Po latach w ParyżuTekst

Z serii: Trylogia paryska #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE PARIS TIME CAPSULE

Copyright © Ella Carey, 2015

This edition is made possible under a license

arrangement originating with Amazon Publishing,

www.apub.com,

in collaboration with Graal, SP. Z O.O.

All rights reserved

Projekt okładki

Joanna Wasilewska

Zdjęcia na okładce

© David Paire/Arcangel Images;

Sergei Aleshin/Shutterstock.com

Redaktor prowadząca

Milena Rachid Chehab

Redakcja

Aneta Konabrodzka

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-929-7

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Benowi i Sophie, jak zawsze z miłością

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Paczuszka była schludna, zawinięta w brązowy papier i przewiązana jedwabną wstążką. Zdumiewające, jeśli weźmie się pod uwagę, że pokonała drogę z Paryża do Nowego Jorku. Na wierzchu widniała perfekcyjna kokardka. Zdaniem Cat ktoś, kto pakował tę przesyłkę, robił to z wyjątkową pieczołowitością. Dane nadawcy zapisano atramentem w kolorze sepii: „Monsieur Gerard Lapointe, 9. dzielnica, Paryż”.

Nigdy o nim nie słyszała.

Potrząsnęła opakowaniem, w środku stuknęło coś ciężkiego. Sięgnęła po nożyczki, ale w tej samej chwili rozległo się pukanie. Christian, jak zawsze punktualnie. Odłożyła pudełko na ławę kuchenną, podniosła, znowu odłożyła i poszła otworzyć drzwi.

Miał na sobie nowy garnitur. Jasne włosy zaczesał do tyłu jak Leonardo DiCaprio w roli Gatsby’ego.

– Jeszcze nie przebrana? – Wymownie spojrzał na zegarek.

– A muszę się przebierać? – spytała ze śmiechem.

Postąpił nieśpiesznie kilka kroków. Można było odnieść wrażenie, że jest właścicielem tego niewielkiego mieszkanka na Brooklynie, choć najwyraźniej nie mógł się doczekać powrotu na Upper West Side.

– Może włóż tę małą czarną, którą ci kupiłem w zeszłym tygodniu.

Cat skryła uśmiech, gdy zatrzymał się nad jej najnowszym skarbem – pięknym starym szalem we wzór pawich piór, wyszperanym na pchlim targu i kupionym za bezcen. Spędziła nad tkaniną długie godziny, cierpliwie usuwając drobne zaciągnięcia i rozczesując splątane frędzle. Teraz od szala rzuconego na czerwoną kanapę trudno było oderwać wzrok. Christian tymczasem wyglądał, jakby toczył wewnętrzną debatę: zdobyć się na uprzejmą uwagę na temat szala czy sobie ją darować.

– Musiałam go uratować. Był w okropnym stanie… Przebiorę się.

Minimalistyczna mała czarna kupiona w zeszłym tygodniu rzeczywiście będzie na ten wieczór bardziej odpowiednia, choć ona czułaby się znacznie lepiej w bladozielonym spodnium z lat czterdziestych dwudziestego wieku, które sama sobie wypatrzyła. Uwielbiała kupować stare ubrania do tego stopnia, że zaczynało to trącić natręctwem. Jeszcze jako nastolatka dostała hopla na punkcie ciuchów vintage i tak jej zostało. Ale za nic w świecie nie wolno jej było zranić uczuć Christiana, wobec tego ruszyła do sypialni.

Gdy go mijała, uścisnął jej rękę.

– Dziś wybierali Michael i Alicia. Będziemy jedli w Lemon Tree. O ile mi wiadomo, restauracja proponuje nowe menu. – Podważył krawędź rękawa, ponownie spojrzał na zegarek. – Rozumiesz, oczywiście…

– Zdążymy.

Włożyła przez głowę nową sukienkę, podała Christianowi srebrny naszyjnik – prezent od niego na trzydzieste czwarte urodziny, odwróciła się tyłem i zebrała u góry włosy ufarbowane na miodowy blond, czekając, aż zapnie łańcuszek.

– Podobasz mi się w tym stroju.

Spojrzała mu prosto w oczy.

– Nie przyzwyczajaj się.

– Oczywiście.

Kropelka perfum po wewnętrznej stronie każdego nadgarstka.

– Dostałam dzisiaj uroczą paczuszkę. Z Paryża. Nie wiem, co przyszło, umieram z ciekawości.

Przytrzymał otwarte drzwi.

– Podczas ostatniej wizyty w Paryżu widziałem jedynie pomieszczenia banku.

