Przeklęte, zaklęte

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Irena Matuszkiewicz, 2007

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce

shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Andrzej Massé

ISBN 978-83-7839-977-3

Warszawa 2012

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

KLĄTWA

Rodzinny album otwiera babka Marcysia, czyli Marcjanna Mojta z domu Patok, zamojska chłopka z dziada pradziada. Przed nią też były jakieś kobiety w rodzinie, choćby Patoczycha, matka Marcysi, choćby matka matki i tak dalej, ale o tamtych potomni niewiele lub zgoła nic nie wiedzą. Rodziły się, wychodziły za mąż, potem same rodziły dzieci, aż wreszcie umierały, nie zostawiając po sobie żadnej historii, która przetrwałaby dłużej, niż zdołało spamiętać jedno pokolenie. Portretów ani pamiątek też nie zostawiły, tylko te dzieci, cel i sens ludzkiego bytu na ziemi, krew z krwi. Dopiero o babce Marcysi da się coś więcej powiedzieć, i to nie dlatego, że ściągnęła klątwę na swój ród po kądzieli aż do piątego pokolenia włącznie. Ściągnęła niechcący i trudno ją o to winić, natomiast miejsce w albumie należy jej się za to, co zrobiła chcący i świadomie. Nie znała innego życia, innej pracy niż ta w ziemi i dla ziemi, lecz tak wyszło, że była już ostatnią z rodu Patoków, która urodziła się i zmarła na wsi. Stała się więc słupem granicznym, jeżeli można tak powiedzieć o babce, między wiejskością i miejskością swoich najbliższych.

Wraz z upływem lat babka coraz bardziej lubiła wspominać. Z tych wspomnień, snutych zwłaszcza w ponure, okupacyjne wieczory, dało się utkać całkiem spójną opowieść o długim, pracowitym życiu. Poza tym była pierwszą kobietą w rodzinie, która zdecydowała się pozować do zdjęć. Przetrwało jedno, wykonane w 1956 roku, i to właśnie ono otwiera album. (Drugie, zbiorowe, zostało wklejone na następnej stronie).

Na zdjęciu babka Marcysia wygląda godnie. Dała się sfotografować pod jabłonką, we własnym sadzie. Siedzi na krześle, wyprostowana niczym świeca, ręce ułożyła na kolanach. Widać, że dłonie są duże, spracowane, całkiem niekobiece. Oczy patrzą prosto w obiektyw. Babka wie, ma tę świadomość, że wystroiła się nie dla tej chwili, dla jednego pstryknięcia, lecz dla pamięci przyszłych pokoleń. Dla wnuczki, prawnuczki, a może jeszcze pra, pra. Ktoś jej powiedział, najpewniej Ela, że takie zdjęcie da radę przetrwać sto lat i więcej. Dla stu lat warto było włożyć najlepsze, kościółkowe ubranie: sukienny kaftan z baskinką, długą, marszczoną spódnicę i solidne półbuty ze skóry. Na głowę narzuciła wełnianą chustę, bez której przyzwoita mężatka, a tym bardziej wdowa nie powinna się ludziom na oczy pokazywać. Chusta nie zasłania czoła, pokazuje trochę włosów. Mimo siedemdziesiątki babka Marcysia wciąż miała czarne włosy i twarz czerstwą, choć pomarszczoną. Ta twarz nie unikała słońca w polu, ale też nie znała innych kosmetyków niż szare mydło i serwatka.

Choć babka Marcysia otwiera korowód kobiet w albumie, przecież nie zawsze była babką. Patrząc na pooraną zmarszczkami twarz, na usta, które szczelnie osłaniają bezzębne dziąsła, trudno sobie wyobrazić, że ona kiedyś też była dzieckiem, a potem całkiem niebrzydką dziewką, jak – bez najmniejszej ujmy – mówiono w jej wsi o pannach na wydaniu. A przecież była. Była z całą pewnością!

Z dzieciństwa zapamiętała niewiele. Pierwsze czternaście lat zawieruszyło się w niepamięci. Czasem tylko wracały jakieś okruchy wydarzeń: poszturchiwanie braci, bolesny upadek z wozu, czerwona chustka, którą tatulo przywieźli z Zamościa, no i jeszcze wielki strach przed końcem świata. W dwudziestym wieku świat obowiązkowo miał się skończyć, tak mówili ludzie we wsi. Marcysi żal było rozstawać się z życiem w wieku czternastu lat. Wreszcie nastał ten dwudziesty wiek, we wsi nie rozpadła się nawet jedna chałupa, czyli świat wciąż istniał.

