Drobne grzeszkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– 4 –

Dupa!

– A konkretniej?

– Czarna dupa!

– A bardziej rzeczowo? – drążyła Basia.

– Posłuchałam twoich rad: pościągałam linki, namiary, adresy i naprawdę uwierzyłam, że się uda. I teraz mam za swoje. Wyszłam na skończoną idiotkę!

Jezu, o jakich radach ten dzieciak mówi: „dokup wędlinę i odgrzej ziemniaki”?

Ostatnio ich godziny pracy zazębiały się tak niefortunnie, że musiały przejść na esemesową korespondencję wspomaganą zostawianymi na stole liścikami – dotyczyły głównie zaopatrzenia lodówki. Zawsze któraś wracała z popołudniowej zmiany, więc gdy wreszcie dotarła do domu, nie miała siły na pogaduchy z tą, która szła na rano. Chwilkę rozmawiały, potem jedna wsadzała nos w telewizor, druga w laptopa. Przed pójściem spać życzyły sobie dobrej nocy i tyle.

Poza tym, co za „linki, namiary, adresy”?

Basia ledwo umiała znaleźć w komputerze przegapiony odcinek serialu, a i to nie zawsze. Zdarzało się, że zamiast czołówki filmu widziała komunikat: „Łącze nie odpowiada”. Ekran tłumaczył istotę łącza, podając jego nazwę, zaś ona współczuła łączu – trudno, żeby odpowiadało, skoro składa się z samych spółgłosek – udusi się po pierwszym zdaniu… Gdy naciskała sugerowane „OK”, pojawiała się kolejna wiadomość, tym razem o konieczności uruchomienia wtyczki, która w nazwie również nie grzeszyła samogłoskami.

Od lat prowadziła zakład fryzjerski i była przekonana, że zna się na wtyczkach, lecz niestety – porażka. Pewnie dlatego, że chodziło o wtyczkę niewidkę bez kabla, bez bolców oraz bez samogłosek. Wirtualną. A za świat wirtualny odpowiadała Sandra: przybiegała na ratunek, klikała i Basia znowu mogła oglądać swój serial. Skoro nie potrafiła samodzielnie nawet wtyczki klawiszem naprawić, trudno żeby doradzała córce szukanie linków – oszalała dziewucha?

– Pokaż źrenice. – Delikatnym ruchem palców, jakim sugerowała klientkom ułożenie głowy, skierowała jej podbródek w stronę żyrandola.

– Świat mi się zawalił, a ty się nabijasz? – Zaderka wzruszyła ramionami. – Strzelasz focha, kiedy wytykam, że nie masz o niczym pojęcia? Znowu wyszło na moje! Że ja ci się dałam wkręcić? Zaćmienia mózgu chyba dostałam.

– Ty wtedy, ja teraz. Poczekaj…

Basia śmignęła do kuchni. Wychyliła łyk czyściochy, otrzepała się, chuchnęła w mankiet, po czym – kulturalnie – na milimetr zakryła wódką dno szklaneczki, resztę uzupełniając sokiem.

– Opowiedz, co się stało. – Wróciła z drinkiem na kanapę. – Błagam, logicznie i po kolei! – Wiedziała, że apeluje o cud. Proszenie rozjuszonej kobiety, by trzymała się sensu i chronologii, jest równie mądre, co stawianie na Kasprowym tablicy z napisem: „Zakaz spadania lawin”.

Nie zdziwiła się zatem, gdy porwał ją potok zdań bez ładu i składu.

W końcu wyłowiła z niego najważniejszą informację – mała wzięła sobie do serca ich rozmowę sprzed kilku dni i natychmiast przeszła do działania: przeanalizowała sytuację w branży, po aptekarsku obliczyła plan awansów. Czyżby marzenia brutalnie zderzyły się z rzeczywistością i stąd furia? Bingo!

– Całą zmianę kiblowałam na zapleczu zawalona pierdylionem paczek. Pozrywałam mięśnie, a kręgosłup woła o morfinę. Burak specjalnie mną tyrał, żeby mi się odechciało, i wygrał: składam wypowiedzenie!