Przesyłka będzie musiała zaczekać.

Pewnie i tak jest nieistotna.

* * *

W restauracji wszystkie miejsca były zajęte, a mimo to w eleganckim wnętrzu nie odczuwało się tłoku. Cat rozmawiała z Tashą, Morgan i Alicią, towarzyszkami życiowymi najbliższych przyjaciół Christiana – Michaela, Scotta i Adama, których znał od podstawówki. Gdyby znalazł się ktoś, kto by jej zadał kluczowe pytanie, zapewne by się nie przyznała, że przynależność do tego wąskiego grona stanowiła dla niej spełnienie marzeń. Ale mimo że była z Christianem już dwa lata, nadal czuła się nieco wyobcowana. Cóż, Tasha i Scott byli małżeństwem z dwójką małych dzieci, Michael i Alicia dorobili się trójki potomstwa i domku letniskowego, a Morgan z Adamem trwali w związku od dziesięciu lat. Odkąd pamiętała, stale planowali ślub.

Rozmowy obejmowały najróżniejsze tematy, od nieprawdopodobnie skomplikowanego procesu zapisywania dziecka do szkoły podstawowej na Manhattanie poprzez kwestię konieczności opanowania przez malucha kilku języków obcych przed osiągnięciem piątego roku życia po stresujące aspekty robienia zakupów w Net-A-Porter oraz fakt, że na wszystko i tak zawsze brakowało czasu. Tematy rozkoszne, wymiana zdań odrobinę nonszalancka. Cat była oczarowana.

Christian pochwycił jej spojrzenie i puścił do niej oko, a ona odpowiedziała uśmiechem. Taki drobny rytuał powtarzający się, gdy wychodzili razem. On sprawdził, czy ona jest zadowolona, ona zapewniła, że jak najbardziej.

– W końcu – Alicia odstawiła kieliszek z winem takim gestem, jakby miała zamiar wygłosić doniosłe oświadczenie – jaka to różnica dla Annabelle, czy ja jestem absolwentką? Naprawdę powinny istnieć jakieś granice egalitaryzmu. Do czego to prowadzi?

– Należy zapoczątkować odpowiednią kampanię – stwierdziła Tasha.

– Pod przewodnictwem Alice – dodał Adam ze śmiechem. – Byłaby w tej roli niedościgniona.

Cat znów poczuła na sobie spojrzenie swojego towarzysza. Tym razem miał uniesione brwi.

– A ty? – spytała ją Tasha. – Gdzie chodziłaś do szkoły?

– No właśnie. Dokąd udadzą się śladami matki mali Carterowie?

Zaczerwieniła się mimowolnie.

Zakładali, że jej dzieci będą nosiły nazwisko Christiana.

– Skończyłam Mumbai High.

Zapadła cisza. Trwała, aż Christian zaśmiał się cicho. Po chwili wszyscy poszli w jego ślady. Cat odchyliła się na oparcie, upiła łyk wina. Uwielbiała jego śmiech i umiejętność rozładowywania napięcia. Gdy spotkali się po raz pierwszy, on jeden ruszył jej z pomocą. Przyszli w kilkoro do zakładu fotograficznego, gdzie pracowała, mieli zamówiony portret grupowy. Ważni pracownicy banku. Aparat akurat odmówił współpracy. Christian, chociaż już należycie upozowany, natychmiast zadeklarował pomoc: razem rozstawili nowy sprzęt, a co więcej, po sesji nie chciał słyszeć żadnych sprzeciwów i pomógł odstawić wszystko z powrotem do pakamery szefa. Zaproszenie na drinka jeszcze na ten sam wieczór wydawało się naturalną kontynuacją półgodzinnego flirtu, który miał miejsce między statywami. Zielone oczy Christiana pod jasnymi brwiami, w komplecie z blond włosami, wywierały na Cat wpływ hipnotyzujący, a przy tym był taki pewny siebie! I na dodatek miły.

Teraz żyli niczym para gołąbków budujących wspólne gniazdko, z założeniem, że spędzą razem resztę życia, choć ta kwestia nigdy jeszcze nie została formalnie przedyskutowana.

Cat odepchnęła natrętne myśli o ojcu. Doskonale wiedziała, co powiedziałby o przyjaciołach Christiana, o ludziach sukcesu. Otóż Howard Jordan w najlepszym razie nazwałby ich burżujami. Nie miała najmniejszej ochoty roztrząsać jego poglądów.

– Wydawałaś mi się jakaś roztargniona i nieobecna – zauważył Christian, gdy po wyjściu z restauracji czekali na taksówkę.

