Dziewczynka z SobiboruTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Podziękowania

Okładka


TYTUŁ ORYGINAŁU: La bambina e il nazista

Copyright © 2020 Franco Forte and Scilla Bonfiglioli

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Pierwsze wydanie książki ukazało się we Włoszech w 2020 r. w Mondadori Libri S.p.A.

Polskie wydanie ukazuje się w porozumieniu z Piergiorgio Nicolazzini Literary Agency (PNLA) i Book/Lab Literary Agency

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2020

ISBN 978-83-8074-273-4

PROJEKT OKŁADKI: Paweł Cesarz

FOTOGRAFIE NA OKŁADCE: © Shutterstock / LightField Studios, Marcin Czerniawski / Unsplash, Victor Malyushev / Unsplash

REDAKCJA: Sztuka i Słowo: Daria Demidowicz-Domanasiewicz

KOREKTA: Iwona Gawryś

REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA:

Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

Adres do korespondencji:

ul. Sokolnicza 5/21, 53-676 Wrocław

www.bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Dressler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Mojemu synowi Stefano, który mimo że nie kocha książek, to z ciekawości wtyka nos (i ręce) we wszystko, co zobaczy. I często rozumie to lepiej ode mnie…

Franco Forte

Valerii i Hassanowi, z całego serca

Scilla Bonfiglioli

Ta książka jest wytworem wyobraźni. Opisywane postaci i miejsca mają na celu uwiarygodnienie fabuły. Wszelkie podobieństwo do zdarzeń i osób, żyjących lub zmarłych, jest niezamierzone i przypadkowe.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

1

Hans Heigel wiedział, że zmiany nigdy nie zachodzą niespodziewanie.

Każdego ranka, gdy otwierał okno, widział wzgórze Piesberg zatopione we mgle przerywanej cienką kreską horyzontu Osnabrück. Potem odwracał spojrzenie, wkładał mundur i maszerował do pracy, zapominając o konturach spowitych mgłą. Dopiero po południu, gdy unosił wzrok znad dokumentów, dostrzegał, że wzgórze o zboczach poprzetykanych różowymi i fioletowymi nitkami dostojnie góruje nad miastem. Dla Hansa, który nie pozwalał sobie na rozproszenie podczas szarych, monotonnych godzin pracy w małym biurze, pozostawało zagadką, kiedy wzgórze wyłoniło się z mgły. Z pewnością jednak zmiana następowała stopniowo, w ciszy, jakby w opozycji do dzikich wrzasków wojny, która szalała gdzieś w oddali.

Hans okrył się szczelniej czystą, starannie pocerowaną kurtką. Defensywna postawa, nie tylko zamykanie się w mundurze, lecz także w swoim małym świecie złożonym z liczb i logistyki, prostym i na swój sposób przerażającym, była mu niezbędna w czasach, gdy Niemcy otrząsnęły się po porażce w pierwszej wojnie światowej i atakowały każdego, kto nie rozumiał, iż nadszedł czas, by podnieść głowę.

Tak naprawdę to i on nie rozumiał. Ta cała wściekłość, to okrucieństwo, które zdawało się nie mieć końca… Ale milczał i pochylał się nad kartkami, pochłonięty pracą, aby nie słyszeć, jak świat poza jego skromnym biurem ulega przemianie.

Wiedział jednak, że zmiany nadejdą, nieuniknione, kiedy człowiek najmniej się ich spodziewa. Może nie nagle, lecz dzień po dniu. Stopniowo, tak jak mgła, która zsuwa się po zboczach wzgórza Piesberg.

Tymczasem lepiej pochylać głowę i czekać, aż będzie można podnieść wzrok, gdy dokona się zmiana.

Poza ścianami jego biura.

Poza wzgórzem.

Poza miastem.

Kiedy cała mgła, która zaciemnia świat, rozproszy się ostatecznie.

2

– Włącz radio – poprosił żonę Hans, siadając do śniadania.

Ingrid uniosła tylko kącik ust i nalała mu herbaty, najwyraźniej skupiona, by nie rozlać ani kropli na śnieżnobiały obrus. Postawiwszy przed nim filiżankę, pochyliła się, chcąc poprawić mu kołnierzyk munduru. Ale nie posłuchała.

– Ingrid, radio…

Od kilku dni likwidowano getto w Krakowie, a w warszawskim trwało powstanie. Komunikaty radiowe nadal kreśliły sytuację w Polsce, coraz bardziej nieprzejrzystą, coraz bardziej krytyczną. Akcja „Reinhardt” osiągnęła właśnie szczytowy moment, a eliminacja getta żydowskiego była jednym z etapów operacji, która przewidywała oczyszczenie ziem polskich z Żydów.

