To wszystko przez ciebieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
To wszystko przez ciebie
To wszystko przez ciebie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,15  45,72 
To wszystko przez ciebie
Audio
To wszystko przez ciebie
Audiobook
Czyta Mirella Rogoza-Biel
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6.

Drażniło mnie, że mama mówiła do małej „Klaruś”. Kłuły w sercu jej czułe spojrzenia, kiedy przecierała oliwką grubaśne wałeczki na nóżkach mojej córki.

– Podaj wacik! – dyrygowała, gdy asystowałam przy myciu. Przydawałam się, gdy tato wylewał wodę z plastikowej, niebieskiej wanienki, a mama wyrównywała pościel w łóżeczku. – Prawda, że jest śliczna?

Nie mogłam się nie zgodzić. Moja córeczka (jak myślałam w cichości ducha) miała aksamitne ciemne włoski, bystre granatowe oczy, które podobno miały jeszcze zmienić kolor. Moje też ponoć kiedyś takie były, zanim zrobiły się takie ni to, ni sio – niebieskozielone.

– Idź już spać – nakłaniała mnie mama do snu, gdy zbyt długo przesiadywałam przy drabiniastym łóżeczku z zielonym muślinowym baldachimem, własnoręcznie przez nią uszytym. Sierpniowe noce bywały jeszcze gorące, a owady nie zamierzały przestać atakować. – Za tydzień szkoła, jutro jedziecie z ojcem po podręczniki. Wyśpij się.

Faktycznie, trzeba było pojechać do Brodnicy i kupić książki, zeszyty, może nowy plecak. Za tydzień kończyły się wakacje „dobrej córki”, która poświęciła całe dwa miesiące, by pomóc matce przy małym dziecku – jak brzmiała oficjalna wersja dla sąsiadów, rodziny, koleżanek i kolegów. Wakacje Julii, która nie wyjechała na obóz, nie wyskakiwała ze znajomymi nad jezioro, jedynie od czasu do czasu gadała przez okno z Wieśką. Julii bez Romea.

– Nie czaję, znowu nie możesz wyjść? – Przyjaciółka nie przestawała wyciągać mnie z domu. – Mamy grilla nad jeziorem, urodziny Jarasa. No wiesz, szykuje się niezła bibka.

Wymawiałam się bólem brzucha, wyjazdem do ciotki Zosi, koniecznością pomocy mamie, która z trudem znosiła „późne macierzyństwo”. W końcu „urodziła” po czterdziestce… Z jednej strony byłam wdzięczna rodzicom, że wybawili mnie od wstydu, jakiego sobie narobiłam, zachodząc w ciążę z dużo starszym letnikiem z Warszawy, doceniałam poświęcenie mamy, udającej stan błogosławiony, biorącej zwolnienia Bóg wie od jakiego lekarza, żeby tylko prawda nie wyszła na jaw. Jednak z drugiej pojawienie się na świecie Klary zaskoczyło mnie i przyniosło niespodziewane uczucie do małej istotki. Wydawało mi się, że mała, uśmiechając się do mnie, wyczuwa, kto jest jej prawdziwą matką. Czyżby instynkt?

Misternie utkany plan ukrycia mojej ciąży i przypisania jej mamie wydawał się doskonały, gdyby nie fakt, że termin porodu przypadał na drugą połowę września, kiedy obie powinnyśmy pojawić się w szkole. Ona, by nadal uczyć polskiego w podstawówce w Zbicznie, ja – by kontynuować naukę w brodnickim liceum. Rozważaliśmy we trójkę różne warianty, ale jedynie tato miewał czasem wątpliwości.

– Tereso, czy my na pewno dobrze robimy? – słyszałam, przekładając w łóżku z jednej strony na drugą całkiem pokaźny brzuch. – Jeszcze możemy się wycofać…

– Włodek, przestań! – Mama reagowała podniesieniem głosu, na tyle jednak cicho, by, w jej mniemaniu, nic do mnie nie dotarło. – Ciszej, jeszcze Julia usłyszy!

– Ale… – próbował.

