Zjazd rodzinny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

1919

Pierwsze tygodnie po ślubie upłynęły nowożeńcom na krążeniu wokół siebie i poznawaniu swoich upodobań, a przy okazji też wad. Mieli na to wieczory i noce, bo Jan rozpoczął remont sklepu i do domu wracał późno. Uczciwie nadzorował pracę robotników, a nierzadko sam wchodził na drabinę, żeby to i owo zrobić po swojemu i nieco tańszym kosztem. Większość pieniędzy ze sprzedaży niewielkiego i zapuszczonego majątku przeznaczył na modernizację przyszłego miejsca pracy, które miało zapewnić byt rodzinie. Bardzo poważnie podszedł do nowych obowiązków i nie załamywały go kłopoty ze zdobywaniem drewna, farby czy gwoździ. W powojennym chaosie trudno się było połapać, brakowało dosłownie wszystkiego, a najbardziej chyba żywności. Wuj Józef tylko głową kręcił, przekonany, że luksusowy sklep kolonialny to dobra inwestycja, ale wyłącznie w czasach stabilnych, gdy ludzie mają pieniądze, a pieniądze mają wartość.

– Napatrzyłeś się przed wojną na eleganckie sklepy w Krakowie, jednak Włocławek to nie Kraków – mówił. – W Kielcach zresztą też byłby kłopot. Tam pewnie bieda jeszcze większa niż u nas, bo ziemie gorsze.

– Jeść, proszę wuja, muszą wszyscy. W starym ubraniu można chodzić kilka lat, lecz szynki nie da się zjeść dwa razy tej samej. To będzie piękny sklep, niedługo wuj sam się przekona. Byłby jeszcze piękniejszy, żebym nie musiał liczyć każdego grosza.

– A nie myślałeś czasem o sprzedaży tych dwu placów na Kokoszce? – zainteresował się wuj. – Czesław kupił je z myślą o ulokowaniu gotówki i chyba nie miał na nie pomysłu.

– Nic nie wiem o żadnych placach, proszę wuja.

– Leontynka powinna wiedzieć.

Leontyna wiedziała tylko tyle, że place od dawna nie należały już do rodziny. Co ojciec z nimi zrobił, pozostało jego tajemnicą. Jan nie bardzo się zmartwił. Owszem, dodatkowe pieniądze ucieszyłyby go, jednak i bez nich dawał sobie radę.

W czasie gdy syn czuwał nad remontem, Elwira Korzeńska dotrzymywała towarzystwa synowej. Chodziły po mieście, robiły zakupy i sporo rozmawiały. Wcześniejsze opowieści Jana o przeciętnej urodzie panny i jej bujaniu w obłokach nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości. Zdaniem Elwiry synowa była całkiem ładna, miała jasną, niemal przezroczystą cerę, duże brązowe oczy i gęste włosy koloru dojrzałych kasztanów. Drobna i niewysoka Leontyna nie wyglądała na swoje dwadzieścia lat. Była w niej jakaś wzruszająca kruchość ni to jeszcze dziecięca, ni to już kobieca. Dobro ojczyzny leżało jej na sercu jak wszystkim uczciwym Polakom, jednak po ziemi stąpała twardo. Przy służącej Busi nauczyła się nieźle gotować i zdobyła umiejętność prowadzenia domu. Wprawdzie Busia wyręczała ją w codziennych obowiązkach, ale po zakupy Leontyna chodziła sama i to ona decydowała, co będzie na obiad, co na kolację. W wolnych chwilach chętnie i dużo czytała. Elwira nie spotkała drugiej młodej kobiety, która by tyle czasu spędzała nad książkami.

– Nie szkoda ci oczu, dziecko? – mówiła, kiedy młoda pani Korzeńska z wypiekami na policzkach śledziła losy Skrzetuskiego.