 

– Hans, proszę – westchnęła, odgarniając z czoła jasny lok, który wysmyknął się z fryzury. Nie dodała nic więcej, ograniczając się do spojrzenia mówiącego, że przy niej nie musi udawać. Nigdy nie doniosłaby do stosownych władz, że mąż nie zachowuje się codziennie jak prawdziwy syn Rzeszy.

Hans powinien był zmusić żonę. Wiedział, jak niebezpieczne było odprężenie, uleganie pokusom harmonii królującej w jego domu, gdzie nikt nie mógł nagle wtargnąć i go zdemaskować. Ale Ingrid była taka piękna, kiedy pochylała głowę, wzdychając: „Hans, proszę”; kiedy obracała się w bladozielonej sukience; kiedy rozchylała usta, szukając w skupieniu płyty, żeby ją położyć na gramofonie… że nie wytrzymał długo z miną, którą tak świetnie nauczył się przybierać.

Obserwował ją, zwróconą do niego tyłem, jak opuszcza igłę gramofonu na płytę. Dźwięki Wagnera wypełniły całą jadalnię. Oboje uwielbiali muzykę i ich dom zawsze rozbrzmiewał symfoniami Beethovena, muzyką klasyczną i niemieckimi pieśniami.

– Czy tak nie jest lepiej? – Uśmiechnęła się do niego przez ramię.

Hans nie odpowiedział, ale w duchu się wzdrygnął: Ingrid była zbyt doskonała. Wszystko w tym domu wydawało się zbyt doskonałe, z dala od wojny, od wściekłego huku armat i krzyków umierających. Nie mógł pozwolić, by mgła opadła również na nich. Nie mógł dopuścić, by nazistowskie szaleństwo wdarło się przez mur, który wzniósł dla obrony siebie i rodziny.

Wytarł usta i wstał, czując, że nogi ma jak z waty.

– Gdzie Hanne? – spytał, rozglądając się. – Jeszcze śpi?

3

Hanne spała. A raczej udawała, że śpi. Hans od razu się zorientował i powstrzymał uśmiech.

Blade promienie słońca wpadające przez okno muskały jej twarzyczkę, długie, złociste włosy były rozrzucone na poduszce; jednocześnie uparcie zamykała oczy.

– Śniadanie na stole – zdecydował się wreszcie powiedzieć.

– O nie – zaprotestowała, odwracając się na bok.

Usiadł na skraju łóżka.

– Grzeczna dziewczynka nie kaprysi, kiedy trzeba wstawać.

Hanne westchnęła.

– Nie chcę.

– Nie chcesz kaprysić czy nie chcesz wstawać?

Zacisnęła usta w grymasie dziecięcego gniewu, na którego widok Hansowi zrobiło się ciepło na sercu. Pogładził jej włosy, po czym nachylił się, by je powąchać i pocałować. Pachniały czystością i tym, co świat zdawał się utracić już dawno temu: niewinnością.

– Chodź, śliczna gołąbeczko. Wyskakuj z łóżka. Zaraz przyjdzie mama.

– A ty nie możesz zostać? – Hanne otworzyła oczy, żeby na niego popatrzeć. Ogromne, wilgotne i błękitne jak letnie niebo. – Zostań ze mną.

Hans tysiąc razy oddałby życie za swoją córkę. Dla niej stoczyłby samotnie każdą wojnę. W rzeczywistości jednak nie umiał opiekować się dzieckiem. Ingrid robiła to lepiej, dokładnie tak, jak przystało na dobrą matkę. Jego miejsce było w garnizonie w Osnabrück.

– Przyjdę wieczorem – obiecał. Włożył jej w objęcia Fräulein Kuken, ukochaną lalkę, która w nocy zsunęła się pod łóżko. – I opowiesz mi o wszystkim, co robiłyście z mamą.

Zszedł na dół, niosąc w sercu obraz jej błękitnych oczu. Na progu domu cmoknął Ingrid w policzek, następnie ruszył szybkim krokiem do miejsca, w którym spełniał swój obowiązek wobec Niemiec.

Wzdrygając się, zapragnął umieć udawać lepiej od swojej córki.

4

Osnabrück był skupiskiem domów o czterospadowych dachach i bladych ścianach, które zlewały się z niebem wiosennego poranka. Pośród drzew na krawędziach ulic i w panującej wokoło ciszy wydawał się małym rajem z dala od fetoru wojny.

