Powietrze, którym oddychaszTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedy młody człowiek odjechał, a zastawa została wyniesiona, Graça nie pojawiła się w salonie, choć nadeszła pora naszej radiowej godziny. Znalazłam ją w pokoju jej matki. Ściskała w rękach niebieską aksamitną torebkę.

– Dostałam to od niego – oznajmiła, rozluźniając tasiemkę i wyjmując perłowy naszyjnik, złożony z kilku sznurów, które zaczęła uważnie oglądać.

– Więc go zatrzymałaś – powiedziałam, a ona spojrzała na mnie ze zdumieniem.

– Oczywiście. Jest ładny.

– Czyli że on ci się spodobał? – spytałam, czując, że brak mi tchu, a ona opuściła wzrok na perły.

– Jego ręce przypominają w dotyku skórę żaby, są zimne i spocone. Ale powiedział, że jestem prawdziwą pięknością. Przyjedzie ponownie w przyszłym tygodniu.

– Czy tego właśnie chcesz?

– To jest sposób, żeby wydostać się z tego miejsca – odparła, patrząc mi w oczy. – Papai uważa, że to jedyna droga, jaka jest mi przeznaczona. Czy ty też tak myślisz, Dor?

Patrzyłyśmy na siebie tak długo, że ten pokój, Duży Dom i wszystkie ziemie Riacho Doce zmalały i zniknęły z naszego pola widzenia. Obie przeżyłyśmy moment, który był tak głęboki i przejmujący, że pozostał w mojej pamięci przez wiele dziesięcioleci. Gdy więc zamykam czasem oczy, nadal widzę przed sobą czternastoletnią Graçę, jej okrągłą twarz, gęste, nietknięte ręką kosmetyczki brwi i jej przenikliwe, elektryzujące spojrzenie.

– Nie – wyszeptałam.

Graça wrzuciła naszyjnik do torebki i zacisnęła tasiemkę.

W tydzień później ów adorator wrócił do Riacho Doce, przywożąc ze sobą walizę. Miał zostać na noc. Graça zachowywała się w jego towarzystwie poważnie, a na jej twarzy nie było ani cienia uśmiechu. Wieczorem, kiedy młody człowiek zniknął w gościnnym pokoju, a ja schowałam się w mojej przylegającej do salonu kryjówce, Senhor Pimentel chwycił córkę za ramię.

– Pokaż mu, że potrafisz być czarująca i uroczo się uśmiechać – poprosił. – W przyszłym tygodniu zaprosimy innego młodego człowieka i pozwolimy im rywalizować o twoje względy. Więc przekonaj go, że warto o ciebie walczyć, querida.

Graça kiwnęła głową i pod jakimś pretekstem wyszła z pokoju. Potem, kiedy Duży Dom zatonął w ciemnościach i rozległy się bębny robotników, jak zwykle czekałam na nią na ganku. Gdy się pojawiła, zauważyłam, że ma na sobie stary podróżny płaszcz swojej matki.

– Czyżbyś wybierała się na przejażdżkę samochodem? – spytałam szeptem.

– To nie może być takie trudne. Trzeba po prostu naciskać kilka pedałów. – Widocznie dostrzegła na mojej twarzy wyraz przerażenia, bo potrząsnęła głową. – Wszystkie bramy są pozamykane, a klucze ma Euklides. Nie byłybyśmy w stanie się przebić, nawet gdybym umiała prowadzić wóz. Chodźmy.

Chwyciła mnie za rękę i pobiegłyśmy w kierunku ognisk porozpalanych przez robotników. Ale zamiast zbliżyć się w stronę muzycznego kręgu, skierowała się na inną ścieżkę, więc po chwili odgłos bębnów zaczął cichnąć.

– Dokąd idziemy? – spytałam.

– Nad rzekę – odparła, wciągając mnie głębiej w ciemny tunel zarośli.

Nad naszymi głowami wisiał sierp księżyca. Rzeka przypominała szeroką, połyskującą wstęgę. Gdy dotarłyśmy do brzegu, Graça puściła moją dłoń, zaczęła zbierać spore kamienie i upychać je w kieszeniach płaszcza. Z oddali dochodził huk bębnów.

– Te kamienie są zbyt duże, żeby nimi puszczać kaczki – powiedziałam. – One zaraz pójdą na dno.

– Właśnie o to mi chodzi – odparła Graça.

Żaby nawoływały się z obu brzegów rzeki piskliwymi, nerwowymi głosami. Graça przestała zbierać kamienie. Spojrzała na mnie, a potem na powierzchnię wody.

– Pamiętasz, co ci opowiadałam o duchu tej kobiety? Tej, która żyje w wodzie? Ona naprawdę mieszkała kiedyś w tych stronach i była taką dziewczyną jak my. Ludzie nadal o niej mówią. Jest bohaterką ich opowieści, a ja też się nią stanę.

