Wszystko nie tak! 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wszystko nie tak! 2
Wszystko nie tak! 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,35  50,68 
Wszystko nie tak! 2
Audio
Wszystko nie tak! 2
Audiobook
Czyta Gabriela Jaskuła
32,95  24,71 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Izabella Frączyk, 2020

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Miguel Sobreira/Trevillion Images;

Iwan Williams/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-923-5

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

NIGDY NIE LUBIŁA, kiedy do nich przychodził. Mimo że na jego widok smutna zazwyczaj twarz matki rozpogadzała się w jednej chwili. Marzena bardziej wyczuwała, niż wiedziała, po co ten mężczyzna przychodzi do matki, i choć nigdy na niczym ich nie nakryła, bo skrzętnie zamykali się na klucz w sypialni mamy, czuła, że on zabiera część tego, co należy do niej. Z natury była osóbką praktyczną, zatem próbowała doszukać się też dobrych stron takiego układu. Jako nastolatka miała swój własny świat, a w chwilach gdy pojawiał się Wiktor i znikał za drzwiami, mogła bez ograniczeń surfować po sieci i szperać po zagranicznych serwisach w poszukiwaniu interesujących ją materiałów. Wtedy jeszcze internet nie pękał w szwach jak dziś i zdobycie informacji o wróżbach, egzorcyzmach i czarach wcale nie było takie proste. Podświadomie wyczuwała, że matka nie pochwaliłaby jej hobby, zatem skrzętnie ukrywała przed nią zainteresowania. Marzena uczyła się dobrze, więc nikt za bardzo nie wnikał, czym się zajmuje po lekcjach, a że dorabiała stawianiem tarota koleżankom, matka tym bardziej cieszyła się, że ma tak zdolne i zaradne dziecko. Wersja oficjalna głosiła, że usługi polegają na robieniu koleżankom manicure’u oraz dawaniu im korków z chemii.

I wszyscy byli zadowoleni.

Ich życie w małym miasteczku biegło utartym trybem. Do dnia, kiedy to przy obiedzie gruchnęła sensacyjna wieść o przeprowadzce do Krakowa. Dla niespodziewającej się niczego dziewczyny był to wstrząs nie lada. A zaraz potem nastąpił kolejny. Matka oznajmiła, że wychodzi za mąż za Wiktora.

– A nie możemy zostać tutaj? Chciałam złożyć papiery do technikum krawieckiego – jęczała Marzena.

– Mowy nie ma! – usłyszała stanowczy protest. – Wiktor chce, żebyś poszła do ogólniaka. Przy jego pozycji i majątku twoje głupie technikum nie ma znaczenia. Opłaci ci najlepszą prywatną szkołę.

Do tej pory Marzeny zupełnie nie interesowało, czym zajmuje się kochanek matki. Dla niej ważny był dobry nastrój i wolne godziny, kiedy nikt się nią nie interesował. Owszem, przez okno zauważyła, że przyjeżdża jakimś drogim samochodem, i wiedziała, że ma firmę związaną z budownictwem, ale na tym wiedza o nim się kończyła.

– A co on właściwie robi? – zapytała.

– Interesy, moja droga. Intratne interesy. Mnóstwo zarabia.

– I chce sobie nas wziąć na głowę? Na co mu kobieta z dzieckiem, skoro taki bogaty?

– Nic nie rozumiesz. – Matka się roześmiała. – On mnie kocha. Niedawno owdowiał. Jego żona, po ciężkim wypadku, od lat była przykuta do łóżka. A że nie mieli dzieci, Wiktor chciałby cię adoptować i zostać twoim ojcem. Ale wcześniej ślub.

– Też coś! – Marzena drgnęła, jakby ktoś ją dźgnął. – Na co mi teraz jakiś ojciec?!

– Bo wszyscy właśnie zaczynamy nowe życie. Od początku. W nowym miejscu, gdzie nikt nas nie zna, jako rodzina, która od zawsze jest razem. Rozumiesz? To warunek.

– Ale po co? – Poruszona dziewczyna miała ochotę rozpłakać się nad zupą.

Dzień wcześniej chłopak z sąsiedztwa, do którego wzdychała od dawna, zapytał ją, czy chciałaby z nim chodzić. A tu nagle matka wyjeżdża z przeprowadzką, i to o kilkaset kilometrów dalej!