Idąc, Hans nie mógł przestać powtarzać po cichu tego słowa: „wojna”. Zostawiało na podniebieniu dziwny posmak, jakby zardzewiałego żelaza z odrażającą nutą smoły. Przywoływało w jego umyśle poruszające obrazy, błyski na ciemnosinym niebie, eksplozje i zgiełk artylerii, rytmiczne odczytywanie materiałów propagandowych w radiu. Ale kiedy patrzyło się na Osnabrück, te wszystkie obrazy i słowa wydawały się tylko kłamstwami, bajkami dla dorosłych, zebranymi przez kogoś, kogo wyłącznym celem było wywołanie zgrozy. Albo udawanie, tak jak robił to on.

Uśmiechnął się. Był to gorzki uśmiech z odcieniem wstydu, ponieważ Hans nie tylko nie robił nic, by przeciwstawić się temu szaleństwu, ale w dodatku spuszczał głowę i hartował wzrok, by dopasować go do koloru ołowiu, który widział w oczach ludzi wokół siebie.

Zmiany nie zachodzą nagle, wiedział o tym, ale od czasów jego dzieciństwa zmieniło się bardzo wiele. Nawet w bladym Osnabrück, gdzie wszystko wydawało się bezwładne i nieruchome. Unosiły się niczym mgła, z tą ospałą powolnością, którą trudno było dostrzec.

Hans pamiętał, jak przed wojną rodziny rezygnowały z pieczeni z ziemniakami w sobotę, aby zaoszczędzić i przekazać pieniądze armii. Pamiętał, że gett nie było nigdzie, ani w miastach, ani poza nimi, a Żydzi mogli swobodnie chodzić po ulicach. Pamiętał biedę wsi i ponure oczy ludzi.

Teraz, jak podawano w radiowych materiałach propagandowych, ulice były czyste, wojsko silne, a w oczach Niemców lśniła duma.

On zaś był zmuszony ukrywać się coraz głębiej w swoim fikcyjnym świecie.

5

Garnizon był instytucją, w której panowały porządek i organizacja. I jeśli to miejsce można nazwać królestwem, to królem był tu bez cienia wątpliwości Hauptmann Franz Meyer, barczysty i bystrooki, mimo że miał już swoje lata.

Widząc nadchodzącego Hansa, Meyer przywitał go, stukając palcami w stół na znak, by usiadł naprzeciwko. Położył przed nim gruby plik dokumentów do sprawdzenia i ostemplowania zgodnie z procedurami. Wojna toczyła się być może daleko od Osnabrück, ale garnizon był jedną z tych instytucji, które ją napędzały, należał do złożonej sieci jednostek i posterunków wojskowych oplatających całe terytorium Niemiec niczym system naczyń krwionośnych.

– Więcej niż zwykle – zauważył Hans.

Meyer odchylił się na oparcie fotela.

– Jest ich więcej niż zwykle, bo i wojny jest więcej niż zwykle – odparł. – Przeczytaj raporty z akcji „Reinhardt”.

Hans niespiesznie zabrał się do pracy. Przeglądał akta, studiując informacje o obozach koncentracyjnych otwartych przez Rzeszę w zeszłym roku na terenie Polski. Wybudowano i uruchomiono cztery: w Chełmnie, Bełżcu, Sobiborze i Treblince; wszystkie dobrze ukryte pośród gęstych lasów, smagane wiatrem i służące tylko jednemu celowi: wchłanianiu transportów Żydów, jednego za drugim.

Próbując nie zdradzać emocji, Hans powędrował wzrokiem do danych zebranych na końcu akt: liczby Żydów wysłanych do krematoriów lub zamordowanych i pochowanych w zbiorowych mogiłach elektryzowały. Trudno mu było pomyśleć, że za tymi liczbami kryją się osoby, a wśród nich z całą pewnością był też ktoś, kto przed 1941 rokiem chodził ulicami Osnabrück.

– Co jest? – Meyer wyrwał go z zamyślenia. – Zbladłeś.

– Nic – zaprzeczył, próbując zrobić coś z oczami. Udał nawet atak kaszlu, a następnie uderzył palcami w kartki. – Widziałeś to? Ciężarówki do gazowania. Co to takiego?

Meyer podniósł się, żeby spojrzeć, następnie usiadł i w zamyśleniu zaczął pocierać brodę opuszkami palców.