– Nie ma żadnego ale. Jak się powiedziało a, trzeba powiedzieć i be. Włodek, nawet nie próbuj mieć wątpliwości! – Dźwięk odsuwanego krzesła wskazywał, że mamę ponosiły nerwy.

Zaczynała chodzić po pokoju.

– Tyle razy o tym mówiliśmy, Włodzimierz! Przecież przed nią jeszcze dwa lata liceum, później studia. I musi urządzić się w życiu. A my mamy dopiero po czterdzieści jeden lat, wychowamy to dziecko. Przynajmniej będziemy mieli kogoś bliskiego, gdy Julia wyfrunie. Przecież wiesz, jak chciałam mieć drugie dziecko… – Usłyszałam delikatne tony, którymi próbowała łagodzić obawy taty.

– Wiem, Teresko. Ale mam wrażenie, że robimy krzywdę Julce.

– Jaką krzywdę? Słuchaj, to jest taka sytuacja, że i wilk syty, i owca cała. I proszę cię, przestań mnie gnębić tymi swoimi obiekcjami. Trzeba było tak mówić kilka miesięcy temu! Teraz klamka zapadła.

Stukot na schodach obwieszczał koniec rozmowy. Słyszałam dźwięk lejącej się do wanny wody, zdecydowane kroki mamy, zamykane drzwi do sypialni.

– Juluś, mogę? – Tato wsunął głowę do mojego pokoju. – Śpisz?

– Nie.

– Jak się czujesz?

– Dobrze.

– To odpoczywaj spokojnie. Mogę cię pocałować na dobranoc?

– Jasne, tati.

Pogłaskał mnie po głowie.

– Wszystko będzie dobrze. – Zawsze mnie wspierał.

– Wiem. – Musiałam odwrócić głowę, żeby nie zobaczył, że płaczę.

– To ja już pójdę. Śpij dobrze, córuś.

Zamknął drzwi i zostałam sama. Z dzieckiem, które właśnie zaczęło kopać.

Następnego dnia okazało się, że życie przynosi rozwiązania, o których nie śniło się największym planistom. Bóle w podbrzuszu poderwały mnie na równe nogi o czwartej nad ranem 20 lipca. Na prześcieradle wyczułam lepką ciecz. Czy ja już rodzę?! – przeraziłam się. Na szczęście alarm okazał się fałszywy, ale doktor Witkowski (jak się później dowiedziałam – zaufany lekarz mamy) przestrzegał przed wcześniejszym rozwiązaniem.

– Jest rozwarcie, poród może nastąpić w każdej chwili – wydał jednoznaczny werdykt.

Następnego dnia zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy do cioci Zosi, gdzie miałam urodzić z dala od domu. I urodziłam, dwa dni później. Dziewczynka była maleńka, niecałe trzy kilogramy. Od pierwszego bólu wszystko potoczyło się bardzo szybko i jakby poza moją świadomością. Mama przejęła dowodzenie.

– Masz bóle. Poczekaj, sprawdzimy, jak częste. – Siedziała przy mnie z zegarkiem. – Co trzy minuty. Włodek, weź zieloną torbę i ubieraj się. Jedziemy do szpitala – wydawała dyspozycje. – Ty na razie leż i głęboko oddychaj, gdy nadejdzie kolejny skurcz. – To do mnie. – Torba leży w przedpokoju. Pod lustrem, Włodzimierz! Oddychaj, wszystko będzie dobrze. – Zakładała żakiet. – Włodek, znalazłeś torbę? Zosia, jedziemy. No pewnie, że dam ci znać, jak się urodzi.

Ciotka nie musiała długo czekać. Za godzinę mała była na świecie.

– Ma pani córkę – usłyszałam od lekarza, który trzymał w rękach kwilącą istotkę wysmarowaną wodami i krwią. A ja z przerażeniem patrzyłam na pielęgniarkę, która nad zlewem spłukiwała z niej resztki płodowego życia. Uspokoiłam się dopiero, gdy podano mi niewielkie, owinięte w pieluchę ciałko. Mała żyła. Otworzyła zapuchnięte oczka; była naprawdę ładna. Zanim zdążyłam się przyjrzeć, pielęgniarka zabrała zawiniątko.

