W pułapceTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Serial na Dwójce — ostatni z dzisiejszych — zakończył się jakieś pół godziny temu. Grzegorz Janowski odwrócił się już do ściany i teraz smacznie śpi, pochrapując, ale jego żona z rozgoryczoną miną wpatruje się w sufi t, nie idąc spać ani nie wyłączając telewizora. Leci jakiś nudny program publicystyczny.

Ta Kos… co za bezczelna chamka!

I ten Krukiewicz nie lepszy. Kazał im obydwu uspokoić się, jak gdyby ona, Renata, była tak samo winna jak ta brudna, punkowa dziwka!

Ci młodzi teraz tacy bezczelni…

„Całe życie harowałam, aż do udaru — myśli, przełykając łzy Janowska. — Tyrałam, jak ona chodziła jeszcze w pieluchach. Wychowałam dwoje dzieci. Ona oczywiście dzieci mieć nie będzie, gdzieżby jej się chciało, takiej samolubnej egoistce. A teraz taka smarkula pyskuje mi, że mnie utrzymuje…

Gdyby to było dawniej… Gdybyśmy żyli kilkaset lat temu, mój mąż dałby jej popalić za taką zniewagę! Albo syn… Tak, syn, to bardziej prawdopodobne. Ale dziś…”

Dzwoniła do syna, wypłakała mu się w słuchawkę, ale on jakby w ogóle się tym nie przejął. Dziwił się, że ona tak to bierze do serca. „Szkoda w ogóle o tym myśleć” — powiedział jej tylko i zaraz zaczął opowiadać o nowych planach urządzenia swojego mieszkania. Zmieniają je z Zuzą co chwila. Renata nawet nie pamięta za dobrze aktualnego układu ich lokalu, więc jego słowa brzmią dla niej abstrakcyjnie, nie jest w stanie wyobrazić sobie tego, co on mówi.

Mąż też nie lepszy. Wysłuchał jej relacji z wydarzeń na klatce, obojętnie jedząc parówki na kolację. Powiedział: „No i co tak to przeżywasz, bez sensu” — po czym zatopił się całkowicie w odcinku „Frankowskich i spółki”. Renata nie przepada za tym serialem. Za dużo w nim wątków o interesach, za mało o normalnym, domowym życiu. Wielu rzeczy Renata po prostu nie rozumie. Ale Grzegorzowi się on podoba.

Najbardziej to oboje lubią serial „Rodzina Ulatowskich”. Jest tu o wszystkim: dużo miłości, związków, zdrad i roszad, choroba i długa rehabilitacja bohaterki po wylewie — ach, zupełnie jak jej, Renaty — praca w odpowiednich proporcjach, sąsiedzkie spory… no właśnie, jest tam nawet taka bezczelna Irena, tak samo wyszczekana, złośliwa… Z tym że za jej złośliwością kryje się jej osobisty dramat, bowiem Irena ma ponad czterdzieści lat, ale jest starą panną i nie ma dzieci. Swoją samotność ukrywa pod maską wredności. Widz bardziej jej współczuje, niż się na nią irytuje… Zaraz, czy ta Kos to aby nie podobny przypadek? Renata aż się unosi na łokciu. Wprawdzie wygląda dużo młodziej, no ale trzydziestkę to już na pewno przekroczyła… Wygląda młodo, bo jest chuda, ubiera się i czesze jak zbuntowana siksa, ale jak się przyjrzeć, to widać i kurze łapki, i minimalne zmarszczki na czole… Tylu facetów do niej przychodzi, ale żaden nie chce zostać na dłużej… Tak, to możliwe, że ona jest w rzeczywistości nieszczęśliwą, sfrustrowaną starą panną… Pod wpływem takiej myśli gniew pani Janowskiej topnieje i niemal całkowicie zanika, a w jego miejsce pojawia się współczucie przyprawione szczyptą lekceważenia. Jej oddech uspokaja się, błogość spływa na twarz, zmywając z niej wyraz rozgoryczenia. Wreszcie zjawia się błogosławione ziewnięcie i senność. Renata sięga po pilota, wyłącza telewizor, gasi lampkę i z poczuciem jakiegoś wynagrodzenia krzywd naciąga kołdrę na głowę i niemal natychmiast zapada w sen.

Aneta Krukiewicz chlipie w poduszkę.

Postanowili wyjechać na tydzień na wakacje, by — tak jak sugerował Haliniak — zapomnieć o temperaturach i wykresach i po prostu się kochać. Aneta w tajemnicy przed mężem wyliczyła, że jej najbardziej płodny okres przypada akurat na jego ferie zimowe, więc była podekscytowana, że mają takie szczęście. Wymusiła na szefowej urlop, zarezerwowała bardzo przyjemny domek w Alpach. Spędzili tam ostatni tydzień. Była pewna, że tym razem się uda. Nie mogło się nie udać. Naprawdę tam zapomniała o wykresach. Ani razu nie mierzyła temperatury. Dwa razy w nocy śniło jej się, że robi test i widzi na nim dwie upragnione kreski. Zamierzała go wykonać zaraz po powrocie do Warszawy. Ale nie zdążyła. Jeszcze tam, stojąc na klatce, gdy jej mąż mocował się z kanapą Zielnika, poczuła coś podejrzanego… Zrobiło jej się gorąco, jednak nie była całkowicie pewna. Modliła się, żeby mężczyźni wreszcie dali sobie radę z tym badziewiem, żeby mogła wejść do swojej łazienki i przekonać się… Gdy w końcu to zrobiła i zdjęła majtki, smutne przypuszczenie zamieniło się w pewność.