– Moment… – Mądre matki nie dają się prowokować złości dziecka. Wprawdzie żyją przez to znacznie krócej niż matki głupie, ale przynajmniej umierają z czystym sumieniem. – Dlaczego nie możesz podnosić kwalifikacji? Przy zatrudnieniu proponowali ci kurs na rewizora…

– Na sales advisora.

– Okej. Dlaczego nie możesz go zrobić? Co burak powiedział?

– Że przyjmował mnie haer i że on nie ręczy za czyjeś obiecanki.

– Her kto? Jakiś szef z Niemiec?

– Mamo! – jęknęła Sandra. – Haer, od angielskiego human resources.

– A po polsku co to znaczy?

– Zasoby ludzkie. Pion odpowiedzialny za personel: zatrudnia, integruje, motywuje.

– Mhm… – Zasoby kojarzyły się Basi z ukrytymi pod ziemią złożami ropy i węgla. Siłą rzeczy określenie „zasoby ludzkie” podsuwało obraz wierteł ryjących cmentarz. – A nie ma przyjemniejszej nazwy?

– Polityka personalna.

– Polityka personalna? Toż to brzmi jak jednoosobowa manifestacja. Przecież polityka z natury nie jest personalna… – Głośne „Mamo, zlituj się!” nadało rozmowie właściwy bieg. – Dobra. Mniejsza o nazwę. Uważam, że powinnaś pójść do haeru i z nimi pogadać.

– Ale oni wpadają do sklepu raz na jakiś czas, na rekrutacje.

– Więc sprawdź, kiedy najbliższa rekrutacja.

– Bez poparcia menago mnie nie wpuszczą, a na jego poparcie nie mam szans. – Z Sandry uszła cała energia. Przypominała zagnieżdżony w fotelu embrion: kolana pod brodą, ręce splecione wokół nóg. Jedynie „pępoliny” brakowało. – Za co on się na mnie uwziął?

– Wyczuł zagrożenie. Dostał gwizdek na peronie w pipidówie, ale wierzy, że jest ministrem transportu. Kochanie, przestań na niego patrzeć ze strachem. Szary zakompleksiony człowieczek, którego z łatwością pokonasz…

– O, nie! Drugi raz ci nie uwierzę. Jesteś zbyt naiwna.

– Znam naiwniejsze. Ja, na przykład, od dawna wiem, że nie ma Świętego Mikołaja. – Basia pociągnęła drinka. – Dlatego nie oczekuję, że napisane na karteczce życzenia same się spełnią. To dopiero dziecinne, nie?

W salonie zapadła cisza.

– Czyli co? – odezwała się w końcu Sandra.

– Impas. Po twojemu: czarna dupa.

– A konkretniej?

– Po co mam sobie strzępić język, skoro już postanowiłaś, że pakujesz foremki i robisz wypad z piaskownicy? Słusznie. Na pewno znajdziesz wymarzoną pracę: boski szef plus armia aniołów. Na wyścigi ustąpią ci stołków, żebyś wybrała najfajniejszy dla siebie.

– Nienawidzę, kiedy jesteś ironiczna.

– Twoje marudzenie lepsze?

Uraczyły się paroma „komplementami”, po czym wróciły do wałkowania tematu.

– Jeśli zostanę… – Ton świadczył o tym, że ta myśl wcale się Sandrze nie podobała. – Co dalej?

– Czekaj, aż haer przyjdzie do sklepu. Pomiń buraka, ucieknij z zaplecza i idź prosto do nich.

– Oleją mnie. Przy rekrutacji zrezygnowałam ze szkoleń, tłumacząc, że nie identyfikuję się z firmą, nie wiążę z nią przyszłości, że… że ja sobie gęby nie zatkałam, no! Co mnie podkusiło?

– Bez przesady. Nic złego im nie powiedziałaś.

