3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Krzyżyk niespodziany

Tekst
Z serii: Zakopiańska
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Już w księgarniach:

Maciej Krupa Kroniki zakopiańskie

Maciej Krupa, Piotr Mazik, Kuba Szpilka Nieobecne miasto. Przewodnik po nieznanym Zakopanem

Następna książka w serii ZAKOPIAŃSKIEJ:

Lechosław Herz Świsty i pomruki. Sceny tatrzańskie

Bartłomiej Kuraś, Paweł Smoleński

Krzyżyk niespodziany

Czas Goralenvolk


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Łukasz Piskorek / Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce – Gubernator Hans Frank podczas rozmowy z Wacławem Krzeptowskim / Narodowe Archiwum Cyfrowe

Copyright © by Bartłomiej Kuraś i Paweł Smoleński, 2017

Opieka redakcyjna Konrad Nowacki

Redakcja Tomasz Zając

Konsultacja merytoryczna Maciej Krupa

Korekta Anna Brynkus-Weber i Sandra Trela / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-490-9

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wisielec na Krzeptówkach

Lud to po prostu genialny

Meine lieben Kameraden

Skład rasowy a kultura

Legion Góralski

Goralenfürst, Ostrogota, agent Abwehry…

Zupełnie inny Krzeptowski

Tatra Bergwacht

Przeciw „krzeptowszczyźnie”

Winni i niewinni

Na tropie

Kto jest dobrym góralem

Pochówek

Bibliografia

Źródła fotografii

Przypisy

Kolofon

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wisielec na Krzeptówkach

Być może o całej historii wiedzielibyśmy o wiele więcej, gdyby nie zimno; styczeń 1945 roku był w Tatrach i w Zakopanem śnieżny i mroźny. Ale znajdą się tacy, którzy wspominają, że zima była jak zwykle: minus dziesięć, może piętnaście. Grunt, że w takich warunkach trudno ukrywać się w górskich szałasach, ze strachu nie rozpalać ognia, bez przerwy mylić tropy, ratować życie za pomocą łapówek i egipskich papierosów.

Póki Wacław Krzeptowski przebywał na Słowacji między sowieckimi partyzantami i powstańcami walczącymi z tamtejszym podporządkowanym hitlerowcom rządem, czuł się względnie spokojny; najpewniej nikt z jego nowych sojuszników nie wiedział, kim dla Podhala był ten człowiek jeszcze kilka–kilkanaście miesięcy temu. A był głową Komitetu Góralskiego – fasadowego tworu powołanego przez Niemców pod Tatrami, największej zorganizowanej polskiej kolaboracji z III Rzeszą podczas II wojny światowej. Sojusz góralsko-niemiecki nie wypalił, buńczuczne plany ideologów akcji separatystycznej nazywanej Goralenvolk okazały się niewarte funta kłaków, a Krzeptowski z niemieckiego sojusznika stał się człowiekiem nieprzydatnym i niepożądanym, po ucieczce w góry i na Słowację zaś – poszukiwanym przez władze okupacyjne.

Lecz pod koniec października 1944 roku słowackie powstanie przeciwko Niemcom i kolaboracyjnemu rządowi księdza Jozefa Tiso upadło, a Krzeptowski postanowił wrócić przez góry do Polski. Może ktoś gwarantował mu bezpieczeństwo, choć ciążył na nim wyrok śmierci wydany przez sąd Polskiego Państwa Podziemnego.

Prowadzili go polscy konspiratorzy walczący w słowackim zrywie, między innymi Józef Uznański, żołnierz Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej, bohater antyhitlerowskiego ruchu oporu, uczestnik wielu akcji partyzanc­kich na Podhalu. Znał Wacusia od dziecka. Uważał, że Krzeptowski skrywał tajemnicę, której nie dane mu było wyjaśnić.

Zrazu Wacuś zamieszkał w szałasie pod Kominiarskim Wierchem na Hali Stoły, a może pod Iwaniacką Przełęczą. W górach wnet jednak zrobiło się bardzo zimno i ktoś najpewniej namówił Krzeptowskiego, by wrócił między ludzi. Zszedł na Gronik w Kościelisku tuż koło Zakopanego, gdzie siedział jak mysz pod miotłą, pewien, że w końcu spotka się z sowiecką partyzantką działającą po polskiej stronie Tatr.