Kamil zmartwił się, jednak nie jakoś nadmiernie. Normalnie zrobił sobie i zjadł kolację (ona tego wieczoru nawet nie tknęła jedzenia), wypił piwo, włączył komputer, sprawdził pocztę i poczytał gazetę w Internecie. Potem położył się spać. Ona wciąż nie śpi, choć już prawie druga, a podróż trochę dała jej się we znaki.

„Typowy facet — myśli z urazą. — Do wszystkiego podchodzi z tym swoim stoickim spokojem. Gdybym umarła, też zjadłby spokojnie kolację, poczytał wiadomości w Internecie i położyłby się spokojnie spać. Czy można powiedzieć, że on w ogóle mnie kocha? Czy jemu w ogóle na czymkolwiek zależy?”

Aneta z ciężkim westchnieniem przewraca się z boku na bok. Po kilku sekundach jednak siada i z determinacją odgarnia kołdrę. I tak nie zaśnie. Zapala lampkę, wkłada kapcie na nogi i człapie w stronę biurka z komputerem. Uruchamia go i kiedy on się odpala, ona idzie do kuchni zrobić sobie herbatę. Wraca z parującą, pachnącą fi liżanką, siada przed monitorem i wchodzi na swoje ukochane forum dla tych, którzy mają taki sam problem. Wpisuje:

„Cześć, wróciliśmy dzisiaj z Alp, ale niestety, wszystko znowu na marne — jeszcze zanim weszłam do domu, dostałam okres… Jestem załamana, zrozpaczona. Czy ktoś może mi podać namiary do jakiegoś porządnego lekarza kierującego na in vitro (nie Haliniaka!!!)? Pozdrawiam wszystkich, Madagaskar”.

Od samego podzielenia się swoim nieszczęściem z wirtualnymi znajomymi czuje się odrobinę lepiej. Popijając herbatę, czyta posty z ostatnich dziesięciu dni. Nie ma ich wiele, nic szczególnego się nie stało — kilka wpisów o treści podobnej jak jej własny… Przeczytawszy ostatni, z westchnieniem wraca na górę listy. Serce jej mocniej bije, gdy stwierdza, że ma już odpowiedź na swój post. Podnieca się tym zawsze, choć przypuszcza, że to zwyczajne wyrazy współczucia i nic więcej.

Post jest jednak od jakiejś nieznajomej internautki o nicku linka_81.

„Cześć, Madagaskar. Ja na to forum weszłam zupełnie przypadkiem — teraz zwykle przesiaduję raczej na stronach dla młodych matek ☺☺☺. Mój maluch coś nie może dziś spać, więc bujam go w leżaczku i łażę po necie. Ale jeszcze niecałe półtora roku temu ja miałam podobne problemy jak Ty! Też byłam u Haliniaka, powiedział, że u mnie i u męża wszystko w porządku i żebyśmy dali sobie spokój z in vitro. Wtedy usłyszałam od kogoś, że dobrze działa, jak nie będzie się uprawiać seksu przez co najmniej dwa i pół miesiąca, a potem trzeba spróbować oczywiście w najbardziej płodny dzień. Ten ktoś tak zrobił i od razu mu się udało! I wierz mi albo nie, ale ze mną było dokładnie tak samo! Przez te dwa i pół miesiąca po prostu plemniki się facetowi wzmacniają. Spróbujcie — to naprawdę jest jakaś szansa!

Aha, jeśli Twój mąż pali, to powinien natychmiast przestać, to też źle działa na plemniki! I nie wolno mu pić alkoholu.

Pozdrawiam ciepło, muszę kończyć (mały ma kolkę) i życzę, żebyś za kilkanaście miesięcy nie mogła spać po nocach z innego powodu niż dzisiaj ☺☺☺”.

Aneta Krukiewicz z wypiekami czyta post raz, drugi, trzeci…

To jest jakaś myśl, jakaś nowa nadzieja…

Dwa i pół miesiąca bez seksu. Dla niej to nie jest żadne wyrzeczenie. Z przekonaniem Kamila będzie miała trochę kłopotu, ale w końcu się uda.