– Na czytanie mi nie szkoda – odpowiadała tamta z uśmiechem, dodając, że wielkie zamiłowanie do książek wyniosła z gimnazjum Władysławy Aspisówny. Wprawdzie gimnazjum było typu matematyczno-przyrodniczego, jednak duży nacisk kładziono na naukę języka polskiego i literatury. Szkoła miała bardzo bogatą bibliotekę i trudno było nie rozmiłować się w czytaniu.

W domu znajdowało się sporo książek, więc Elwira, za przykładem synowej, też zaczęła po nie sięgać. Odkryła Kraszewskiego i Rodziewiczównę, z przyjemnością przypomniała sobie Lalkę Prusa, którą kiedyś na wsi pożyczała od księdza. Śmiała się, że powinna to być przymusowa lektura Jana, zwłaszcza fragmenty opowiadające o sklepie Wokulskiego. Syn zgadzał się z nią, bo przywykł matce potakiwać, jednak nad słowo pisane przedkładał chłodną kalkulację, opartą na liczeniu zysków i unikaniu niepotrzebnych strat. Wieczorami Elwira najczęściej wychodziła do Kopeckich, żeby młodzi mogli trochę posiedzieć razem. Zostając w domu, też by nikomu nie przeszkadzała, bo mieszkanie było duże i wygodne, miała swój pokój, w którym bez kłopotu zmieściła ulubiony fotel przywieziony ze Słowika. Za radą brata oddała mebel do pokrycia tapicerowi Jaźwickiemu, też na Cygance, i nie mogła się nadziwić, jak bardzo fotel wypiękniał. Leontynka nie miała nic przeciwko nowemu meblowi, uznała nawet, że pasował do łóżka, szafy i stołu.

Elwirę bardzo ciągnęło do brata. W dorosłym życiu prawie się nie spotykali, bo ani odległość, ani obowiązki nie pozwalały na częste wizyty. Teraz usiłowali nadrobić zaległości. Początkowo, obojętnie o czym zaczynali mówić, zawsze kończyli na małżeństwie Jana z Leontyną.

– Widać, że to dobre i niezepsute dziecko – pochwaliła kiedyś synową Elwira.

– Jakby była zepsuta, to bym jej chrzestnemu synowi nie raił – obruszył się Józef Kopecki.

– Wiem – przytaknęła. – Ale w tym pośpiechu bardzo im się narzeczeństwo skróciło. Zabrakło czasu na wzajemne poznanie.

– Mają na to całe życie. Chaim, ten, co na Starym Rynku handluje skórami, opowiadał mi, że swoją żonę zobaczył dopiero pod baldachimem, w momencie zaślubin. Mówi, że miał ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie, i zrobiłby to, gdyby nie strach przed ojcem. No i co się okazało? Salomea, choć szpetna, ma więcej zalet niż wad i pięciu zdrowych synów mu urodziła. A Jasiek poznał Leontynę przed ślubem i widział na własne oczy, że szczere złoto bierze.

– Mój syn wdał się w ojca i za szczere złoto tylko siebie uważa – odpowiedziała ze śmiechem Elwira. – Według niego kobiety należą do niższego gatunku ludzi.

Kazia, która dotąd potulnie milczała, wtrąciła się do rozmowy.

– Większość mężczyzn tak uważa, z twoim bratem włącznie. Oni są od zarabiania na dom, od wojaczki, a my od rodzenia dzieci, płukania nocników i dogadzania mężom.

– Dogadzania? – zdziwił się Józef. – Powiedz raczej, zacna niewiasto, że od podcinania mężom skrzydeł.

Jego żona złapała się pod boki i natarła nań ostro:

– Ja tam u ciebie żadnych skrzydeł nie widzę, tylko coraz większy odwłok. Zasapiesz się, zanim belę materiału dźwigniesz. Gdybym z tobą w sklepie nie siedziała, marnie by ten twój handel wyglądał.