– Dziecko jest wcześniakiem, pani Julio, i musimy je poobserwować, dlatego przeniesiemy je do inkubatora – dowiedziałam się od lekarza. – Ale proszę się nie martwić, córka jest silna, jak na wcześniaka ma dobrą wagę. Sądzę, że jeżeli nie nastąpią komplikacje, będzie pani mogła zabrać ją do domu za kilka dni.

– Dziękuję. – Tylko tyle udało mi się wykrztusić.

Czułam się niezręcznie, leżąc tak przed obcym facetem z nogami w górze, wstydziłam się spojrzeń położnej, jak mi się wydawało – pełnych politowania, skierowanych na mnie, nieletnią puszczalską, której zachciało się zażyć przedwczesnej dorosłości. Był i wstyd, i radość, że mam to za sobą, i poczucie dobrze spełnionego obowiązku, i niepewność, co będzie dalej, i zmęczenie. Marzyłam, żeby znaleźć się w łóżku na sali poporodowej. Sama. Żadnych rodziców, nikogo. Byłam bardzo słaba. Postanowiłam, że moja córka będzie miała na imię Klara, bez względu na to, czy mama zaakceptuje mój wybór.

Chociaż tyle mogłam dla niej zrobić.

7.

– Widzę, że korzystasz z pogody? – Ze wspomnień wyrwał mnie jakiś głos.

Spojrzałam pod słońce na nieoczekiwaną zjawę o rozmytych kształtach.

– Wieśka? – Oparta o rower, stała przede mną stara kumpela. – Siadaj tu. A może lepiej tutaj? – Poderwałam się, by znaleźć jej jakieś siedzisko. – Przepraszam, ale nie wiem, gdzie rodzice mają, to znaczy mieli, krzesełka. Jeszcze się nie ogarnęłam. Może przysiądziemy w domu?

– Julka, daj spokój. Wpadłam na chwilę, muszę jechać do dzieciaków. Zenek zaraz wróci z roboty, a tu miska pusta.

Nie śmiałam pytać, gdzie mieszka. W końcu powinnam to wiedzieć.

– Mama źle się ostatnio czuje i rzadziej gotuje. Całe obejście na mojej głowie.

Kiedy już zorientowałam się, że mieszka z mamą, byłam prawie pewna, że zmierza teraz do starego gospodarstwa rodziców, odległego od belfrówki o kilometr.

– Dojeżdżasz do Brodnicy rowerem? – Może nie było to najszczęśliwsze pytanie po tylu latach niewidzenia, jednak zszokował mnie fakt codziennego przemierzania niemal dziesięciu kilometrów w jedną stronę.

– Coś ty! – Uśmiechnęła się uśmiechem starej, poczciwej Barbie.

Nadal jest ładna i gdyby tak trochę się przyłożyła…

– Zostawiam rower przy kapliczce u Wasiaków, a dalej autobusem. Ale ty, widzę, masz niezłe auto.

Po raz pierwszy nie odczułam przyjemności z pochwalenia mojego cacka.

– Nie ukrywam, jestem zadowolona. Ale nie będziemy chyba gadać o samochodach? Opowiadaj o sobie. O ile pamiętam, masz dwoje dzieci? – zmieniłam temat.

– Dawno cię nie było, Julka… – Najwyraźniej znów coś wyszło nie tak. – Trzy lata temu urodziły mi się bliźniaki. Mateusz i Michaś.

– To gratuluję, niezła gromadka. – Chyba wypadało pogratulować? – A ja mieszkam z Klarą…

– Wiem, wiem. Pani Teresa mówiła, że w pięknym apartamencie, z portierem i siłownią. Fajnie.

– Gdybym jeszcze miała czas korzystać… – Rozmarzyłam się. – Wiesiu, czy mogę cię o coś prosić? – Nie miałam ochoty brnąć w warszawskie opowieści.

– Pewnie.

– Sama zauważyłaś, że nie bywałam u rodziców zbyt często. – Delikatnie powiedziane. – I wiesz pewnie, że dom jest sprzedany. – Wiadomości w gminie rozchodziły się szybko. – Mam miesiąc na przeprowadzkę. Krótko mówiąc, zamierzam ten miesiąc spędzić tutaj. Wieśka, pogadasz czasami ze mną?