Objął ją za ramiona. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa.

– Naprawdę?

– Jesteś zadowolona z dzisiejszego wyjścia?

– Naturalnie.

Wsiedli do auta.

Światła miasta iskrzyły się za zamgloną szybą.

Na Brooklynie taksówka zatrzymała się przed domem Cat.

– Wejdziesz?

– Chciałbym, ale jutro muszę wstać bardzo wcześnie.

Pochyliła się i go pocałowała.

– Wiesz co… – Zerknął przez otwarte okienko na jej vespę zaparkowaną w tym samym miejscu co zwykle. – Naprawdę powinnaś rozstać się ze skuterem.

– Wolne żarty! – odparła ze śmiechem.

Ukochana vespa, kupiona za pierwszą wypłatę.

– Niebezpiecznie jest jeździć na niej po Nowym Jorku. Gdyby to ode mnie zależało, już jutro by jej tu nie było.

* * *

Zamknęła drzwi mieszkania i od razu poszła do kuchni. Wzięła do rąk paczuszkę z Paryża. We Francji była tylko raz, na szalonej wyprawie tuż po college’u. Chociaż wyjazd trwał krótko, zrobiła ponad tysiąc zdjęć. Po powrocie do Nowego Jorku zaczęła pracę w studiu fotograficznym, tym samym, w którym tkwiła po dziś dzień. Trudno zliczyć, ile razy była o krok od rzucenia tej roboty, zdawała sobie jednak sprawę, że ma szczęście, skoro znalazła stałe zatrudnienie w czasach recesji. Poza tym za każdym razem, gdy postanawiała odejść, szef zasypywał ją tak gorącymi prośbami, że nieodmiennie zgadzała się zostać – na jakiś czas.

 

Sposób zawiązania kokardki na paczce przywołał wspomnienie urokliwej elegancji, jaka oczarowała ją podczas pobytu w Paryżu. Przecięcie tasiemki nagle wydało jej się niewłaściwe. Odłożyła nożyczki z powrotem do szuflady i ostrożnie zabrała się do rozwiązywania jedwabiu.

Wieczorami na poddaszu robiło się chłodno, lecz mimo to w zziębniętych palcach czuła intrygującą energię. Rozwiązawszy wstążeczkę, wsunęła paznokieć pod krawędź brązowej taśmy przytrzymującej papier i w końcu jej oczom ukazało się niewielkie pudełko.

Podmuch wiatru zatrząsł oknami. Cat zadygotała. Gorąca czekolada. Bez niej ani rusz. Nalała mleka do rondla. Powolne mieszanie białego płynu zawsze wywierało na nią kojący wpływ. Ułamała dwa solidne kawałki grubej tabliczki gorzkiej czekolady i jakiś czas przyglądała się topniejącej masie. Wreszcie przelała gorący napój do porcelanowego kubka w biało-niebieskie wzory. Kiedyś należał do mamy. Do kochanej mamusi, kobiety bez skazy.

Cat postanowiła zapewnić sobie szczęśliwe życie, takie, o jakim jej matka nawet nie śniła. Jedno było pewne: partnera wybrała znacznie bardziej rozważnie. Christian pod każdym względem górował nad zawziętym, upartym i apodyktycznym ojcem. Wszystko wskazywało na to, że matka jako młoda dziewczyna nieszczęśliwym trafem zakochała się w despocie i w efekcie przez całe życie żałowała tragicznego błędu.

Ona, Cat, była zdecydowana unikać toksycznych związków.

Upiła łyk niebiańskiego napoju, odstawiła kubek i zdjęła wieczko z kartonowego pudełka. W środku znajdowały się dwa przedmioty: list napisany na maszynie i stary mosiężny klucz.

Przeszła do saloniku, usiadła na sofie. Najpierw obrzuciła list wzrokiem, a następnie przeczytała go wolno i uważnie. Napisany na maszynie… Bez sensu.

Zaadresowany niczym dokument urzędowy: Catherine Laura Jordan. Niżej, wielkimi literami, napisano imię i nazwisko kobiety, której list zdawał się dotyczyć. Kobiety, której ojciec Cat nie akceptował do tego stopnia, że za każdym razem, gdy o niej przy nim wspominano, czerwieniał na twarzy. Virginia Brooke. Babka ze strony matki. Skandalistka.

