Łatwo wam brechać przeciwko Dymitrowi, bo straciliście carską łaskę. Podziękowano wam za służbę i odprawiono jak psiarczyków spod progu.

– Bo jak psiarczycy zostaliśmy na jego suczej służbie po Nowogrodzie. Tak podziękował nam za rany spod Dobrynicz, za głód i poniewierkę.

– Dostaliście przecież lafę, zasługi i dobrą zapłatę. Jeszcze wam mało? Czego chcecie? Królewny Banialuki? Skarbów Kitaju? Wdzięków hurysy? A może car ma jeszcze każdemu z was wyswatać sułtanównę perską?

– Bodaj cię zabito! – krzyknął pijany Gąsiorowski. Zerwał się z ławy, porwał za szablę, ale Moskale i służba czuwali.

– Łapać go! Trzymać! – dyszał Dymitr Szujski.

Pięć par rąk przytrzymało warchoła.

– Żal serce ściska, jak się na was patrzy – dokończył niezrażony Dydyński. – Wy biedoty, siromachy. Siedzicie tu i użalacie się nad sobą, że was Dymitr pogonił. Będziecie pić i rzucać na niego kalumnie jak odpustowe dziady? Wracajcie lepiej do Polski!

– Panie Dydyński! – zakrzyknął Skopin. I dodał ciszej: – Ja bardzo proszę...

– Tak i upraszam o wybaczenie – rzekł Jacek i skłonił się dwornie przed Szujskimi. – Nie chciałbym sprowadzać niezgody pod dach domu, w którym mnie ugoszczono. Wybaczcie, wielki kniaziu, i pozwólcie się oddalić.

– Obrażasz nas! – jęknął Dymitr Szujski i nie wiedzieć czemu zaśmiał się głupkowato.

 

– Dokąd to, mospanie Dydyński? – zagrzmiał Wasyl Szujski. – Jakże to tak? Despekt nam czynisz, odrzucając przyjaźń i wyciągniętą rękę...

– Względem przyjaźni nie śmiałbym odrzucić waszych starań, kniaziu. Pozwól jednak, że decyzję podejmę na trzeźwo, nie przy kielichu.

– Decyduj szybko. I mądrze – zamruczał Szujski i wyszedł jednak, a raczej wytoczył się zza stołu niczym ciężki niedźwiedź, odsunął z drogi Skopina. – A przyjmij na drogę nasze błogosławieństwo i słowo.

– Bóg zapłać.

Szujski wyciągnął rękę – jak do ucałowania, ale miał do czynienia ze szlachcicem polskim, a nie jakimś parszywym dworianinem. Dydyński dłoń po prostu uścisnął, a Dymitr, widząc to, poderwał się zza stołu, wybałuszając oczy.

Wasyl przełknął despekt jak stary indor kluskę. Potrząsnął dłonią szlachcica.

– Wsiewo dobrowo żełaju – rzekł – a wstawże się za nami do Dymitra. Aby nam zaprowadził polskie wolności.

– Proś go waszmość pan o uczciwe prawa – dorzucił Skopin. – My Litwę waszą bardzo kochamy, chcemy, aby kniaziowie, bojary i diuki stały za senat, a dworianie za sejm. Patriarcha ojciec niechaj będzie za interrexa, a metropolici za radę przy carze.

– A nade wszystko, i na tym najbardziej nam zależy, aby nas do swej ręki dopuszczał, do posłuchania, o które na próżno się dobijam.

– Poproszę i spróbuję nakłonić cara, aby was wysłuchał, ale i do was mam prośbę.

– Nu mów, czego chcesz, rad wysłucham.

– Jeśli Wasza Książęca Mość chce mej przyjaźni, proszę o pomoc. W prywatnej sprawie.

– Oczywiście – odpowiedział za krewniaka Skopin. – Słuchamy.

– Mój stryj Michał Dydyński dostał się przed laty do moskiewskiej niewoli. Chciałbym go odnaleźć, a mówiąc prawdę, właśnie po to przyjechałem do Moskwy z carewiczem Dymitrem.