– Jakiej opowieści?

Graça uśmiechnęła się, ukazując zęby, które wyglądały w ciemności, jakby były szare.

– Opowieści o zwariowanej Panience... dziewczynie, która była tak wrażliwa jak jej matka i weszła do rzeki, mając kieszenie wypełnione kamieniami.

– Utoniesz.

– Nie utonę. Ty mnie uratujesz.

Potrząsnęłam głową. Graça westchnęła z taką irytacją, jakbyśmy omawiały ten plan już dziesiątki razy.

– Poszłaś za mną, bo się o mnie niepokoiłaś. Zobaczyłaś, co robię, i wskoczyłaś do rzeki. Wyciągnęłaś mnie w bezpieczne miejsce! Pamiętaj, że musisz być bardzo przejęta i głośno krzyczeć, żeby robotnicy cię usłyszeli. Ja też będę wrzeszczeć z całej siły. Obudzimy cały Duży Dom.

– Po co? – spytałam, a ona skrzyżowała ręce na piersiach.

– Wszyscy mówią, że jesteś bystra, a ty zachowujesz się jak kretynka. Czy nie widzisz, kto się tu dziś snuje?

„Kretynka”. „Snuje”. Takimi słowami posługiwały się wyszczekane bohaterki słuchowisk radiowych, które miały więcej urody niż rozumu.

– Nie jestem pierwszą naiwną – ciągnęła Graça. – Dokładnie sobie to przemyślałam. Nikt nie kupi poobijanego owocu, więc musimy mnie trochę poobijać. Jeśli naprawdę chcemy zdusić w zarodku plany mojego ojca dotyczące małżeństwa, musimy ze mnie zrobić wariatkę albo dziwkę. A ja nie mam ochoty rozkładać nóg przed jakimś stajennym parobkiem lub ścinaczem trzciny. Zostaje nam więc tylko to, Dor. To jest nasza szansa. Nikt nie zechce się ożenić z wariatką, choćby była nie wiem jak ładna. Kiedy plotki dotrą do Recife, będę skazana na staropanieństwo.

– Czy nie mogłabyś się tylko pochlapać w wodzie i narobić krzyku? Bez tego płaszcza i bez kamieni?

– Oni tego nie kupią – odparła, potrząsając głową. – Nie zanurzę się w miejscu, w którym jest zbyt głęboko. A ty jesteś silna jak byk.

– A jeśli się okażę za słaba?

– Wtedy obie zginiemy. Tak czy owak, nikt w Riacho Doce długo nie będzie mówił o niczym innym.

– Nie mogę tego zrobić...

– Musisz. – Jej głos stał się nagle bardzo stanowczy. – Opuszczę tę dziurę tak czy inaczej albo na ramieniu jakiegoś głupiego męża, albo na własną rękę. Ale ty nie masz na to szans. Tylko ja mogę cię stąd wyciągnąć. Uratuj mnie teraz, a ja uratuję ciebie później.

I tak doszło do tego, że brnęłam zanurzona po pas przez rzekę, od której wzięła swą nazwę plantacja Riacho Doce. Graça trzymała mnie za rękę i ciągnęła za sobą, gdy tylko się zawahałam.

– Jeszcze kilka kroków – wymamrotała, wyraźnie zmęczona dźwiganiem obciążonego płaszcza. – Potem zacznij wrzeszczeć i wyciągnij mnie na brzeg.

Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się porozumiewawczo, a ja uścisnęłam jej rękę tak mocno, że zabolały mnie palce. Graça zaczynała tracić grunt pod nogami. Woda sięgała jej już do szyi, do włosów. W jej szeroko otwartych oczach pojawił się wyraz przerażenia. Prąd okazał się silniejszy, niż sądziłyśmy. Trzymałam ją z całej siły, ale moje kolana ugięły się pod jej ciężarem, a ona zaczęła wciągać mnie w głąb. Chwytała mnie kurczowo za nocną koszulę, za szyję, za ręce. Wydobyłam ją na powierzchnię, a ona rozpaczliwie łapała hausty powietrza, a potem zaczęła gorączkowo zrzucać płaszcz, ale on pociągnął ją pod wodę. Wyrwałam ją ponownie z topieli i usiłowałam brnąć w kierunku brzegu, ale bez powodzenia. Miałam wrażenie, że woda jest twarda jak beton. Zacisnęłam zęby i choć ledwie sięgałam dna czubkami palców, zrobiłam jeden krok... potem drugi. I przez cały czas ściskałam rękę Graçy, która uspokoiła się na tyle, by zacząć głęboko oddychać. Do brzegu nie było daleko, ale my weszłyśmy po ciemku w zdradliwy nurt. Pod moją nogą przesunął się jakiś kamień i straciłam równowagę. Woda uderzyła mnie w twarz. Nie wiedziałam, gdzie jest góra, a gdzie dół. Chwyciłam Graçę pod pachy i zaczęłam się miotać tak rozpaczliwie, że w końcu wypłynęłyśmy na powierzchnię. Słyszałam bębny robotników. Myślałam o tej śpiewaczce fado, która występowała na scenie w Recife, i dziwiłam się, że jej pieśń dotarła tak szybko, tak daleko. Wciągnęłam powietrze i zaczęłam krzyczeć donośnie, aż mój głos wypełnił całą ciemność.