Żadna rozmowa z klientem nie sprawiła mi takich problemów.

 

– Julka, przecież nigdy nie miałyśmy przed sobą tajemnic… – Nie wiedziała, że jednak miałyśmy. – Fajnie, że przyjechałaś i że będziemy mogły pogadać. Kiedy tylko zechcesz.

– To może jutro? – Nauczyłam się, że żelazo trzeba kuć póki gorące. – Wpadniesz do mnie wieczorem?

– No nie wiem… Zależy, jak mama będzie się czuła. Ale się postaram.

Widać było, że ma ochotę.

– Dasz sobie radę? – Zaskoczyła mnie pytaniem.

– Jasne, że tak. Zawsze daję, ale miło, że pytasz. Czy nasza Jezioranka jeszcze istnieje?

Przypomniała mi się stara knajpa w Zbicznie, którą nagle postanowiłam odwiedzić. Byle tylko oddalić emocje związane z rozpakowywaniem kartonów po rodzicach…

– Stoi na swoim miejscu. I cały czas prowadzą ją Kalinowscy, tylko teraz pani Kazia już rzadko się w niej pojawia. Częściej obsługuje Kaśka.

– To znaczy?

– Nie pamiętasz Kaśki? To ta ruda i piegowata, jej córka. Chodziła do klasy B…

– Jasne! – przypomniałam sobie. – Ona też tu mieszka?

– No. Mają duże gospodarstwo agroturystyczne przy drodze nad Bachotek. I tę knajpę. Muszę już lecieć, Julka. To co, do jutra?

– Wpadaj, kiedy będziesz mogła. Czekaj, dam ci telefon, zadzwoń. – Wygrzebałam z torebki wizytówkę.

Uważnie obejrzała kartonik z czerpanego papieru.

– Partner of Edition, Julia Nowicka, prezes zarządu, Warszawa, ulica Świętokrzyska. To w samym centrum!

Pewnie powinnam czuć się dowartościowana…

– Nie pytaj, ile kosztuje parkowanie. Myślę o zmianie siedziby.

– Wiesz, jak ja dawno nie byłam w Warszawie? Całe wieki. – Wieśka obracała w dłoniach nieszczęsną wizytówkę. – Fajnie będzie się spotkać. Zajadę jutro po pracy. Bo wiesz… – zawiesiła głos. – Ja nie mam komórki. Mogę dzwonić tylko z domu.

– Jasne. Przecież będę. – Nie mieściło mi się w głowie, ale widać i tak można.

Spojrzałam na zegarek. Rower Wieśki zniknął za zakrętem o trzeciej.

Matko jedyna, dopiero piętnasta! Praca w firmie zaczyna się rozkręcać po lunchu; do dwudziestej, kiedy zwykle zamykam interes, pozostało jeszcze pięć godzin! Co ja tu będę robić? Czas płynie tak wolno, że zdążyłam dojechać z Warszawy, spotkać się z panem Witoldem, z Wieśką. I jeszcze pomyśleć o tym i owym.

– Danka? – Znienacka zatęskniłam za towarzystwem. Palce same wybrały numer. – Nie masz czasu? Jakie problemy? To dzwoń do Krzysztofa, niech ci pomoże. Co mnie to obchodzi, że jest na rozprawie! Ja rozumiem, że ma i inne zajęcia, ale podstawowe wynagrodzenie bierze od nas! I ma być, kiedy jest potrzebny. Cholera, nie jest jedynym prawnikiem w Warszawie! Ledwie człowiek zniknie z horyzontu, a ten już na lewiźnie! Zadzwonię do niego. I dopilnuj transakcji z Goldenem, sama wiesz, jaki to duży kontrakt. Ja jestem zła? Wcale nie jestem zła, po prostu myślę o wszystkim. I wcale nie wiem, czy dobrze zrobiłam, przyjeżdżając tutaj. Dlaczego? Nie wiem, co robić, Danka. Kurczę, jest wpół do czwartej po południu, a ja mam kupę czasu i siedzę na ganku, bo boję się wejść i zajrzeć do środka. Może po prostu zabrać stąd rzeczy rodziców i wynieść się jak najszybciej? Mówisz, że mam zostać, bo nie chcesz mnie oglądać w firmie. Nie martw się, jutro nie wrócę. Dzięki, też mam nadzieję, że przetrwam tutaj jakoś pierwszą noc. Dobrze, dobrze, kolejne też.