– Michaił Dydyński – powtórzył Skopin.

– Ty się nie frasuj, Dydyński, pomożemy – mruknął Wasyl, świdrując szlachcica żółtawymi oczami. – Byłem lata temu hołową w sądowej pałacie, już jutro każę diaczkowi sprawdzić pisma i zwoje. U mnie sądzili Lachów i Litwę, dużo ich było. Coś o batiuszce Michajle musi tam być! Przysięgam i całuję chrest, że ci pomogę!

I rzeczywiście ucałował krzyż z diamentami, który nosił na szyi.

– Przyjdź, waszmość, za tydzień – rzekł Skopin. – Będziemy coś wiedzieć.

– A może waszmość grywasz w szachy? Bo ja namiętnie. A jakbyś chciał kiedyś partyjkę...

– Gram tylko w kości ze śmiercią – uciął Dydyński. – I zbyt wiele razy wygrałem, aby ryzykować kolejne partie bez potrzeby. W zamian za pomoc wstawię się za wami u cara. A muszę dodać, że mam wolny wstęp do Dymitra.

– Wiemy, wiemy, ojczulku – pokiwał głową Szujski. – Idźcie z Bogiem.

– Żegnajcie, wielki kniaziu.

Die 5 julii/25 iunii
Kitajgorod, wieczór

Michał Skopin-Szujski odprowadził Dydyńskiego aż do samych wrót, pożegnał, pobłogosławił krzyżem. Obejrzał się jeszcze w stronę dworu, z którego dochodziły pijackie krzyki i śpiewy.

– Tfu. – Potrząsnął głową. – Wielka smuta.

Jacek dosiadł Sonki, przy której czuwał Nieborski, i ruszył ulicą Żytniczną. Wprawdzie dwór, gdzie znajdowały się kwatery husarskiej chorągwi carewicza, był tuż obok, ale Dydyński musiał przecież się pokazać. Teraz zaś ruszył do Nikolskich wrót, na Kitajgorod, bo jakoś nie chciał wracać do siebie.

Przejechali przez obwarowaną, wyniosłą Nikolską Basznię, obok beluard po drugiej stronie, gdzie armaty wyciągały pyski ku Moskwie. Zjechali na rozległy plac Czerwony. Zapadał zmierzch; daleko, nad baniastymi kopułami cerkwi, wśród białych chmur dogorywały ostatki czerwonej łuny zachodu.

Moskwa tęgo świętowała powrót i wjazd umiłowanego carewicza Dymitra. Plac Czerwony był jednym jarmarkiem, na którym pili, hulali, padali na ziemię, krzyczeli i tańcowali Moskale i polscy panowie. Jednak to ci ostatni nadawali ton zabawie. Chodzili całymi kompaniami od kabaku do kabaku, kłócąc się, targując, zaczepiając dziewki. Obok, po drogach wyznaczonych mościskami lub okrąglakami, jechały kawalkady koni, kolas i brożków. Wierzchowce w strusich piórach, z forgami i buńczukami, mieniące się od klejnotów i bisiorów, upstrzone czaplimi piórami i kitami czapki jeźdźców.

Skrzyły się diamentowe guzy żupic i delii, błyszczały szkofie. W pochodach szły dzielne polskie konie, turki, dzianety, andaluzy, fryzy. Jechały poszóstne karety, wózki, karawany, a na nich metresy i nałożnice, poubierane przez gachów według mody polskiej i hiszpańskiej – w sukniach, barwionych i trefionych włosach, z palcami ciężkimi od pierścieni. Panowie towarzystwo przechadzali się z ladacznicami, ciągnęli je na kwatery, popisywali się na koniach, tnąc łozy, godząc półkopiami do pierścieni.

Moskale pili. Jeszcze wspólnie – weseli i pogodzeni – łacinnicy ze schizmatykami. Zanurzali głowy w beczkach miodu, wina i gorzałki, polewali spocone łby, a pijacy walili się w błoto, w śmieci, zataczali. W tłumie kroczyli niedźwiednicy wiodący oswojone niedźwiedzie, szuci rozbawiali gawiedź historiami, skomorochowie rżnęli na gudkach i gęślach, szarpali struny lir, a linoskoczkowie kroczyli po sznurach rozpiętych – ku zgrozie patriarchy – przed samym soborem Wasyla Błogosławionego.