I rzeczywiście – do chałupy dotarło kilku ludzi wyglądających na partyzantów. Nie mówili po rosyjsku, tylko najczystszą polszczyzną, wolną od podhalańskiej gwary. Powiedzieli, że zabierają go na Krzeptówki.

*

Wieczór i noc 20 stycznia 1945 roku lśniły rozgwieżdżonym niebem. Droga prowadziła w dół, ku ciemnym, zalesionym stokom regli, horyzont zamykał ośnieżony Giewont.

Pomiędzy nieznajomymi zwróciłem uwagę na jednego – pisał porucznik Tadeusz Studziński, dowódca oddziału AK „Kurniawa”, który po Krzeptowskiego szedł na Podhale aż z Żywiecczyzny. – Wzrost sto siedemdziesiąt pięć centymetrów, tęgawy, łysawy, twarz dość pełna z ryżawą szczeciną. Ubrany w słowacki mundur bez odznak […] [niektórzy wspominają, że Krzeptowski miał cywilne ubranie]. Gdy przyglądałem mu się milcząco, podbiegł do progu, uścisnął mi rękę obiema swoimi i rzekł pierwszy:

– Czołem, panie poruczniku! Czekam właśnie na Rudka Samardaka. To mój przyjaciel. Jest teraz przewodnikiem rosyjskich partyzantów. Od jesieni razem żeśmy się ukrywali przed Niemcami. Jak zobaczyłem pana partyzantów, trochę się zdziwiłem. Bo mam dziś odwiedzić towarzyszy radzieckich. Chciałem im przekazać sporo broni. Mówił mi Rudek, że broni i nabojów bardzo potrzebują. […]

– Rosjanie dziś nie przyjdą – skłamałem ze względu na kobiety i dzieci. – Wyloty Strążyskiej, Małej Łąki, a nawet Staników Źleb są obserwowane[1].

Krzeptowski narzucił kurtkę, wyszli przed chatę.

Bolesław Dobrzyński, żołnierz „Kurniawy”, po wojnie mieszkaniec Zakopanego, wspominał, że Wacław Krzeptowski niczego się nie domyślał, póki partyzanci nie zaczęli mu dogadywać: „Będzie z niego dobra karma dla lisów”.

Poszli tam, gdzie stały trzy samotne świerki.

Z notatek Tadeusza Studzińskiego:

Tuż za progiem domu Krzeptowski chwycił mnie oburącz za ramię i spytał cicho:

– Panie poruczniku, chyba nie będziecie ze mną robić takich tam różnych badań, co? Ja jestem inwalidą z pierwszej wojny i starym ludowcem. Prawda, że nie będziecie mnie tam-tego, badać, co? […] Bo widzi pan […] ludzie źle o mnie mówią, ale to nieprawda. Ja mam dokumenty, jak wiele dobrego zrobiłem […].

[…] co chwila szeptał do mego ucha ze wzruszeniem. […] Uważa się za człowieka wielkich zasług. […] opowiadał o swojej półrocznej służbie w wojsku austriackim. Był ranny na ruskim froncie. Mówił o listach, jakie przez cztery lata otrzymywał od ludzi z podziękowaniami.

Słuchając go, zastanawiałem się, czy powiesić go w Zakopanem, czy gdzieś bliżej, w łatwo dostępnym miejscu. […]

– Jest pan aresztowany przez Armię Krajową – powiedziałem. […]

– Wiem za co. Ale to nie moja wina. Wszystko przez tego Andrzeja…

Chodziło o Andrzeja Krzeptowskiego, stryjecznego brata Wac­ława. […]

Rozmawialiśmy godzinę […]. Chciałem wyjaśnić Krzeptowskiemu – a jeszcze więcej przysłuchującym się chłopcom – jak wielką popełnił zbrodnię. […] Wkrótce stanęliśmy na drodze łączącej wieś Kościelisko z Krzeptówkami. Po wschodniej stronie szosy, za rowem rosły trzy smreki. […] Kiedy partyzant zakładał mu powróz, prosił:

– Kulę mi dajcie, panie poruczniku, kulę…

– Kula to śmierć honorowa. Zdrajcy na nią nie zasługują.