– Żartujesz? – Zaderka skuliła się jeszcze bardziej. Przypominała teraz gigantycznego fistaszka. – Wiedzą, że jestem nieokreś­lona zawodowo, życiowo nieodpowiedzialna, nielojalna branżowo i decyzyjnie niestabilna. A jeśli ucieknę z zaplecza i wpadnę do nich z pominięciem drogi służbowej, to na dodatek także niesubordynowana: oddalam się z miejsca pracy, nie wykonuję powierzonych mi zadań, nie kieruję się dobrem grupy, a co najgorsze, ignoruję polecenia bezpośredniego zwierzchnika.

Lawina słów, okraszona krótkimi przekleństwami, z jednej strony mile Basię zaskoczyła, z drugiej zaś utwierdziła w przekonaniu, że jej córkę czeka zawrotna kariera.

Funkcjonowała wielotorowo: od rozkapryszonego dziecka po dojrzałą kobietę, od bezbronnego embriona po wojowniczkę. Byłaby najlepszym menedżerem na świecie – z jednym postępowałaby jak z ćwierćinteligentem, z innym rozmawiałaby na odpowiednim poziomie. Wszystkie niedociągnięcia nadrabiałaby wyjątkowym darem: bezbłędnie wczuwała się w cudze emocje, zarówno pozytywne, jak i negatywne, podsycając je lub gasząc wedle potrzeby. Łatwo szło jej wkurzanie matki, lecz jeszcze szybciej łagodziła konflikt. Choć kłapała dziobem, ile wlezie – trudno, takie prawo młodzieńczej pychy – znała granice: w ostatniej chwili potrafiła stulić dziób i się wycofać, by wkrótce pojawić się z przylepnym uśmiechem oraz miłym przeprosinowym gestem. Tłumaczyła się przy tym raz tak dojrzale, a raz tak dziecinnie, że Basia zachodziła w głowę, czy nie padła ofiarą chytrej manipulacji.

Jednego była pewna – jeśli Zaderka dostanie gwizdek na peronie w pipidówie, absolutnie nie popadnie w samouwielbienie. Nie uwierzy, że jest ministrem transportu, natomiast w try miga okręci sobie ministra wokół małego palca. Chwilę go poobserwuje, zdiagnozuje i skutecznie posłuży się płaczem, niewzruszonym spokojem, głośnym tupaniem, siłą argumentów bądź innymi sztuczkami, dzięki którym w pipidówie oprócz polskich pociągów dalekobieżnych zacznie stawać Orient Express. Jej potencjał gwarantował trafienie do każdego celu, niestety tylko pod warunkiem, że weźmie go między muszkę i szczerbinkę, a na to się nie zanosiło…

– Gdyby nie ten patol, może dałoby się odkręcić sprawę, ale on mi nie daruje… – Z policzkiem przytulonym do fotela Sandra wzdychała i kwękała. – Wyobrażasz sobie, jak on się mści? Te, co mu podpadną, nie mają życia. Daje im najgorsze grafiki: cały miesiąc na popołudnie, a wtorki i soboty oczywiście na rano.

– Czemu „oczywiście”? – Serce pękało od patrzenia na tę kupkę nieszczęścia, więc Basia klepnęła siedzenie kanapy. – Chodź, posmyram cię.

– Bo we wtorki i w soboty są dostawy… – Córka pokręciła głową. Widocznie uznała, że temat jest zbyt poważny, by wyjaśniać go na matczynych kolanach. – Jagoda i Justyna mają u niego megaprzechlapane, dlatego w poniedziałek i piątek harują do nocy, a następnego dnia od szóstej rano przewalają tony szmat. Jeśli zaliczą niewyróbkę, opieprza je za marne tempo i wysyła donos do góry, a góra obcina im bonusy.

– To nieludzkie.

– Zrozum wreszcie, że nie ma już ludzkich ludzi.

– Są.

– Jasne. Tyle ich zostało co Apaczów. Spotykają się w twoim zakładzie na pasemka wyciągane szydełkiem przez dziurki w czepku kąpielowym.

– Małpa! – zaśmiała się Basia. – Od stu lat nie używam czepka ani szydełka.