Elwira po przyjeździe do Włocławka trzy tygodnie mieszkała z synem u brata i bratowej, zanim po ślubie mogli się wprowadzić do Leontyny. Zdążyła przywyknąć do ciągłych przekomarzań państwa Kopeckich. Oboje lubili się sprzeczać, choć w gruncie rzeczy stanowili dobrą i zgodną parę. Uśmiechnęła się teraz, słuchając o skrzydłach i odwłoku, ale z troską spojrzała na Józefa. Od ich ostatniego spotkania przed piętnastu laty bardzo utył. Twarz miał w kolorze ciasta chlebowego, szarą i nalaną.

– Dobrze mnie karmisz, to i dobrze wyglądam – odburknął żonie.

– Trochę za dobrze, Józiu, trochę za dobrze – wtrąciła Elwira. – Powinieneś nieco schudnąć.

Bratowa poczuła się dotknięta. Wciąż jeszcze żartobliwym tonem, lecz trochę głośniej, niż wypadało, wyjaśniła:

– Już ja się znam na kuchni i nie oszczędzam na jedzeniu. Józio ciężko pracuje, więc należy mu się strawa tłusta i pożywna, żeby wzmocnić siły. Jedyny kłopot w tym, że za mało ma ruchu, tyle, co w sklepie. Powinien więcej spacerować.

Pod koniec maja „Sklep towarów kolonialnych J. Korzeńskiego”, jak głosił szyld, gotów był na przyjęcie pierwszych klientów. Jan polecił swoim kobietom, by przygotowały kolację, zaprosił wuja z wujenką i zanim usiedli do stołu, poprowadził wszystkich na parter, by na własne oczy zobaczyli, czego dokonał.

– Od wiosny drzwi będą szeroko otwarte – tłumaczył – a przed wejściem ustawimy drewniane skrzynie pełne kolorowych owoców i nowalijek, żeby klient już od progu widział, czego się może spodziewać. Na hakach powiesi się zające i bażanty, oczywiście w sezonie. Widywałem taki sklep w Krakowie i bardzo mi się spodobał.

Wuj Józef zamachał niecierpliwie rękami.

– Marzyciel z ciebie, Jaśku, marzyciel! – zawołał. – Możliwe, że w Krakowie skrzynie mogą sobie stać pod sklepem, a zające wisieć na hakach, ale tu był zabór rosyjski, tu ani się obejrzysz, jak zdechły zając pokica w całkiem inną stronę, niż chciałbyś, jabłka zaś poturlają się do babskich toreb, nim je zważysz.

Jan spojrzał niepewnie.

– Tak wuj uważa? To się jeszcze zobaczy, może z tej wystawy przed sklepem rzeczywiście zrezygnuję – westchnął.

– I dobrze zrobisz – stwierdziła wujenka Kazia. – Ale trzeba ci oddać, że w samym wnętrzu wszystko elegancko urządziłeś. Te półki, te błyszczące słoje zachwycają oczy. Zrobi się jeszcze piękniej, jak towarów przybędzie.

– Już jest pięknie – powiedziała stanowczo Leontyna. Stała obok męża, gotowa go wspierać i bronić. – Powojenny kryzys kiedyś się skończy, życie wróci do normy i wtedy Janek pokaże, jak powinien wyglądać prawdziwie elegancki sklep. Ludzie zamożni są nie tylko w dużych miastach, u nas też takich nie brakuje.

– Oczywiście! – zgodził się skwapliwie Jan. – Półki w piwnicy tylko czekają, żeby się zapełnić towarami.

– Piwnicę też odremontowałeś? – zainteresował się wuj.

– Tylko wybiałkowałem. Klienci nie będą tam zaglądać.

– A te trzy połamane schodki naprawiliście? – spytała Leontyna. – Jeśli nie, trzeba to zrobić, zanim ktoś nogi połamie. Tato już się umówił z majstrem, niestety, odszedł tak nagle, że niczego nie zdążył dopilnować.