To jest jakaś myśl… Wyniki Kamila mówiły, że liczbę plemników ma w normie, ale przy dolnej granicy. Może normy są zaniżone. Bo przecież wiadomo, że robi się wszystko, żeby facet był zawsze niewinny. Abstynencja może rzeczywiście zwiększyć tę liczbę. I żaden lekarz by tego nie powiedział, bo to przecież głównie faceci im płacą… To znaczy tak oni sobie myślą. To wszystko ma cholerny sens…

Aneta jest podekscytowana, wie, że długo jeszcze nie zaśnie. Czuje jakąś euforię, jak gdyby już się jej udało, euforię, która ją rozpiera, każe wstać z fotela i chodzić po mieszkaniu w tę i z powrotem. Od czasu do czasu zatrzymuje się jeszcze przed monitorem i z uśmiechem, a czasem z łezkami w oczach, wpatruje się po raz kolejny w post, który dał jej tyle nadziei…

Adam Wojdyło kotłuje się w swoim łóżku. Z cichym przekleństwem kopie prześcieradło, rolujące mu się wokół łydek. Podnosi się na łokciu i poprawia poduszkę, która zbiła mu się pod głową w twardy wałek. Szarpie kołdrę, pragnąc naciągnąć ją na głowę, i klnie już głośno, ponieważ narożniki poszwy zostają mu puste w zaciśniętych dłoniach, a kołdra również coraz bardziej przypomina bezładną hałdę wilgotnej gliny. Jest wilgotna, podobnie zresztą jak prześcieradło, bo Wojdyło co i rusz oblewa się potem.

„Powiedziała: «Niech pan weźmie moje klucze i sam wejdzie» — myśli — a potem zrezygnowała. Byłem tak blisko…Gdybym tam wszedł… gdyby tej cholernej Zielnik nie było wtedy na korytarzu, pewnie nie dałaby kluczy Janowskiej, bo darły wcześniej koty, i musiałaby dać klucze MI… Zresztą tak chciała, tylko, nie wiadomo czemu, poprosiła tę flądrę…

Leżałbym tam teraz, porwany za ramiona, ciśnięty na dywan, nie… pod dywan, oblepiony zewsząd ciągnącym się, czerwonym szlamem, jak owad żywicą, szamocząc się bezradnie, z paniką w oczach, krzyczałbym, ale mój głos tonąłby w czerwonej cieczy. Widzę to… oczy mi wyłażą z orbit, gdy spoglądam na purpurowe polipy ślepo wyciągające ku mnie swe lepkie, chłodne macki, czuję, jak śluzowate ściany już zaczynają wchłaniać i trawić mnie… od skóry, potem przez tkankę tłuszczową, żyły i tętnice, kości, chrząstki, aż po organy… jak zjadają mi twarz, oczy, włosy, czaszkę, wreszcie dochodzą do mózgu i wtedy w końcu przychodzi ukojenie… Magdabel… ukojenie… ten moment, gdy ból cichnie, przechodzi w błogość… nic wreszcie nie czuję… palenie zmienia się w ciepło… Magdabel…

 

Gdzie ona się włóczy? Jest już po czwartej, a jej ciągle nie ma… Czyżby miała zamiar dziś nie wrócić? Zawsze wraca przecież… Może coś się jej stało…”

Wojdyło wzdycha, przewraca się na wznak. Wyciąga ręce spod kołdry, przyciska światełko w zegarku, lekko unosi głowę i przez kilka sekund wpatruje się w skupieniu w tarczę. Potem opuszcza głowę, chowa ręce z powrotem pod kołdrę. Po chwili w powietrzu zaczyna się rozlegać rytmiczny szelest poruszanej kołdry i coraz szybszy oddech.

Jest po północy, ale ona nie wezwała taksówki, tylko idzie piechotą do domu, zaraz wyjdzie z parku. Tylko kurwa jest w stanie iść po północy sama przez ten park, w dodatku ubrana po swojemu, w krótką spódniczkę, czerwone rajstopy i glany, jakby miała lat osiemnaście, a nie trzydzieści sześć. Na głowie hełm z natapirowanych włosów, szminka w kolorze krwi żylnej. Idzie, jak to ona, pewnym krokiem, nie rozglądając się. Patrzę na nią przez chwilę, a potem wracam do sprzątania, moi pracownicy wyjechali — jeden na urlop, drugi w sprawach rodzinnych, no i zostałem sam z trzecim, który przychodzi rano, więc po zamknięciu lokalu muszę sam posprzątać. Kiedy następnym razem na nią patrzę, już nie idzie spokojnie, lecz ucieka, w biało-czerwono-czarnych oczach ma panikę, gna prosto w stronę mojej pizzerii, dwadzieścia kroków za nią biegnie trzech zbirów, tym nie chodzi o seks, ale o przemoc. Dopada drzwi mojego lokalu, wali w nie i wrzeszczy: Ratunku! Otwieram, wpuszczam ją i błyskawicznie zamykam. Ona pada na podłogę, dyszy ciężko i ze strachem wygląda przez okno. Tamci stanęli, zastanawiają się, co zrobić. Sięgam po telefon i dzwonię na policję. Ona wciąż dyszy, makijaż się jej rozmazał. Czerwona szminka i czarne kreski wokół oczu straszą jak u czarownicy. Upudrowaną twarz ma kredowobiałą. Wstaje po chwili i wygląda ukradkiem przez okno, odchylając pasek żaluzji.

— Chyba poszli — odzywa się w końcu i spogląda na mnie. — Dziękuję panu — szepcze.

— Mów mi Adam.

— Dziękuję, Adam… Boże, jakie miałam szczęście, że tu byłeś… Nie chcę nawet wyobrażać sobie, co by się stało, gdyby nie ty.

— Wezwałem policję, zaraz pewnie tu będą. Musimy złożyć zeznania.