*

W maju, tuż po zimnej Zośce, dziedziczka Okulewiczowa znowu upomniała się o Marcysię, najmłodszą córkę Patoków. Zapamiętała ją z poprzedniego roku jako dziewczynę silną, zwinną i chętną do pracy. Początkowo chciała ją nawet zostawić w domu. Marcysia wydawała się bystra, odpowiadała roztropnie i miała ładną prezencję. W fartuszku i czepeczku wyglądałaby lepiej od niejednej miejskiej pokojówki. Co z tego, kiedy na pokoje całkiem się nie nadawała. Nie czuła domowych porządków, bała się śliskich podłóg, nie rozumiała, czego od niej chcą, co ma wycierać i odkurzać, jeśli wszystko lśni. Po trzech dniach z płaczem poprosiła dziedziczkę, żeby ją zwolniła z obowiązku. Tłumaczyła, że na pokojach to nie jest prawdziwa robota, taka jak w polu czy w ogrodzie. Bardzo się ucieszyła, kiedy wysłano ją do warzywniaka. Z oddaniem przepracowała wiosnę, lato i jesień. Zamiast pieniędzy za dniówki dostała dobre słowo i pelerynę po panience Eleonorze. I jeszcze coś, czego nie uznała za zapłatę, tylko za zgryzotę, o której nawet w domu nie mogła opowiedzieć.

– Marcysiu, jaki to znak? – spytała zeszłego lata panienka Eleonora i nagryzmoliła na ścieżce zygzak.

Były wakacje, panienka szukała jakiegoś pożytecznego zajęcie dla zabicia nudy. Domowej służby nie mogła nękać ze względu na obecność matki. Dziedziczka Okulewiczowa przeciwna była mieszaniu chłopstwu w głowach naukami. Czy to ktoś pisuje do włościan listy, żeby koniecznie musieli umieć czytać? – mawiała. A jak nawet się zdarzyło, że ten czy ów gospodarz dostał jakieś pismo, to do dworu przyszedł. Nawet lepiej tak było, bo dwór wiedział, co się we wsi dzieje. Panienka Eleonora znała niechętny stosunek matki do szerzenia oświaty, dlatego dała spokój kuchennym dziewkom, a upatrzyła sobie Marcysię w warzywniaku, z dala od dworu. Nakreśliła zygzak na ścieżce i patrzyła surowo, całkiem jak guwernantka na nią, kiedy ćwiczyły francuski akcent.

– Wygląda jak daszek chałupy od szczytu – zauważyła trafnie Marcysia.

– Daszek! – prychnęła panienka. – To jest litera A. Zapamiętaj!

– A mnie na co to wiedzieć?

– Musisz to wiedzieć. Każdy Polak, nawet najbiedniejszego stanu musi to wiedzieć. Pójdź, będę cię uczyć! – powiedziała z powagą panienka.

Eleonora, choć młodsza od Marcysi, uparła się, że wie lepiej, czego ludowi potrzeba. To, że Polska była w niewoli, że na Zamojszczyźnie panoszyli się Rosjanie i wokół nie było ani jednej szkółki elementarnej, to wszystko nie znaczyło jeszcze, że naród miał zostać ciemny. Przez lato i jesień Marcysia poznała cały drukowany alfabet. Musiała być bardzo zdolna, bo ani panienka nie była dobrą nauczycielką, ani ona nie przykładała wagi do zdobywanej wiedzy, jednak jesienią nieźle już sylabizowała i nawet potrafiła napisać: MARCYJANNA PATOK. Drukowanymi literami, ma się rozumieć. Panienka była zachwycona, zwłaszcza sobą i swoim pomysłem. Przed zimą dała Marcysi kilka kartek z książki, która już wcześniej rozpadła się z zaczytania bądź ze starości. Całej książki nie dała ze strachu, ale kartki poświęciła, rozumując całkiem prawidłowo, że uczennica powinna przez zimę sporo ćwiczyć, by dojść do wprawy. Wiosną miały się zabrać do nauki pisania.