Po raz pierwszy od niemal osiemnastu lat czułam się dziwnie bezradna. Zostawiłam firmę, jak mi się wydawało na pastwę losu, a za ścianą w kartonach tkwiła przeszłość, cały bagaż dobytku gromadzonego latami przez rodziców. Ich książki, ubrania, zdjęcia, bibeloty, zamknięta w pudłach historia mojej najbliższej rodziny i, co najgorsze, moja. Wiedziałam, że mama składała rzeczy Klary, jej świadectwa, nagrody, rysunki z konkursów plastycznych. Powinnam znaleźć strój do pierwszej komunii i mnóstwo przedmiotów, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Ciekawe, czy i moja sukienka zalega na dnie któregoś z kartonów? No proszę, przyłapałam się na zazdrości o Klarę! Pamiętałam, że mama nigdy nie poświęcała mi tyle czasu, ile jej. Co za idiotyzm: być zazdrosną o własną córkę! Co za głupota: zrzec się własnej córki! Taka konkluzja była chyba bardziej na miejscu… Mamo, tato, dlaczego mi to zrobiliście? Dlaczego pozwoliliście mi przez tyle lat żyć w kłamstwie, dlaczego nie żyjecie? Teraz muszę wszystko odkręcić, ujawnić prawdę, ale już bez was. A przecież, gdyby nie ten wypadek, mieliśmy szansę przywrócić życiu właściwe proporcje. Byłoby pięknie.

– Co jest? – Na ekraniku komórki wyświetlił się numer Danki. – Nie możesz się dodzwonić do Krzysztofa? Nie, ja nie będę dzwonić i przepraszam, chwilowo wyłączam telefon. Radźcie sobie. Przepraszam, Danulek, alarmuj, gdy będzie coś pilnego. Nie mam teraz nastroju na rozmowę. Nic się nie stało. Po prostu jestem trochę rozstrojona. Jeszcze raz przepraszam. Trzymaj się.

8.

Nie zauważyłam, kiedy zrobiło się ciemno. Rozpakowywanie kolejnych kartonów, które kusiły bardziej niż wizyta w Jeziorance, i zapalczywe poszukiwanie mojej sukni komunijnej nie zakończyło się wprawdzie sukcesem, ale ujawniło nieznane dotąd zwyczaje mamy. Odkrycie starego opakowania po mleku w proszku Bebiko spowodowało, że zagłębiłam się w jego zawartości, nie zważając na coraz gęstszy mrok i chłód wieczoru. Odnalazłam kilka starych zeszytów z napisem „Budżet”, wyprodukowanych przez z pewnością dawno już nieistniejące Strzegomskie Zakłady Wyrobów Papierowych i Gdańskie Zakłady Papiernicze, w których od początku małżeństwa mama notowała rodzinne wydatki. Obok spoczywały w starannych stosikach listy (każda paczka sygnowana imieniem nadawcy i odbiorcy): „od taty do Julii”, „od Adama do Julii”, „do Julii ode mnie”. Pakunek „od Julii do nas” był najmniejszy. Zrobiło mi się, dosłownie i w przenośni, zimno.

– Trzeba napalić w kominku – szepnęłam pod nosem, znajdując dobry pretekst, by odwlec chwilę zapoznania się z resztą znaleziska.

Rozejrzałam się w poszukiwaniu opału. Obok pustego, starannie opróżnionego z popiołu paleniska leżała przygotowana do rozpałki sterta starych gazet. Tato używał codziennych; kolorowe czasopisma paliły się gorzej i wydzielały dziwny zapach. Tuż obok ułożono drobne gałązki i szczapki kory z wycinanych w ogrodzie starych drzew. Nigdy nie mogłam zrozumieć tej namiętności ojca do przerzedzania, karczowania, kształtowania. Nie licząc czytania książek historycznych, sadzenie nowych drzew i przycinanie starych stanowiły jego wielką życiową pasję.