— Tak — mówi bezwiednie, znowu wpatrując się w okno, po czym znów osuwa się na podłogę, chowa twarz w dłoniach i zaczyna płakać.

— To bardzo nierozsądne chodzić samotnie po parku o tej godzinie — pouczam ją. — Mogło mnie tutaj nie być, przypadkiem akurat jestem.

— Dzięki Bogu… dzięki Bogu, że pan jest, to znaczy, że jesteś — szlocha. Obejmuję ją i mówię, że już dobrze, ale w tym momencie rozlega się pukanie i wchodzi policja. Magdabel nie jest w stanie za wiele mówić, więc prawie sam składam zeznania. Policjanci gapią się na nogi Magdabel, która siedzi bezładnie na podłodze. Spódnica, nie dość że krótka, to jeszcze się jej podwinęła, toteż muszę kilka razy powtarzać to samo, zanim wszystko spiszą. W końcu policjant zamyka notes i mówi, jakby powtarzając po mnie:

— Bardzo nierozsądnie o tej porze przechodzić przez park. Czy odwieźć panią do domu?

Magdabel nie odpowiada, tylko patrzy na mnie bezradnie.

— To zbyteczne — odpowiadam za nią — odprowadzę ją, jesteśmy sąsiadami.

— Na pewno? — pyta policjant, patrząc na nią. Magdabel kiwa głową, oni jeszcze trochę marudzą, pewnie sami by chcieli się nią zaopiekować, ale w końcu wychodzą. Wychodzimy i my, obejmuję Magdabel ramieniem, bo wciąż się trzęsie.

— Jaki pan opanowany — mówi cichutko — tak spokojnie pan to wszystko załatwił…

— Adam — poprawiam.

— Adam… A ja jestem Magda Izabela, ale wszyscy mówią na mnie Magdabel.

— Powinnaś się czegoś napić, Magdabel. Przeżyłaś szok. W domu mam rum, zrobię ci herbatę z rumem.

— Tak… Tyle razy wracałam w nocy przez ten park i nigdy nic podobnego się nie stało.

— Trzeba zawsze uważać, zwłaszcza jak się jest kobietą tak atrakcyjną jak ty. Czemu nie wezwałaś taksówki?

— Lubię spacerować.

— Musisz mi obiecać, że już nie będziesz chodzić sama o tej porze po takich miejscach.

— Obiecuję — mówi niezwykłym u niej, pokornym głosem.

Dochodzimy do domu. Otwieram drzwi, wprowadzam Magdabel i otwieram barek.

— Cholera jasna, chyba jednak nie mam tego rumu — mówię zmieszany.

— U mnie coś jest — mruczy Magdabel — chodźmy do mnie, też się napijesz.

Idziemy więc do niej, Magdabel otwiera drzwi i prowadzi mnie do salonu z obłędnym czerwonym dywanem.

— Siadaj — mówi i popycha mnie. Oczywiście na dywan… Bronię się, usiłuję dobiec do fotela, ale dywan oplątuje mnie swoimi długimi włosami i obala na ziemię. Magdabel staje nade mną w rozkroku.

— Muszę ci się przecież jakoś odwdzięczyć za ratunek — mówi miękkim głosem.

— Nie robiłem tego dla wdzięczności — protestuję rozpaczliwie.

— Leż. Nie będziesz żałował.

Szarpię się, ale dywan całkowicie skrępował mi ręce i nogi, co gorsza, czuję potworną duszność, tak że nawet krzyczeć i wołać o ratunek nie mogę. Zupełnie jak we śnie — chce się krzyczeć ze strachu, a człowiek nie jest w stanie wydobyć z siebie głosu i to przeraża go jeszcze bardziej. Magdabel rozpina mi spodnie, powoli, jakby od niechcenia, podciąga koszulkę i gładzi po brzuchu.

— Ale umięśniony — mruczy. — Trenujesz na siłowni?

Nie mogę nic odpowiedzieć, bo się duszę, więc kiwam tylko głową. Magdabel przerywa pieszczoty i ściąga bluzkę przez głowę. Pod nią nic nie ma. Widzę małe piersi o bardzo czerwonych brodawkach. Już się nie bronię, to na nic, patrzę tylko, jak zdejmuje po kolei glany, rajstopy, spódniczkę i stringi. Jest ślicznie zarośnięta. Siada mi na twarzy i momentalnie zalewa mnie sokami, dyszy przy tym, jakby jej też brakowało tchu. Podnosi się nagle, zdejmuje wszystko ze mnie i robi to, co uwielbia najbardziej, a czego żadna przyzwoita kobieta nie lubi… Ja tylko krzyczę, bo już mogę. Odzyskuję też nagle władzę w rękach, ale nie chcę już się bronić, więc przytrzymuję ją za głowę, tonąc w czerwonych czeluściach jej ust, dziwnie przypominających czerwoną otchłań pod jej dywanem… Magdabel, Magdabel i dywan, dywan i Magdabel, czerwony dywan i biało-czarna Magdabel, czerwony dywan, biała skóra, czarne włosy, czerwono, czarno, biało, czerwono… Aaaaaa!

Albo inaczej.