W czerwcu sklep kolonialny Jana Korzeńskiego otworzył drzwi dla klientów. Ludzie zaglądali tam z czystej ciekawości, trochę też kupowali, lecz nie o takim handlu marzył właściciel. Na razie zatrudnił tylko jednego subiekta. Nieźle się orientował w sytuacji i w czasie kryzysu nie liczył na duże utargi. Stał za ladą, wyczekiwał na klientów i nerwy go zjadały. Do domu wracał o wiele bardziej zmęczony niż wówczas, kiedy pomagał układać boazerię na ścianach. Powoli jednak, z dnia na dzień interes się rozkręcał. Kiedy w połowie czerwca Leontyna cała w pąsach szepnęła mężowi, że jest przy nadziei, bardzo się ucieszył i uwierzył, że narodziny dziecka zmienią wszystko na lepsze. Dał Bóg dziecko, da i na dziecko, powtarzał uradowany.

 

W listopadzie przyszedł na świat syn, któremu dali imię Leon, na cześć matki. To był pomysł Elwiry.

– Pierworodny syn jest zawsze najbardziej z matką związany – powiedziała. – Drugiego nazwiecie, jak tam wam będzie pasowało.

Synowa spojrzała na nią z przestrachem. Była wymęczona po porodzie i w całej twarzy widziało się tylko wielkie brązowe oczy, podsinione teraz i żałosne.

– Nie tak prędko zdecyduję się umierać po raz drugi – szepnęła.

Jan roześmiał się głośno i pocałował żonę w czoło.

– O czym ty, kobieto, chcesz decydować? Po to Bóg was stworzył, żebyście rodziły mężom dzieci. A co do bólu… Nie musi być aż taki wielki, skoro tyle dzieciaków biega po ulicach.

Elwira z trudem opanowała rozdrażnienie. Kochała syna nad życie, ale były chwile, choćby takie jak ta, że miała ochotę przełożyć wielkoluda przez kolano i drogą okrężną nałożyć trochę delikatności do głowy czy tam serca. Przytuliła synową.

– Uwierz mi, Leontynko, mój pierworodny Stefek nigdy by tak nie powiedział. Był delikatny, wrażliwy i nawet wojna go nie zmanierowała jak tego tu. – Wskazała głową na Jana, który obruszył się i poczerwieniał.

– Stefan nie żyje, nie ma co w jego imieniu głosu zabierać – burknął.

Leontyna przytuliła się do teściowej i cicho zapłakała. Elwira objęła ją i kołysała w ramionach jak małe dziecko.

Jan pokręcił się trochę po pokoju, zajrzał do kołyski z noworodkiem i wyszedł.

– Cicho, dziecko, cicho – szeptała Elwira, gładząc chudziutkie plecy synowej. – To dobry człowiek i zaradny, biedy przy nim nie zaznasz, ale sama widzę, że delikatności mu brakuje. Wszystko przez ojca żołnierza, który z domu chciał zrobić koszary. Przez jakiś czas Jankowi takie życie nawet się podobało. Na szczęście z zaradnością i pracowitością nie wdał się w ojca. Tamten nie miał głowy do interesów, z torbami niedługo by nas puścił. Mądrzyć się, gadać, opracowywać strategię, to umiał, niestety, dachu nie naprawił. Co tam dach! Głupiego nosa bez ordynansa nie umiał wytrzeć. – Zaśmiała się cicho. – Kłopot polegał na tym, że nie miał ordynansa.

Wreszcie roześmiała się także Leontyna. Siedziały jeszcze chwilę przytulone, dopóki mały Leon nie zapłakał.

1920, I półrocze

W lutym Leontyna wymyśliła, że z okazji rocznicy warto byłoby wydać dla najbliższych uroczysty obiad. Mocno się rozczarowała, kiedy mąż nie mógł zrozumieć, o jaką rocznicę chodzi.

– Leon ma dopiero trzy miesiące, chrzciny były w święta, o czym ty mówisz? – pytał zaskoczony.