– Chodź, córuś, coś ci pokażę. – Po przywitaniu zawsze mogłam spodziewać się wycieczki do ogrodu, by obejrzeć kwitnienie kasztanowca i orzecha, który miał owoce o tak delikatnych skorupkach, że można je było zgniatać w dłoni. Musiałam obserwować przyrosty daglezji, podziwiać pszczoły zbierające nektar z kwiatów lipy. Świeży zapas gałązek przy kominku oznaczał śmierć kolejnego klonu jesionolistnego, chwastu wśród drzew, tępionego przez tatę, który robił miejsce dla ulubieńców. Jego zapał ogrodnika obejmował jeszcze drzewa owocowe i krzewy porzeczek, nie sięgał jednak uprawy warzyw i kwiatów. Dawno minęły czasy, pamiętne czasy mojego wczesnego dzieciństwa, gdy w ogródku można było natknąć się na marchewkę, skubnąć zielony groszek, zerwać czerwoną, nabrzmiałą od słońca i wody truskawkę, wpakować do ust garść porzeczek czy polecieć do mamy, by obrała ogórek prosto z pola. Rośliny na grządkach pięły się wysoko ponad moją głowę; pomiędzy tyczkami z pięknym Jasiem chowałam się przed Adamem… Wszystko było wielkie, dorodne, gęste, obfitujące w owoce. Mama zapełniała półki niezliczonymi słoikami dżemów z truskawek, porzeczek, agrestu. W letniej kuchni parzyły się butelki na soki, w spiżarni przybywało kiszonych ogórków, pikli, przecieru pomidorowego i szczawiu na zupę, tartych buraczków, marynowanych grzybów, zbieranych w okolicznych lasach.

– Szukamy się?

Zabawa w chowanego, oprócz siedzenia w domku na drzewie, była absolutnym hitem szczenięcych wakacji w Zbicznie, zarówno moich, jak i Adama. Nigdy nie żałowałam, że nie urodził się Tomek. Kuzyn, spędzający u nas każde wakacje, wystarczał mi całkowicie. I nie był bratem, którego rodzice na pewno kochaliby bardziej niż mnie.

– Ty szukasz! – Adam już wybierał kryjówkę.

Czasami się nawet zgadzałam, bo wystarczyło krzyknąć: „Nie, ty pierwszy!”, a Adam od razu zakrywał oczy dłońmi, pozwalając mi się schować. Pozostawało szybko wykombinować, czy ukryć się za krzakiem bukszpanu, czy też wybrać trudniejsze rozwiązanie i wdrapać się na któreś z drzew, ryzykując, że kuzyn podniesie oczy i wypatrzy mnie wśród liści. On jednak nie znał wszystkich moich kryjówek i to ja zazwyczaj pierwsza dopadałam drzewa, na którym się zaklepywaliśmy. „Raz, dwa, trzy, wygrałam!”. To hasło lubiłam najbardziej. Ogłaszałam zwycięstwo nad Adamem, który przecież musiał przegrywać – był w końcu o całe dwa miesiące młodszy. Ponosił porażki nie tylko w grze w chowanego.

– Julka, jak ty się zachowujesz! – strofowała mnie mama, gdy zrzucałam z planszy do chińczyka wszystkie pionki, bo pionek kuzyna zbił mojego, dochodzącego już do mety. – Trzeba umieć przegrywać – tłumaczyła.

Nigdy nie będę przegrywać! – powtarzałam w myślach, słuchając ze złością tego moralizowania.

Ale milczałam, mając w pamięci mocny uścisk taty, który chwycił mnie kiedyś za ramiona i potrząsnął, gdy zdarzyło mi się w przypływie złości krzyknąć na mamę: „Jesteś głupia!”.

– Nigdy nie mów w ten sposób do mamusi! Rozumiesz?

Zrozumiałam tyle, że w tym domu nikt mnie nie kocha i nie będzie bronił. Zapamiętałam dokładnie spokój mamy, chronionej przez ojca, moją samotność i wstyd. Ile miałam wtedy lat? Pięć, sześć? Próbowałam uciec do ogrodu, ale i tam dogonił mnie głos taty.