Siedzę wieczorem w domu, przeglądam rachunki i nagle ciszę przerywa walenie w moje drzwi. Aż podskakuję. Podchodzę, łomot jest coraz głośniejszy. Zerkam przez judasza, widzę ją, Magdabel.

— Niech pan otworzy, błagam!

Otwieram, a ona wpada do mieszkania, zdyszana, jakby biegła z daleka, choć przecież mieszka tuż obok. Makijaż ma rozmazany, w biało-czerwono-czarnych oczach widać panikę. Zamyka za sobą drzwi.

— U mnie w mieszkaniu… ktoś jest! — wyrzuca z siebie dramatycznie. — Drzwi były otwarte, jak wróciłam, a zamykałam przecież.

— Ale kto? Włamywacz?

— Nie wiem… Nie wchodziłam. Boję się… Uciekłam, jak tylko się zorientowałam, że są otwarte. Błagam, niech mi pan pomoże…

— Trzeba zadzwonić po policję — mówię i sięgam po słuchawkę, ale ona łapie mnie za rękę.

— Niech pan nie dzwoni… — konspiracyjnie ścisza głos i rozgląda się, jakby obawiając się, że i w moim mieszkaniu jest jeszcze ktoś poza nami. — Podejrzewam, że to nie włamywacz, tylko mój były, którego rzuciłam. Grozi, że mnie zabije. Prześladuje mnie od jakiegoś czasu. Nie chcę policji… nie chcę skandalu na całą klatkę.

Zastanawiam się przez chwilę, potem kiwam głową.

— Zostań tutaj. Ja pójdę sprawdzić.

— Nie, niech pan nie idzie! On może mieć broń!

— Mów mi Adam.

— Adam, nie idź! On może pomyśleć, że jesteś moim nowym i…

— Dam sobie radę — mówię zdecydowanie, a na potwierdzenie moich słów wyciągam pistolet z szuflady. Sprawdzam, czy naładowany, odbezpieczam. — Nic się nie bój i zaczekaj tutaj.

Magdabel nie protestuje już, siada potulnie na kanapie i patrzy na mnie szeroko otwartymi z przerażenia, a zarazem podziwu, oczami. Idę do jej mieszkania, kopię drzwi i z pistoletem gotowym do strzału, niczym James Bond, przypadam do ściany. Cisza. Otwieram z buta drzwi do jednego pokoju, drugiego, w końcu do jej sypialni. Nikogo nie widzę. Naraz słyszę syk. Już rozumiem. Po podłodze pełznie ku mnie olbrzymi, jadowity wąż, wysuwając łakomie języczek. Nie ma czasu do stracenia. Trzy szybkie strzały i wąż nieruchomieje. Podchodzę ostrożnie, oglądam go, chwytam tuż za głową, ale zwisa bezwładnie. Nie ma wątpliwości, jest martwy. Obchodzę jeszcze raz, już spokojniej, pozostałe pomieszczenia, są czyste.

— Tylko wąż tam był — mówię, wszedłszy do swojego mieszkania. Magdabel siedzi skulona i przerażona na kanapie, dokładnie tak, jak ją zostawiłem. — Jadowity — dodaję.

— O Boże, jaki pan… jakiś ty odważny i męski! — szlocha Magdabel i rzuca mi się na szyję. — Co ja bym zrobiła, gdyby nie ty!

— Tobie potrzeba faceta — mówię zdecydowanie.

— Ale…

— Nic nie mów. Kto cię będzie bronił przed twoimi niezliczonymi eksami?

— Nie chcę.

— Chodź, zaprowadzę cię.

Idziemy razem do niej, zamykam za nami drzwi.

— Napijesz się czegoś? — pyta Magdabel. Kręcę głową, obejmuję ją.

— Hej! — krzyczy i próbuje się wyrwać, ale mocno ją chwytam za ręce.

— Ratun… — tłumię jej krzyk pocałunkiem i wlokę ją do salonu, gdzie rzucam się razem z nią na czerwony dywan. Wije się, kiedy ją obezwładniam. Jedną ręką przytrzymuję jej obie ręce na plecach, a drugą zdzieram z niej ubranie. Ma śliczną, gładko ogoloną cipkę. Próbuje krzyczeć, ale przyciskam ją twarzą do dywanu, więc nic nie słychać, dotykam jej gołych piersi i nagle czuję, że mięknie, że napięcie z niej opada, a zamiast krzyczeć, zaczyna pojękiwać. Taak… wiedziałem, że szybko się rozpali. Potem rozwieram jej nogi i wdzieram się w nią, aż znowu krzyczy. I widzę ją, Magdabel i dywan, dywan i Magdabel, czerwony dywan i Magdabel o białej skórze i czarnych włosach i słyszę, jak jęczy…

Rozdział 6

Zdjęcie mówi prawdę. Słowa, pisane czy wymawiane, mogą kłamać, zdjęcie zawsze mówi prawdę. Mogą co poniektórzy protestować, gadać, że jest to prawda częściowa, wyrwana z kontekstu, chwilowa, ale nie zaprzeczą temu: zdjęcie mówi prawdę. A ludzie mają prawo do prawdy.