– Justyna i Jagoda świra dostają. Wbiły sklepowy grafik na stronę startową w komórce, laptopie i iPodzie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ćwok w nim namiesza. Najczęściej uaktywnia się koło północy: wystarczy, że przesunie plan kwadransik w dół i dziewczyny są spóźnione. Czyli kolejna notka do góry i kolejny kwartał bez bonusów. – Westchnięcie i kwęknięcie. – Mało tego. Akurat wtedy, gdy wypadają im wolne dni, on organizuje spotkanie działów: szósta rano, obecność obowiązkowa. Jeśli przyjdą pięć po szóstej, znowu donos do góry i tym razem cięcie pensji. Nagminnie łamią warunki umowy, więc pracodawca ma prawo zabrać część wynagrodzenia.

 

– To jawny mobbing.

– Co w związku z tym? – Córka spojrzała na Basię oczyma bez wyrazu. – Radzisz nam iść na Szarych Szeregów, przykuć się łańcuchami do Piłsudskiego i podpalić flagi za mobbing Polaków przez Polaków w zagranicznych sieciówkach? Daj spokój, szkoda czasu… – Machnęła ręką. – A jeśli chcesz wiedzieć, wcale nie liczę, że gdzie indziej dostanę szefa anioła i ludzie będą mi oddawać stołki. Niepotrzebnie mnie dobijasz.

– Chciałam cię ożywić.

– No to ci nie wyszło.

W salonie zapadła cisza znacznie dłuższa niż poprzednio.

– Czemu nic nie mówisz?

– Co? – Basia oderwała wzrok od ściany. – Że co mówię?

– No właśnie nic. Jak cię znam, kombinujesz.

– Ano kombinuję… On naprawdę ma nad wami taką władzę? Nie da się go przeskoczyć? Może przestawiać grafiki, poniżać, ocierać się, uniemożliwiać awans?

– Tak działa biznes. – Sandra rozłożyła ręce.

– Tak działa feudalizm, a nie biznes. Mam biznes i nikogo nie poniżam.

– A praktykantka, którą zaprzęgłaś do mopa, zamiast uczyć fryzjerstwa? To też mobbing.

– Czy ja ją zatrzymuję po godzinach albo złośliwie wyznaczam jej zmiany? Nie! – Basia energicznie pokręciła głową. – Na odwrót: wcześniej puszczam i każę przychodzić później, żeby mi nerwów nie psuła.

– No bo jaki biznes, taki mobbing.

– Zadra, nie wkurzaj mnie!

– Okej. Powiedz, co wymyśliłaś.

– Jesteś pewna, że dałoby się odkręcić twój falstart, gdyby nie on? Że tylko on cię blokuje i nigdy nie odpuści?

– Odpuści? Pfff… – Powietrze z nadętych policzków powoli uchodziło kącikami ust. – On, zamiast odpuszczać, nakręci się jeszcze bardziej. Na razie urządza mi lajtowe przejażdżki, ale na bank niedługo zacznie się hardkor: najgorsze godziny, dyscyplinarki o byle gówno… Nie mam wyjścia.

– Masz. Obawiam się, że istnieje tylko jedno…

– Jakie?

– Musisz go usunąć.

Sandra bezdźwięcznie opuściła szczękę. Nawet mrugać przestała.

– Zabić? – wykrztusiła ochryple.

Tym razem zatkało Basię.

Siedziały naprzeciwko siebie z rozdziawionymi ustami, zastanawiając się nad tym samym: „Czy ona zwariowała?”.

– Oczywiście, pruj z kałacha w rozporek! Krótką serią rozerwiesz mu jaja i tętnice. Zasłużył… – Nieopanowany śmiech utrudniał Basi dźwignięcie się z kanapy. – Pozwolisz, że zrobię sobie ostatniego drinka? Jak nas złapią, dostaniemy po dwadzieścia pięć lat. Ty jeszcze zdążysz zaszaleć, ale dla mnie taki wyrok oznacza dożywocie, zatem należy walnąć rozchodniaczka… – Pokręciła głową. – Doprawdy, bywasz zabawna.