– Wracaj! Julka, proszę wrócić i przeprosić mamusię.

Przeprosiłam. A Mikuś dowiedział się, że nie zrobiłam nic złego, choć tatuś kazał mi przeprosić mamę! Nie „mamusię”! Od tej chwili nigdy nie pozwoliłam sobie na nią pokrzykiwać, nie odważyłam się więcej nazwać ją „głupią”. Mogłam to robić wyłącznie w myślach, kiedy mnie strofowała, mówiąc, że zrobiłam coś źle, kiedy przyniosłam z klasówki czwórkę i usłyszałam: „Stać cię na więcej”, kiedy kazała mi myć zęby, czyścić buty, kąpać psa, „bo w końcu sama go chciałaś”. Dlaczego przypomniałam sobie o tym właśnie teraz? Gdy już nie można porozmawiać, gdy siedzę w pustym domu rodziców i nikt już mi nie powie, na ile mnie stać?

Próbując opanować nagły napad płaczu, postanowiłam dołożyć drew do kominka. Na szczęście nie musiałam chodzić zbyt daleko, bo tato wybudował drewutnię kilka metrów od domu. Stała wtulona w gąszcz sosen i daglezji. O dziwo, udało mi się podtrzymać ogień; miał widać ochotę trwać mimo potoków wody wsiąkającej w kolejne chusteczki.

Jezus Maria, dlaczego to wszystko tak się potoczyło? – jedna myśl goniła drugą. Niedobrą córkę wreszcie spotkała kara. Byłam wredną zazdrośnicą, cieszyłam się, że nie urodził mi się brat, nie doceniałam mamy, nie walczyłam o córkę, wybrałam wolność w Warszawie, nie odwiedzałam rodziców. Jestem zła! Muszę zadzwonić do kogoś bliskiego, muszę pogadać, wyżalić się. Ale do kogo? Danka? Pewnie robi kolację rodzinie, a jutro czeka ją ciężki dzień. Borys? Powie: „Kochanie, niczym się nie martw, niedługo pojedziemy na Florydę, odpoczniesz, śpij dobrze. Spotkamy się w weekend, przywiozę Czarków”. Klara? Usłyszę: „Cześć, wszystko w porządku, robię lekcje. Jadłam, jadłam. Powiedz cioci Dance, żeby się tak bardzo nie poczuwała, bo sobie radzę. Zobaczę, czy przyjadę. Okej, jeśli chcesz, możesz jutro zadzwonić”. Wieśka? Uczepiłam się tej ostatniej możliwości. Aha, ona nie ma telefonu…

Pozostawała butelka wina. Chciałam odruchowo zawołać: „Tatuś, gdzie masz korkociąg?”, ale zamiast tego w milczeniu powlokłam się do kuchni. Kredens wciąż stał na swoim miejscu. Włożyłam dłoń do górnej szuflady, wymacałam pożądany kształt. Korkociąg był tam gdzie zawsze.

– Zdrowie!

Wśród wszechobecnej ciszy niemal wyszeptany toast, wzniesiony naprawdę wykwintnym winem, którym napełniłam pierwszy kieliszek, zabrzmiał nienaturalnie. Po raz kolejny tego dnia poczułam wstyd i zażenowanie. Czy przyjechałam tu po to, by pić drogi alkohol? Bo mnie na to stać? W przypływie nagłej potrzeby kontaktu z drugim człowiekiem dopadłam komórki. Kilkanaście nieodebranych połączeń. Pracownicy, klienci, klienci, pracownicy.

– Julia, jesteś kompletnie do niczego! Nie masz nikogo! Nikogo! – powiedziałam na głos.

Przy czwartym kieliszku bardzo dobrego (czytaj również: bardzo drogiego) wina, zdecydowałam się jednak powrócić do kartonu po Bebiku, wbrew wcześniejszemu postanowieniu odłożenia penetracji do jutra. Otworzyłam pierwszy list, na który się natknęłam. Był od taty do mnie.

 

Kochana Córeczko!