Usłyszałam chlupot, jęk, czyjś bulgoczący oddech. Nie czułam już ciężaru swego ciała ani ciała Graçy. Nie chwytałam rozpaczliwie powietrza, walcząc o przetrwanie. Nagle nic nie ważyłam i miałam wrażenie, że wznoszę się w górę. Czyżbym podążała do nieba jak jakiś święty albo anioł? Otworzyłam oczy i ujrzałam nad sobą twarz robotnika z naszej plantacji. Potem odkryłam, że leżę na błotnistym brzegu. Z trudem się uniosłam i na czworakach zaczęłam wypluwać zmieszaną z żółcią wodę.

Nocna koszula przylegała do mojej klatki piersiowej jak mokra serwetka. Od spazmatycznego wciągania powietrza bolał mnie brzuch. Jak długo leżałam na tym brzegu? Rozejrzałam się wokół i wpadłam w panikę, nie widząc w pobliżu Graçy.

– Wyciągnęli ją – uspokoił mnie ten robotnik.

Dostrzegłam na wiodącej w stronę Dużego Domu ścieżce zbity tłum robotników, którzy dźwigali Graçę. Trzymało ją tak wiele rąk, jakby była niesionym podczas procesji posągiem jakiegoś świętego albo trumną.

Mój opiekun podtrzymał mnie za rękę, gdy potknęłam się na ścieżce, ruszając w ślad za przyjaciółką. Przed nami rozległ się warkot zapalanego silnika samochodu. Zmrużyłam oczy, oślepiona jego reflektorami, i zatrzymałam się tuż przed bramą. Młody kandydat do ręki Graçy tak kurczowo ściskał oburącz kierownicę, jakby dopiero uczył się prowadzić. Obok niego siedział Stary Euklides, pokazując palcem drogę niczym nerwowy instruktor. Zza samochodu wyłoniła się Nena. Miała na sobie nocną koszulę i mocno obwiązany wokół głowy szal. Minęła otwartą bramę i podeszła do mnie.

– No to się doigrałaś – powiedziała, chwytając mnie za ramię, które trzymał robotnik, w taki sposób, jakby była strażnikiem przejmującym więźnia.

Duży Dom był tak oświetlony, jakby państwo Pimentelowie wydawali wielki bal. Nena wciągnęła mnie tylnym wejściem do kuchni.

 

– W samochodzie siedział Euklides – wykrztusiłam przez zaciśnięte gardło. – Z tym mężczyzną.

Nena nie zatrzymała się i nie wypuściła z uścisku mojego ramienia.

– Pojechali po lekarza. Ten smarkacz z miasta narzucał się z pomocą, a Senhor chciał się go pozbyć z domu. Euklides pokazuje mu drogę.

– Lekarza? – powtórzyłam, zatrzymując się gwałtownie, a Nena zacisnęła uchwyt na moim ramieniu.

– Ona stoi już mocno na nogach. Ale nie zawdzięcza tego tobie ani sobie. Chciała zwrócić na siebie uwagę i postawiła na swoim.

Przed kuchnią, obok pniaka do krojenia mięsa, majaczyła w półmroku gromadka stajennych chłopców. Wewnątrz stały ciasno obok siebie stłoczone wszystkie pokojówki i pomoce kuchenne. Miały bose stopy, a na sobie tylko nocne koszule. Szeptały coś w swoim gronie, ale ucichły, gdy Nena wciągnęła mnie do kuchni. Moja nocna koszula była nadal mokra i przywierała do ciała. Zasłoniłam klatkę piersiową wolną ręką i patrzyłam wprost przed siebie, przekonana, że Nena zaprowadzi mnie zaraz do naszego pokoju i sprawi mi lanie. Nikt nie traktował mnie jak bohaterkę, dzielną dziewczynę kuchenną, która uratowała Panienkę i zapobiegła tragedii. Bo przecież zrobiłam to nie ja, lecz robotnicy ścinający trzcinę. Ja w istocie nie wywiązałam się z zadania. Wiedziałam, że pokojówki ustawią się pod drzwiami naszego pokoju, by usłyszeć, jak krzyczę z bólu, więc postanowiłam nawet nie pisnąć.