– Pomysł Himmlera. Pakują więźniów do samochodów i duszą ich gazem produkowanym przez silniki ze starych radzieckich czołgów. Nie jest to być może przyjemny sposób umierania, okazuje się jednak szybszy i ekonomiczniejszy.

Hans poczuł, że ma lodowate dłonie. Nieczęsto się zdarzało, aby rozmawiali o tych sprawach w taki sposób, nie potrafił rozszyfrować odcieni w barwie głosu przełożonego. Zgorzkniały sarkazm? Nieufność? A może coś całkiem innego? Nie wiedział, zazwyczaj ograniczał się do przybijania pieczątek nad podpisem Hauptmanna.

– To budzi w tobie odrazę, prawda? – Meyer wpatrywał się w niego zielonymi oczami jak kot w mysz. – Takie rzeczy.

Lód z dłoni powędrował wyżej, do samego serca Hansa.

– Ja naprawdę…

– Nie przejmuj się, ja też czuję odrazę.

Zaskoczony Hans stwierdził, że przełożony mówi prawdę: Franz Meyer nie udawał, on naprawdę był zdegustowany.

– Brałem udział w Wielkiej Wojnie – mruknął Hauptmann. – Już raz widziałem upadek Niemiec. Słyszałem nadzieję na odrodzenie, gdy mówiono o wspólnocie krwi i ziemi. Kiedy mówiono, że powstaniemy w bogactwie naszych pól i dzikiej przyrody, w czystości marzeń i krwi, która czyni z nas najsilniejszą rasę, godną dominacji nad innymi. – Przerwał na moment, wpatrując się w pustkę, po czym potrząsnął głową. – To wszystko nie ma nic wspólnego z marzeniami, Hans. Zawartość tych raportów to czysty koszmar.

Hans rozejrzał się wokoło, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że znalazł się w pułapce, że oto wystawiona została na próbę jego wierność Rzeszy.

– Mówisz rzeczy…

Meyer wybuchnął śmiechem.

– Spokojnie, nikogo nie ma. – Następnie pochylił się do niego. – Niemcy się zmieniły, Hans. A wraz z nimi my wszyscy.

Rozdział 2

1

Gdy wracał do domu, miasto spowił już wieczór. Ulice pociemniały, a w powietrzu czuć było chłód dopiero co minionej zimy.

Nie zawracał sobie głowy zapinaniem płaszcza narzuconego na mundur, zimno przenikało go teraz do szpiku kości, a wraz z nim suchy ton słów Meyera; oleisty posmak spalin radzieckich czołgów rozchodził mu się na języku, w duszy.

Przyśpieszył, a jego oficerki rytmicznie uderzały o asfalt. Poczuł ulgę, kiedy wreszcie pojawił się zarys jego domu.

2

Miał piękny dom z czystą fasadą i spadzistym dachem. Budynek, którego, jak się wydawało, odległa wojna nawet nie drasnęła. Z małym ogrodem z przodu i rzędem drzew liściastych wzdłuż płotu z kutego żelaza, oddzielającego go od ulicy, był rajskim zakątkiem, którego Hans trzymał się kurczowo i którego był gotów bronić aż do końca.

Otworzył furtkę i wszedł na ścieżkę. Na schodach prowadzących do drzwi wejściowych, obok kolorowego, drewnianego bączka, leżała sterta szyszek. Hans uśmiechnął się, myśląc o córce, która bawiła się tu na zewnątrz. Podniósł wzrok na gniazda gołębi pod dachem, których powietrzne akrobacje tak cieszyły Hanne.

Nie zauważył ani jednego ptaka. Zapadł wieczór i gołębie schowały się do swoich gniazd. On też zamierzał to zrobić.

– Ingrid! – zawołał, otwierając drzwi. Zamknął je za sobą.

Nikt mu nie odpowiedział.

Zdjął płaszcz i rzucił go na oparcie fotela, rozglądając się. Jak zawsze dom był wzorem czystości i porządku. A jednak nie wyczuł zapachu zupy lub pieczeni, który zwykle dochodził z kuchni. Przesunął czubek buta z dywanu, ponieważ zabłocenie go było jedną z niewielu rzeczy, które doprowadzały jego żonę do szewskiej pasji.

– Ingrid? – zawołał powtórnie.

I znów nie dostał odpowiedzi. Dobiegł go tylko cichy odgłos kroków na piętrze.

Hans poczuł, jak w jego klatce piersiowej kiełkuje zimny strach. Coś było nie tak.