– Lachy? Jak tam ci się widzą? – spytała podstarzała bladź Maria Andriejewna Nikityna młodej, wymalowanej dziewki Jewdokii, zwanej przez gachów Jewną.

– Lachy? Jak nasi. Starczy mi dwóch na tydzień. Mimo że mężni, naród płochy, wytrwałości nie ma. Wolą zabawę jak pracę, niewiele cenią życie. Dać je w chwili zapału, poświęcić majątek, to u nich łatwo.

– Fantazji dużo, ale gdy im się słowa wyczerpią, do czynu i ochoty brak im, i sił – wtrąciła młodziutka Anna, która dopiero od miesiąca chadzała na plac Czerwony. – Mówić dużo lubią, czynić mało.

Faktycznie, Polacy mówili i pili. Tu i ówdzie wybuchały pijackie śpiewy, burdy, brzęk stali, piski niewiast, ryk wściekłości, przekleństwa, ale to wszystko cichło w tłumie. Warchołów rozwadzano, dobre wino spłukiwało gniew do rynsztoka, w którym leżeli pospołu Lachy z Moskalami, śpiąc snem sprawiedliwego, słodkim jak u dziecięcia w kołysce.

Dydyński nie ustrzegł się znajomych. Poznano go, ledwie zjechał na plac. Zaraz wyciągnęło się do niego kilka rąk, pokazywali go, krzyczeli, wznosili kufle i puchary, kubki i czary.

Ciągle pijaństwo, wciąż uczty. Nie miał już sił do tego wszystkiego.

– Mości panie Jacku – krzyczał pan Maciej Jedliński, towarzysz spod drugiej chorągwi husarskiej carewicza – dawaj z nami!

Szlachcic i jego kompani kroczyli dumnie w deliach i czamarach przewieszonych tylko przez jedno ramię. Aksamity i sukna podbite wilczurami wlokły się w kurzu i błocie, szare, sponiewierane.

– Chory jestem, słabuję – skłamał Jacek. – Następnym razem nie odmówię.

– Dobrodzieja delia po ziemi się wlecze – zauważył Nieborski.

– A i dobrze – roześmiał się Jedliński. – Niech psy Moskale wiedzą, że polskim panom nie zależy! Nas stać!

Jacek chciał jechać dalej, ale Jedliński przytrzymał go za rękaw ferezji.

– Pewnie waszmość nie wiesz, ale Zamoyski nie żyje.

– Nie będzie mi go brakowało – mruknął Dydyński. – Kiedy?

– Już tertio iunii obiit 1.

– Będzie zapał w Rzeczypospolitej. Zebrzydowszczycy podniosą głowy.

– Ba, właśnie. Król będzie miał z nimi zabawę. Nawet nie spojrzy na Moskwę i Dymitriaszkę.

– Da Bóg, zobaczymy.

– Bywajcie.

Dwie drogi otwierały się przed panem Jackiem. Kabak Daniłowa obok Nikolskich wrót, który jak ćmy oblegały bladzie i przechodki – niestety, wszystkie poważnego, by nie rzec wiekowego autoramentu. Albo cerkiew.

Wybrał tę drugą – obok Ziemskiego Prikazu. Przy Nikolskiej ulicy była mała cerkiewka z bierwion, opuszczona, waląca się, ogrodzona płotem z żerdzi.

– Pilnuj koni i czekaj tu – rozkazał Damianowi. – Nigdzie nie chodź. Ja zaraz wrócę.

Wszedł do cerkwi, zdejmując czapkę. Wewnątrz było pusto; lampka oliwna rozjaśniała stary, przeżarty przez szkodniki ikonostas, z którego spoglądały na szlachcica surowe wizerunki ruskich świętych. W porównaniu z pięknymi i wesołymi cerkwiami z Pogórza Sanockiego i Przemyskiego ten chram wyglądał niczym wnętrze trumny.