Byłam zaskoczona, kiedy Nena wyciągnęła mnie z kuchni i zaprowadziła do rzęsiście oświetlonego holu Dużego Domu. Moja nocna koszula była pokryta brązowymi plamami. Wyschnięte błoto tworzyło na moich przedramionach i łokciach piekącą skorupę. Gdy stanęłyśmy pod drzwiami salonu, Nena otuliła mnie swoim szalem.

– Jeśli masz odrobinę rozsądku, to nie otwieraj ust – wyszeptała. – Wszyscy wiedzą, że chodzisz za nią jak cielę za krową.

Zacisnęła dłoń i zastukała do drzwi salonu. Otworzył je Senhor Pimentel.

Miał rozwichrzone włosy. Trzy górne guziki jego koszuli były rozpięte, a sama koszula wystawała ze spodni w taki sposób, jakby ubierał się w wielkim pośpiechu. Na nasz widok odwrócił się gwałtownie, przeszedł na drugą stronę pokoju i stanął obok radia. Stała na nim opróżniona do połowy butelka rumu z trzciny cukrowej.

Graça siedziała na starym fotelu Senhory. Miała podkurczone nogi i była owinięta kocem, spod którego wystawała tylko głowa z przyklejonymi do twarzy mokrymi włosami. Dlatego oczy jej wydawały się ogromne, jakby była wrzuconym do wanny kotem. Obok fotela stał nocnik, niemal po brzegi wypełniony wymiocinami.

Senhor Pimentel zamknął oczy i zaczął masować powieki opuszkami palców.

– Czyj to był pomysł? – spytał.

Graça i ja wymieniłyśmy spojrzenia, a on otworzył oczy.

– Mówcie!

Moje ręce się trzęsły, choć nie było mi zimno. Salon pulsował kolorami... niebieski koc Graçy... zielony aksamit podnóżka... olśniewająca biel koszuli Senhora... czekoladowy brąz radioodbiornika. Każdy kąt pokoju wydawał się bardziej kanciasty, każde wygięcie bardziej łagodne. Czułam w sobie niespokojną, nerwową energię, która zakłócała jasność moich myśli. To samo przeżywałam po latach, ale wtedy nie były to resztki adrenaliny, lecz skutki czystej benzedryny, której pigułki łykałyśmy przed długimi ujęciami filmowymi, by zachować spontaniczność reakcji. Przestąpiłam z nogi na nogę, a Senhor spojrzał na mnie surowo.

– Tak mi się odwdzięczasz za wszystko, co dla ciebie zrobiłem? – spytał. – Zachęcasz moją córkę do szaleństw, zamiast spełnić swój obowiązek i powstrzymać ją albo poinformować kogo trzeba?

– Dor mnie uratowała – wtrąciła Graça.

– Uratowali cię robotnicy – warknął Senhor. – Stary Euklides widział, jak obie wchodzicie do rzeki, trzymając się za ręce.

Był czerwony z gniewu. Nena jeszcze mocniej ścisnęła moje ramię. Senhor skierował spojrzenie na Graçę.

– Okryłaś się hańbą. O to ci chodziło? Wszyscy robotnicy widzieli cię prawie nagą w tej mokrej koszuli nocnej. Wszyscy uważają cię za idiotkę, która nie potrafi się nawet utopić.

– Nie obchodzi mnie, co ci ludzie myślą – oznajmiła Graça, owijając się mocniej kocem. – Zamierzam stąd niedługo wyjechać.

– I tak się stanie – odparł Senhor. – Recife nie jest jedynym miastem na świecie, a ten człowiek – wskazał palcem sufit, jakby zakładając, że niedoszły wielbiciel jego córki nadal śpi w gościnnym pokoju nad salonem – nie jest ostatnim w świecie kandydatem na męża. Ale jest najlepszym, na jakiego mogłaś liczyć. Zmarnowałem w Recife wiele tygodni, namawiając go, żeby tu przyjechał i poznał moją czarującą córkę. A ty zachowałaś się jak wariatka. Ten głupi wybryk tylko utrudni ci życie.

– Nie wyjdę za żadnego nadętego głupka! – krzyknęła Graça. – Chcę zostać radiową śpiewaczką.

Senhor wybuchnął śmiechem.

Trzeba pamiętać, że artystów estrady nie szanowano wtedy tak jak dzisiaj. Śpiewacy występujący w radio, cyrkowcy, chórzystki, tancerki kabaretowe – wszyscy oni byli uważani przez opinię publiczną za żyjących z dnia na dzień rozwiązłych hochsztaplerów. To, żeby Panienka z dobrego domu pragnęła takiego życia, było tak niewyobrażalne, że aż komiczne. Wypełniający salon głośny śmiech Senhora Pimentela zdawał się powlekać nas brudem jak błoto z brzegu rzeki.