Pismo było formalne i zwięzłe. Monsieur Lapointe, paryski prawnik, zawiadamiał, że Virginia Brooke była jedyną spadkobierczynią majątku niedawno zmarłej Isabelle de Florian. Po śmierci Virginii Brooke, która nastąpiła w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym, a także po zgonie w dwa tysiące trzecim roku jej córki, czyli matki Cat, majątek przechodził w całości na własność wnuczki obdarowanej.

Cat wiedziała, że jej babka Virginia tuż przed drugą wojną światową przez sześć lat podróżowała sama po Europie. Wróciła do Ameryki, ponieważ nalegała na to rodzina, przekonana, że Stary Kontynent stał się miejscem niebezpiecznym. Virginia długi czas pozostawała niezamężna. Mimo protestów rodziny wywodzącej się z klasy średniej podjęła wymarzoną pracę w nowojorskiej branży odzieżowej. Co więcej, cieszyła się względami kilku kochanków. Za mąż wyszła późno, za mężczyznę znacznie od siebie starszego. Dziadek Cat był profesorem Harvardu, wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi uwielbianym przez babkę. Bonnie przyszła na świat, gdy jej matka była już dobrze po czterdziestce.

Matka Catherine jako dziecko korzystała z uroków cudownego braku nadmiernej troski: robiła, co chciała, zarówno w domu na starej farmie, jak i w otaczających go zaniedbanych ogrodach, podczas gdy Virginia z mężem cieszyli się życiem. W rezultacie u dziewczynki wykształciła się nie tylko bujna wyobraźnia, lecz także gorąca tęsknota za romansem, która znalazła ucieleśnienie w postaci Howarda Jordana, dawnego studenta ojca. Z czasem Howard został urzędnikiem państwowym o niewzruszonych zasadach moralnych i przekonaniach politycznych, a jego nadrzędnym celem stało się, jak można by sądzić, przekształcenie zarówno Bonnie, jak i Cat w istoty banalne, bez polotu i doskonale spełniające jego oczekiwania, co oznaczało zamiłowanie do porządku, efektywność w działaniu oraz niepodważalne przekonanie, że racja zawsze leży po jego stronie.

Dopiero tuż przed dwudziestką dziewczyna nauczyła się doceniać stoicyzm matki, a także jej zdecydowanie, by z układu, w jaki weszła z własnej woli, uzyskać możliwie najwięcej korzyści. Zrozumiała, że Bonnie, niegdyś niepoprawna młoda romantyczka, dała się porwać wyobrażeniu miłości, nie postrzegając Howarda jako rzeczywistego człowieka. Została z nim później tylko dla dobra dziecka i Cat ją za tę decyzję podziwiała.

Matka opowiadała jej szeptem historie o wyprawach Virginii do paryskich kabaretów i barów, o jej życiu w epoce jazzu. Ponoć babka regularnie uczestniczyła we wszystkich istotnych wydarzeniach towarzyskich: rautach, wystawach, premierach teatralnych. Ale jaką rolę w tym wszystkim odegrała Isabelle de Florian? W żadnej opowieści Bonnie nigdy nie wybrzmiała o niej nawet najmniejsza wzmianka. Cat była tego pewna.

Miała nadzieję, że jej własna wyprawa do Paryża zapisze się we wspomnieniach aurą minionej epoki, lecz podróż po Europie okazała się błyskawiczną rundą po kilku państwach w zatłoczonym autobusie, w towarzystwie czterdziestu wiecznie pijanych studentów. Pod koniec wyprawy Cat uznała, że romantyzm to cecha rodem z zamierzchłej przeszłości.

Wróciła do Nowego Jorku, podjęła pracę w studiu fotograficznym, a teraz, z Christianem, była szczęśliwa jak nigdy dotąd.

Od Paryża dzieliło ją sześć godzin. Wkrótce tajemniczy monsieur Lapointe powinien otworzyć kancelarię.

Postanowiła podejść do sprawy rzeczowo. Przede wszystkim zadzwonić do owego prawnika z samego rana, nawet gdyby miała w tym celu zarwać noc. Zorientuje się w sprawie i podejmie odpowiednie decyzje. Szybko.

Rozdział 2

Wybrała numer do kancelarii prawnej tuż po godzinie dziewiątej.

Czasu paryskiego.

– Monsieur Lapointe rozpocznie pracę nie wcześniej niż za godzinę – oznajmiła recepcjonistka. – Przekażę mu wiadomość, mademoiselle.

Cat wróciła do łóżka. Wieczorem miała być na przyjęciu z okazji rocznicy ślubu rodziców Christiana, dawno mu to obiecała. A była wykończona.