Jacek przeżegnał się, zmówił Ojcze nasz, potem uklęknął przy ławie, które w ruskich cerkwiach znajdowały się pod ścianami.

Nie zwrócił uwagi, że nagle skrzypnęły drzwi. Ktoś wśliznął się do świątyni. Dydyński nawet nie spojrzał w tamtą stronę – co go to wszystko obchodziło?

Obchodzić powinno, bo nagle poczuł na karku dotyk żelaza; ostrego. Jakiś cień jak nietoperz zakotłował się tuż obok, czyjeś ręce przycisnęły go do ławy...

– Nic to, nie ruszaj się, pułkowniku, czekaj, stój, będzie dobrze – zagadał jakiś głos.

Jacek chciał się poderwać, ale ostrze przesunęło się na szyję, więc tylko jęknął.

– Czego?!

– Nic, nic, nic – zagadał ktoś tak szybko, jakby odpalił organki. – Duszo moja łacińska, siedź i nie ruszaj się.

Dydyński spojrzał w bok, dostrzegł starca w mantii, haczykowaty nos. To oblicze...

Uspieński! Stary diabeł z młodą duszą.

Oprycznik, bies, morderca!

– Ciiiicho, nie bój, mój pułkowniku. Chi, chi, jaki tam pułkowniku... hetmanie?

– Zaraz się dowiesz, jak wezwę moich...

– Z przeciętym gardłem? – rzekł z powątpiewaniem oprycznik. – Cicho, duszyczko moja. Nie krzycz, hetmanie. Chcę tylko pogadać. Na razie.

– Kat z tobą pogada na Łubnom Miestie. Dobrze, że jesteś. Nie będę musiał daleko za tobą gonić.

– Gonić. On mówi: gonić, chi, chi, chi... Na razie to ja dogoniłem ciebie, Dydyński. Źle powiadasz, hetmanie. Ale słuchaj.

– Mów.

– Chytry ty jesteś, hetmanie. Chytry i sprytny nie jak lis... Jak łasica, o! Ale z Oprycznym Dworem nie wygrasz. Nie schowasz się. Tak i masz jedno wyjście. Słuchaj: pomożesz nam.

– Chyba ci rozum w kiszki poszedł i wyszedł siedzeniem.

– Chi, chi, nie, hetmanie. Pomożesz Dworowi. Teraz ty. Tak.

– Mówię, żeś się na rozumy z baranem zamienił.

– Nie, nie, mój hetmanie. – Prawa ręka upiornego starca trzymała puginał przy szyi szlachcica, a lewa poszukała czegoś w fałdach mantii. Uspieński złapał Jacka za kołnierz, szarpał, miął w rękach. – Pomożesz nam, bo tylko my grzeszni wiemy, gdzie szukać twego stryja Michała Dydyńskiego.

Dydyński, na ile mógł, wzruszył ramionami.

– Każdy tak może powiedzieć. Łżesz jak sobaka. Pomogę wam, a ty wykręcisz się sianem. Gdzie niby spotkałeś stryja? Nie powiesz mi chyba, że był oprycznikiem!

– Nie wierzy, patrzcie, mój hetman nie wierzy. To masz, czytaj. Nie tu, chodź do światła, hetmanie.

Dydyński poczuł, że oprycznik wciska mu w dłoń jakiś papier. Nacisk noża zelżał, szlachcic mógł wstać, powoli, podtrzymywany przez tamtego, rozłożyć kartkę, która okazała się rozpieczętowanym listem. Z puginałem przy gardle zbliżył pismo do światła, ręce zadygotały mu, gdy przeczytał...

Suplika do brata ukochanego Alessandra z Dedni

Bracie mój umiłowany, najdroższy, braciszku... Wiem, że wydałeś nas wtedy, w Połocku, Moskalom; nie wróciłeś posłany z ukrycia... Jednak ja ci to wszystko wybaczam, lata minęły, czasy są srogie. Jak Jezus Chrystus winy ci odpuszczam.