– Myślałam o pierwszej rocznicy ślubu i rodzinnym spotkaniu z tej okazji – wyjaśniła cicho.

– Okazja do rodzinnego spotkania będzie w marcu, w imieniny wuja. Jest kryzys, trzeba ograniczać wydatki. – Spojrzał na jej posmutniałą minę i nieco łagodniejszym tonem dodał: – Wciąż jeszcze musimy się liczyć z pieniędzmi, bądźże rozsądna.

Była rozsądna, skinęła więc głową, że rozumie, i poszła nakarmić synka.

Nie tak sobie wyobrażała małżeństwo. Prawdę mówiąc, w ogóle sobie nie wyobrażała, że pożycie z mężczyzną może być takie trudne. Czekała na miłość, o jakiej pisała Rodziewiczówna w Dewajtis albo Orzeszkowa w Nad Niemnem, a tu ominęła ją nawet miłość narzeczeńska, wzniosła i wolna od obowiązków. Dwaj kawalerowie, którzy koło niej krążyli, zanim poznała Jana, byli całkiem do niczego, prostaccy, zainteresowani głównie majątkiem. Szczególnie obrzydliwie zachowywał się niejaki Sidłak, wiecznie spocony, z rozlatanymi rękami. Zdania nie umiał poprawnie sklecić, patrzył tylko, jakby pozbyć się Busi i chociaż dotknąć piersi Leontyny. Musiała prosić wuja Józefa, żeby go przegonił raz, a dobrze. Jan z całą pewnością był inny. Przyjechał w glorii żołnierskiej chwały, porywająco opowiadał i miał niezłe maniery. Patrząc na niego, odnosiła wrażenie, że tak właśnie musiał wyglądać Andrzej Kmicic: wysoki, szczupły, z jasną głową i jasnym wąsem, do tego wygadany i pewny siebie. Zaskarbił sobie jej przychylność już przy pierwszym spotkaniu. Co prawda, nie zachowywał się jak mężczyzna zakochany, ona jednak wolała powściągliwość od rozbieganych rąk. Nawet jej się podobało, że traktował ją niczym małe dziecko, ciepło, pobłażliwie i z lekką wyższością, chociaż ta wyższość trochę ją drażniła.

Jeszcze przed ślubem próbowała porozmawiać o tym z ciotką Kazią, a przy okazji dowiedzieć się czegoś więcej o obowiązkach żony, bo w gimnazjum panny Aspisówny nie poruszano takich tematów. Wszystko się tam zaczynało i kończyło na miłości romantycznej. Ciotka Kazia nie robiła min, nie spuszczała oczu ani nie udawała głuchej. Powiedziała: „Młode dziewczyny, jak tylko mowa o małżeństwie, to zaraz myślą o połączeniu niewiasty i mężczyzny w jedno ciało. I mają rację, bo to właśnie służy przedłużeniu rodu, ale nie tylko. Zapamiętaj sobie, dziecko, że mądra kobieta zrobi z mężem w łożu wszystko, co zechce. Najpierw jednak trzeba się poznać i znaleźć do siebie drogę. To trochę trwa, za to później scala małżeństwo niczym najlepszy klej. Tobie powinno się udać, jesteś temperamentna po Tokarzach, więc omotasz sobie Jaśka wokół małego palca. Dla kobiet najboleśniejsze w małżeństwie jest rodzenie dzieci. Trzy córki urodziłam i wiem coś o tym, na szczęście o bólu szybko się zapomina”.

Słowa ciotki, przynajmniej na początku, nie bardzo się sprawdziły. Nocne życie małżeńskie przejmowało Leontynę wielką niechęcią i coraz większym strachem. Jan był szybki, niecierpliwy i niedelikatny, postępował tak, jakby Leontyna w nocy zupełnie się nie liczyła. W ciągu dnia nie demonstrował aż tak wyraźnie swojej przewagi. Owszem, bywał obcesowy, częściej jednak, zwłaszcza gdy obok siedziała jego matka, zachowywał się poprawnie. Rozmawiał z żoną, a także zasięgał jej opinii przy urządzaniu sklepu. Chętnie mówił o swoich planach i bodaj jeszcze chętniej łykał pochwały, jeśli naszła ją ochota, by je wygłaszać.