Marcysia wsadziła kartki pod koszulę na piersiach, i biegnąc do domu, o niczym innym nie myślała, jak tylko o znalezieniu porządnego schowka w chałupie. Nie bała się Rosjan, o nich całkiem zabyła, trzęsła się na wspomnienie ojców. Przez skórę czuła, że tatulo nigdy jej nie daruje sylabizowania. Jak mocno się rozeźli, może nawet pięścią przyłożyć. Rzadko to robił, najczęściej za łamanie przykazania, że dzieci i ryby głosu nie mają, lecz tym razem rzecz była poważna. Najmłodsza latorośl w rodzinie próbowała odwrócić odwieczny porządek świata i wynieść się ponad ojca, matkę i braci. Poglądy ojca na naukę były wyjątkowo zbieżne z poglądami dziedziczki Okulewiczowej, choć z całą pewnością nigdy na ten temat nie rozmawiali. Na inne też nie. Ojciec powtarzał za swoimi rodzicielami, a oni pewnie za swoimi, że lepszy chłopski rozum i mądrość życiowa niż pańskie nauki. Do roboty w polu, do krów i koni znajomość literek niepotrzebna. Chłopu wystarczy umiejętność prostego rachowania, żeby na targu nie dać się oszukać, i ta wiedza, którą ojcowie przekazują synom, matki córkom. Dziewka na ten przykład powinna być cnotliwa i pobożna, ojcom posłuszna i pracowita. Ostatnia zaleta wymagała szerszego rozwinięcia. Oprócz pacierzy dziewka musiała umieć strawę uwarzyć, haftkę przyszyć, krowę wydoić i w obejściu porządek utrzymać. Marcysia pobożność wyssała z mlekiem matuli, małomówność i pracowitość odziedziczyła po ojcu, a była tak zwinna, że w polu wystarczyła za dwu parobków. Tatulo często powtarzał, że w robocie braciszkowie do pięt jej nie dorośli. Braciom to było mocno nie w smak, więc zamiast się z robotą poprawić, patrzyli tylko, jakby się na Marcysi zemścić. Najczęściej skarżyli, że z igłą sobie nie radzi, że dziurę dziurą próbuje załatać. Trochę w tym gadaniu było prawdy. Nie lubiła w domu siedzieć, kiedy na zewnątrz prawdziwa robota czekała. Chyba że chleb trzeba było upiec. Dla chleba robiła wyjątek. Najlepsze we wsi gospodynie jak miały od kogoś pożyczyć bochenek, to przybiegały do Patoków. Potem oddawały swój, też dobrze rozczyniony i wyrobiony, ale żaden nie umywał się do Marcysinego.

Mimo wiecznych swarów z braćmi Marcysia czuła się w domu szczęśliwa, zwłaszcza przy tatulu. Za nic nie chciałaby sprawić mu przykrości, dlatego tak bardzo parzyły ją kartki wydarte z książki. Wpadła do chałupy i rozejrzała się z lękiem, czy nikt nie patrzy. Pierwsze z brzegu stało łóżko braci, używane tylko zimą, kiedy przenosili się ze stodoły do domu. Odgięła pałatkę, rozgrzebała słomę, potem znowu wszystko elegancko uładziła. Wreszcie mogła odetchnąć.

 

Awantura wybuchła tuż przed Godami, kiedy matula słomy do łóżek dokładała. Wymacała kartki i straszny lament podniosła. A skąd? A kto? A co to w ogóle za świństwo bezbożne, które na modlitewnik nie wygląda? A choćby i modlitewnik, to sam chłopakom do łóżka nie wskoczył, bo i po co, jeśli oni niepiśmienni? Ojca zaraz wezwała i zaczęli razem deliberować nad głupotą synów. A ci gęby pootwierali, oczy wybałuszyli, aż żal było patrzeć. Zapierali się jeden przez drugiego, lecz dowody mówiły same za siebie. Na Marcysię nikt nawet nie spojrzał. Siedziała w kątku i popłakiwała. Wyglądało, że płacze z żalu nad braćmi. Nic bardziej mylnego. Braciszkowie nie przepuścili żadnej okazji, żeby zaleźć jej za skórę, bo matula i tak zawsze brała ich stronę, więc jeśli los, choć raz, inaczej wszystko ułożył, to znaczyło, że los bywał czasem sprawiedliwy. Nie żałowała braci, płakała nad sobą, że nie może się pochwalić umiejętnością, jakiej żadna inna dziewka we wsi nie posiadła. Powoli poczucie winy zaczęło ustępować miejsca dumie. Nie zaniedbała nauki tak zupełnie. Dla wprawy kreśliła literki na piasku i wciąż wszystkie pamiętała. Wieczorami zaś, kiedy sen od razu nie przychodził, roiła, że jest już gospodynią i kupuje sobie w Zamościu prawdziwy modlitewnik oprawiony w czarną skórkę, jota w jotę taki sam, z jakim dziedziczka zasiadała w kościelnej ławce. Ona, Marcysia, też wchodziła do kościoła z modlitewnikiem, a sąsiadki aż przysiadały ze zdziwienia i zazdrości. Dla takiej jednej chwili, choćby widzianej tylko w marzeniach, warto było powtarzać literki.