– Oj, bo kazałaś usunąć… – Sandra dreptała za matką do kuchni. – Głupio pomyślałam…

– Wcale nie. Uważam, że mogłybyśmy udoskonalić ten plan i sprzątnąć za jednym zamachem twojego menago i moją praktykantkę. Tylko ustalmy, gdzie do siebie strzelali: w sklepie czy w zakładzie? On przyszedł się ostrzyc czy ona poszła na zakupy? – Zamoczyła usta w szklaneczce. – Pycha! Pamiętaj, kochanie, że jestem skarbnicą pomysłów. Znam wszystkie odcinki Columbo. Sklecę z nich zbrodnię doskonałą, bo wiem, jakich błędów unikać. Co ty na to, żeby najpierw odstrzelić praktykantkę? Obłożymy zwłoki kocem elektrycznym i później podrzucimy je do trupa menago. Rozumiesz? Wrobimy ich wtedy w podobną godzinę zgonu.

– Mamo, bądź poważna.

– Bo ty niby jesteś? Żałuj, że siebie nie widziałaś: „Zabić?” – sparodiowała niedawne przerażenie Zaderki i klepnęła córkę po ramieniu. – Nic to. Kto poważnieje, ten się starzeje.

Powaga nie była domeną Basi. Czy w konstytucji zapisano, że rodzic winien być surowym pryncypałem? Czy ona Pan Bóg? Nie.

Zwykła z niej biblijna Ewa. Wywiodła Adama z raju, słono zapłaciła za swój postępek i tylko się cieszyć, że zamiast Kaina urodziła Sandrę. Adam zniknął, raj zniknął, lecz najdroższa córcia została. Wprawdzie z każdym rokiem cwańsza, krnąbrniejsza i złośliwsza, ale Basia dawno się zorientowała, że idealne dzieci istnieją wyłącznie w filmach tudzież w opowieściach klientek, które przychodzą do zakładu, by się dowartościować przy farbowaniu odrostów. Ględziły trzy po trzy, wciskając słodkie kity – mąż cudowny, dzieci jeszcze cudowniejsze, teściowa skoczy za nimi w ogień, teść pierwszy przyjaciel domu, a ze szwagierką ino konie kraść – rodzina idealna. Do tego piesek dostał na szkoleniu świadectwo z paskiem, natomiast kotek wygryzł sobie pazury, żeby nie drapać nowych mebli.

Ogólnie: zero insektów, zero niesnasek, zero kłopotów. Same cuda!

Wedle zasady „Nasz klient nasz pan” głośno się nimi zachwycała, zaś w duchu nuciła kołysankę: „Z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana…”. I na koniec wpierdzieliły ich przydomowe zwierzaki. Powodzenia!

W życiu Basi nigdy nie było różowo, lecz nie było też czarno. Jej Anioł Stróż wyglądał na beztroskiego wagarowicza – pozwalał, by los się z nią nie patyczkował, ale w krytycznych momentach usłużnie podsuwał fartowne rozwiązania. Generalnie uważała się więc za fajną i szczęśliwą kobieto-matkę. Chociaż nie kojarzyła internetowych wtyczek, wymyśliła pozbycie się tyracza ocieracza, na co wielce bystra córcia na pewno by nie wpadła. Niby dwa fakultety, a gdy staje oko w oko z problemem, panikuje.

Należało powstrzymać młodzieńczą depresję szybko i ostrożnie. Siłowe rozwiązania przestały bowiem skutkować, odkąd Sandra poszła do zerówki. Potem nachalne wtrącanie się w jej sprawy zmieniało słodką istotkę w żmiję zadrowatą, zatem Basia dostosowała narzędzia wychowawcze do wychowywanego materiału – dyskretnie zasiewała ziarenko, cierpliwie czekając, czy zostanie ono podlane czy ususzone. Na ogół pięknie rozkwitało, a córka pękała z dumy: „Fajnie to załatwiłam, nie?”.

– Bez pistoletu się go nie pozbędę.