Zmuszono Krzeptowskiego do sporządzenia testamentu, w którym oddawał „z własnej, nieprzymuszonej woli” cały majątek na rzecz oddziału partyzanckiego „Kurniawa” jako „jedyne zadośćuczynienie dla Narodu Polskiego”. Skrępowano mu ręce na plecach. Do kapoty przypięto kartkę, na której zapisano krzywym pismem, że taki będzie koniec każdego zdrajcy Polski.

 

Skonał około jedenastej wieczorem. Wisiał na smreku cały następny dzień, póki nie odcięła i nie pochowała go rodzina.

A obiecywano mu śmierć publiczną, na świerkowej bramie powitalnej zbudowanej nad zakopiańską ulicą Kościuszki na początku 1939 roku dla uczczenia narciarskich mistrzostw świata. Ludzie opowiadali potem, że wisiał za nogi, zabił go zaś mróz, nie stryczek. Że napisał testament własną krwią. Że chciał wiele powiedzieć i wytłumaczyć, lecz mu nie pozwolono.

Jakkolwiek było, sprawdziły się góralskie przyśpiewki nucone za okupacji ukradkiem na weselach i chrzcinach.

„Wacuś, bedzies wisioł za cosik” albo – żeby było do rymu i łatwiej się śpiewało – „Hej, pockoj, Wacuś, bees wisioł za cóś”.

No i dowcipy:

– Słyseliście, Wacek mo basedowa…

– Kaz go ułapieł?

– To nie cłek, ba choroba.

– Ze jako?

– Wicie, tako, co ocy wypuco.

– Jacy ocy, jacy. My mu wypucymy.

*

Niedługo po wojnie z najważniejszych postaci Goralenvolku śmierci doczekali się nie tylko Wacław Krzeptowski, który uwielbiał, gdy tytułowano go „góralskim księciem” (lub po niemiecku „Goralenfürst”), bo tak się nosił, tak się czuł i takich hołdów oczekiwał, ale też jego bliscy kuzyni Stefan (zmarł w sowieckim łagrze) oraz Andrzej (najprawdopodobniej połknął truciznę w krakowskim więzieniu), obaj wykształceni góralscy inteligenci – pierwszy był prawnikiem, drugi oficerem Wojska Polskiego i znanym przed wojną sportowcem, podobno przekonanym jeszcze w latach trzydziestych do konieczności kolaboracji z Niemcami. Kilku współpracujących z Niemcami wójtów podhalańskich wsi zabili partyzanci z Armii Krajowej i sławnego na całe Podhale zgrupowania „Błyskawica” majora Józefa Kurasia „Ognia”. Józefa Cukra, szefa Komitetu Góralskiego, skazano na piętnaście lat więzienia za kolaborację z okupantem. Niektóre procesy zakończyły się uniewinnieniem, a ­nawet odstąpio­no od śledztwa.

O dwóch bodaj najważniejszych sprawcach góralskiej kolaboracji słuch zaginął, choć tuż po wojnie wydano za nimi listy gończe i oskarżano ich o zbrodnie wojenne, zdecydowanie na wyrost. Uciekli z Zakopanego razem z Niemcami, ukryli się gdzieś w Europie, być może pod przybranymi nazwiskami, zerwali wszelki kontakt z rodzinami i przyjaciółmi.

Pierwszy to Henryk Szatkowski, inteligent żonaty z góralką, żołnierz legionów Piłsudskiego, człowiek wielu talentów, poliglota (znał siedem języków), kształcony na uniwersytetach we Wrocławiu i w Berlinie. Tam nasiąknął zachwytem nad niemieckim porządkiem, organizacją i państwową sprawnością, ale też filozofią, literaturą i muzyką.


[^] Niemiecko-polski transparent na Krupówkach (fot. Henryk Jost)

Drugim był Witalis Wieder, przedwojenny oficer oraz najpewniej agent Abwehry. Nie wiadomo nawet do końca, jak wyglądał, bo na jedynej zachowanej fotografii jest przedstawiony od tyłu: widać byczy kark i plecy ubranego w prochowiec postawnego mężczyzny.