Minął rok i w połowie maja dziedziczka przysłała do Patoków dziewczynę z wiadomością, że Marcysia potrzebna jest w ogrodzie. Ojcom Marcysi nie było to w smak. Gospodarska córka miała dosyć roboty na swoim, nie musiała pańskich kątów wycierać. Co miał Patok zrobić? Iść z protestem do dworu, że córka w domu potrzebna, bo żona słabuje? Niby mógł, ale nie poszedł, żeby z dworem bez wyraźnej potrzeby nie zadzierać. Zawszeć to w razie choroby albo nieszczęścia lepiej było mieć dziedziczkę po swojej stronie. Zresztą nie zabierała Marcysi na stałe, tylko na kilka godzin dziennie. Przykazał córce, że obowiązkowo ma spytać o zapłatę i nie godzić się zbyt tanio. Gadał i gadał, jakby sam siebie chciał przekonać, że to możliwe. Okulewiczowa uchodziła za wielką sknerę. Jedno, co zapewniała robotnikom, to gorącą strawę raz dziennie. Parobkom bardzo niechętnie za robotę płaciła, a dziewczynom prawie wcale. Czasem szmat im nadawała byle jakich, a czasem tylko obiecała, że coś da. Za to wymagająca była aż do przesady, nikomu nie wierzyła i wszystkiego sama próbowała dopilnować.

I tak, drugi rok z rzędu, Marcysia biegała do dworu, żeby doglądać pańskiej marchewki i szparagów. Panienka Eleonora przestała bywać w warzywniaku, widać dosyć miała swoich zajęć z guwernantką, a i Marcysia też o nauce pisania nie myślała. Był maj. Zwykle w maju na wiejskie dziewczyny nachodziła pora szczególnej religijności. Na chłopaków zresztą też. Spotykali się wieczorami pod figurą Matki Boskiej, chwalili łąki umajone i strzelali oczami niekoniecznie w celach pobożnych. Siedemnastoletnia Marcysia chyba wpadła w oko najprzystojniejszemu z całej wsi, Frankowi Kobzie. Udawał, że nie patrzy, a patrzył, udawał, że stoi w gromadzie, a dziwnym trafem zbliżał się do niej i zbliżał. Kiedy wracali do wsi całą gromadą, parę razy do Marcysi zagadał. Od jego słów, nawet takich zwykłych, o orce albo siewie, wypełniała ją od środka wielka słodycz.

Franek był wysoki, jasnowłosy, ale i Marcysi niczego nie brakowało. Kucharka ze dworu powiedziała raz, że Marcysia bardziej by się z urody na dziedziczkę nadała niż panna Eleonora. Oj, uśmiała się wtedy Marcysia, uśmiała, bo co to za dziedziczka, co biega na bosaka od wiosny do jesieni i bez roboty żyć nie umie. A że niebrzydka, to może i prawda. Mocna w sobie, ale szczupła, cieniutka w pasie, czarnowłosa i długonoga. Zaś, co się tyczy panienki Eleonory, to tylko strój ją wyróżniał, jasne sukienki, białe pończoszki i pantofelki z klamerką. Tylko strój i piękne imię, bo przecie nie uroda. Po matce krótka, przysadzista, z włosami, pożal się Boże, niczym pajęcze nitki i z nosem tak zadartym, że rozmówca chciał, czy też nie, w sam środek nosa zaglądał. Jednak to Eleonora była dziedziczką, a Marcysia prostą chłopką, wcale nie z tych najbogatszych we wsi. Z najbiedniejszych też nie, choć tatulo posagu wielkiego nie obiecywali. Marcysia wierzyła, że rodziciele potraktują ją sprawiedliwie i nie zaprzątała sobie głowy posagiem. A już na pewno nie pod figurą, kiedy Franek patrzył. Wtedy trochę się modliła, a trochę myślała, co zrobić, żeby podsycić w nim zaciekawienie. I wymyśliła.

