Opowieści galicyjskieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice tel./fax +48 18 353 58 93 e-mail: arkadiusz@czarne.com.pl, mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70 e-mail: redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: agnieszka@czarne.com.pl, anna@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl, zofia@czarne.com.pl

Dział marketingu: ewa.nowakowska@czarne.com.pl, iza@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: Beata Motyl, mtm Firma ul. Zwrotnicza 6, 01-219 Warszawa tel./fax +48 22 632 83 74 e-mail: mtm-motyl@wp.pl

Skład: D2D.pl ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52 e-mail: info@d2d.pl

Zdjęcie na okładce przedstawiające Zuzanę Fialową w filmie wg Opowieści galicyjskich © Piotr Bujnowicz, Fabryka Obrazu Zdjęcie Autora © Kamil Gubała

Copyright © by Andrzej Stasiuk, 1996

Projekt typograficzny i skład Robert Oleś

Korekta Małgorzata Poździk

ISBN 978-83-7536-328-9

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu


SPIS TREŚCI

  JÓZEK

  WŁADEK

  KOWAL KRUK

  JANEK

  MIEJSCE

  KOŚCIEJNY

  LEWANDOWSKI

  KNAJPA

  BABKA

  RUDY SIERŻANT

  MARYŚKA

  SPOWIEDŹ

  NOC DRUGA

  KONIEC

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

JÓZEK

Czterdzieści parę lat, twarz lisa przechery i ciało wyschnięte na wiór. Ostatni traktorzysta w pgr, bo traktor też ostatni, a nowych już nie będzie. Nigdy. Ale Józek nie zna tego słowa, wszak przynależy ono do dziedziny wyobraźni, i po staremu, w znieruchomiałym czasie usiłuje w żelazne truchło tchnąć trochę życia. Bo jego ciągnik jest na chodzie tylko dlatego, że Józek wie, co komu odkręcić.

– A na kiego mu prądnica, jak on i tak jeździć nie umie – mruczy do siebie w egipskich ciemnościach, operując kluczem „dziewiętnastką”, precyzyjnie jak Chińczyk pałeczką. Za chwilę przełoży swój szmelc, zasmaruje odkręcane śruby błotem i nikt się nie pozna.

W pejzażu odchodzącego świata, wśród szczątków maszyn, nieruchomych mechanizmów, pomiędzy zardzewiałym siewnikiem a cichą i zimną kuźnią jego postać zachowała ruchliwość. Ma czterdzieści parę lat, lecz jest stary. Pamięta czasy raju.

– Człowieku! To cement przywieź, to wełnę odwieź, to znowu jedź po nawozy, po ropę. Klienci aż się bili, bo wtedy prywaciarz to mógł kopa dostać, a nie worek cementu. A tutaj nikt z rachunków dobry nie był. Stary też nie mógł podskoczyć, jak za rękę nie złapał. Zwolnić? I kto by mu tu na tę Ukrainę przyszedł. A teraz…

Macha ręką, wskazuje na podarte siodło i odjeżdża. Niewinny jak anioł, jak dziecko, jak istota z czasu, gdy Bóg dopiero dumał nad ideą grzechu.

Wydziedziczeni żyją w teraźniejszości. Jeżeli posiadają jakąś przeszłość, to jest ona wspomnieniem, czymś równie nieokreślonym jak przyszłość.

Przyjechał gdzieś spod Limanowej. Nie sam. Przywieźli go rodzice, gdy miał kilka lat. W zupełnym pustkowiu mógł obejrzeć i zapamiętać stworzenie świata. Rzeczywistość PGR-u była kosmosem. Tu się przychodzi na świat, żyje i umiera. Nie ma ośmiu godzin w fabryce, jazdy tramwajem, a potem prywatności domu. Te same twarze przy pracy, te same na błotnistej drodze, która jest promenadą, rynkiem, miejscem schadzek i bójek. Nie przychodzi nikt, czasem ktoś odejdzie. Nawet koszary są czymś nietrwałym, bo przeczekuje się w nich czas pokoju.