– Pozbędziesz, pozbędziesz… Na każdego jest sposób. – Basia wzruszyła ramionami. – Byle znaleźć dobrego haka.

– Jakiego?

– Bo ja wiem? Jako szefowa i podwładna w jednym nie nauczyłam się kopania pod kimś dołków.

– Każesz podłożyć mu świnię?

– Przed chwilą byłaś gotowa go zastrzelić, a raptem oburzasz się za świnię? – Basia wypiła do dna. – I nie rozumiem, czemu wciąż mi wmawiasz nakazywanie? „Każesz zabić”, „każesz podłożyć”… Nigdy niczego ci nie kazałam. Od dziecka radzisz sobie doskonale bez niczyjej pomocy. Teraz też na pewno coś wymyślisz. Trochę rusz głową, trochę zdaj się na instynkt, a zobaczysz, że się uda.

– Jakim cudem? Co mam robić?

– Co chcesz. Zwalniaj się, zatrudniaj… Przepraszam, padam z nóg. Biorę prysznic i idę spać. Dobranoc, kochanie.

– Mamo!

– Dobranoc.

Wieczorna toaleta zajęła Basi sporo czasu: wykąpała się, nasmarowała migdałowym balsamem, umyła i wysuszyła włosy. Temperatura w łazience stała się nie do zniesienia, więc opuściła nagrzane pomieszczenie, trzymając w ręku słoiczek cudownego eliksiru na niecudowne zmarszczki. Przekonana, że Sandra dawno śpi, aż się wystraszyła, gdy wpadła na nią tuż po otwarciu drzwi.

– Widzisz? – Zaderka machała telefonem.

– Nic nie widzę. Przez ciebie wklepałam krem w oczy.

– Dziesięć minut temu zmienił mój grafik. Zaczęło się!

– Czyli sam się prosi o wyeliminowanie… – Odzyskiwała wzrok, choć obraz wciąż był mglisty. – Wolisz honorowo paść w boju czy uciekać?

– O rany! Najpierw ludzcy ludzie, teraz honor i walka? Na co komu przedwojenny etos?

Oho… Nim Basia się obejrzała, przypisano ją do przedwojnia, gdzie wcześniej trafił rudy kasztan wydziwiający nad dzisiejszymi dziewczętami oraz blondyna z wnukiem, któremu pracuje cały mózg. Czemu zostały tam oddelegowane przez własne córki i synów? Urodziły się przynajmniej dwadzieścia lat po wojnie!

Najwidoczniej ich dzieci w podstawówce opuściły sporo lekcji historii i matematyki. Tak to jest: jeśli nie przypilnujesz gówniarza, płacisz potem na starość słoną cenę za braki w edukacji. Dobrze, że stuleci ciołki nie mylą i nie pytają matek o wspomnienia z powstania listopadowego.

– Naprawdę chcesz rady? – Opuściła na przedwojnie kurtynę milczenia.

– Chcę.

– Po pierwsze, radzę ci nie działać na łapu-capu. Odejdź lub zostań, ale przedtem obmyśl sprawę tak dokładnie co kursy na salwadorskiego rewizora.

– Na sales advisora! – Koszulka Sandry falowała razem z płucami. Nic dziwnego: skrawek satyny był cieńszy niż rybia łuska i krótszy niż szczupak w okresie ochronnym. – Na co mi kursy? Żeby przyjmować dostawy, wystarczy, że trzy–cztery razy w tygodniu pójdę na siłownię!

– Po drugie, przyjmij do wiadomości, że świat roi się od szkodników: chwasty, mszyce, owsiki… – Ignorując pokrzykiwania, Basia delikatnie wcierała krem w szyję. – Przemysł produkuje środki na pozbycie się tego cholerstwa, a my je stosujemy, żeby niszczyć pasożyty. Prawda?

– Prawda. I co dalej?

– Po ziemi chodzi również sporo ludzkich chwastów, lecz niestety, prawo zabrania ich truć. Nasuwa ci się jakiś wniosek?

– Tak. Że za dużo wypiłaś i zaliczasz odlot.