O godzinie czwartej nad ranem czasu nowojorskiego nadal czekała na telefon od prawnika. Z ręką na telefonie. W końcu, choć bardzo nie chciała wydawać się zdesperowana, zadzwoniła ponownie. Tym razem została od razu do niego przełączona.

– Mademoiselle Jordan? – upewnił się, silnie akcentując ostatnią sylabę nazwiska.

– Och, bonjour, monsieur – przywitała go Cat, nieco zaskoczona szybkością przekierowania.

– Muszę, niestety, być stanowczy – oznajmił prawnik prosto z mostu, wyraźnie podekscytowany. – Nie ma innego sposobu. Mademoiselle, trzeba przyjechać do Paryża.

Cat odebrało mowę.

– Ale może… – wykrztusiła, gdy wreszcie odzyskała głos – przynajmniej spróbujemy załatwić sprawę przez telefon?

Wstała z łóżka.

– Trzeba rozmawiać osobiście, mademoiselle.

Zapadła cisza.

– Nie mogę przyjechać do Paryża. Mam zobowiązania w pracy…

Zaraz, naprawdę? Fotografowanie dobrze sytuowanych nowojorczyków, ludzi biznesu, a często także ich równie dobrze sytuowanych dzieci oraz ulubionych zwierzątek… To żadne zobowiązanie. Mimo wszystko nie mogła lecieć do Paryża.

– Mademoiselle, proszę.

– Podróż kosztuje.

Chociaż zaraz – na tani lot do Francji zapewne mogła sobie pozwolić. Miała trochę oszczędności.

– Ja przyjechać nie mogę.

– Rozumiem.

Co racja, to racja.

– Czyli… nie zdołamy załatwić sprawy ani przez telefon, ani korespondencyjnie?

Krążyła po pokoju.

– Zaiste można to tak ująć. Warunki testamentu są… nie są zwyczajne. Musi panna przyjechać do Paryża, żeby je spełnić. I jeszcze jedno, mademoiselle. Powinniśmy się spotkać przed odczytaniem ostatniej woli. Formalności są, dużo formalności. Bardzo ważnych, panna sama się przekona.

Cat usiadła tam, gdzie stała.

– Zakładam, że powinnam przylecieć jak najszybciej? – Zabrzmiało to tak, jakby nie mogła się doczekać, kiedy wyruszy w drogę. Odchrząknęła. – Będę musiała umówić się z pracodawcą… Nie mogę tak po prostu rzucić wszystkiego… – Straszne bzdury. Miała całe miesiące zaległego urlopu. Nigdy nigdzie nie wyjeżdżała.

– Będę czekał – stwierdził pan Lapointe. Podał jej dokładne wskazówki, jak dotrzeć do jego biura.

– I proszę nie zapomnieć klucza, mademoiselle Jordan.

– Oczywiście. – Odetchnęła głębiej. – A czy może pan przynajmniej zdradzić, co wspólnego z moją babką miała Isabelle de Florian?

– Proszę umówić spotkanie z moją asystentką. Au revoir, mademoiselle.

Usiłowała jeszcze się zdrzemnąć, lecz nic z tego nie wyszło. Cztery godziny później napisała do szefa e-mail z prośbą o urlop. W odpowiedzi otrzymała niezbyt entuzjastyczną zgodę wysłaną z telefonu. Najwyraźniej akurat uprawiał poranny jogging. Zarezerwowała lot do Paryża na następny dzień. Z pomocą asystentki prawnika wyszukała hotelik w pobliżu budynku opery Palais Garnier, bo dosłownie za rogiem znajdowała się kancelaria prawna, w której urzędował pan Lapointe.

Dopiero gdy na dobre odłożyła telefon, a przez szparę między zasłonami wtargnęło do sypialni światło dnia, uświadomiła sobie pełny obraz sytuacji. Ona, Cat, była zupełnie inna niż babka – wolny, niespokojny duch. Jak to się stało, u licha, że następnego dnia miała lecieć do Francji?

* * *

Niewielkie przyjęcie rocznicowe u rodziców Christiana okazało się imprezą na pięćdziesiąt osób. Nawet gdyby Cat zamierzała omawiać z nim swoją dziwaczną sytuację wynikłą z powodu testamentu babki, to już w chwili, gdy wyszła z windy i wkroczyła do zatłoczonego mieszkania jego rodziców, stało się jasne, że nie sposób liczyć na okazję do rozmowy w cztery oczy. Poza tym ani jego, ani nikogo spośród szykownych gości z pewnością w najmniejszym stopniu nie obchodziła zwariowana historia Virginii Brooke.