– Bo tak ma być. Już widziałam zdjęcia naszego nowego domu pod Krakowem, to prawie pałac. – Matka piała z zachwytu. – Dostaniesz własny pokój, a właściwie to osobny apartament z łazienką. Będziemy mieć pomoc domową i kucharkę, uwierzysz?! Dziecinko, to największa szansa w całym naszym życiu!

– Ale ja…

– Pójdziesz do najlepszej katolickiej szkoły. Ubrania z lumpeksu to już przeszłość. Chcesz pojechać z nami na zakupy do Wiednia? – kusiła matka.

Wprawdzie nigdy się u nich nie przelewało, ale też nie można powiedzieć, że cierpią biedę. Marzena, mając niezłe oko do wyszukiwania używanych odzieżowych perełek, jakoś nie czuła się gorsza przez to, że nosi ciuchy z drugiej ręki. Wrodzone wyczucie stylu pozwalało jej ubierać się inaczej niż wszyscy, a krawieckie zacięcie otwierało pole do spektakularnych odzieżowych przeróbek. Wystarczyło naciąć tkaninę tu czy tam, doszyć aplikację czy zrobić zaszewkę, by wyczarować efektowny strój.

Dotychczas nie miała pojęcia, jak bardzo majętny jest narzeczony matki, więc gdy przyszło do wybierania sukienek na wesele, zdębiała. W salonie sukien ślubnych urządzono dla matki i dla niej prywatny pokaz mody. Ponieważ kilka razy dopytywała, w jakiej kwocie powinna się zmieścić, szefowa salonu odciągnęła ją w końcu na bok i z profesjonalnym uśmiechem zapewniła, że pan Kornacki otworzył na ten cel rachunek bez ograniczeń.

Po raz kolejny odebrało jej mowę, gdy tuż po ślubie, już oficjalnie, jako rodzina Kornackich, wprowadzili się do podkrakowskiej rezydencji. Świeżo upieczona licealistka nie pozwoliła się długo namawiać na zakupy w zagranicznych sieciówkach. W końcu pierwsze dni w nowej szkole to nie przelewki. Trzeba się było odpowiednio zaprezentować, a markowe ciuchy mogły w tym tylko pomóc. Skwapliwie przyjęła od „ojca” najnowszy model miniaturowej nokii oraz sowite kieszonkowe, przełykając niedogodność związaną ze zwracaniem się do obcego w sumie faceta per tatusiu. Po tygodniu przywykła.

Nieco trudniej szło jej z drugim warunkiem kontraktu, czyli z niemówieniem nikomu o tym, że nie są biologiczną rodziną. Tyle że po przeprowadzce – z nowym domem, pod nowym adresem. Ale tak musiało pozostać i trzeba było się przyzwyczaić. Mimo początkowych trudności, po dwóch tygodniach pochłonięta nową rzeczywistością nastolatka nie miała już z tym najmniejszego problemu.

Dopiero co odkryła, co oznacza zamożność, a miałaby to stracić przez jakiś głupi bunt?

Firma ojczyma funkcjonowała świetnie, otworzył nawet dwa oddziały za granicą. Codzienne luksusy stały się standardem. Marzenie lata nauki upływały pod znakiem zupełnej beztroski, byleby tylko nie sprawiała kłopotów i dobrze się uczyła. Z czasem nowa rzeczywistość pochłonęła ją do tego stopnia, że chwilami zapominała, jak to było dawniej, kiedy jeszcze była kimś innym. Nawet gdy zamykała oczy, przywołanie obrazów starych wspomnień było wysiłkiem.

Z czasem stało się jasne, że kiedyś przejmie część ojcowskich interesów. Wiktor uparł się, że przekaże pod jej skrzydła biuro projektowe, więc choć jego „córka” miała takie sobie zdanie o własnych zdolnościach w tej materii, poddała się bez walki. Przy jej ścisłym umyśle architektura wydawała się dobrym wyborem. A że Marzena była ambitna, postanowiła sprostać oczekiwaniom i pokazać wszystkim wokół, że pieniądze ojca to nie wszystko, a ją stać na własne sukcesy.