Jaką pamięcią byli obdarzeni pierwsi ludzie? Zapewne odwrotnie proporcjonalną do wolności. Ta zależność, bardziej niż jakakolwiek inna, zbliża nas do zwierząt.

Gdy szliśmy kiedyś do knajpy, spytałem, po co mu w rękawie ten poręczny łom. – Ja tam wszystkich nie znam. Nie wiadomo, kto swój, a kto wróg.

Kiedyś znalazłem go w rowie. Po prostu spał w swoim traktorze przewróconym na bok. W ogóle często sypiał tam, gdzie zastawał go sen.

No więc bez reszty oddany zmysłom i ostrożności, szybkiemu rozumowaniu na użytek chwili. „Kiedy jesz, to jedz. Kiedy pijesz, to pij”. To są wskazówki, jakich udzielają mistrzowie adeptom zen. Prawdopodobnie wzbudziłyby w Józku szczery śmiech. Mistrzowie tracą mnóstwo czasu na odkrycie podstawowych prawd. Lecz i on uprawiał refleksję, jeśli mogła przynieść pocieszenie.

Któregoś dnia spotkałem go w lesie. Siedział w swoim traktorze, przyciskał gaz do dechy i z wolna pogrążał się w bagnie. Z pijackim optymizmem wierzył, że wyrwie się z mulistej toni, choć błoto wlewało się już do gumiaków. – Spokojnie. Takie jest życie – powtarzał co chwilę. – Czasami się uda, a czasami nie.

Umysły nieskomplikowane na pewno lepiej radzą sobie z interpretacją rzeczywistości. Civitas PGR-u zostało ufundowane na zasadzie wspólnoty. Posługując się ockhamowską brzytwą, Józek wyciągnął ostateczną konsekwencję z formuły „każdemu wedle potrzeb, od każdego według możliwości”. Ten postulat w istocie nie zakładał żadnych ograniczeń. Wszak możliwości człowieka są trudne do określenia, ich prezentacja stosowna jest do okoliczności i kontrolowana przez rozsądek. A cóż dopiero potrzeby, których korzenie tkwią w mrocznej i bezrozumnej woli?

No więc dawał, ile chciał, i brał, ile mógł, przystosowując racjonalną filozofię do popędliwej natury człowieka.

Mam niejasne przeczucie, że system, którego daleką filią był Józkowy PGR, rozpadł się nie dzięki sprzeciwowi nielicznych, sublimujących cnotę, prawdę i uczciwość. Te wartości są, i owszem, piękne, lecz zbyt abstrakcyjne i niewystarczające do skonstruowania żywej egzystencji. Logiczna, mechaniczna i też abstrakcyjna struktura systemu rozsypała się w drobny mak, bo żył w niej Józek, jego bracia i siostry, legion wydziedziczonych i uwolnionych od uciążliwych nakazów moralności, religii i pamięci. Oddani instynktom, wsłuchani w zachęcające pomrukiwania natury stanowili masę, której nie mogła zamknąć najprzemyślniejsza struktura.

Któregoś dnia, zimą, zakopałem się tak, że mimo napędu na cztery koła ani w tył, ani w przód. Akurat przejeżdżał. Zapięliśmy linkę i przewlókł mnie przez kilometrowy pas zasp. – Stawiasz flaszkę – powiedział żartem i skrzywił w uśmiechu ten swój lisi pysk. A ja serio odrzekłem: – Stawiam – i poszliśmy pić.