– Czy ty to słyszałaś, Nena? – spytał Senhor, krztusząc się ze śmiechu. – Moje jedyne dziecko chce śpiewać dżingle o maśle i pudrze do twarzy.

Graça miała mokre policzki, a jej górna warga błyszczała od śliny.

– Mamae powiedziała, że mam wspaniały głos.

Senhor westchnął z desperacją.

– Każda matka twierdzi, że jej dzieci są wyjątkowe, nawet jeśli to nieprawda.

Wzmianka o Senhorze Pimentelu wydobyła ją z niepamięci. Miałam wrażenie, że ona nadal tu jest, że siedzi w fotelu, zajmowanym teraz przez Graçę, gotowa słuchać naszych głosów.

– Ona jest wyjątkowa! – zawołałam, zaskakując samą siebie. – Obie jesteśmy niezwykłe.

Senhor spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby widział mnie po raz pierwszy. Do tej pory byłam tylko brzydką znajdą, chodzącą wszędzie za jego córką, ale tego wieczora stałam się w jego oczach czym innym, czymś więcej.

– Nie odzywaj się, Jega – powiedziała do mnie Nena, ściskając moją dłoń tak mocno, że zaczęły mi drętwieć palce.

Senhor uniósł rękę jak do przysięgi. Nena zamilkła, a on podszedł do nas bliżej.

Stojąca za mną Nena chwyciła jeszcze silniej moje przedramię i zablokowała swoją stopą moje pięty – jakby chciała mnie podtrzymać, żebym nie upadła po zadanym ciosie. Senhor wyciągnął rękę i tupnął nogą. Zacisnęłam oczy, przygotowana na uderzenie. Byłam grubym, mocno ukorzenionym pniem drzewa, a moja skóra stała się wielowarstwową korą. Byłam żelaznym czubkiem masywnego buta, chroniącego stopę. Byłam Jegą, która zniosła już wiele silnych uderzeń.

Czekając na ból, czułam zarazem satysfakcję płynącą z poczucia wyższości. Ale on mnie nie spoliczkował ani nie uderzył w głowę. Otworzyłam oczy.

Senhor zaśmiał się ponownie, jeszcze głośniej niż poprzednio.

– Czy ty myślisz, że jestem jakimś brutalem? – zapytał. – Karanie dziewcząt kuchennych to zadanie Neny, a ona z pewnością spełni swój obowiązek. Zawsze to robi. Chyba wiesz, że twoja matka także była piątym kołem u wozu.

Zachwiałam się, ale Nena pomogła mi utrzymać równowagę.

– Pracowała w kuchni... Nena nigdy ci o tym nie mówiła? Spędzałem tu zawsze lato w towarzystwie kuzynów, a ona próbowała uczestniczyć w naszych zabawach. Była wyrośniętą dziewczyną tak samo jak ty i też wszędzie się za nami włóczyła. Kiedy byliśmy już niemal dorośli, zaczęliśmy ją zaciągać za kurniki, płacąc za jej usługi rękawiczkami, świecidełkami, koralikami... Jakimiś bezwartościowymi śmieciami. Potem Nena ją wyrzuciła, bo nie pasowała do przyzwoitego domu. Ostrzegałem moją żonę wiele razy, że jabłko nigdy nie pada daleko od jabłoni. I miałem rację.

Potrafiłam znieść tysiąc uderzeń każdej pięści, ale słowa? Słowa zawsze mnie obezwładniały.

Poczułam w gardle niepozorną, najbardziej zdradliwą zapowiedź szlochu, który chciał się wydrzeć na zewnątrz. Graça nie spuszczała ze mnie oka. Odwinęła koc i wstała. Potem mrugnęła do mnie porozumiewawczo za plecami ojca, niczym ponętna bohaterka tandetnego romansu, jakby to wszystko było częścią naszego planu. Jakbyśmy obie odgrywały doskonale swoje role. Jakby to nie był koniec naszej historii, lecz jej początek.

Zostałyśmy rozdzielone – mnie ukryto w pokoiku Neny na zapleczu kuchni, a Graçę na piętrze, w jej przestronnej sypialni, której drzwi zostały zamknięte na klucz, by zapobiec następnym ucieczkom.

Kiedy wychodziłyśmy z salonu, miałam wrażenie, że moje oczy są zupełnie suche. Nogi, ręce i szyja pulsowały mi w rytm uderzeń serca, jakby całe moje ciało było jednym wielkim, wibrującym organem.

– To rzeczna gorączka – oznajmiła Nena, wciskając między moje popękane wargi kilka łyków herbaty.

Lekarz rodziny Pimentelów, który pojawił się w końcu, aby zbadać Graçę, zszedł potem na dół, by mnie osłuchać. Udawałam, że śpię, dzięki czemu byłam świadkiem jego plotkarskiej rozmowy z Neną. Dowiedziałam się z niej, że Graça zostanie wysłana do szkoły zakonnej w Petrópolis, leżącej o jakieś dwa tysiące kilometrów na południe od nas.

