Księżycowa PannaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Surmik

Księżycowa Panna

Saga

Księżycowa Panna

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2002, 2021 Iwona Surmik i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726771398

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Księżycowa panna

Garrick oparł się o drzewo. W głowie mu wirowało, żołądek skręcały mdłości. Nie miał siły na następny krok, osunął się więc pomiędzy rosnące gęsto paprocie. Nie czuł zapachu przypalającego się na rożnie mięsa, nie słyszał pokrzykiwań ani śpiewanych ochrypłymi głosami wulgarnych przyśpiewek. Stracił świadomość.

Kiedy otworzył oczy, wokół panowały ciemności. Korzeń uwierał go w plecy, tuż przy uchu irytująco poskrzypywała gałąź. Podniósł się chwiejnie, czepiając obrośniętego mchem pnia i jęknął. Skronie łomotały potwornym bólem, obrzmiały język utrudniał oddychanie, osłabłe członki zdawały się nie należeć do ciała. Otumaniony i słaby powlókł się w mrok.

Przedzierał się przez krzaki, potykał, chwilami pełzł na czworakach, wstawał i znowu szedł. Umęczony, opływający potem, z krwią rozmazaną na twarzy wsparł się o kolejne drzewo i bezmyślnie zapatrzył na połyskującą w świetle księżyca taflę jeziora. Ogarnęła go nagle przemożna chęć zanurzenia się w chłodnej wodzie. Ześliznął się po piaszczystej skarpie i, nie zważając na chlupoczące pod stopami błoto, poszedł wzdłuż linii rosnącego gęsto tataraku. Przystanął, kiedy natrafił na małą zatoczkę i zaczął mocować się z ciężkim pasem, który okalał mu biodra. Czuł, że powinien go zdjąć, szarpał się więc z opornymi sprzączkami i mamrotał pod nosem przekleństwa. Nie słyszał cichego plusku ani cienkiego kobiecego głosu. Dopiero, kiedy pas z brzękiem opadł na piach, podniósł zamglony wzrok i ujrzał nagą kobiecą postać otuloną mokrymi strąkami włosów.

– Jaka piękna... – wymamrotał, wchodząc do jeziora.

Kobieta drgnęła przestraszona i zanurzyła się po szyję, by skryć nagość.

Garrick brnął przez płyciznę z wyciągniętymi rękami. Chciał dotknąć wodnej panny, upewnić się, że nie majaczy, ale potknął się i runął jak długi. Woda zalała mu oczy, wdarła się do gardła, dłonie ślizgały się po wodorostach, nie znajdując oparcia...

* * *

– Jesteś, książę!

– Garrick zapragnął kąpieli, jeno zapomniał zdjąć ubranie...

– Pół dnia cię szukamy, a ty wywczasów nad Srebrzanką zażywasz!

Garrick z trudem otworzył oczy i zakrył je natychmiast. Słońce świeciło mu prosto w twarz. Przyjął podaną dłoń i wstał. W głowie ciągle mu szumiało, wilgotne ubranie kleiło się do ciała, a nasiąkłe wodą buty przypominały bezkształtne chłopskie łapcie. Odgarnął opadające na twarz włosy i palcami natrafił na oślizły wodorost. Wstrząsnął nim dreszcz. Gardło go paliło, a ślina miała obrzydliwy smak mułu. Ktoś litościwie podsunął mu bukłak z wodą, więc przepłukał usta i charknął pod nogi.

– Wracajmy – wychrypiał.

Schylił się po leżący na ziemi pas i dostrzegł odciśnięty na piasku ślad małej stopy.

* * *

Darlyk obserwował z okna powrót synowskiej kompani. Widział przekrwione oczy, niechlujnie potargane włosy, wymięte, poplamione odzienia.

– Spójrz, Elbromie – powiedział, nie kryjąc złości, do siedzącego w komnacie doradcy. – Popatrz tylko na niego. Mój syn, moja krew...Leń i wartogłów. Jedyne o czym myśli to kolejna hulanka. Zapłodnił chyba wszystkie dziewki w okolicy, pije i żre jak wieprz...