Nawet jeśli ci oponenci mają rację, cóż z tego? Zdjęcie, które robię w akrobatycznej nierzadko pozycji, w strachu, by jakiś ochroniarz, z którym nie mam układu, mnie nie wypatrzył i nie chciał skonfiskować aparatu albo przynajmniej skasować tego, co udało mi się zapisać w jego pamięci — to zdjęcie będzie miało szczęście, jeśli w ogóle ujrzy światło dzienne. I nawet jeśli tak się stanie, jest skazane na chwilową tylko egzystencję. Nie pożyje tyle nawet co motyl. Zabłyśnie jednego dnia, jak świeczki choinkowe w Wigilię, następnego ranka trafi do kosza razem z tysiącami innych wczorajszych prawd. W świecie zdjęć rządzi ewolucja z wszystkimi jej okrucieństwami. Przetrwają tylko najlepsi. Nieliczni dostaną szansę rozmnożenia się, przekazania własnych genów, odsprzedaży praw autorskich do siebie innej gazecie. A ich potomstwo i tak wkrótce czeka zagłada, bo świat, na który przyszły, zmienia się jak heraklitowa rzeka. I w tym nowym nie ma już dla nich warunków egzystencji. Nawet jeśli jakieś okaże się na tyle dorodnym osobnikiem, że zasłuży na kilkumiesięczny byt i trafi na wystawy albo ktoś wytnie je sobie z gazety, oprawi w ramki i powiesi na ścianie — nawet wtedy to zdjęcie będzie już martwe, bo prawda, którą wypowiada, przestała istnieć. Przestanie być obrazem prawdy, stanie się zdjęciem samym w sobie, oglądanym czy nawet podziwianym ze względu na siebie samo, nie na to, co tchnęło weń życie. Martwe i samotne wśród nowych zdjęć, nowych prawd, albo wśród innych równie martwych zdjęć. Będzie wisieć jak zniszczony portret prapradziadka powstańca, przekazywany nowym pokoleniom, które właściwie go nie chcą, ale nie mają odwagi wyrzucić czy sprzedać. Będzie samo swoim własnym portretem.

Gardzą mną.

Albo boją się mnie i nienawidzą.

Gardzą głównie dziennikarze i „poważni” fotoreporterzy. Oraz ludzie, których oni nauczyli pogardy dla mnie.

Gardzą mną, ponieważ nie chcą przyznać, że to ja jestem dilerką prawdy, a nie oni.

 

Widzę ich pogardę za każdym razem, gdy przychodzę do redakcji dostarczać prawdę. Z lekceważeniem, zabarwionym lękiem o własne pozycje, nazywają mnie paparazzą.

Gardzą mną też koledzy po fachu. Bo jestem paparazzą, a nie paparazzo. Czyli kobietą-paparazzo, a to u nas nowość. Choć oni tak naprawdę to dawniej mną gardzili, teraz bardziej się mnie boją. Bo wcale nie jestem gorsza od nich w jeździe motocyklem, wspinaniu się po drzewach, zakradaniu się w miejsca, w których ktoś by nie chciał mnie widzieć. A za to są rzeczy, w których jestem lepsza od nich. Jako kobieta lepiej zaglądam w cudze dusze. I to je fotografuję, a nie ciała. Niech oni pstrykają aktorkom fotki na plaży nudystów albo top modelkom zdjęcia bez makijażu. Mnie to nie interesuje. Owszem, czasem też to robię, gdy nie ma nic ciekawszego. Nie cofam się przed niczym, bo w świecie paparazzich jest tak samo jak w świecie zdjęć: przetrwają najsilniejsi. Ale stokroć bardziej mnie — i redaktorów naczelnych — interesuje wdzieranie się w cudze dusze…

Nienawistne spojrzenie kogoś, kto peroruje o miłości. Znudzone gesty ludzi uchodzących za zakochaną parę. Fascynacja erotyczna, której nikt by nie podejrzewał. Facet, uznawany za wzór dobrych manier, przesuwający ręką po szyi w geście „kill him”, gdy sądzi, że nikt go nie widzi. Ja to wszystko dostrzegam i potrafi ę oddać na zdjęciu. Uchwycić ten jeden moment, w którym dusza widoczna jest na czole, wargach, w oczach. Oddzielić ziarno od plew. Czy tam groch od popiołu, bo w końcu jestem Kopciuszkiem — panną z przedmieścia, która wlazła na salony. Tylko że ja pracowicie odwalam swoją robotę, a nawet ją pokochałam, zamiast czekać na dobrą wróżkę i księcia.