To właśnie na studiach poznała Ewę, tak nieprawdopodobnie do niej podobną, że gdy ujrzały się po raz pierwszy, obie stanęły jak wryte. Przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem mierzyły się wzrokiem. Co innego, gdyby były w jakikolwiek sposób spokrewnione, tymczasem nie miały nawet wspólnych znajomych. I mimo że z powodzeniem można było je wziąć za siostry bliźniaczki, nie zapałały do siebie nadmierną sympatią. Wręcz przeciwnie, pomiędzy dziewczynami wywiązała się rywalizacja, i to tak zaciekła, że ich zachowanie po krótkim czasie sprowokowało uczelniane anegdoty. Uczyły się świetnie; profesorowie żartowali nawet między sobą, że nie sprawdzają im indeksów, bo nie ma różnicy, która przychodzi na egzamin. Średnia ocen każdej z nich budziła podziw wykładowców i zazdrość kolegów, choć Marzena nie raz i nie dwa podpierała się pomocą fachowców ojca. Nie mogła przecież pozwolić, żeby Ewa była lepsza; nosiła specyficzny gen prymuski i przegrane były nie dla niej. Musiała wygrywać w każdym plebiscycie, każdym konkursie. Była pilną studentką i nie była głupia, więc zdawała sobie sprawę, że w przeciwieństwie do rywalki czegoś jej brakuje. Niestety, tego czegoś nie dawało się kupić za pieniądze. Marzena miała bolesną świadomość, że z talentem trzeba się urodzić, a ten nie był jej dany. Musiała sobie jednak jakoś radzić, zatem małe oszustwo tu i tam mieściło się w granicach jej morale od zawsze.

Na pierwszym roku sesję letnią ukończyła w terminach zerowych. Z dumą przyjęła prezent od ojca w postaci sportowego samochodu oraz pieniądze na zasłużone wakacje. Naukową konkurencję pozostawiła w tyle, więc teraz z uśmieszkiem satysfakcji wertowała katalog biura podróży.

– Nie, mamo. Majorka jest dobra dla ramoli, a Egipt dla mamusiek z bachorami – stwierdziła, odrzucając do tyłu jasne włosy. Właśnie wróciła od fryzjera, jeszcze nieprzyzwyczajona do nowej długości.

– To może Kanary? Floryda?

– Też nie za bardzo. Przecież chcemy jechać razem z Renatą, a jej nie stać na aż taki wypas. Stany też za daleko.

– To może jej postawisz?

– Nie zgodzi się. Jest bardzo samodzielna. Chociaż pochodzi z lekarskiej rodziny z tradycjami, w życiu nie weźmie kasy od rodziców. – Marzena siorbnęła kawy z kubka sygnowanego przez jedną z najlepszych niemieckich manufaktur porcelany. – Taka z niej dziwaczka. Ale lubię ją. O, mam! To jest to!

 

– Co takiego? – Matka spojrzała znad talerza z dietetycznym risotto.

– No jak to co?! Ibiza! Że też wcześniej na to nie wpadłam!

– Wykluczone.

– Dlaczego?

– Nie słyszałaś, że tam jedynie ruja i porubstwo? Że to jedna, wielka, nieustająca impreza? – Matka zdenerwowała się nie na żarty.

– No to co? – Marzena wzruszyła ramionami. – Przecież jesteśmy dorosłe i właśnie mamy zamiar się rozerwać. Ibiza nadaje się do tego idealnie. Niby kiedy mamy się w życiu bawić, jak nie teraz?

– Wiesz przecież, że odkąd firma ojca współpracuje z organizacjami kościelnymi, musimy bardzo uważać na reputację. Wystarczy, że nie chodzisz ostatnio do kościoła. A jeszcze teraz…

– Mamo, daj spokój! Mało wam jeszcze, że przez lata kwitłam w katolickiej szkole? Że śpiewałam na oazach? A pielgrzymek na Jasną Górę mam powyżej uszu! Naprawdę nie wiesz, co się wyprawia na pielgrzymkach? Tam to dopiero…

– Przestań! To nie argument. Każdy ma swoje własne sumienie.

– No właśnie. Ja też mam swoje i wiem, co mam robić. Już zapomniałaś, że mam najlepszą średnią na roku, a tata obiecał mi, że mogę pojechać, gdzie chcę? To w końcu mogę czy nie mogę? Głupot można narobić w każdym miejscu na świecie. Niekoniecznie trzeba jechać w tym celu na Ibizę. Nawet nie mam chłopaka!