Zanim jeszcze Christian skończył przedstawiać Cat urzekającym ludziom w liczbie wystarczającej, by zapełnić salę balową, a także kuzynom z Bostonu, nie bardzo już pamiętała, dlaczego jej wypad do Paryża, koniecznie z zardzewiałym kluczem, w ogóle miałby być istotny.

Nieczęsto spotykała się z rodziną wybranka w tak szerokim kręgu, toteż nic dziwnego, że na przyjęciu, na którym zjawili się wszyscy naraz, miała wrażenie, jakby trafiła przypadkiem na raut zorganizowany przez „Vogue’a”. Na szczęście wielu krewnym jej sukienka koktajlowa w stylu lat czterdziestych wydała się „interesująca”, a nawet „urocza, naprawdę urocza”, nie czuła się więc wyobcowana, miała wręcz wrażenie, że podbiła serca licznych ciotek wystrojonych w produkty Chanel oraz perły.

Gdyby miała czas uświadomić sobie ostry kontrast między całą tą elegancją a własnym dzieciństwem w Durham, w Connecticut, gdzie rodzice właściwie nikogo nie podejmowali, musiałaby się uszczypnąć, by uwierzyć, że faktycznie przebywa w takim, a nie innym towarzystwie. Okoliczności nie sprzyjały jednak namysłowi. Tak właśnie wyglądała przynależność do świata Christiana: rzecz polegała na tym, by znajdować się w odpowiednim miejscu, z odpowiednimi ludźmi, oczywiście w najodpowiedniejszej chwili. Cat bez najmniejszych obiekcji poddała się uwodzicielskiej sile najnowszych zdarzeń.

Wystarczyły dwie godziny, by przekonała samą siebie, że nawet gdyby znalazła okazję do przedyskutowania sprawy majątku z ukochanym, to nie warto zawracać sobie tym głowy. On nie lubił podróżować i z pewnością nie zrozumiałby, dlaczego nie nakłoniła prawnika, by wysłał jej szczegóły mailem. Często powtarzał, że wszystko, czego można chcieć, znajduje się w Nowym Jorku, a reszty można doświadczyć za pomocą laptopa. Jego dziadkowie mieli komfortowy letni dom w Hamptons na Florydzie. Po co jeździć gdziekolwiek indziej?

Postanowiła tylko napomknąć, że wybiera się do Paryża. Ci, co usłyszą, przyjmą informację i tyle, nie będą potrzebne żadne wyjaśnienia.

– Moja droga, za wcześnie jeszcze na sezon premierowy – zauważyła jedna z ciotek.

– Lecę w sprawach zawodowych. – Cat musiała wziąć się w garść, by przestać zagryzać dolną wargę.

– Zarezerwuję ci lot – zaproponował Christian.

– W zeszłym tygodniu podawano na pokładzie kawior, bezdyskusyjnie wspaniały – wyznał stryj. – Standard w pierwszej klasie zaczyna się poprawiać. Nareszcie. – Mężczyzna miał wąsik i wiecznie zadowoloną minę.

– Kawior i szampan dla Cat – podsumował Christian. – Plan przyjęty do realizacji.

– Nie trzeba, dziękuję, już wszystko załatwione – odparła z uśmiechem. Nie zależało jej na luksusach pierwszej klasy. Gdy zaczęła spotykać się z Christianem, nie miała pojęcia, że pochodzi z bogatej rodziny. Ujęły ją w nim drobiazgi, miłe nawyki, jak na przykład ten, że dzwonił do niej prawie codziennie, ot tak, spytać, jak jej mija dzień.

 

– Byle nie klasa ekonomiczna.

– Nie?

– Nie.

– Mam rezerwację w klasie biznesowej.

Skłamała z konieczności, bo gdyby dowiedział się, że kupiła lot na warunkach last minute w tanich liniach lotniczych, które w ogóle nie oferowały klasy biznesowej, a w dodatku ruszała w podróż o jakiejś nieprzytomnej godzinie, nie zaznałby spokoju.

– Firma płaci – dorzuciła. – Nie było dyskusji.

Firma… Em… jaka firma?

Christian gładko przełknął niewinne kłamstewko. Pewnie go nawet nie zauważył.

– Kotku, zadzwoń, jak tylko wylądujesz.

Gdy wsiadła do windy i zniknęła z oczu jemu, jego rodzicom i gościom, zrzuciła z nóg niebotyczne szpilki w stylu lat czterdziestych i boso stanęła na chłodnych marmurowych płytkach. Co za ulga!