– Ożeń go, mój panie. Najwyższy ku temu czas – odezwał się doradca. – Aaron ma córkę niewielkiej urody, ale pono rozumną i stateczną. W Hayl aż się palą do tego małżeństwa.

Król żuł końce wąsów. Ciągle nasłuchiwał odgłosów z dziedzińca. Tupot końskich kopyt mieszał się z hałaśliwym pokrzykiwaniem młodzieńców i chichotem służebnych dziewek, które bez potrzeby kręciły się po placu. Garrick obłapił stojącą najbliżej i cmoknął w zarumieniony policzek. Darlyk z trzaskiem zamknął okno i spojrzał na doradcę.

– Wyślij posłańców do Hayl. Ten ślub ma się odbyć jak najszybciej.

* * *

Garrick przebrał się, pozwolił aby służący utrefił mu włosy i spróbował odrobinę wina.

Po nocnym pijaństwie ciągle bolała go głowa, a żołądek wywijał kozły. Nie pociągał go gwar sali biesiadnej, nie chciał oglądać skwaszonej miny ojca. Usiadł na stołku, przymknął oczy i zaczął wspominać wydarzenia wczorajszego dnia.

Polowanie, ślady krwi na trawie, mocna gorzałka – te obrazy jawiły mu się wyraźnie. Potem były oderwane fragmenty: szorstkość wilgotnego piachu, jeziora wysrebrzone księżycowym blaskiem i naga kobieta oplątana włosami. Jeśli to majaki zamroczonego okowitą umysłu, skąd wziął się odcisk drobnej stopy?

Obraz mokrego kobiecego ciała nie opuszczał go przez całe popołudnie. Wieczerza u boku chmurnego, milczącego króla nie sprzyjała żartom, odstręczała od zabawy. Było już po północy, kiedy zaszedł do stajni i z pomocą zaspanego stajennego osiodłał konia. Wymknął się tajemną furtką i pognał w mrok.

* * *

Jezioro było ciche i spokojne. Gładkiej toni nie mąciła bodaj najmniejsza zmarszczka. Wyciągnięte na brzeg rybackie łodzie trwały nieruchomo, niczym szkielety legendowych bestii. Garrick przysiadł na wilgotnej kłodzie i zapatrzył się w urokliwy widok.

Pośród łagodnego szelestu trzcin wyraźnie odciął się chrzęst piasku. Mężczyzna odwrócił się i zamarł, kiedy napotkał spojrzenie czerwonych oczu wielkiej bestii przyczajonej do skoku.

– Nie rusz, Barc!

Zza trzcin wyszła drobna postać i bez lęku położyła dłoń na kosmatym łbie. Bestia pisnęła, widać zadowolona z pieszczoty i polizała gładzące ją palce. Garrick odetchnął i podniósł oczy na kobietę.

Była młodziutka i tak piękna, jak zapamiętał. Odziana w prostą suknię, na którą narzuciła gruby płaszcz. Splecione w warkocz włosy ozdabiał wianek ze stulonych pączków.

Wstał i skłonił się głęboko.

– Witaj, pani – powiedział dwornie. – Podziękować chciałem za ratunek. Wyciągnęłaś mnie z topieli...

Dziewczyna zmieszała się wyraźnie, ale ujęła w palce rąbek sukni i dygnęła wdzięcznie.

– Ledwo cię zratowałam, panie – szepnęła nieśmiało.

Oboje przycupnęli na kłodzie. Barc ułożył się u stóp swojej pani, nieufnie obwąchując książęce buty.

– Wczoraj myślałem, żeś jest rusałką, wodną nimfą, co ludzi do jeziora wabi.

– Na imię mi Anjel.

– Nie boisz chodzić nocą po lesie?

– Zbójów tu nijakich nie ma, a panowie z zamku wszystkie zwierzęta przepłoszyli. Od złej przygody Barc mnie chroni.

Bestia na dźwięk swojego imienia podniosła łeb i zastrzygła uszami. Anjel pogładziła ją pieszczotliwie.