Argumentacja była na tyle mocna, że matka nie tylko odpuściła dalsze protesty, ale i przekonała męża, że to świetny pomysł. W końcu ich jedyna córka jest już dorosła, o czym oboje zdają się zapominać. Trzeba wreszcie stanąć twarzą w twarz z faktem, że Marzena już od dawna nie jest dzieckiem.

Na Ibizie dziewczyny bawiły się świetnie. Renata, gdy tylko zaczęła pić alkohol na lotnisku w podkrakowskich Balicach, tak w Balicach skończyła. Tyle że dopiero po powrocie. Marzena nie zauważyła, żeby przez cały wspólny pobyt jej przyjaciółka wytrzeźwiała choćby na godzinę. Nie piła wyłącznie wtedy, kiedy spała. Marzena nie pozostawała za nią za bardzo w tyle, co utwierdzało ją w przekonaniu, że katolickie szkoły i domowy reżim to zaraza jakich mało. Samokrytycznie uznała, że na pierwszym wyjeździe bez rodziców z nieco opóźnionym zapłonem włączyła się jej reakcja psa spuszczonego z łańcucha.

Dziewczyny szalały, nie odmawiając sobie niczego. Bo istotnie, dla młodych ludzi Ibiza to istny raj na ziemi: pełen słońca, roześmiany, roztańczony i całkowicie pozbawiony ograniczeń. Dotychczas zakazane i niedostępne uciechy tutaj znajdowały się na wyciągnięcie ręki, więc przyjaciółki, zgodnie uznawszy, że raz się żyje, postanowiły spróbować wszystkiego. Z poczuciem, że szczęście i powodzenie są im dane raz na zawsze, poszły na całość.

Do Polski wróciły już jako zupełnie inne osoby, które w swoim mniemaniu właśnie poznały życie. Lecz gdy nastał czas powrotu na studia, pewnego dnia obie otrzymały od losu niespodziankę. Niekoniecznie miłą, bo w ich wieku ciąża z nieznajomym to istny koniec świata. Ale o ile jeszcze Marzena jako tako pamiętała, z kim poczęła swoje dziecko, o tyle Renata nie mogła się doliczyć przypadkowych partnerów.

– Serio nie wiesz? A może dasz radę wrobić kogoś ze studiów czy coś?

– Obawiam się, że dupa blada. – Renata chlipnęła w odpowiedzi. – Bo najgorsze jest to, że to może być któryś z tych trzech kolesi z Mozambiku. Nie dam rady wmówić żadnemu z naszych czarnego dzieciaka. Trzeba usunąć.

– Co ty gadasz?! – przeraziła się Marzena.

– A nie? Jak ty to sobie wyobrażasz? Moja matka miesiąc temu została ordynatorem na ginekologii, a jej córka właśnie się puściła z nie wiadomo kim!

No tak, westchnęła w duchu Marzena. Moje dziec­ko, w najgorszym razie, urodzi się rude. Tymczasem Renia jako rodzicielka małego Murzynka, i to w dodatku niewiadomego pochodzenia, właśnie funduje sobie i matce obciach stulecia.

– Przecież całe środowisko nas śmiechem zabije! – łkała załamana dziewczyna. – Ty to masz dobrze, twoi starzy pewnie się ucieszą. U was taka wzorowa katolicka rodzina.

– Akurat! Moi też jeszcze o niczym nie wiedzą. Zamierzam ich oświecić dopiero dziś. Słuchaj, a może by tak spróbować odszukać tych kolesi?

– Chyba upadłaś na głowę?! Szukaj sobie teraz, po czasie, na Ibizie Murzyna, który się przyzna, że mnie bzyknął. Igłę w stogu siana prędzej znajdziesz. Tak czy siak, muszę uprzedzić matkę. Najwyżej mnie zabije i problem sam się rozwiąże – podsumowała grobowym głosem Renata.

Takiej afery u Kornackich jeszcze nie było. Ojciec krzyczał, matka omal nie dostała palpitacji serca. Marzena miała ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię.

– Jak śmiałaś! I jak my teraz będziemy wyglądać przed ludźmi?! Przed całą moją branżą? – wydzierał się ojciec. – Jak jakaś ostatnia patologia! Sama dobrze wiesz, z kim teraz pracujemy, a tymczasem zrobiłaś z siebie ostatnią wywłokę!