W izbie, przy świętym obrazie, wisiały matusine najprawdziwsze korale, warte cielaka, a może i krowę. Z trzech sznurków został jeden, obiecany Marcysi na wiano. Wszystkie koraliki miały kształt beczułek nawleczonych tak zmyślnie, że największe paciorki były na środku. Marcysia bez zastanowienia ściągnęła korale ze ściany i nasadziła na szyję. Przejrzała się w okiennej szybce, i to, co zobaczyła, mocno ją zadowoliło. Od góry widziała tylko dopasowany stan od spódnicy z błękitnego płótna w biały rzucik. Spod stanu wystawały rękawy lnianej koszuli i wysoki kołnierzyk. Dołem (dołu już w szybce nie widziała) szła spódnica marszczona suto po bokach, błękitna w rzucik, z przypasanym niebieskim fartuchem. Odkąd na świecie zrobiło się ciepło, Marcysia z ulgą zrzuciła barchanową halkę i pończochy wiązane tasiemką na udzie. Lubiła biegać na bosaka nawet po rżysku, lubiła czuć ziemię pod zgrubiałymi stopami. Od dołu nic więcej na sobie nie miała, bo wiejskie dziewki ani kobiety nie nosiły majtek nawet zimą. Długie do ziemi spódnice zakrywały wszystko, co wstydliwość nakazywała zakryć, a grube halki otulały zimą to, co zdrowie nakazywało otulać. Od tyłka ważniejsza była głowa i tylko całkiem młodym dziewkom uchodziło latanie z gołą głową. Narzuciła więc Marcysia na siebie lekką chustę, głównie żeby zakryć korale przed matuli oczami i pobiegła. Dopiero pod figurą zsunęła chustę na ramiona i zaczęła śpiewać najgłośniej ze wszystkich. I czy to za sprawą śpiewu, czy korali, które codziennemu ubiorowi dodały blasku, dość że Franek tak zaczął kombinować, żeby po majowym nie wracać z całą gromadą. Sprowadził Marcysię z głównego traktu w stronę dąbrowy. Droga wzdłuż lasu też prowadziła do wsi, ale była całkiem odludna, co podobało się Marcysi i nie podobało. Z nikim jeszcze nie spacerowała tak sam na sam, więc serce jej waliło ze szczęścia i ze strachu po równi. Gadatliwy zwykle Franek stracił mowę, co było tym dziwniejsze, że zaliczał się do światowców. Jako jedyny ze wsi parobek jeździł z dziedzicem do Lublina i lubił opowiadać o swoich podróżach, zwłaszcza o żelaznej kolei, którą na własne oczy widział. Żeby nie wyjść na gapę, spytała o wielkie miasto. Czy rzeczywiście takie duże, jak mówią? Przytaknął, że tak, większe od Zamościa.

– Co z tego, że duże, kiedy takich ładnych dziewek jak Marcysia ze świecą próżno tam szukać – powiedział.

Popatrywał z boku, uśmiechał się, aż i ona zaczęła chichotać, bo nic innego jej nie pozostawało, jak tylko zręcznie ukryć zmieszanie.

– Tak Franek gada, żeby mi przyjemność sprawić.

– To przecie nie grzech, że chciałbym przyjemność sprawić?

Wyraźnie coś kombinował pod tym swoim kaszkietem zawadiacko zsuniętym z czoła. Nie była taka głupia, żeby nie zauważyć, że przysuwał się i przysuwał, choć miejsca na drodze było dużo. Zdjął ją strach, że z takiego przysuwania to już na pewno żadna przyjemność dla niej nie wyniknie, tylko same kłopoty, jeśli nie grzech nawet. Zgrabnie odskoczyła na bezpieczną odległość.

– Niech Marcysia tak nie ucieka, nie ugryzę przecież – powiedział, i tak na nią spojrzał, że poczuła pąsy na twarzy.

– Kto tam wie, kiedy Franek ostatnio jadł co dobrego – odpaliła.

Przez chwilę szli obok. Kiedy jednak poczuła, że jego ramię znowu zaczyna napierać na jej ramię, krzyknęła, że się śpieszy i popędziła przed siebie skrajem dąbrowy. Nawet nie zdążył jej przytrzymać, a gonić chyba nie chciał. Miał w tym jakieś swoje kawalerskie kalkulacje, albo po prostu bał się, że ją do reszty wypłoszy. Marcysia sadziła po mchu boso, a w bieganiu nie miała sobie równych. Dopiero w połowie drogi przystanęła, żeby odetchnąć. Oparła się plecami o pień dębu, przymknęła oczy i pożałowała ucieczki. Co Franek mógł jej zrobić? Jeśli wierzyć tatulkowi, to nic, bo przecież jak suczka nie da, to pies nie weźmie.

Z zamyślenia wyrwał ją nagły i całkiem bliski szelest, miły znak, że Franek pogoni nie zaniechał. Przygryzła usta, żeby uśmiechem nie okazać radości, ale też nie chciała mu tak całkiem darować.

– A co to? – spytała. – Dzik Franka pogonił, że pomocy u mnie szuka?

Odpowiedziało jej milczenie. Gałązka obok chrupnęła i Marcysia natychmiast oprzytomniała, otworzyła oczy. W dąbrowie roiło się od dzików, więc głupim gadaniem mogła wykrakać nieszczęście. Ale to nie był zwierz. Parę kroków przed nią stała najprawdziwsza Cyganka. W kolorowej chuście, w kwiecistej spódnicy, wydała się wprost przedziwna na tle ciemniejącego lasu. Uśmiechnęła się do Marcysi, pokiwała głową, aż zadźwięczały błyszczące koła w uszach.

– Połóż na rękę dwie kopiejki, to powróżę, czy ten, do którego się rwiesz, choć mu uciekasz, dotrzyma ci wierności! – odezwała się śpiewnie i miękko, niemal pieszczotliwie.

To jasne, że Marcysia chciałaby wiedzieć wszystko o przyszłości Franka i swojej, tyle że nie biegała pod figurę z pieniędzmi.