Knajpa była zimna i pusta, tylko barmanka stała za piramidą kufli, która wyglądała jak pryzma lodu. Po trzeciej kolejce w ciało Józka zstąpił duch Raymonda Roussela i zaczął dyktować przez jego usta jakiś łatany, cerowany Locus Solus. Zupełnie tak, jakby pisarz chciał sobie powetować lekceważenie, jakiego zaznał w poprzednim wcieleniu. Tyle tylko że wyrafinowane asocjacje dźwiękowe i znaczeniowe zastąpił ów duch jakimś kluczem logopedycznym, w którym chodzi o łatwość układania kilkuset słów, bo tyle mniej więcej zawiera słownik Józka, w potoczyste ciągi, za pomocą których można opisać całość egzystencji. Chodzi tutaj o wygodę języka, dosłowną łatwość poruszania tym kawałkiem mięsa w ustach. Józek nie jąka się, nigdy się nie zastanawia i zawsze zdaje się trafiać w sedno, bo niczego nie prostuje ani nie uściśla. Józek zasiada i po jednej setce całkowicie zamienia się w mowę, która działa na świat, na całą rzeczywistość, ba, zadziałałaby i na kosmos niczym woda królewska na metale. Następstwo zdarzeń znika, znikają przyczyny i skutki i znika grzech razem z historią. Wszystko dzieje się jednocześnie, zaczyna przed czasem i dobiega końca, nim się zacznie. Kolejnymi kieliszkami Józek uśmierca czas, dokonuje jakiejś zwariowanej sekcji, która obnaża ten wątły szkielecik, na którym rozpinamy wysiłki, osiągnięcia, plany i nadzieje. W tym strumieniu znika i sam Józek jako granica między tym, co było, i tym, co dopiero będzie. Owszem, tkwi za stołem z nonszalancją, która stale wzrasta, osuwa się na oparcie i z podobnie wzrastającą zachłannością zaciąga się papierosem, tak że wewnętrzne strony policzków zdają się stykać. Ale jego istnienie staje się problematyczne. Z osi czasu znika punkt zero. Po godzinie, po opróżnieniu flaszki, w trakcie mizerykordialnych piw zmienia moje imię na jakieś inne, dawne, biorące udział w jego życiu. Po chwili znów je odnajduje i zaprasza mnie w przyszłość, na wiosenne łowienie pstrągów, które zjawiły się w jego umyśle jako daleka reminiscencja z dzieciństwa, ciągnąca na przyczepkę parę innych opowieści. To jest gąszcz rozwidlających się ścieżek. Józek nie wybiera drogi. Idzie tam, gdzie poniosą go wygodne sylaby, podobieństwo imienia albo przypadek pijanego spojrzenia.

 

Józek wtedy, dzisiaj albo jutro płynie jak ryba w oceanie. Jego ślad zawsze przyjmuje kształt podwójnej pętli nieskończoności. Przechyla butelkę i z gulgotem połyka piwo i razem z piwem własny ogon, bo Józek jest pradawnym wężem, może Lewiatanem, czyli odmianą chaosu, z którą Bóg mimo upływu czasu nie potrafił sobie poradzić, a może tylko nie chciał, by zbytnio nie ułatwiać nam zadania.

W końcu, jakby zdawał sobie sprawę, że tylko gest może wyzwolić go z logorei, wstaje, łapie równowagę, szuka szalika, ale go nie znajduje, bo ten zwisa mu z pleców jak jakaś wielka zielona jaszczurka, coś jeszcze mamrocze i wychodzi.

Wsiada do traktora, który niczym doświadczony koń przysypiającego woźnicę powiezie go ku kolejnym drobnym sprzeniewierstwom, oszustwom i unikom, tym sekretom niepodległej egzystencji. Bo Józek jest niepodległy i jeśli nawet jego wolność jest zawarta w jakiejś konieczności, to nie ma on o tym pojęcia.