– Nie. Że na ludzkie chwasty trzeba znaleźć inny sposób niż chemikalia.

– Wracamy do podkładania świni?

– Poczekaj. Najpierw wyobraź sobie, że złapałaś tasiemca. Wstrętnego, uzbrojonego, ciumkającego aparatem czepnym. Cium, cium, cium… – Ręka Basi pełzła ku falującej satynie. – Odmówiłabyś leczenia?

– Głupie pytanie! – Sandra odskoczyła. – Wiadomo, że wszystko bym połknęła, żeby się go pozbyć.

– A gdzie sumienie? W końcu, łykając tabletki, podłożyłabyś tasiemcowi świnię.

– Eee tam… Mylisz pojęcia… Kategorie… – Niepewny ton wskazywał, że zamiast się złościć, Zaderka włączyła wreszcie rozsądną analizę.

– To ty mylisz kategorie. Zapamiętaj sobie raz na zawsze: świnię można podłożyć wyłącznie porządnemu człowiekowi. I nie wolno tego robić. Nigdy, pod żadnym pozorem! – Pogroziła córce palcem. – Natomiast chamów, ocieraczy, prześladowców i całą resztę chwastów w ludzkim ciele tępimy alternatywnymi formami pestycydów. Zdaje się, że nawet Kościół nie ma nic przeciwko temu, bo nie słyszałam z ambony protestów przeciwko opryskom albo wołania o ochronę tasiemców poczętych. Masz zatem pełne błogosławieństwo.

– Okej. Skoro nie pestycydy… – Sandra zagryzła wargi. – Gdyby pułapkę na szczura zastawić? Podstępnie go zwabić, trochę poszarpać za ogon i wyrzucić bez zabijania? – Mrug­nęła do Basi. – Skuteczne i humanitarne, co?

– No! Mówiłam, że niczego nie trzeba ci podpowiadać. Pójdziemy wreszcie spać?

– Jasne. Dzięki bardzo.

– Dobranoc bardzo.

Chociaż dzień zakończył się w miarę szczęśliwie, nie mogła zasnąć. Szarpały nią wątpliwości, czy słusznie judziła Zaderkę. Ale było inne wyjście?

Przecież żadna matka nie pozwoli, by jej dziecko bało się wyzwań, uciekało przed bezkarnymi zboczeńcami i ustępowało z drogi ćwokom, mylącym peron z departamentem transportu.

Jeśli Sandra raz, drugi, trzeci zgodzi się na złe traktowanie, uzna je w końcu za normę i do śmierci nie uwolni się z roli firmowo-domowego popychadła. Przed obiadem szef w ten czy inny sposób ją wykorzysta, a po obiedzie dostanie opierdziel od męża, że zupa była za słona i że powinna bardziej uważać przy sprzątaniu, bo wpycha mu odkurzaczem kapcie pod łóżko.

Basia godziła się z zarzutami córki – owszem, nie miała pojęcia o współczesnym świecie i nie czuła specjalnej potrzeby, aby go dokładniej poznać, ale wcale nie uważała się za głupszą. Przeciwnie. Z racji wieku i coraz częstszego spoglądania w tył niż w przód uświadamiała sobie coś, co dla Sandry stanowiło jeszcze abstrakcję – każda dzisiejsza przegrana i każde nawet najdrobniejsze zwycięstwo, jakie teraz osiągnie, ukształtuje jej przyszłość; odbije się po latach albo gorzkim żalem, albo słodkim uśmiechem.

Sandra uważała, że pozjadała wszystkie rozumy, a nie widziała, że wciąż jeszcze zdarzają jej się dziecinne reakcje. Obrażała się na towarzystwo z „piaskownicy”, a spokój i rozsądek gubiła szybciej niż kiedyś cymbałki albo strój na gimnastykę.

 

Na szczęście posiadała też dużo zalet, które doskonale rokowały na przyszłość.

Lecz z drugiej strony…

Że też, kurde, wszystko musi mieć drugą stronę! – walcząc z bezsennością, Basia kręciła się na łóżku jak prosiak na rożnie.