– Chwała Najwyższemu, że Senhora nie dożyła dnia, w którym mogła ją zobaczyć w tej rzece – stwierdziła Nena.

– Jej matka cierpiała na rozstrój nerwowy – oznajmił doktor Aurelio, zniżając głos. – Stwierdzam z przykrością, że obie zostały uszyte z tego samego materiału.

– Panienka chce się dostać na scenę i zostać śpiewaczką – szepnęła Nena, a doktor ciężko westchnął.

– Niestabilność umysłu. Powiedziałem Senhorowi, że ona potrzebuje duchowego przewodnictwa. Zakonnice przywrócą ją do pionu.

Poczułam, że moja poduszka jest dziwnie mokra. Nie byłam pewna, czy to pot, czy łzy. Gwałtownie zadrżałam.

– No proszę, już się obudziła – mruknęła Nena, a doktor Aurelio poklepał mnie po głowie.

– Witaj, Jega – powiedział. – Dobrze, że wróciłaś z tej dalekiej podróży.

Szkoła zakonna w Petrópolis była miejscem, do którego bogaci ludzie wysyłali swe zbłąkane córki, żeby o nich zapomnieć – jeśli nie na zawsze, to przynajmniej do czasu zaleczenia ich nadwyrężonej reputacji. Nawet najwytworniejsze szkoły z internatem wymagały wtedy, by ich uczennice były zaopatrzone we wszystko oprócz jedzenia. Senhor Pimentel narzekał na wydatki, do jakich zmuszał go koszt materiałów, z których uszyto prześcieradła, ręczniki, mundurki i bieliznę Graçy. Każda uczennica tej prestiżowej szkoły musiała przywieźć służącą, która miała prać jej odzież i przygotowywać posiłki. Te służące, zwane „pomocnicami”, mieszkały na terenie szkoły pod bacznym okiem zakonnic, które zapewniały im wyżywienie, mieszkanie i duchowe przewodnictwo. Większość z nich wstępowała później do klasztoru. Wszyscy wiedzieli, że Senhor Pimentel wyśle do Petrópolis którąś ze służących, a wszystkie zatrudnione w Dużym Domu dziewczyny szeptały po kątach, snując domysły, na którą z nich padnie. Ja już wtedy doszłam do siebie na tyle, by kuśtykać po kuchni, ale Nena zabroniła mi pojawiać się w części mieszkalnej, ani nawet przed domem, bo bała się, że kiedy zobaczy mnie Senhor, zostanę na zawsze wygnana z plantacji. Pokojówki, które zawsze mi dokuczały, teraz posyłały mi tak lodowate spojrzenia, jakbym była źródłem ich wszystkich kłopotów. Nawet dziewczyny, które marzyły o tym, żeby wyrwać się z Riacho Doce, nie chciały zakosztować klasztornego życia i znaleźć się na łasce zakonnic, w owych czasach uchodzących za złośliwe sadystki.

W trzy dni po wizycie doktora Senhor Pimentel ponownie wezwał Nenę i mnie do salonu. Nie śmiałam spojrzeć mu w twarz, więc gapiłam się na jego buty, które były tak wyglansowane, że lśniły w porannym świetle. Senhor Pimentel uznał chyba moją powściągliwość za objaw uległości, ale Nena znała mnie lepiej. Ściskała moje ramię swą potężną, przypominającą kleszcze dłonią, żebym nie mogła podejść bliżej do pana domu.

– Nena pracowała tutaj, kiedy byłem jeszcze chłopcem, a ja darzę ją wielkim szacunkiem – oznajmił Senhor. – Jest częścią tego domu, tak jak drzwi frontowe czy kolumny. Nie mógłbym bez niej funkcjonować. Ze względu na jej przywiązanie do ciebie, Jega, daję ci wielką szansę. Zakonnice z Petrópolis oduczą cię nieposłuszeństwa skuteczniej, niż mógłbym to zrobić ja. Nauczą cię, gdzie jest twoje miejsce. A kiedy Graça skończy naukę i wróci, żeby wyjść za mąż, ty tam zostaniesz.

 

Nena ścisnęła brutalnie moje ramię. Przypomniałam sobie słowa Senhora, z których wynikało, że klasztorna szkoła jest karą, a nie nagrodą. Nie podnosząc głowy, wymamrotałam jakieś słowa podziękowania. Nena wypuściła mnie z uścisku dopiero w naszym pokoju.

– Powinnam była ci zabronić chodzenia na te muzyczne spotkania – oznajmiła.

– Więc wiedziałaś, że tam bywamy?