*

Bolesław Dobrzyński, w styczniu 1945 roku zwyczajny, młodziutki żołnierz oddziału „Kurniawa” był obecny przy egzekucji Krzeptowskiego; prowadził go od chaty na Krzeptówkach pod trzy osamotnione smreki, a może nawet asystował w wiązaniu mu rąk. Studziński przygotował państwowotwórczą i patriotyczną przemowę o zdradzie i narodowym zaprzaństwie szefa Goralenvolku między innymi po to, by uświadomić ideologicznie Dobrzyńskiego.

Dobrzyński nie miał wątpliwości – przyszli na Podhale spod Babiej Góry, by czyścić kolaboracyjną szumowinę i likwidować konfidentów. Musiał to zrobić ktoś spoza Tatr, ponieważ miejscowi bali się, byli związani z twórcami Goralenvolku lokalnymi zależnościami, a Polskie Państwo Podziemne wymagało, by za zdradę wymierzać karę główną.

Po wojnie Dobrzyński niechętnie wracał do przeszłości. Gdy o niej z nami rozmawiał, mieliśmy wrażenie, że coś go dręczy, gryzie, uwiera. Porucznik Studziński nawet po wielu latach nie miał żadnych wątpliwości: Wacusiowi Krzeptowskiemu należał się sznur. Dobrzyński nie był tego taki pewien.

Opowiadał, że asystowanie przy wyroku śmierci to nie jest coś, co chce się pamiętać. Detale egzekucji zmilczał (musiały być okrutne), lecz rzekł, że nigdy nie wiadomo, czy śmierć z wyroku sądu podziemnego jest zasłużona. Czasy były paskudne – wojna zniszczyła poczucie sensu i moralności, Niemcy uciekli z Zakopanego, Rosjanie jeszcze nie stali na rogatkach miasta, choć sowiecka partyzantka siedziała w tatrzańskich dolinach. Pojawiło się szczególne napięcie – stare znikło, nowego nie było. Pierwsze dni stycznia 1945 roku to rozedrganie, radość pomieszana z niepewnością. I w taki czas przyszło im wykonać wyrok Polskiego Państwa Podziemnego.

– Nie wiem – mówił nam Bolesław Dobrzyński – czy ta śmierć na smreku była zasłużona. Najpewniej tak, lecz dzisiaj rodzi się wątpliwość. Człowiek starszy nie jest tak pewny siebie jak za młodu. Z partyzantki wziąłem życiowe doświadczenie, wojskową przygodę, no i odwagę, umiałem się zachować nawet wtedy, gdy było bardzo trudno. Lecz partyzanckie życie nie jest dla wszystkich. Umie popsuć, wypaczyć, zostają tylko gorzkie wspomnienia. Może należał się Krzeptowskiemu prawdziwy sąd, może by co rzekł, może byłoby bardziej sprawiedliwie?

*

W sprawie działalności Wacława Krzeptowskiego – i powieszenia go bez prawdziwego sądu – nie ma zgody nawet między tymi, którzy w czasie, gdy istniał Goralenvolk, stali po jednej, przeciwnej kolaboracji, stronie barykady.

Niektórzy uważają, że stryczek natychmiast po schwytaniu był zasłużony, bo tylko Pan Bóg wie, co stałoby się później; Wacuś potrafił zmieniać skórę jak mało kto. Ale opowiadano nam też w Kościelisku, że Wacuś nie był zbrodniarzem, tylko (aż?) zdrajcą – fakt, że pierwszej wody. Nawet najgorszemu należy się jednak proces, choćby po to, żeby ludzie posłuchali i zobaczyli.


[^] Poczta w Zakopanem

Zdaniem jednych trzeba było wykorzystać czas kilkudniowego bezkrólewia. Tak mówił nam między innymi Jan Krupski, w czasie wojny pracownik kolei w Zakopanem, przewodnik tatrzański:

– Wacław Krzeptowski to był kawał złego człowieka. Zreflektował się, dopiero jak miał być powieszony. Wtedy się do wszystkiego przyznał. Nie wierzę, że pomagał komukolwiek. Nie wierzę w to, bo gestapo było bardzo bezwzględne. Między sobą nawet mordowali ludzi. Zaraz by go złapali.