– Nie mam dwóch kopiejków – powiedziała.

– To połóż jedną. Krócej będę gadać, ale prawdę powiem.

Marcysia rozłożyła ręce na znak, że jednej też nie ma. Chusta jej się na piersiach rozchyliła i nim zdążyła ją zebrać, oczy Cyganki rozbłysły.

– Paciorki masz, paciorki połóż!

Wyciągnęła szponiastą rękę z brudnymi paznokciami i próbowała dotknąć sznura korali. Marcysia wzdrygnęła się i odskoczyła w bok.

– Nie trza mi waszych wróżb! – mruknęła ze złością, a strach podszedł jej do gardła. Znowu szczelnie otuliła się chustą aż po szyję.

– Połóż paciorki, one nic niewarte. Położysz, to szczęście kupisz – kusiła Cyganka.

– Jakże to tak? Mówicie o wróżeniu, a szczęściem chcecie handlować! – krzyknęła rozeźlona dziewczyna.

Zawsze była bystra, dużo bystrzejsza od braci, i trudno ją było zwieść byle jakim gadaniem. Za nic też nie chciała wyjść na głupszą od Cyganichy. Nie wiedziała tylko, że śpiewny, pieszczotliwy głos może nagle nabrać takich twardych tonów, a uśmiechnięta gęba tak szpetnie się wykrzywić.

– Bądź przeklęta, głupia! Ty i całe twoje babskie nasienie aż do piątego pokolenia. Obyście nigdy nie poszły za tych, których pokochacie, oby los wiecznie was pod górę prowadził!

Przerażona Marcysia rzuciła się do ucieczki. Pędziła na oślep przed siebie, byle szybciej do domu i do swoich. Najchętniej zatkałaby uszy, lecz musiała przytrzymywać chustę i złe słowa wykrzykiwane przez Cygankę wciąż ją dopadały. „Bądź przeklęta!”, „But’ proklata!” i jeszcze coś po cygańsku chyba.

Przed chałupą matula dziabała motyczką w kwiatowym ogródku. Malutki był to ogródek, ze dwa kroki wszerz, z osiem wzdłuż, w sam raz do nasiania floksów i rezedy. Na większy szkoda było ziemi i czasu. Matula, z bokami spódnicy zatkniętymi za pasek, miarowo poruszała motyką. Całą uwagę skupiła nie na pracy, tylko na pogawędce z Mazurzychą. Sąsiadka stanęła sobie po drugiej stronie niskiego płotu i niemal widać było, jak cudze sekrety wyłażą jej czubkiem głowy. Tokowała pośpiesznie, żeby w krótkim czasie jak najwięcej przekazać z tego, co wiedziała i co jej się tylko wydawało. Nieraz sobie Marcysia myślała, że gdyby tak wszystkie nowiny, które Mazurzycha po wsi rozwłóczy, przybrały postać kartofli, to można by nimi obsadzić z pięćset arów. Na widok biegnącej Marcysi stara plotkara uniosła głowę i z ciekawością zaczęła węszyć. Podpadło jej, że dziewczyna ledwie krzyknęła „pochwalony”, już była w sieni. Wracała spod kapliczki mocno po czasie, goniła szybciej niż wiatr w polu – znak, że coś się musiało wydarzyć. A co się mogło wydarzyć dziewczynie? Tylko jedno.

Matula pomyślała o tym samym, bo bez słowa rzuciła motyczkę i podyrdała do izby. Mazurzycha za nią, żeby nie uronić ani słówka z szykującej się awantury. Sama miała trzy córki i oddałaby wszystkie trzy za jednego syna. Wiadomo, syn to wyręka w gospodarce i przyszły spadkobierca. Jak dostanie żonę z posagiem, to i majątek podwoi. Do syna nie trzeba dokładać, a do dziewki i dołożyć trzeba, i z oczu spuścić nie można. Wpadła więc matula z Mazurzychą do izby, żeby się przekonać, co tak Marcysię wystraszyło, że goniła na złamanie karku. Nie patrzyły na ściany, nie widziały korali chwiejących się niczym wahadło, patrzyły na wypieki Marcysi i jej rozwiane warkocze. A ona nie czekała, aż zaczną burczeć, tylko pierwsza z nowiną wyskoczyła.

 

– Cygany do wsi wróciły i w dąbrowie obóz rozbijają!

– To czegoś tak pędziła? – spytała chytrze Mazurzycha.

– A tego – odpowiedziała hardo i roztropnie – żeby swoich uprzedzić. Konia trza pilnować, psa na noc spuścić z łańcucha.

Nowina była ważna, nawet bardzo ważna i odsunęła na bok dalsze dociekania. Matula tylko pogroziła palcem, przypomniała o cnocie i skromności, bo gadania o dobrym nigdy za wiele. Dziewczyna przytaknęła, że wie, że pamięta i choć wciąż jeszcze trzęsła się w środku ze strachu, o klątwie ani wspomniała.