Dziennikarze nienawidzą mnie też z innego powodu. Uważają, że niesłusznie zarabiam tak dużo za zdjęcie. Buraki, siedzą w swoich ciepłych redakcyjkach, z kawą, plotkują, o pierwszej wychodzą na lunch, a po siedemnastej do domciu. I regularnie pobierają pensję. Ja pracuję, dopóki starczy światła. Udając szarą myszkę albo lwicę salonową, zależnie od sytuacji, biegam po mieście, po sklepach, po imprezach, śledząc ważne osobistości. Redaktor naczelny mówi, na kogo jest zapotrzebowanie i ja staję się cieniem tej osoby. Nie odstępuję jej na krok, choć ona nawet tego nie wie. Nie rozpoznałaby mnie, widząc po raz drugi. Tak umiejętnie wtapiam się w szary tłum. Deszcz, wiatr, mróz — ja muszę być przy niej. Nieraz bez posiłku. Bez wolnych weekendów. I czyhać na okazję, która nie wiadomo, kiedy się nadarzy. A jeśli się nie nadarzy albo spartolę robotę i żadne moje zdjęcie nie przejdzie, to mogę nie mieć z czego żyć. No, teraz to już może nie, ale bywało tak na początku. Chodziłam po redakcjach, błagając wzrokiem, bo z ust mi to nie wychodziło, by wzięli jakieś moje zdjęcie. A trzeba było spłacać aparat i motocykl… Harowałam i spłacałam, nieraz jedząc tylko ziemniaki. Teraz jest lepiej, ale ciągle dużo pracuję. No i muszę znaleźć jeszcze czas na fi tness i siłownię. Żeby utrzymać dobrą formę fizyczną, bo ona jest w mojej pracy konieczna. Ale i tak za kilka lat będę już na to za stara. Nie tak sprawna. Oni, ci pismacy, będą mogli dalej siedzieć na etatach za swoimi biurkami i pielęgnować tłuszcz, który miękko odkłada im się na tyłkach i brzuchach, podobnie jak pieniążki na emeryturki odkładają im się w ZUS-ie i na drugim fi larze. A ja będę musiała zastanowić się, co dalej. Bo na dobrą wróżkę chrzestną raczej nie mam co liczyć.

Boją się mnie też inni ludzie. Wszelkie sławne osobistości, które żyją ze swojej sławy. Ci ludzie przyznają, że jestem dilerką prawdy, a tę prawdę niekiedy chcieliby ukryć. Boją się mnie od czasu wynalezienia tych aparacików wielkości pudełka papierosów, którym nie potrzeba wielkich obiektywów, by robiły zdjęcia całkiem niezłej jakości, przynajmniej jak na potrzeby codziennych i szmatławych gazet. Oni nigdy nie wiedzą, kiedy znajdą się na celowniku mojego aparatu. Nie znają mnie osobiście, ale nienawidzą mnie i boją się mnie po prostu dlatego, że jestem paparazzą. I odkrywam przed światem prawdę, która nieraz jest okrutna. Ci przynajmniej nie zaprzeczają temu, że jestem dostarczycielką prawdy. Próbują mnie zwalczać na inne sposoby. Twierdzą na przykład, że nie mam prawa obnażać ich z prywatności. Moim zdaniem to zwykli ludzie ich obdzierają, nie ja. To ludzie dla tych zdjęć kupują gazety, to ludzie pożerają je wzrokiem i zaczytują się w tekstach na temat pikantnych szczegółów z życia celebrytów. Takie jest zapotrzebowanie. Ja nikomu tych zdjęć nie każę oglądać. Jestem tylko dilerką. Gdyby czytelnicy takich zdjęć nie chcieli (czasem nawet oni też mówią, że my, paparazzi, nie mamy prawa tak wdzierać się w prywatność sławnych ludzi — cóż za hipokryzja!), to musiałabym znaleźć sobie inne źródło utrzymania. Diler narkotyków ścigany jest z urzędu. I też znienawidzony. Najczęściej przez ludzi, którzy sami u niego kupują. Nie rozumiem tego. Przecież ich nie zmusza. On tylko zaspokaja zapotrzebowanie. On na narkotyki, ja na prawdę. Gównianą prawdę, bo dotyczącą tylko skandali z udziałem sławnych osób, ale jednak prawdę. Gdyby nie było zapotrzebowania na dragi i na prawdę, ani ja, ani diler narkotyków nie mielibyśmy racji bytu.

Jestem Elektrycerką. Przywykłam do tego, że wszyscy nienawidzą mnie albo się mnie boją i już mnie to nie obchodzi. Zawsze tak było. Nikt mnie nigdy nie kochał. Może matka, ale jeśli nawet, to z obowiązku, nie za to, jaka byłam czy kim byłam. Żałowała, że nie urodziłam się chłopcem. Kiedyś czułam się temu winna. Potem zbuntowałam się i pomyślałam, że w końcu to tatuś spieprzył robotę. Teraz mam to wszystko w dupie. Choć trochę też żałuję, że nie urodziłam się facetem. Im łatwiej na świecie. Mój ojciec, ostatni skurwiel, jak się dowiedział, że mama ma raka trzonu macicy, że musi mieć wycięte wszystkie kobiece narządy, w związku z czym on nie doczeka się z nią syna, po prostu ją zostawił. I doprowadził do unieważnienia ślubu kościelnego, żeby mógł znowu się ożenić „po bożemu”. Oficjalnie nie przez chorobę matki oczywiście, wymyślał setki innych powodów. Kutas. Typowy patriarcha z brodą i przekonaniem, że kobieta powinna przede wszystkim być matką. Śmierdzący fi ut, przestarzały jak ser sprzed dwóch tygodni. Zresztą autentycznie śmierdział, bo uznawał swój naturalny zapach za najlepszy. Dezodoranty chyba były według niego diabelskim wynalazkiem, w każdym razie ich nie używał, a jak kupiłam mu raz pod choinkę, to następnego dnia znalazłam go w koszu. Miałam osiem lat i na ten dezodorant wydałam wszystkie pieniądze od babci. Dobry był, widziałam reklamy w telewizji. Pamiętam, jak stałam nad tym koszem, wpatrując się w wyrzucony dezodorant, nie rozumiejąc początkowo, o co chodzi. Potem, stopniowo jak zaczynałam rozumieć, wypełniała mnie pustka. Wszystkie myśli z głowy mi uciekły. Wszystkie uczucia z serca. Nie chciało mi się nawet płakać.