– On mnie ukrzywdzić nie pozwoli, prawda?

Barc szczeknął potwierdzająco.

Garrick uśmiechnął się i na nowo zapatrzył na wody Srebrzanki. Dobrze mu było tak siedzieć, z piękną dziewczyną u boku i milczeć. To przynosiło ukojenie i spokój.

Zakwilił ptak, zwiastun nadchodzącego świtu. Anjel drgnęła, jakby zbudzona ze snu. Wstała i otrzepała kraj płaszcza.

– Pora mi wracać, panie. Zaraz świtać będzie...

– I na mnie czas – mruknął książę, dźwigając się ciężko. Spojrzał na swego konia uwiązanego do drzewa rosnącego na skarpie. – Podwiozę cię, choćby przez najgłębszy las...

– Nie potrzeba, panie. Żegnajcie.

Narzuciła na głowę kaptur i spiesznie odeszła. Garrick patrzył, jak znika pomiędzy trzcinami, zamiatając połami okrycia wilgotny piasek. Niknęła już, rozpływała się w szarości świtu, kiedy zawołał:

– Przyjdziesz jutro?

– Przyjdę...

Dosiadł konia i ruszył wolno krajem lasu. Skrył się w jego cieniu, kiedy usłyszał pomrukiwanie rybaków ciągnących na poranny połów.

* * *

Od tej pory co noc wymykał się na spotkania z Anjel. Dziewczyna nie wiedziała, że jest królewskim synem, więc mógł gawędzić swobodnie. Leżał, wpatrzony w gwiazdy, z głową na jej kolanach i był tylko młodym mężczyzną ocenianym nie według tytułu, ale za to kim jest.

I za dnia, w czasie spędzanym na zamku pośród towarzyszy i dworzan uspokoił się, wyciszył. Skończyły się hulanki i szalone eskapady. Tylko król zdawał się nie dostrzegać tej przemiany. Wszedł któregoś ranka do synowskiej alkowy i brutalnie potrząsnął za ramię, budząc go z głębokiego snu.

– Wstawaj, pijaku – mówił, z niechęcią patrząc na zaczerwienione oczy i potargane włosy. – Wstyd przynosisz mnie i całemu królestwu, ale koniec z tym. Posłów wysłałem do Hayl, żeby w twoim imieniu o rękę księżniczki Porty prosili. Wrócili wczoraj. Ślub odbędzie się jesienią. Spodziewam się, że do rozumu wreszcie przyjdziesz i ustatkujesz się...

Zaspany Garrick otworzył szerzej oczy.

– Ojcze... – zaczął, ale Darlyk nie dał mu dokończyć.

– Kiedy miałem tyle lat co ty teraz, próżniaku, królestwem rządziłem. A ty czas trwonisz na hulankach i na pośmiewisko się wystawiasz. Dlatego będzie jak rzekłem i zdania nie odmienię. Masz tu konterfekt swojej narzeczonej i bacz, by w niczym jej nie uchybić, kiedy na dwór zjedzie.

Wyszedł równie gniewny jak wcześniej.

Garrick wpatrzył się w nieładne oblicze wymalowane na pergaminie i przyklejone do kawałka drewna, aż wreszcie rzucił nim o ścianę. Drewienko pękło, dzieląc malunek na pół.

 

Nie pojechał nocą na spotkanie z Anjel. Upił się do nieprzytomności, tak samo następnej nocy i jeszcze następnej. Ale wspomnienie słodkiej dziewczęcej twarzy prześladowało go nawet w pijanym widzie. Trzeciego wieczoru pognał znowu nad jezioro.

Na piasku siedziała samotna, skulona postać. Zeskoczył z konia i przygarnął ją do siebie. Nie tracił czasu na słowa, tylko całował wilgotne usta i niecierpliwie pieścił gładką skórę.

– Kocham cię – powiedział, kiedy kołysał ją w ramionach, ocierał palcami łzy. – Powiedz, że mnie nie zostawisz, że będę cię widział co noc i co dzień.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?