– Wszyscy o tym wiedzieli. Oprócz Senhora. Myślałam, że nic się nie stanie, jeśli sobie trochę pośpiewasz. Panienka może sobie myśleć, że ma przed sobą karierę radiowej gwiazdy, ale ty powinnaś mieć dość rozumu, by nie wierzyć w takie mrzonki.

– To nie jest mrzonka – wtrąciłam. – Ja też potrafię śpiewać.

– Czy ty upadłaś na głowę, Jega? Masz chyba jajecznicę zamiast mózgu. Gdyby Euklides nie był takim ciekawskim węszycielem, utopiłabyś się na śmierć. I po co? Dla tej Panienki?

– Nie zamierzałam utonąć. Miałam ją uratować. Przeszkodzili mi ci robotnicy.

– Ach, przeszkodzili ci? W takim razie proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość. – Skrzyżowała muskularne ręce na piersiach. – Jesteś zbyt dorosła, żeby dać się prowadzić za rękę tej dziewczynie.

Poczułam na skórze mrowienie, tak silne, jakbym przeżywała nowy atak gorączki.

– Nie wychowałam cię po to, żebyś była taką marzycielką jak Senhora albo łatwą kobietą jak twoja matka – oznajmiła Nena, wygładzając swój fartuch. – Bruxa twierdzi, że masz bystry umysł. Byłoby szkoda to zmarnować. Więc powiedziałam Senhorowi, że jeśli nie wyśle cię do tej klasztornej szkoły, opuszczę jego dom. Wyjdę przez bramę i pozwolę mu doprowadzić tę plantację do ruiny. Przestraszył się na tyle, by dać ci szansę i odstawić cię do Petrópolis. Te zakonnice jadają posiłki. Mają kuchnię. A ty podpatrywałaś mnie przy pracy i umiesz gotować lepiej niż większość kobiet. Pokaż im, co potrafisz, Jega. Zapomnij o tej Panience. Nie bierz jej kłopotów na swoje barki. Jeśli teraz zaczniesz ją ochraniać, będziesz to robić do końca życia.

– Nie chcę być kucharką. Ani zakonnicą.

– Kto ci powiedział, że mamy prawo decydować o tym, czym jesteśmy?

– Sama sobie to powiedziałam.

Zanim zdążyłam unieść ręce, żeby się zasłonić, Nena podeszła do mnie, ujęła moją twarz w swoje duże dłonie i przyciągnęła mnie do siebie. Nigdy dotąd nie obdarzyła mnie czymś, co przypominało czuły uścisk.

– Tobie się wydaje, że znasz świat, Jega? – spytała, potrząsając głową. – Ten świat cię pożre.

Następnego dnia zakradłam się do biblioteki Dużego Domu i znalazłam w atlasie miasto Petrópolis, leżące na południu, niedaleko Rio de Janeiro. Mieliśmy tam dotrzeć na pokładzie statku – jednego z tych wielkich pasażerskich liniowców, wypływających codziennie z portu Recife. Wszystko to wydawało mi się tak dziwne i podniecające, jakbym miała lecieć rakietą na Jowisza. Graça też była podekscytowana, ale nie z powodu podróży.

W przeddzień wyjazdu przekupiłam pokojówkę i dostałam klucz od sypialni przyjaciółki.

Siedziała na łóżku, a jej pościel była tak pognieciona, jakby mocowała się z nią przez całą noc. Miała bladą twarz. Kiedy stanęłam w drzwiach, zeskoczyła z łóżka i ucałowała mnie w policzek.

– Czy zamykają cię tu na cały dzień? – spytałam, czując pulsowanie w miejscu, którego dotknęły jej usta, a ona kiwnęła potakująco głową.

– Jestem tak znudzona, że zaczęłam czytać książkę. Nie rozumiem, co ty w nich widzisz – powiedziała, dotykając dłonią mojej twarzy. – Jeśli chcesz, dam ci wszystkie moje książki.

– Ktoś powie, że je ukradłam – odparłam, kręcąc głową.

– Masz na myśli mojego papai, prawda? – Graça oblizała wargi. – My mu jeszcze pokażemy.

– Co chcesz mu pokazać?

– Damy nogę, gdy tylko dopłyniemy do Rio – szepnęła tak cicho, jakbyśmy nie były w pokoju same. – Zamierzam występować w radio.