„Nie słychać muzyki”, pomyślał. Było to na tyle niezwykłe, że ścisnęło go w żołądku. Nie witał go ani utwór Wagnera, ani symfonia Beethovena, ani nawet któraś z pieśni. Nic, co towarzyszyło Ingrid i Hanne, kiedy były same w domu.

Z niepokojem spojrzał na schody prowadzące do sypialni na górze.

„Dlaczego się martwię?” Nie wiedział, ale w tych czasach każda najmniejsza zmiana w codziennej rutynie stanowiła groźbę, prawdopodobieństwo, że coś mrocznego, niebezpiecznego zbiera się również nad ich głowami.

Spięty podszedł do schodów i już miał na nie wejść, gdy na szczycie pojawiła się jego żona.

– Hans…

Ulga, która na jej widok przywróciła mu oddech, natychmiast ustąpiła miejsca wręcz namacalnemu strachowi.

Ingrid miała na sobie tę samą bladozieloną sukienkę co rano, teraz jednak tak pogniecioną, że całkiem straciła fason. Zaciskała i otwierała białe pięści, tłamsząc przy tym materiał, jakby chciała się go przytrzymać. Jej delikatna twarz, zwykle zaróżowiona na policzkach, posiniała. Kosmyki włosów wysunęły się spod spinek i w nieładzie zwisały jej na ramionach.

– Hans… – powtórzyła.

Gdy wszedł na schody, Ingrid się zachwiała, zrobiła krok naprzód i się potknęła. Doskoczył do niej w ostatniej chwili i zdążył ją podtrzymać. Wydała mu się mała i lekka. Nagle zaczęła szlochać.

– Ingrid, co się dzieje?

– To ich wina – syknęła, mnąc sukienkę. – Może te wszystkie opowieści… były prawdziwe. Powinniśmy byli ich słuchać.

 

Hans potrząsnął głową.

– O czym ty mówisz? Co się stało?

Chwyciła go za rękaw munduru i zamknęła jego dłoń w swoich. Palce miała lodowate. Hans próbował dostrzec odpowiedź w jej oczach, ale ujrzał tylko niepokój i przerażenie.

– Z Hanne jest źle. Jest blada, z trudem oddycha. Lekarz… powiedział, że musiała złapać którąś z tych żydowskich chorób i że teraz niewiele już może zdziałać.

Hans poczuł, jak serce przestaje mu bić w piersi.

– Proszę cię, zrób coś – wyszeptała Ingrid.

– Gdzie ona jest? – spytał. – W pokoju? Lekarz wciąż tu jest?

Pokręciła głową. Ponownie wzięła go za rękę i tym razem ją objął. Razem udali się do pokoju Hanne.

3

– Witaj, córeczko, jak się czujesz?

Hanne nie odpowiedziała. Jej włosy leżały w nieładzie na poduszce, tak jak rano. Rozchylone usta łapczywie chwytały powietrze. Fräulein Kuken znów wylądowała pod łóżkiem.

Hans ją podniósł, ale się zawahał. Stał przy łóżku w mundurze zbyt ciemnym jak na dziecinny pokój, w czarnych oficerkach na małym, okrągłym dywanie.

– Rano nie chciała wstać – wyjaśniła Ingrid. Przyklękła obok córki, gładząc ją po złotych lokach, i otarła jej wilgotne czoło. – Myślałam, że kaprysi, ale kiedy wyszedłeś, nie chciała zjeść śniadania. Pomyślałam, że pozwolę jej jeszcze trochę pospać i zostawię ją dziś w łóżku.

– Dobrze zrobiłaś.

Hanne była blada i śliczna jak bajkowa księżniczka ze złota i śniegu. Była piękna, mimo że chwytała powietrze rozchylonymi, posiniałymi wargami, a drobne dłonie przyciskała do koca, który matka podciągnęła jej pod samą brodę.

– Tatusiu? – odezwała się głosem tak słabym, że aż go zmroziło.

Hans zrobił krok naprzód i pochylił się nad nią.

– Jestem tu, córeczko. Mówiłem ci, że wrócę.

Hanne kiwnęła głową, mrużąc oczy, żeby go lepiej widzieć. Wsunął lalkę pod koce i ułożył obok niej.

– Trzymaj ją blisko siebie, to będzie cię chronić.

– Fräulein Kuken zawsze mi spada. Prawda, mamo?

Ingrid uśmiechnęła się, ocierając pot z jej twarzyczki.

– Tej nocy zostanie z tobą, zobaczysz – zapewniła.