* * *

Kilka godzin później siedziała w środkowym rzędzie samolotu lecącego do Paryża, w warunkach diametralnie różnych od tych, które przywodziły na myśl marmury w windzie. Większość czasu spędziła na unikaniu pobrudzenia wymiocinami i czekoladą mleczną przez siedzącego obok trzylatka. Malec stale pchał się jej na kolana. Ponadto usiłowała chronić uszy przed jego sprzeczkami z rodzeństwem, tak głośnymi, że pasażerowie odlegli o kilka rzędów odwracali się i z dezaprobatą kręcili głowami.

Późną nocą albo wczesnym rankiem, zależnie od tego, jak kto miał nastawiony czas ponad chmurami, smarkate towarzystwo nareszcie zmorzył sen, a Cat przez pozostałą część lotu obracała w palcach miedziany klucz Isabelle de Florian. Z niewyjaśnionego powodu uznała, że musi go mieć przy sobie. Przełożyła go z kieszeni żakietu do nerki, podręcznej kieszeni na pasku, a teraz z niej wyjęła i nie wypuszczała z rąk, jakby kawałek metalu był w stanie dać odpowiedź na wszystkie pytania. Cóż on mógł otwierać? Może jakąś szafę?

Mało prawdopodobne, by owa tajemnicza postać zostawiła Virginii spadek znacznej wartości. Zapewne doszło do jakiejś pomyłki. No bo niby jak: niejaka de Florian miałaby zapisać majątek przyjaciółce z młodości?

Ale to nie wszystko. Dlaczego pan Lapointe nalegał, by Cat przyleciała do Paryża? Co za formalności mogły ją czekać z powodu niewielkiej spuścizny?

I czy kiedykolwiek wyjdzie na jaw, co Virginia naprawdę wyprawiała w Paryżu lat trzydziestych?

Gdy samolot zniżył się nad miastem i pasażerowie z siedzeń przy oknach przylepili nosy do szyb, wydając z siebie zachwycone ochy i achy, Cat usiłowała postawić się na miejscu Virginii przybywającej do Paryża. Czy przyleciała prosto z Bostonu, swojego rodzinnego miasta? Jak wyglądała w tamtych czasach stolica Francji? Gdzie i przy jakiej okazji babcia poznała Isabelle de Florian? Czyżby w jednym z cieszących się złą sławą klubów jazzowych, o których opowiadała mama? Ech, gdyby tak można było ją o to zapytać…

Gdy wielka maszyna zaczęła coraz bardziej zniżać lot, dziecko z sąsiedniego fotela ocknęło się i potarło buzię pulchną rączką. Przyszpiliło ją uważnym spojrzeniem. Schowała klucz do kieszeni, uśmiechnęła się do chłopca i pomodliła się w duchu, by ten pobyt w Paryżu okazał się lepszy niż poprzedni.

* * *

Następnego dnia zbudziły ją przygotowania sklepów na pierwszych klientów: sprzedawcy otwierali okiennice i pozdrawiali się nawzajem dziarskim bonjour!, a odgłosy niosły się przez chłód poranka, wywołując uśmiech na twarzy.

Podeszła do okna i sama też otworzyła na oścież drewniane okiennice.

W przytulnym pokoju hotelowym od razu poczuła się jak u siebie. Mimo zimy za oknem we wnętrzu panowało miłe ciepło; deski podłogi były pociągnięte białą farbą, pod oknem stał fotel z kremową tapicerką, a na podwójnym łóżku piętrzyła się sterta poduszek.

Chętnie by zmitrężyła więcej czasu, patrząc na budzącą się w nowym dniu wąską paryską uliczkę. Miała wrażenie, że urokliwy budynek naprzeciwko znajduje się tak blisko, iż mogłaby bez trudu porozmawiać z jego mieszkańcami przez okno. Nie otworzyła go jednak, zamiast tego przez podwójną szybę obserwowała narastający ruch w piekarni i kwiaciarni, przed którą na chodniku wyrosły kubły z różami. Po chwili podjęła decyzję: wzięła szybki, ciepły prysznic, ubrała się, a następnie opatuliła się płaszczem i wyszła na poszukiwanie śniadania. Po długich godzinach w ciasnym samolocie rześki paryski ranek wydawał się tak przyjemny, że wypuściła się na spacer, nie zwracając uwagi na chłód.

Wizytę miała wyznaczoną dopiero na dziesiątą, zgodnie z sugestią prawnika, by spokojnie doszła do siebie po zmianie stref czasowych. Pomysł ten odebrała jako uprzejmość pod swoim adresem i teraz chętnie korzystała z wolnych chwil. Od czasu do czasu przystawała, by zachwycić się linią mocnego różu widoczną za pięknymi starymi budynkami. Wschód słońca nad Paryżem.