Jeno mnie wykup z tej srogiej niewoli, teraz, kiedy stanęło armistycjum w Jamie Zapolskim i będzie pokój między Rzplitą a Moskwą.

List ten wysyłam przez umyślnego człowieka; kupca. On powie ci, co czynić. Chcą za mnie Moskale z Prikazu Wojskowego trzy tysiące rubli, co daje półtora tysiąca naszych bitych talarów. Módl się za mnie, braciszku, bo czasy złe i niewola okrutna; już tu żyć nie mogę. Ratujże mnie na Boga żywego w Trójcy Świętej Jedynego.

Michał z Dedni Dedeński

Pisano w Moskwie, miejsca zdradzić nie mogę

Die ultima septembris A.D. 1582

Jacek poczuł, jak ręce zaczynają mu dygotać, a z oczu płyną łzy. To naprawdę był list stryja. Poznawał, widział ten podpis na jedynym bodaj kopiariuszu, jaki zachował się w silva rerum ojca. Stryj wybaczył bratu. Zdjął klątwę z rodu. I tak strasznie, tak żałośnie prosił o ratunek.

– Chi, chi, chi – zaśmiał się cienko Uspieński. – Widzisz, mój hetmanie, ja nie kłamię. Szukałeś w prikazach, przeglądałeś księgi... wiem, słyszałem. A wiesz, dlaczego wiem? Bo sam te pisma wyrwałem z ksiąg. To jak miałeś je znaleźć?

 

Przez chwilę dyszał.

– I jak będzie z naszym dogoworem? Będziesz nam służył, znajdziesz stryja. Nie, szukaj wiatru w polu.

Jacek zgniótł list w ręku.

– Jedyne, co mogę dla was zrobić, ojczulku Uspieński, to wstawić się do cara, aby wbicie na pal i darcie pasów zamienił ci na honorowe ścięcie mieczem. Nie proś mnie o infamię i zdradę, bo jestem człowiekiem bohaterskim. Nie będę sługą Oprycznego Dworu.

– Jesteś tak samo głupi jak Michaił.

– Znałeś go?

– Ba, znałem... Oczywiście. Też nie chciał przyjąć oprycznego kaftana. Dawno, za batiuszki Iwana. Zaszedłby daleko, tak, hetmanie.

– Znajdę go sam. A was zniszczę. Powywieszam jak psy razem ze Starcem!

– Płocho mówisz, mój hetmanie. Obrażasz mnie, chi, chi. A przecież ja wcale nie chcę, abyś szpiegował. Ot, przysługa za przysługę.

– Jaka przysługa?

– Chcę spotkać się z Dymitriaszką, gosudarem. Jedno spotkanie, kilka słów. To chyba możesz sprawić. Jesteś, chi, chi, chi, w łaskach.

– Spotkanie? – Jacek już nic nie rozumiał. – Przecież Dymitr każe obłupić cię ze skóry. A może chcesz go zabić?

– Chcę z nim porozmawiać. Możesz być przy tym, mój ty hetmanie.

– Wkupić się w łaski? Wyć o przebaczenie? Nie wierzę.

– Dwa słowa. Na osobności. Żadnych sztuczek. Sekretna schadzka za... wiadomość o stryju.

– Nie ma mowy.

– Daję ci dwa tygodnie. Jakbyś zmądrzał, hetmanku, napisz, kiedy i gdzie spotkamy Dymitra. Wsadź kartkę do dzbana, zalep szyjkę i utop w stawie, koło pomostu, w bogojawleńskiej Słobodzie. I pamiętaj: żadnej zdrady, oddal się i zapomnij, inaczej dzban poleży tam do sądnego dnia, a ty spotkasz stryja dopiero w niebie.

– Nie.

– Nie grzesz pychą. Myśl o tym. Z Bogiem.

I nagle sztylet się cofnął, chłodny napór ostrza na szyję znikł. Jacek zerwał się na nogi.