Hanne rozciągnęła usta w uśmiechu i patrzyła na niego dużymi, jasnymi oczami, jakby chciała o coś zapytać. Te oczy zawsze były pełne cudownych światów: bajek, które opowiadała jej Ingrid, nordyckich poematów, których Hans uczył ją na pamięć, fantazyjnych zabaw szyszkami na schodach domu. Światów, których częścią on nigdy się nie stanie, ale cieszył go ich obraz w spojrzeniu córki.

Teraz jej oczy były przygaszone, przyćmione cierpieniem.

– Kiedy to się zaczęło? – zapytał Ingrid, podczas gdy Hanne zamknęła oczy i prawie zniknęła w poduszce.

– Spała cały ranek, ale nie nabrała sił – odparła udręczonym głosem żona. – Kiedy ponownie do niej zajrzałam przed obiadem, była w takim stanie jak teraz: rozpalona i jednocześnie drżąca z zimna. Nic nie zjadła. Hans, sam zobacz, jaka jest gorąca. Mówi, że kiedy oddycha, boli ją w piersiach.

Głos Ingrid przeszedł w płacz, Hans przytulił ją do siebie.

– A co powiedział doktor Walder? Badał ją?

Ingrid podniosła ku niemu oczy pełne przerażenia.

– Mówił te rzeczy… o Żydach… o ich chorobach.

Hans poczuł rosnącą wściekłość.

– Co to za bzdury? Co mają z tym wspólnego Żydzi?

– Doktor Walder powiedział, że to oni. Oni roznoszą choroby swojej rasy, zarażając naszą.

Hans przymknął oczy, próbując się uspokoić.

– Ingrid – wyszeptał. – Na ulicach nie ma już Żydów. Zamknęli ich wszystkich w gettach.

– Jacyś widać zostali. Któryś z nich zaraził Hanne…

– Na litość boską, Ingrid!

Wiedział, kogo miała na myśli: Goldbergów, którzy mieszkali w pobliżu Carolinum, zabytkowego gimnazjum niedaleko jego pracy. To byli Żydzi z wyższych sfer, którym udało się zostać w swoim mieszkaniu, ale oni nie wyściubiali nawet nosa za drzwi. Z garnizonu Hauptmanna Meyera nie wysyłano już wniosków o deportację, jakby postanowiono ignorować ich obecność, ale protestowali mieszkańcy ­dzielnicy.

– Jak możesz w ogóle tak myśleć? – spytał. – A doktor Walder jest niekompetentny, usprawiedliwia w ten sposób swoją bezsilność.

Ingrid popatrzyła na niego pełna strachu.

– Powiedział, że żydowska rasa ma chorą krew. I wystarczy ich plwocina na ziemi, aby choroba się rozniosła. Rozprzestrzeniają zarazki przez oddech, w powietrzu. A robią to chętnie, żeby pozabijać dobrych ludzi.

Hans zrozumiał, że jego żona bredzi. Nie wiedział, czy Walder faktycznie zasugerował jej tak absurdalną teorię, czy może była ona wytworem jej fantazji. Powinien skontaktować się z lekarzem i porozmawiać z nim osobiście.

Wrócił myślami do Goldbergów i wyobraził ich sobie jako kartkę z którychś akt na biurku Meyera. Przywołał w myślach słowa przełożonego: „Niemcy się zmieniły. A wraz z nimi my wszyscy”.

Wypuścił żonę z objęć, po czym pochylił się nad córką i przycisnął usta do jej czoła. Było rozpalone. Nie pamiętał, aby kiedykolwiek miała tak gorące czoło, nawet gdy była młodsza i w zimowe noce niekiedy gorączkowała.

– Zarazili naszą córeczkę – mamrotała Ingrid ze wzrokiem utkwionym w pustkę. – Mszczą się. Mszczą się za te wszystkie złe rzeczy, które im wyrządziliśmy.

Hans zacisnął powieki. Najchętniej zapomniałby o wszystkim, wymazał całe to szaleństwo, jakby było tylko koszmarem, i obudził się w bieli pokoju córki, aby chwycić ją w ramiona, gdy skacze rozbawiona po swoim łóżku, a Ingrid się śmieje, udając oburzoną hałasem.

Kiedy ponownie otworzył oczy, ujrzał jedynie bladość Hanne i przerażenie swojej żony.

– Poczekaj tu na mnie – powiedział, wstając.

– Dokąd idziesz? – spytała.

– Do Waldera.