Od tego majowego wieczora Marcysia miała już dwie wielkie tajemnice, z którymi nie mogła się przed domownikami zdradzić: sylabizowanie i klątwę. Właściwie to nie dwie, a trzy. O tym, że spodobał jej się Franek Kobza, też musiała milczeć. Zamążpójście było zbyt poważną sprawą, żeby ojcowie pozwolili młodej dziewce decydować, za kogo chce iść, za kogo nie. Wiadomo było, że jak przyjdzie właściwa pora, sami jej męża wybiorą, bacząc pilnie, żeby nie był zbyt biedny ani zbyt pazerny na posag. U Kobzów w chałupie było jak w starym porzekadle: w każdym kątku po dzieciątku, a za piecem dwa. Niewiele biedniejsi od Patoków, majątkiem musieli obdzielić ośmioro dzieciaków, więc Franek, choć gładki na gębie i wysmukły, nie był najlepszą we wsi partią. Marcysia nawet nie za bardzo się łudziła, że ojcowie zechcą dobrowolnie wydać ją za Franka. On sam też jeszcze niczego nie obiecał. Może nie zdążył, bo uciekła, a może wcale nie miał takiego zamiaru? Kombinowała tak i siak, ledwie jednak zaczynała się wahać, widziała jego zachwycone niebieskie oczy i wahania pryskały. Musiała mu się spodobać, inaczej nie patrzyłby tak uparcie. On też jej się widział jak dotąd żaden kawaler. Przy takim silnym, pracowitym człowieku nie bałaby się życia we dwoje. Razem mogliby do dużego majątku dojść, bo Franek miał jeszcze jedną zaletę, rzadką wśród parobczaków i chłopów: nie przesiadywał w karczmie i nie wylegiwał się nad ranem pod płotami. Ledwie jednak zaczynała o Franku myśleć, strach ją wielki zdejmował, a w uszach dźwięczały słowa Cyganichy: „Obyś nigdy nie poszła za tego, którego pokochasz!”.

Marcysia wierzyła w klątwy, czary i uroki. Wiadomo było, że stara Kurczycha co rusz na kogoś urok rzucała. Na ludzi i na zwierzęta. Jeżeli Kurczycha mogła, to tym bardziej Cyganka, która kształciła się w swoim fachu od dziecka.