W końcu zwabiła ją przytulna cukiernia, całkiem niedaleko hotelu. Cat nadal była na prawym brzegu rzeki, w okolicach gmachu Opery Garnier. Za wysoką szybą witryny pyszniły się rzędy kulinarnych cudeniek zdobionych w esy-floresy, oblanych lukrem, błyszczących różem, lśniącą czekoladą i syropem limonkowym. We wnętrzu siedziało kilka osób pogrążonych w lekturze porannych gazet. Zapach palonej kawy wypływał aż na chodnik.

Miała ogromną chęć zamówić do kawy coś słodkiego i sycącego, lecz zwyciężył zdrowy rozsądek: pamiętając o skutkach długiego lotu i nerwach, zupełnie naturalnych w sytuacji, gdy nie wiedziała, co ją czeka w najbliższym czasie, zamówiła tylko zwykłego croissanta. Usiadła przy jednym z małych okrągłych stolików i pozwoliła, by espresso czarodziejskim sposobem ożywiło jej zmęczony umysł. Myśli zaczęły krążyć wokół Isabelle de Florian.

Jak wyglądały formalności związane z dziedziczeniem majątku po obcej osobie? I to nieruchomości znajdującej się na terenie Francji? Opanowała ją chęć, by zadzwonić do kogoś w Stanach, poprosić o radę, ale tam o tej porze wszyscy spali. Do tej pory sytuacja wydawała się nie całkiem realna. A teraz, proszę bardzo, Cat, sama w Paryżu, siedziała w cukierni, pogryzając rozkosznie kruchy francuski rogalik rozpływający się na języku jak masło. Mogłaby tak częściej.

Punktualnie o godzinie dziesiątej siedziała na miejscu dla interesantów przed blatem recepcji biura prawnego. Dłonie zanurzyła w torebce, wyszukała w niej klucz i przekładała z ręki do ręki. Nie miała pojęcia, czego się spodziewać.

Monsieur Lapointe ukazał się w progu równo dziesięć minut później. Podszedł do lady recepcji, by zamienić kilka słów z pracownicą. Miał na sobie granatowy trzyczęściowy garnitur, a na nogach perfekcyjnie wyglansowane brązowe pantofle ze skóry. Z kieszonki na piersi eleganckiej marynarki wystawała śnieżnobiała jedwabna poszetka, a w butonierce pysznił się czerwony kwiat.

Gdy prawnik zwrócił się ku Cat i skąpym gestem wskazał, by poszła za nim korytarzem, wydał jej się zmęczony. Wkrótce usiedli w pokoju, gdzie znajdował się jedynie duży antyczny stół oraz krzesła. Kobieta, którą pan Lapointe przedstawił jako swoją asystentkę, zajęła jedno pośrodku.

Gospodarz poprawił stosik papierów leżących na stole – ułożył idealnie białe stronice w równy wachlarz, a następnie obszedł stół i odsunął krzesło dla gościa, dokładnie naprzeciwko swojego. Skrzypienie drewnianych nóżek szorujących po gołej podłodze wydawało się tak bardzo nie na miejscu w cichym, tchnącym powagą wnętrzu, że Cat aż się zaczerwieniła.

Monsieur Lapointe wśliznął się za stół.

– Mademoiselle Jordan. Najpierw muszę widzieć paszport panny, dla weryfikacji.

Na to była przygotowana, od razu podała mu dokument.

– Proszę zaspokoić moją ciekawość – odezwała się po chwili. – Intryguje mnie, dlaczego Isabelle de Florian zostawiła majątek mojej babce. Czy wiadomo panu cokolwiek na temat ich znajomości?

Prawnik podniósł na nią wzrok, po czym bez słowa go opuścił. Następne kilka minut, jak się zdawało, trwające całą wieczność, przewracał kartki i wypełniał kolejne formularze.

– Formalności. Ważna rzecz. Najważniejsza.

Cat właśnie zaczęła odczuwać skutki przekroczenia kilku stref czasowych i długotrwałego napięcia. By nie okazywać tego po sobie, złożyła ręce na kolanach.

– Cała sprawa jest na pewno wyjątkowa. Czy istnieje może jakaś korespondencja mojej babki z przyjaciółką? Na pewno były sobie bliskie, a mimo to nigdy nie słyszałam o Isabelle. Chciałabym wiedzieć, jak się poznały.