Inni chcieli się dowiedzieć czegoś więcej, nawet biorąc po uwagę, że przed stalinowskim trybunałem usłyszeliby więcej ideologii niż prawdy. Na przykład Józef Uznański, żołnierz akowskiego podziemia, opowiadał:

– Wiele rzeczy nie jest wyjaśnione i postawione tak, jak powinno. Sprawa Goralenvolku nie została załatwiona. Można było oprzeć się na prawdzie, na dokumentach, wcześniej trzeba było to zrobić, póki żyli ludzie wiarygodni. I wtedy albo robimy pomnik, albo go przekreślamy. Wielu górali zginęło, i w willi Palace, gdzie gestapo urządziło sobie katownię, i na froncie wschodnim, i zachodnim. Nie ma prawdy napisanej o tym, kim faktycznie był Wacek Krzeptowski. Jako młody chłopak znałem Wacka osobiście. Absolutnie nie wierzę, żeby on miał przekonanie, że Niemcy wojnę wygrają. Przecież rozmawiałem z nim. Każdy powinien mieć prawo do obrony, trzeba było go wysłuchać. Nikogo nie wsypał, nikogo nie sprzedał Niemcom, a są na to dowody, kiedy i kogo wyciągnął z gestapo. No bo przecież jak popił z gestapowcami, to pewnie, że mógł różne rzeczy załatwić. Wacek przyszedł ze mną i z moimi kolegami z powstania słowackiego, potem siedział spokojnie, bo to koniec wojny. Niemcy już wtedy rozszyfrowali Wacka i musiał uciekać przed nimi. Z jednej strony ścigali go Niemcy, z drugiej państwo podziemne, a do tego władza ludowa…

Józef Krzeptowski-Jasinek, kronikarz rodów góralskich, opowiadał nam:

– Wacuś był zdrajcą, ale trzeba o niego pytać również tych, którym pomagał. A takich było wielu.

Marian Woyna-Orlewicz, olimpijczyk z 1936 roku, narciarz, działacz Polskiego Związku Narciarskiego, organizował przerzut oficerów polskiego wywiadu z Generalnego Gubernatorstwa przez Tatry na Węgry:

– Niemcy kazali sobie stworzyć z ludności góralskiej jakąś taką niepolską ludność. Górale dostawali kenkarty, mieli swoje sklepy, które Niemcy lepiej zaopatrywali. Niemcy starali się wszędzie stworzyć takie grupy, które mogłyby – jeśli tylko dać im władzę – dla nich działać. Byli na tyle zorganizowani, że w Zakopanem mieli już ludzi przygotowanych, zanim tu weszli. Tu mieszkał taki Wieder, prowadził wielki pensjonat, a jego brat był oficerem wojska. I on się okazał volksdeutschem. Jak ktoś miał w papierach, że któryś z jego przodków był Niemcem, to uważano go za pół-Niemca. I dawano mu różne stanowiska. Gdy Niemcy wchodzili, to już ludność cywilna była zaangażowana, to wszystko – gestapo, policja – nie tworzyło się dopiero, ale już było przygotowane. Ordnung, jak to Niemcy mówią. Nie wszyscy górale w to weszli, niektórzy byli przeciwni. Dlaczego? Tak to zwykle u ludzi bywa. Ci, co się dorwali i byli bardziej aktywni, mieli większe przywileje: przydział wódki, materiału, żywności. A ci inni, zwyczajni, to byli zwykli górale; taki góral pracował, żadną polityką się nie zajmował. I nagle widzi, że jego sąsiad ma to i tamto. Była więc taka grupa wśród Goralenvolku, która była zaangażowana i starała się to wykorzystywać, ale większość była niezaangażowana; niby był taki człowiek volksdeutschem, ale wcale nie działał przeciw Polsce. Inaczej Krzeptowski. On był ze stronnictwa przeciwnego poprzedniej partii rządzącej i dlatego kolaborował. Tak to było zawsze, że Niemcy wykorzystywali, że była grupa ludzi przeciwnych panującym rządom i tych właśnie werbowali do pomocy. Niemcy wykorzystywali wszelkie jakieś „antyprądy” działalności ludzkiej. Tak powstali volksdeutsche. W Słowacji widzieli, że Słowacy źle żyli z Czechami, to Słowaków przyjęli elegancko i w ten sposób pobili Czechów.