Największym dobrem, jakie na nią spadło razem z małżeństwem, była teściowa. Leontyna wychowywała się bez matki, przylgnęła więc do Elwiry całym sercem i została z czułością przygarnięta. Do tej pory nie potrafiła aż tak zżyć się z żadną kobietą. Matkę straciła, gdy miała sześć lat, ciotka Kazia przerażała ją rubasznością i krzykliwością, natomiast Busia zawiodła ją raz, ale skutecznie, i tym samym przekreśliła całą ich bliskość, łącznie z niańczeniem i wychowaniem. Wciąż mieszkała z nimi, była na każde zawołanie, jednak o dawnym porozumieniu nie mogło być mowy. To Elwira wypełniła pustkę, jaka powstała w sercu Leontyny po odtrąceniu Busi. Teściowa była dobra, mądra życiowo i murem stała za synową. Leontyna wreszcie poczuła, że ma w kimś prawdziwe oparcie. Lubiła spacerować po mieście z matką męża, lubiła z nią rozmawiać. Nie o wszystkim, oczywiście, bo o pewnych sprawach po prostu się nie mówiło. Leontyna w życiu nie powiedziałaby teściowej, jak źle jest traktowana w nocy przez męża. A i teściowa nigdy o to nie pytała. Częściej już zajmowały się polityką, bo wszyscy wokół byli rozpolitykowani, także kobiety.

Tego roku dziewiętnasty marca wypadał w piątek, a wuj Kopecki zaprosił gości na niedzielę. Oprócz młodych Korzeńskich i Elwiry były jeszcze dwa małżeństwa zaprzyjaźnione z solenizantem. Jan zachowywał się tak, jakby spotkało go wielkie osobiste szczęście. Leontyna nie poznawała męża. Zwykle pił mało, tym razem pierwszy chwycił kieliszek i wstał.

– Jak pewnie wszyscy już wiecie, w piątek, w dniu swoich imienin, Józef Piłsudski został pierwszym w dziejach kraju marszałkiem Polski. Pozwolę sobie wznieść toast za zdrowie dwóch Józefów, którzy wpisali się na trwałe w moje życie. Wuj trzymał mnie do chrztu, a dzięki marszałkowi przeżyłem chrzest bojowy i stałem się mężczyzną. Zawsze wiedziałem, że to nieprzeciętny człowiek, bohater i geniusz, jedyny taki w kraju.

Wypili, choć jeden z gości, kuśnierz Marcin Stolarski, wyraźnie się ociągał.

– A Dmowskiego pan nie poważa? – zagadnął, odstawiając pusty kieliszek.

– Pan wybaczy, ja byłem zwolennikiem zrywu zbrojnego, nie zaś dogadywania się z Rosją, jak chciał Dmowski i jego Narodowa Demokracja. Szkoda, że pan nie widział, co się działo w Kielcach w sierpniu tysiąc dziewięćset czternastego roku, kiedy Piłsudski wkroczył ze swoimi batalionami strzeleckimi.

– Ze słynną Pierwszą Brygadą – dopowiedział wuj.

Jan pokręcił głową.

– Jeszcze wtedy nie. Wojenna historia Legionów Polskich zaczyna się od Kielc, od pierwszych starć z dywizją rosyjskiej kawalerii generała Nowikowa. Jednak dopiero w połowie grudnia w Nowym Sączu dotychczasowe bataliony otrzymały nazwę Pierwszej Brygady. Dowództwo objął brygadier Piłsudski, szefem sztabu został Sosnkowski. Wracajmy jednak do Kielc. Kiedy Piłsudski wkroczył do miasta ze swoimi strzelcami, ludzie się podzielili. Zwolennicy walki wiwatowali ze łzami w oczach, a ci, co sprzyjali endekom, gotowi byli kamieniami w nas ciskać, a może i w żołnierzy. Tumult, rwetes, przepychanki. Na szczęście dla Polski więcej było zwolenników Piłsudskiego. Pod jego sztandar zaciągnęło się wtedy ponad sześćset osób z Kielc i okolic. Między innymi ja i moi przyjaciele, a brat Stefan, który grał w orkiestrze strażackiej, dołączył z całą orkiestrą.