Ryzykował wiele – pchnięcie puginałem, chlaśnięcie po szyi, po ręku, ale w tej chwili wiedział tylko jedno: chciał dostać Uspieńskiego. Miał go na wyciągnięcie ręki, bez sług, bez Wałujewa, bez broni. W ciasnej cerkwi w sercu Moskwy.

A Moskwa była teraz polska!

Uspieński okazał się sprytniejszy. Kopnął podnoszącego się szlachcica w kolano, szarpnął za kołnierz delii. Jacek gruchnął na deski cerkwi z takim łoskotem, że aż próchno i kurz posypały się ze ścian. Oprycznik zniknął; kiedy trzasnęły drzwi, Polak dopiero zbierał się z podłogi.

Jak rozjuszony byk skoczył za prześladowcą. Wrota były zamknięte, ale cerkiew sypała się jak zmurszały pniak. Jedno kopnięcie i furta odskoczyła, Dydyński wypadł na zewnątrz, łapiąc za szablę...

Tylko po to, aby zobaczyć Uspieńskiego dosiadającego karego konia i ruszającego galopem w otwartą czeluść ulicy Nikolskiej. Pomknął jak wiatr w stronę Spasskiego monastyru, a Jacek mógł tylko stać i krzyczeć:

– Trzymaj! Łapaj! Wor ucieka.

Nikt go nie słyszał. Głos zginął w dźwięku dud i piszczałek niedźwiedników, wśród krzyków, muzyki wygrywanej na gęślach. Dydyński skoczył do koni i zatrzymał się bezradnie. Nigdzie nie widział Sonki, nigdzie nie było Nieborskiego. Zabili go czy jak?

– Damiaaaan! – rozdarł się szlachcic, szukając niewiernego sługi. – Sam tu! Bywaj! Dawaj konia!

Nieborskiego jednak pod cerkwią nie było. Nie było go za nią ani pod kabakiem. Nie stał pod Ziemskim Prikazem.

A tymczasem Uspieński uchodził w noc. Coraz dalej i dalej.

Zdyszany Jacek skoczył na plac Czerwony, wpadł między ławy, na których sprzedawano owoce. W duszy dojrzewało najgorsze przeczucie – oprycznik zabił, porwał czeladnika! Coś się stało? Ale co? Gardłowa sprawa? Śmierć?

I wtedy dojrzał między ławami znajomy krągły zad Sonki. Obok stał gniady podjezdek przywiązany do słupka. A Damian?

Wciśnięty między ławy i kramy, obłapiał właśnie jakąś dziewkę w szkarłatnej sukni, o włosach okrytych siatką i licu pomazanym barwniczką.

Gził się z murwą, kiedy jego pan potrzebował konia!

Dydyński podszedł do Sonki; jego nahaj z rękojeścią oprawioną w sarnią nóżkę zwisał z przedniego łęku. Jacek szarpnął za uchwyt i ruszył, nieubłagany, ponury, wściekły.

Jednym zamachem ciął z lewej; bicz przeciął ze świstem powietrze i spadł na plecy Damiana, zawinął się na bok skortezanki.

Zabolało, bo oboje aż podskoczyli, wypadli spod budy jak pies i suka z cieczką.

Stolnikowic wziął zamach i bił. Bił ze złością, chlastał krzyczącego, dygocącego sługę przez łeb, po rękach, po plecach, po żywocie. Ciął nahajem rozwrzeszczaną przechodkę po kibici, odpędził ją kopniakiem i zwrócił się do Nieborskiego.

– Gdzieś był, z kurwy synu?! – ryczał. – Gdzieś polazł, jak ci kazałem! Kazałem czekać! Z końmi!

Nieborak pocztowy chciał uciekać, potknął się i wyciągnął jak długi. Zarobił trzy krótkie chlaśnięcia przez grzbiet, podniósł się – utytłany w błocie – i zbiegł, uszedł z krzykiem w noc.

Jego pan zatrzymał się zdyszany, serce waliło mu jak dzwon. I nagle zrozumiał, co uczynił, zaczął wołać, już ciszej, spokojniej:

– Damian, wróć! Zaraz! Na jednej nodze!

Pocztowy nie wrócił.