Ksiądz Mieczysław Zoń:

– Goralenvolk to była ewidentna zdrada, a zdradę trzeba potępić. Lecz trzeba pamiętać, że na świecie jest niewiele spraw, które są tylko białe albo tylko czarne. Jeśli ktoś zdradzał dla pieniędzy, przywilejów, nawet mizernych, dla świętego spokoju, rzecz jest oczywista. Jeśli ze strachu albo żeby coś ocalić, robi się trudniej, choć strach też musi mieć swoje granice. Wierzę, że ktoś komuś wówczas pomagał, o coś dbał, nad czymś się pochylił. Nie wierzę, że dobre uczynki ludzi zaangażowanych w Komitet Góralski mogą zmazać zło, które czynili. Ocalili wielu przed przymusowymi robotami w Rzeszy, wyciągnęli kogoś z więzienia, uchronili przed Auschwitz. Ale wiedzmy, że nie wystarczy ratować kumotrowe dziecko, lecz trzeba zadbać również o inksze. No i gdzie był wówczas twój rozum, góralu, gdzie był twój honor?

Ksiądz Mieczysław zafrasował się na chwilę, po czym dodał:

– Najważniejsze, żeby pamiętać, że wtedy nic nie było proste. Nie ma jednej miary, nawet dla tych samych uczynków. Nie ma jednej odpowiedzialności.

Pytaliśmy w Zakopanem i okolicach, dlaczego tak trudno na Podhalu znaleźć jednoznaczną opinię o Goralenvolku i – zwłaszcza – o jego ideologach i przywódcach.

Henryk Krzeptowski-Bohac, członek Związku Podhalan, odrzekł:

– Tego, co niemiłe w domu, ku gościom się nie wynosi. Rachunek sumienia został już dawno przeprowadzony. Więcej – pod pretekstem Goralen­volku wielu skrzywdziło górali, wykorzystało, przypięło nam gębę. A wszystkiego i wszystkich do jednego worka nie da się wrzucić.

Kenkarty z literą „G” – dowód „przynależności” do germańskiego narodu góralskiego – przyjęło dwadzieścia siedem tysięcy Podhalan. Do dzisiaj trwa spór: czy było to raptem dwadzieścia siedem tysięcy, czy aż?

Odpowiedź na to pytanie nijak nie rozjaśnia obrazu.

Wśród tych dwudziestu siedmiu tysięcy byli tacy jak Stanisław Gąsienica-Mracielnik, który bił w twarz, gdy odmawiano przyjęcia kenkarty „G”. I za to bicie zastrzelili go ludzie „Ognia”.

Ale już inny Gąsienica, akurat Władysław, nie przyjął kenkarty „G”. Działacze Goralenvolku tłumaczyli mu, że skoro nosi bukowe portki z parzenicą, ubiera się po góralsku i mówi gwarą, to niechybnie jest góralem. „Portki góralskie – miał rzec Władek – ale to, co w portkach, polskie”.

 

Niektórym góralska kenkarta nie przeszkadzała w aktywności konspiracyjnej: chowali tatrzańskich kurierów (a nawet przechowywali Żydów, o czym opowiadał ksiądz Józef Tischner), nosili bibułę, chodzili z meldunkami na słowacką stronę. Podobno po powrocie ze Słowacji Wacław Krzeptowski ukrywał się w tym samym szałasie pod Kominiarskim Wierchem, w którym mieli kryjówkę tatrzańscy kurierzy. Podobno pewnego razu wpadł tam na swojego kuzyna Józefa Krzeptowskiego, króla kurierów, legendarnego „Ujka”, człowieka, który za służbę Polsce trafił do syberyjskich łagrów. Nawet jeśli to prawda, i tak nie wiemy, o czym rozmawiali, jak i o co się wadzili. Wiemy za to, że po wojnie Józef Krzeptowski lubił powtarzać, że został kurierem, by ludzie za nazwisko nie pluli mu w twarz.

Tak wszystko było splątane. I takie pozostało w ludzkiej pamięci.