– Może to dogadanie się z Rosją nie byłoby takie głupie? – obstawał przy swoim kuśnierz.

– Pleciesz, Marcinie – zirytował się wuj Józef. – Z Rosjanami nie ma rozmowy.

Sprzeczka wisiała w powietrzu, bo o polityce nie dało się rozprawiać bez emocji. Na szczęście pani domu wkroczyła do jadalni, wnosząc wielką salaterkę bigosu, który był jej popisowym daniem. Wokół rozszedł się zapach kapusty, grzybów oraz mięsa zbyt długo przechowywanego w soli. Ta ostatnia woń nie była przyjemna, jednak dość powszechna w domach, zwłaszcza wiosną, gdy sięgano po zapasy gromadzone jeszcze jesienią. Leontyna gwałtownie zbladła, zerwała się od stołu i wybiegła na korytarz.

– Co jej jest? – zdziwił się Jan.

– Wyjdź i zobacz – podszepnęła mu Elwira.

– Zaraz, zaraz – odpowiedział pospiesznie, bo właśnie zamierzał dać ostateczny odpór zwolennikowi endecji i Dmowskiego.

Elwira nie czekała na to jego „zaraz”, sama wyszła pospiesznie i znalazła synową na klatce schodowej, gdzie wonie kuchenne nie były już tak intensywne jak w mieszkaniu. Młoda kobieta oparła się o poręcz schodów i z trudem łapała oddech.

– Niech mi mama nie każe tam wracać – poprosiła cicho. – Ten zapach jest nie do zniesienia.

– Smród, nie zapach – poprawiła ją teściowa. – Czy ty, dziecko, nie jesteś aby przy nadziei? – spytała z troską w głosie.

– To niemożliwe – zaprotestowała słabo Leontyna. – Przecież wciąż jeszcze karmię piersią.

– Tak się niby mówi, że jak kobieta karmi, to nie zachodzi – przytaknęła bez przekonania Elwira.

Weszła do mieszkania i po chwili wróciła z dwoma płaszczami. Zaraz też pojawiła się Kazia, ciągnąc za sobą nową falę kuchennych zapachów. Nie chciała wypuścić gości, namawiała Leontynę, żeby odpoczęła chwilę w sypialni.

– Pewnie w domu zjadłaś coś nieświeżego i stanęło ci na żołądku – mówiła. – Zrobię kieliszek wódki z pieprzem, na pewno pomoże.

Leontyna tylko pokręciła głową. Błyskawicznie włożyła palto, owinęła gardło szalem i zbiegła po schodach, by jak najszybciej znaleźć się na świeżym powietrzu. Co prawda, w mieście owa świeżość dość często pozostawiała sporo do życzenia, zwłaszcza w porze posiłków. Z otwartych okien mieszkań buchała na ulicę woń starego mięsa i zjełczałego tłuszczu, częstokroć gorsza niż ta u wujenki. Czasem dodatkowo snuły się wśród domów zapachy z fabryki cykorii Bohma, dla jednych obojętne, dla innych trudne do zniesienia. Elwira dogoniła synową i ujęła ją pod rękę.

– Lepiej? – spytała.