– Boże najmilszy, czym sobie zasłużyliśmy na taki skandal. – Matka teatralnie powachlowała się serwetką.

– Mamo, nie dramatyzuj. Przecież mogę gdzieś wyjechać. Urodzić. Nikt się nie dowie…

– Oczywiście, że gdzieś wyjedziesz! A konkretnie do Holandii. Tam jest doskonała klinika aborcyjna. – Ojciec uderzył pięścią w stół. – I zero protestów!

Tego Marzena nie przewidziała. Brała raczej pod uwagę kontynuowanie nauki do czasu, aż ciąża stanie się widoczna, a później wzięcie na jakiś czas dziekanki i zmianę trybu studiów na zaoczny. I zamieszkanie dla niepoznaki gdzieś na wsi. W końcu było ich stać na takie rozwiązanie.

To był dobry plan, ale nie zakładał jednego: jak później wyjaśnić otoczeniu, skąd wzięło się dziecko?

W pełni świadoma tego, że zawiodła oczekiwania rodziny, Marzena położyła uszy po sobie i pozwoliła działać rodzicom. Obawiała się wprawdzie, że na aborcję jest już za późno, ale w holenderskiej klinice zabiegi wykonywano nawet powyżej dwudziestego tygodnia ciąży. Bez nadziei na uratowanie dziecka, jak zwierzę prowadzone na rzeź, pozwoliła się matce zaprowadzić do samolotu.

Obie usnęły tuż po starcie.

Marzena obudziła się w połowie lotu i z ulgą stwierdziła, że matka wciąż śpi. Nie miała ochoty na rozmowę. Dla własnej psychicznej higieny postanowiła nie myśleć o tym, co ją czeka. Jeśli wierzyć zapewnieniom personelu kliniki, miała pozostać tam przez maksymalnie dziesięć godzin. Tyle że nie jechały od razu do szpitala. Wcześniej planowały zatrzymać się na krótki popas w pobliskim hotelu.

W tej chwili Marzena zrobiłaby wszystko, żeby tylko nie myśleć. Gdyby się dało, najchętniej amputowałaby sobie mózg albo przynajmniej odłączyłaby go od prądu, jak elektryczny czajnik czy telewizor. Decyzja rodziców kłóciła się z wyznawanymi przez nią wartościami, ale przecież to ona zawaliła na całej linii, więc teraz mogła mieć pretensje wyłącznie do siebie. Kiedyś przysięgła im absolutne posłuszeństwo, a teraz tę przysięgę konsekwentnie egzekwowano.

Pogodzona z losem Marzena przymknęła oczy.

I naraz przyszła jej do głowy szalona myśl.

Nie miała zbyt dużo czasu na zastanawianie się, bo samolot właśnie rozpoczął podejście do lądowania. Sprawdziła godzinę – do wieczora pozostało wprawdzie sporo czasu, ale jeśli miała wdrożyć w życie swój plan, musiała wykombinować, jak pozbyć się matki, która nie odstępowała jej na krok. Musiała zostać sama, choćby na kwadrans.

– Niedaleko naszego hotelu jest centrum handlowe, może później wyskoczymy razem na zakupy? – zapytała, wcale nie pragnąc towarzystwa.

– Nie jesteś zmęczona?

– Nie aż tak, żeby sobie czegoś nie kupić – odparła. – Muszę czymś zająć myśli.

Matka zgodziła się bez oporu, a Marzena poczuła w żyłach zastrzyk adrenaliny.

W hotelu ze wszystkich sił starała się ukryć podekscytowanie, choć gdyby mogła, rzuciłaby walizkę i od razu ruszyła do sklepu. Jednak matka postanowiła dotrzymać jej towarzystwa, więc trzeba było naprędce obmyślić plan B.

Stosowna okazja nadarzyła się już w galerii.

– Może usiądziemy na chwilkę? Napiłabym się herbaty – rzuciła swobodnie Marzena na widok kameralnej kafejki wciśniętej pomiędzy eleganckie butiki.

– A chętnie. Jakieś ciastko też dobrze nam zrobi.

Złożyły zamówienie.