Wczoraj nadeszły od Ciebie dwa liściki. Choć z trudem, ale je odczytaliśmy. Wiadomo, piszesz szybko, aby choć w ten sposób podzielić się sukcesami i osiągnięciami w pracy, której Ci obecnie na pewno nie brakuje.

Wiemy, że jest to dla Ciebie czas intensywny, ale jak ktoś powiedział: „I na naszej ulicy zaświeci słońce”. Oby jak najszybciej przeszła sesja i oby zaświeciło.

Szkoda nam Ciebie, że musisz tak dużo pracować i mało śpisz. Po egzaminach wszystko sobie odbijesz. Najważniejsze, że już niedługo przyjedziesz do domu i będziemy mogli pobyć razem. Nasza codzienność jest dość jednostajna, cóż, takie życie. Zima nie ustępuje, śniegu mnóstwo, temperatura średnio od minus ośmiu do minus trzynastu. Na baraszkowanie w śniegu trochę za zimno, ale z Klarą chodzimy czasem na sanki, no i oczywiście z Susłem na spacer. Psisko nie daje się wygnać do ogrodu, musimy z nim wyjść za płot. Ten drań wyciąga mnie z domu nawet przed północą.

Juleńko, dbaj o siebie, nie zaniedbuj posiłków, aby Ci sił i zdrowia wystarczyło. To ważne. Muszę Cię trochę umoralnić, bo jaki byłby ze mnie rodzic, gdybym nie prawił morałów. Kończę, bo już późno, a tu czekają jeszcze niepoprawione klasówki. A trzeba pracować na masełko. Ściskam Cię b.b.b. mocno, kochamy Cię bardzo! Zawsze rozmawiamy i rozmyślamy o naszym Julinku. Kciuki trzymamy i życzymy pomyślnych wyników.

Całuję Cię. Twój TAT

Jako drugi otworzyłam list od mamy.

Kochana Studentko!

Śpieszę przekazać Ci gratulacje od całej rodziny z racji wstąpienia w liczną rzeszę żaków. Napisz, jak przebiegła uroczystość, i opisz wrażenia. W domu jest bardzo pusto bez Ciebie. To zupełnie co innego niż wyjazd na obóz. Wtedy wiedziałam, że po dwóch tygodniach, czy nawet po miesiącu, wrócisz, teraz zaczynamy odczuwać, że odeszłaś na dłużej. Wszystko byłoby w porządku, gdybyśmy mieli pewność, że jest Ci tam dobrze. Staraj się, moje Złotko, ułożyć sobie życie, aby było znośne. Cieszę się ogromnie, że masz już koleżankę. We dwie zawsze raźniej. Pisz o swoich kłopotach, może będzie można Ci pomóc. U nas bez zmian. Wszystko w porządku. Każdy realizuje swój odcinek życia i obowiązków. Od środy są w szkole dni na prace społeczne. W sobotę pojedziemy do cioci Zosi, może przyjedzie Adam? Masz z nim jakiś kontakt?

Juluś, dzwoń do nas, najlepiej w niedzielę około dwudziestej. Rozumiem, że teraz u Ciebie też zacznie się intensywne działanie. Pracuj, kochanie, ale też dbaj o siebie. Musisz być zdrowa. Niczego mi nie kupuj. Zrobiłam bilans i niestety, nie chce wyjść na zero. Będę musiała zacząć działać w kręgu liczb minusowych, choć wolę naturalne. Kochana, trzym się. Może z tego listu to nie wynika, ale kochamy Cię wszyscy bardzo, tęsknimy i czekamy na najdrobniejsze słowo od Ciebie. Pisz, jak Ci tylko czas pozwoli, my też po kilka słów będziemy przesyłać. Pa, kochana. Mnóstwo całusów od mamy, taty, Klarci i tego uciążliwego Susła.

Twoja Matka

Nalewając sobie piąty kieliszek wina, zastanawiałam się, czy ja te listy czytałam kiedykolwiek. A jeśli tak, jak to się stało, że o nich zapomniałam? „Matka” i „TAT”. Na dnie butelki została zaledwie resztka czerwonego płynu.

– Boże, jak bardzo chciałabym z wami teraz porozmawiać! Dlaczego nie żyjecie?