Ciężkie dni nastały dla Marcysi i jeszcze cięższe noce. Franek przestał czegoś przychodzić na litanię pod figurą, a i modlitwy wkrótce się skończyły. Od czasu nieudanego spaceru nie widziała go nawet przelotnie. Ludzie gadali, że pojechał w podróż z dziedzicem i to gdzieś dalej niż do Lublina. Marcysia z frasunku i z niewyspania schudła, sczerniała na gębie i prawie przestała się odzywać. Matula zaraz zauważyła, że z córką coś nie tak i na siłę próbowała się dowiedzieć, a z kim, a gdzie? Kazała jej zadzierać spódnicę i pokazywać koszulę. To, że dziewki ciążyły przed ślubem, nie było znowu taką wielką nowiną. Zapominały się z głupoty, z ciekawości, czasem z zauroczenia. Patoczycha dzień w dzień wykrzykiwała Marcysi, że wstydu nie przeżyje i jak tylko brzuch zobaczy, córkę z domu wygoni. O swój brzuch Marcysia była spokojna. Za długo mieszkała na wsi, żeby nie wiedzieć, skąd się biorą szczenięta albo cielaki. Nie zgrzeszyła, nie zbłądziła, to i nie przejmowała się brzuchem ani matczynymi groźbami. Rano biegła do dworskiego ogrodu, potem aż do wieczora uwijała się w gospodarstwie, wyręczając ojców. Dzień wyganiał ją z chałupy, noc przyganiała, brakowało czasu na podrapanie się w głowę, i właśnie to trzymało ją przy życiu. Nie na darmo tatulo powtarza, że nie ma lepszego lekarstwa na zgryzotę jak ciężka praca. Gdyby Marcysia nie była aż tak bardzo pochłonięta swoimi myślami i robotą, pewnie by zauważyła, że coś się wokół kroi. Matula na parę dni przycichła, przestała gderać, ale to akurat nie było żadnym zaskoczeniem. Czas mijał, wstyd się brzuchem nie objawił, to i zajęła się ważniejszymi sprawami. W chałupie o niczym innym teraz się nie mówiło, jak tylko o weselu najstarszego syna. Już zeszłej jesieni zostało postanowione, że zaraz po żniwach Władek ożeni się ze Staśką, córką Mazurzychy. Przygotowania do uroczystości całkiem ojców pochłonęły. Mieli o czym myśleć, na co pieniądze wydawać, więc Marcysia bardzo się zdziwiła, kiedy ni stąd, ni zowąd przywieźli jej z Zamościa turecką chustę z frędzlami, tak zwaną mazanichę. Samodziału na nową spódnicę przywieźli i białego płótna na koszulę, żeby na ślubie wstydu bratu nie przyniosła. Tak powiedziała matula, chociaż w skrzyni leżały dwie porządne, świąteczne spódnice, jedna na lato, druga na zimę, czerwona, barchanowa halka, i dwie koszule płócienne. Oprócz tego Marcysia miała całkiem porządny strój codzienny i drugi, do roboty, więc łachów jej nie brakowało i nie mogło być mowy o przynoszeniu wstydu rodzinie. Oczywiście z prezentów się ucieszyła. Uczyli ją, co prawda, że nie szata zdobi dziewkę, jeno cnota, ale była młoda i lubiła ładnie wyglądać. Zaraz też matula zakupy zamknęła w skrzyni, a Marcysię pogoniła do pracy. Ostatnio coraz mocniej pomstowała na obowiązki córki w dworskim ogrodzie. Sama już nie radziła sobie z robotą, narzekała na bóle w nodze i w krzyżach. Lubiła narzekać, więc nikt się specjalnie nie przejmował jej gadaniem, najmniej synkowie. Jak trzeba było wody z rzeki nanieść, natychmiast wynajdywali dziesięć innych zajęć, dużo pilniejszych i koromysło z pustymi wiadrami czekało na Marcysię. Chałupa stała na górce jakieś pięćset kroków od Łabuńki. Bliziutko, czapką można by dorzucić, zwłaszcza gdy się biegło z góry. Droga powrotna z dwoma wiadrami pełniutkimi wody już nie wydawała się taka krótka. Marcysia, choć silna, zawsze się trochę zasapała, lecz nikt nie mógł jej zarzucić, że nabiera po pół wiadra. Nabierała po same brzegi i niewiele wody uroniła. Chodzenie z koromysłem to była cała sztuka, uważana zresztą za babskie zajęcie, tak jak zamiatanie izby czy pranie. Pranie w rzece też było na głowie Marcysi, bo matula nie dawała już rady machać kijankami. Opuszczały ją siły w rękach, ale nie w języku. Nie wiadomo, czy to choroby tak ją odmieniły, czy żałość z powodu ślubu ukochanego synka, dość że zrobiła się bardzo swarliwa. O byle głupstwo straszny jazgot podnosiła, całkiem jak Mazurzycha. Bardzo się skumały obie po zrękowinach swoich pierworodnych, a że Mazurzycha nie znała granic poufałości, wkrótce zaczęła Patokom w chałupie rządzić, we wszystkie kąty zaglądać. I choć nie doszło jeszcze do pierwszego ślubu, ona już napomykała o drugim, próbowała młodszego Patoka połączyć ze swoją średnią córką. Wiadomo, szukała parobków do roboty, bo po śmierci starego Mazura ledwie sobie radziła z gospodarowaniem. Uparła się na najbliższych sąsiadów, żeby grunty łatwiej było połączyć i swoim córkom zapewnić dostatek. Na Marcysię patrzeć nie mogła, choć udawała życzliwość. Z tej życzliwości wciąż sączyła matuli do ucha truciznę.

W czerwcu przed kupalnocką Marcysia narwała bylicy i przysiadła na progu, żeby wianek uwić. Brała po trzy gałązki, splatała je, potem dobierała znowu trzy i tak dalej. Nuciła sobie pod nosem, bo nagle zrobiło jej się całkiem lekko na sercu. Zbierając bylicę na leśnej polanie, umyśliła sobie, że zły czar można odpędzić dobrym. Wiadomo, że taki wianek ze świeczką w środku, przeżegnany krzyżem na drogę i puszczony z prądem rzeki, ma w sobie moc dobrego czaru. Nikt nie zakłada z góry, że utonie albo ucieknie z nurtem. Przeciwnie, zawsze jest możliwość, że zakochany kawaler rzuci się do rzeki, wianuszek wyłowi i zachowa jako obiecankę małżeństwa. W tym względzie Marcysia bardzo liczyła na Franka. Jeśli złapie jej wianek, a na pewno złapie, czar Cyganichy pryśnie. Uśmiechnęła się do swoich myśli i nawet widok utrapionej sąsiadki nie za bardzo popsuł jej humor. Mazurzycha biegła kłusem najpewniej z jakąś nowiną. Marcysia nawet nie ruszyła się z progu. Powiedziała tylko, że matuli nie ma i dalej plotła wianek, zasłaniając wejście do sieni.