Wiele lat później czytałam opowiadanie Lema o Elektrycerzu na Kreonii, gdzie wszystko miało temperaturę zera absolutnego. I ten Elektrycerz nie mógł nawet niczego pomyśleć, bo od tego rozgrzałyby się przewody w jego głowie, on przestałby mieć temperaturę zera absolutnego, potem wszystko by się od jego głowy rozgrzało i byłoby wielkie pierdut. Co się zresztą w końcu stało, bo zapomniał, że nie może myśleć i pomnożył dwa przez dwa. Czy coś takiego. No i wtedy, gdy stałam nad tym koszem na śmieci, wpatrując się w pudełko po papierosach, obierzyny z marchewki i ziemniaków, puszkę po zielonym groszku, ości i skórę z karpia, a wśród tego wszystkiego sterczał dumnie dezodorant nawet nie wyjęty ze świątecznego opakowania, poczułam, jak sama zamarzam. Do zera absolutnego. Jak zmieniam się w Elektrycerkę, choć wtedy tego jeszcze nie wiedziałam. Tylko że Elektrycerz nie mógł myśleć, a ja nie mogłam nic czuć.

Po rozwodzie ojciec ożenił się z inną kobietą i ma z nią trzech synów. Nawet ich lubię, choć to tłuste wieprzki wyrastające na kolejnych patriarchów. Żona mojego ojca jest dobra do bólu. To kobieta, która nie ma własnych potrzeb. Robot kuchenno-pokojowo-łazienkowy i niania do dzieci w jednym. Idealna żona dla mojego ojca. Matka rzeczywiście do niego nie pasowała. Co chwilę była chora, czuła się źle, męczyła się łatwo. Tej nigdy nie widziałam zmęczonej, chorej czy głodnej. Oderwać się od wigilijnego dania, żeby podsunąć coś ojcu pod nos albo nakarmić wnuka — dla niej no problem. Co z tego, że jej własne danie w tym czasie wystygnie. Wstać bladym świtem po to, żeby mężowi wyjeżdżającemu w delegację przygotować kanapki na drogę — no problem. Nawet jeśli położyła się później od niego, bo prasowała mu koszulę na tę delegację, a około trzeciej wstawała jeszcze do rozryczanego niemowlaka, dziecka jej najstarszego syna, i bujała go do czwartej. Dla mnie jest autentycznie wylewna. Uważa mnie za biedne dziecko z rozbitej rodziny, czuje się temu po części winna i stara się mi wynagrodzić całe moje dzieciństwo. Podsuwa mi pod nos jedzenie, placki i kompoty z działkowych owoców. Ściele mi łóżko i daje wielkie poduchy, na których nie mogę spać. Gdy mówię, że sypiam bez poduszki, nie chce tego zaakceptować i daje mi mniejsze. No to już nic nie mówię, po prostu kiedy wyjdzie, zwalam je z łóżka. Nie pozwoli mi samej nawet herbaty sobie zaparzyć, zrywa się od stołu czy rano z łóżka, jeśli przypadkiem wstanę wcześniej od niej, co jednak nie zdarza się często. Podejrzewam, że gdybym poskarżyła się, że ręka mnie boli, wlazłaby za mną do łazienki podetrzeć mi tyłek. Full serwis. Osoba bez własnych potrzeb, o ambicjach nie wspominając. Niewolnica wszystkich innych. Restauracja non stop open. Poradnia psychologiczna, marna wprawdzie, bo opierająca się wyłącznie na ciasnokatolickim światopoglądzie, ale za to też non stop open. Z jednej strony ją podziwiam, z drugiej uważam, że ona po prostu nie ma osobowości. Jest jak powietrze. Służy tylko innym do życia. Sama jest przezroczysta, niewidoczna. Czasami jej współczuję. Ale wiem, że niesłusznie. Bo ona chyba jest z tym autentycznie szczęśliwa. Jak niewolnicy z „Przeminęło z wiatrem”, którzy nie pragnęli wolności i gardzili wyzwolonymi Murzynami. Byli szczęśliwi w rolach, które wyznaczyło im urodzenie i nie tylko nie chcieli ich zmieniać, ale w byciu niewolnikami upatrywali swojej tożsamości, źródła godności, powodu do dumy, swojego szczęścia i prestiżu. Nawet po formalnym wyzwoleniu czarnych. Moja macocha pewnie uważa kobiety wyzwolone, mnie na przykład, za nieszczęśliwe. Sądzi, że nie znalazły swojego miejsca w życiu. Nie odkryły tej wspaniałej roli powietrza.