Marzena z zaciśniętymi zębami odczekała kilka minut, lecz zaledwie kelner postawił filiżanki i talerzyki, poderwała się z miejsca.

– Zaraz wracam! Muszę do toalety – oznajmiła i zawinęła się na pięcie, nie dając matce czasu na reakcję.

Slalomem przemknęła między stolikami i znikła za rogiem. Już wcześniej zorientowała się, gdzie znajdzie bankomat, zatem od razu ruszyła w tamtym kierunku. Na szczęście działał.

Po chwili była z powrotem. Ulga na twarzy matki utwierdziła ją w przekonaniu, że jest pilnowana.

– Co tam masz? – zainteresowała się jej rodzicielka pakietem z ozdobną pocztówką, na której widniał łan czerwonych tulipanów.

– To? Nic takiego. Kartkę kupiłam, wyślę Renacie. Przed samym wyjazdem.

Pragnąc ukryć szarpiące nią emocje, po powrocie do hotelu od razu umknęła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Miała nadzieję, że szybko uśnie, i o dziwo po chwili już spała.

W klinice zdenerwowana podpisała zgodę na zabieg i weszła do gabinetu. Niecierpliwie wyczekiwała chwili sam na sam z lekarzem. Zatem gdy tylko pielęgniarka wyszła na korytarz, Marzena od razu przystąpiła do rzeczy. W krótkich słowach wyłuszczyła sprawę, a na biurku doktora wylądowała pękata koperta.

– Jest pani pewna? – Spojrzał z niedowierzaniem.

– Jasne, że tak. Zgoda?

– Oczywiście. Ale skoro pani już tu jest, to może przynajmniej panią zbadam?

Na widok córki, opuszczającej gabinet w towarzystwie lekarza, matka Marzeny omal nie spadła z krzesła. Zgodnie z procedurą Marzena przynajmniej od pół godziny powinna przebywać na sali operacyjnej.

– O czym on mówi?! – zawołała przerażona kobieta.

– O tym, że z zabiegu nici. W moim przypadku istnieje ryzyko powikłań. Możliwe też, że mam hemofilię i mogłabym nie przeżyć aborcji. Z porodem też nie będzie łatwo, bo to ciąża mnoga. Bliźnięta. Dziewczynka i chłopiec.

– Jezus Maria! – Twarz matki pobladła jak kreda.

– No właśnie. Zostaniesz babcią. Możesz zacząć się przyzwyczajać.

Lekarz udzielił obszernych skomplikowanych wyjaśnień, ale jako że matka znała angielski jedynie w stopniu konwersacyjnym, zawiłe medyczne słownictwo nic jej nie mówiło. Marzena starała się tłumaczyć, ale i ona nie rozumiała wszystkiego. A przynajmniej tak twierdziła.

Po powrocie z Amsterdamu u Kornackich zapanowała nerwowa atmosfera. Marzena wróciła na uczelnię, gdzie zawczasu udała się do dziekanatu, żeby załatwić urlop dziekański i ewentualną zmianę trybu nauki z dziennego na zaoczny. Była najlepszą studentką na roku, zatem dziekan nie miał nic przeciwko i obiecał przychylność.

Do domu wróciła cała w skowronkach i zaparkowała na podjeździe tuż obok nieznanego sobie białego mustanga. Z przyjemnością pogładziła dłonią czyściutką karoserię. Już miała pójść do siebie, gdy w holu przydybał ją ojciec. Chwycił ją pod rękę i w sposób nieznoszący sprzeciwu poprowadził do swojego gabinetu.

– Poznaj Rafała. Współpracujemy od dawna – powiedział, wskazując na gościa siedzącego na sofie opodal kominka.

Tuż obok siedziała matka i wpatrywała się w mężczyznę wzrokiem pełnym uwielbienia. A było na co popatrzeć. Barczysty niebieskooki blondyn o oliwkowej cerze wyglądał jak prosto z katalogu mody dla kalifornijskich surferów. Z jego postawy biła pewność siebie i pełna świadomość wrażenia, jakie wywiera.

– Miło mi poznać – odparła drętwo Marzena.

Ojciec zatarł ręce.

– Zatem przechodzimy do rzeczy. Kiedy ogłaszamy zaręczyny?

– Ale czyje? – Marzena osłupiała.

– Jak to czyje? Wasze!