Podróż do szkoły utrwaliła się w moich wspomnieniach jako płyta, na której jest wiele utworów, ale tylko nieliczne z nich zapadają nam w pamięć. Kiedy ujrzałam w Recife nasz ogromny statek, byłam zaskoczona, że taki kolos nie tonie. Wchodząc w ślad za Graçą i Senhorem Pimentelem po trapie, ściskałam w ręku swój notes z trudnymi słowami – jedyną rzecz, oprócz uniformu pokojówki, jaką zabrałam z Riacho Doce. Pamiętam, że bolało mnie gardło, bo z powodu choroby morskiej wymiotowałam do wiadra. Kiedy w naszym polu widzenia znalazło się Rio de Janeiro, chwyciłam odruchowo rękę przyjaciółki. Ujrzeliśmy wyrastające z morza góry i miasto, wtopione tak mocno w załamania lądu, jakby trzymało się kurczowo jego łona. (Nie bez powodu Rio jest tematem tak wielu miłosnych pieśni). Pamiętam, że przy drodze do Petrópolis rosły dziwne drzewa, mające kształt trójkątów i miliony drobnych gałązek zamiast liści. Później dowiedziałam się, że to sosny, które często rosną w chłodniejszych rejonach, ale tego dnia ich widok bardzo mnie zaniepokoił. Skoro drzewa w Petrópolis były tak dziwne, to wszystko inne też musiało wydawać się niezwykłe. Ale najbardziej niezwykłe przeżycie podczas tej podróży, takie, które zachowało swą ostrość nawet we mgle starości, nastąpiło, zanim jeszcze wysiadłyśmy na brzeg w Rio. Kiedy nasz statek przycumował po drodze w porcie Salvador, w prowincji Bahia, Graça wtargnęła do mojej kajuty trzeciej klasy i wyciągnęła mnie z łóżka, omal nie przewróciwszy kubła z wymiocinami.

– Musisz to zobaczyć – oświadczyła, wywlekając mnie ze statku.

W porcie Salvador pasażerowie pierwszej klasy omijali zatłoczone, śmierdzące wyjście i schodzili po prywatnym trapie, przeznaczonym tylko dla nich. Na jego końcu, obok punktu kontroli biletów, ustawiono zgrabne, małe, prostokątne ławki i donice z palmami oraz stali liczni portierzy, mający odbierać od pasażerów ich bagaże. Za ich plecami dostrzegłam mieszkanki prowincji Bahia.

Ich włosy były przykryte białymi turbanami, a pomarszczone białe bluzki zsuwały się im z ramion. Miały na sobie długie białe tuniki, zakrywające stopy oraz stołki, na których siedziały, więc odnosiło się wrażenie, że utrzymują je w pozycji pionowej tylko te spódnice. Materiał, z którego uszyto ich szaty, był powleczony siatką białych koronek, tak delikatnych i sztywnych, że przypominały lukrowane ozdoby z weselnego tortu. Szyje kobiet i przeguby rąk oplatały liczne sznury kolorowych koralików oraz złote łańcuszki.

Większość z nich miała tak ciemną skórę jak Stary Euklides. Sprzedawały różne potrawy – przed każdą z nich stał stół pełen składników, a z boku, nad płonącym małym ogniskiem, wisiał kociołek z wrzącym olejem palmowym. Kiedy smażyły pierożki i podawały je ciekawym pasażerom statku, ich bransoletki brzęczały i dzwoniły. Obie z Graçą przyglądałyśmy się im z otwartymi ustami. Tłum nas popychał i potrącał, ale nie mogłyśmy ruszyć się z miejsca.

– O rany – wyszeptałam z zachwytem, a Graça uścisnęła moją dłoń.

Opowiadano nam o mieszkańcach Bahia, ale żadna z nas nigdy ich nie widziała. Bogatym Brazylijczykom o jasnej skórze ten region kraju – podobnie jak samba – kojarzył się z przeszłością, ze zniesieniem niewolnictwa, z ciasnymi uliczkami, tajemniczymi rytuałami voodoo. Mieszkańcy Riacho Doce byli przyzwyczajeni do białego cukru, do uśmiechniętych dziewcząt reklamujących ryż i uśmiechniętych młodych ludzi reklamujących witaminy w proszku, a także do tego, że przed każdym kościołem stał postument z figurą jakiegoś świętego. Większość Brazylijczyków nie mieściła się w sztywnych ramach obowiązujących kryteriów – dotyczyło to nawet potentatów przemysłu, polityków czy takich właścicieli plantacji jak Senhor Pimentel i Panienek w rodzaju Graçy. Istniały różne szczeble akceptacji – komuś, kto był elegancko ubrany lub pochodził z dobrej rodziny, wybaczano ciemniejszą skórę lub bardziej kędzierzawe włosy. Z kolei na południu kraju nawet najbardziej biały człowiek, mówiący z północno-wschodnim akcentem, był uważany za prostaka. Niepodważalny był tylko jeden standard: ktoś, kto miał tak ciemną skórę jak Nena, Stary Euklides czy te kobiety z Bahia, miał prawo wstępu do eleganckich sklepów, teatrów czy przedziałów pierwszej klasy, tylko jeśli było go na to stać, ale osiągnięcie takiego poziomu zamożności było dla niego w praktyce niemożliwe.