– O tak! – Leontyna zdobyła się na nikły uśmiech. – Tato już dawno zachęcał wujka do kupienia lodowej szafki. W mieście, które leży nad dużą rzeką, nie ma kłopotu z lodem, można go kupić jeszcze latem. U nas w domu nigdy nie cuchnie. Raz, że mamy szafkę, a dwa, że bierzemy u rzeźnika tyle mięsa, ile potrzeba, nigdy na zapas. Ciotka masło przywozi ze wsi dwa razy do roku, topi je niby, co jednak niewiele daje, a świniaka też kupuje raz albo dwa razy do roku. Bierze od córki całą tuszkę, żeby wyszło oszczędniej. Pekluje mięso, soli, zalewa smalcem, a ono i tak cuchnie. Szafka by ich urządzała.

– Lodownie nie są tanie, bo to i podwójna blacha i izolacja, lód też sporo kosztuje, nie każdego stać na takie wydatki – zauważyła ugodowo Elwira.

 

– Nie każdego, to prawda, jednak wujka byłoby stać.

W kwietniu zakończył się kilkumiesięczny proces ujednolicania pieniędzy i jedynym oficjalnym środkiem płatniczym w całym kraju została marka polska. Jan uważał to pociągnięcie władz za bardzo potrzebne, bo różnorodność walut obowiązujących na terenach dawnych zaborów bardzo utrudniała normalne życie, zwłaszcza handel. Wreszcie odchodziły do lamusa marki niemieckie, korony austriackie, rosyjskie ruble i ruble carskie, hrywny, ukraińskie karbowańce, a także niemieckie ostmarki i ostruble. Trudno się było w tym bogactwie połapać, jeszcze trudniej handlować. Niestety, wymianie pieniędzy towarzyszył wzrost inflacji, a co za tym idzie, także cen. Jan chodził zasępiony i prawie był gotów przyznać rację wujowi, że sklep kolonialny to nie najszczęśliwszy pomysł. Zajęty swoimi obowiązkami, nie zwracał uwagi na samo­poczucie żony.

Leontyna, co prawda, nie była chora, nie musiała leżeć w łóżku, przeszkadzały jej tylko intensywne zapachy. Czasem nawet przy przewijaniu synka musiała gwałtownie wybiec z pokoju, a Elwira lub Busia kończyły za nią tę normalną w końcu czynność i wcale nie taką przykrą. Przez jakiś czas nie wychodziła z domu po tym, jak na rynku chwycił ją atak torsji przy beczce ze śledziami. Jan, na wiadomość, że kolejny potomek w drodze, zasępił się jeszcze bardziej. Objął żonę i przytulił, co nieczęsto mu się zdarzało.

– Cieszę się, bo rodzina powinna być duża, jednak czas nie jest dobry na jej powiększanie – powiedział. – Kolejna wojna czyha za progiem. Miejski oddział Ligi Antybolszewickiej zorganizował wczoraj odczyt. Byłem na nim i powiem wam, że włosy stają dęba od samego słuchania. To, co się wyrabia za wschodnią granicą, przechodzi ludzkie pojęcie. Bolszewicy już nie mogą usiedzieć na miejscu, nie dość, że prowadzą wojnę domową, to jeszcze chcą udzielić pomocy komunistom niemieckim, a przy okazji zająć Polskę.

– Jak Bóg da, to może do nas nie dojdą – szepnęła Elwira.

– Jeśli już ruszą, to dojdą. Nie wiem, jak sobie poradzicie same, bo mnie na pewno zmobilizują.

Tak mówił pod koniec czerwca, a we wtorek trzeciego lipca razem z subiektem Władkiem Kowalem znosił do piwnicy lód, zapomniał o wyszczerbionych schodkach, zachwiał się i upadł tak niefortunnie, że duża bryła lodu spadła mu na przedramię. Władek zaprowadził pryncypała na górę i razem z Elwirą pomógł mu zdjąć marynarkę. Leontyna na widok kości sterczącej spod skóry zdążyła wyszeptać: „A nie mówiłam”, i zemdlona osunęła się na ziemię.

– Mówiła o nodze – mruknął całkiem przytomnie Jan.

Elwira wysłała Busię po lekarza.