Z taką samą swobodą oddaje się kilku ulubionym grzechom głównym, z jaką niedzielnego poranka zjawia się w kościele. Stoi przed ołtarzem w granatowych spodniach, w białej koszuli i w zielonej marynarce – wszystko odświętne i plastikowe. Gdy przyklęka, gdy robi znak krzyża, iskry elektrycznych wyładowań przeskakują z cichym trzaskiem. Dzieci umyte, żona uczesana, żadnych szeptów ani poszturchiwań. Stół jest prosty, przykryty koronkowym obrusem i Józek wie, chociaż nie zdaje sobie z tego sprawy, że i on ma swój udział w przebaczeniu, że w arytmetyce świata każdemu grzechowi przypisany jest okruch białego opłatka. Dlatego jego lisia twarz jest spokojna. On jest u siebie. Poddaje się obrotowi rzeczy. Józek – istota chaotyczna i kosmiczna zarazem. Żadna skrajność go nie dotknie. Gdy ceremonia się skończy, gdy boskie zostanie oddane Bogu, powróci do swojego świata. Dym z popularnych połączy się z wonią gaszonych świec i kadzidła, bo mężczyźni puszczą przodem kobiety, a sami odbędą naradę u wrót kościoła. Naradę w sprawie reszty wolnego dnia.

Z miejsca, w którym stoi świątynia, widać PGR jak na dłoni: biała gładka góra, wznosząca się łagodnie po widnokrąg zamknięty grzebieniem lasu. Kilka budynków – ciężkich barek, liszajowatych i nędznych, uwięzionych w podróży donikąd, unieruchomionych na gigantycznej białej fali. Komórki na drewno, szopy na siano. Wyprane ubrania na sznurach uderzają o siebie z trzaskiem, jak kawały zamarzniętego mięsa. Wiatr znad przełęczy niesie tumany śniegu. Tak wygląda Józkowy świat. Nieforemna, gnuśna rzeczywistość, w której ciążenie materii na równi dotyka przedmiotów i ciał. Czas ma postać kulistą – najlepiej wiedzą o tym kobiety. Dla nich dzieli się na dziewięciomiesięczne cykle. Pomiędzy jednym a drugim porodem odbierają porody owiec i niektóre z nich osiągają pewne podobieństwo do zwierząt, jeżeli chodzi o liczbę połogów. Pięcioro dzieci, siedmioro, dziewięcioro, w każdym razie dość, by uwierzyć, że życie to tylko nieskończony łańcuch narodzin i śmierci. Żeby wyrwać się z tego kręgu, potrzebna jest cnota albo występek. Tę pierwszą Józek kultywuje o tyle, o ile, o ile potrzebna jest do istnienia wśród ludzi. Robi to umiarkowanie i mimochodem. Ale gdy mówi to swoje: – Chłopie, aleśmy pochlali! – albo gdy opisuje epoki „za Gomułki”, „za Gierka” z punktu widzenia ilości kradzieży i ich łatwości, to w jego głosie brzmi wcale nie tajona duma i zadowolenie. Zupełnie tak, jakby te akty były miarą suwerenności, jakby za ich pomocą ocalał swoją indywidualną egzystencję i nadawał jej sens.

Ostatni raz widziałem go latem. Drelichowe spodnie, podkoszulek i zrudziały czarny beret. Skóra spalona na brąz, a w ustach wiecznie tlący się pet. – Chłopie, Pepiki opluli mi ciągnik. Chciałem dać w mordę, ale żaden nie chciał się bić. – Kosił wtedy łąki pod samą słowacką granicą. Z jednej strony polski, z drugiej zagraniczny pgr. Tamci kosili czerwonymi zetorami, wytłumiona kabina, radio w środku, xxi wiek. Gdy zobaczyli Józkowy wrak, nie mogli ze śmiechu się pozbierać.

Tydzień później już nie żył. To było takie lato, że słońce spalało błękit na biel. Dwanaście godzin w żarze i maszyna nagrzana jak piec. Kumple opowiadali, że tego dnia nie było nic do picia. Ani krzty krajowego wina i piwa. W samo południe Józek przegonił żaby ze stojącego bajorka i napił się wody. Podobno zabił go ten zdradliwy płyn.

Gdy lekarze w szpitalu zajrzeli w jego ciało, stwierdzili, że wygląda na co najmniej sto lat.

Ilekroć o nim myślę, zastanawiam się, czy został zbawiony. On i rzesze jemu podobnych. Bo przecież w jakimś sensie byli nowym plemieniem, ludem, do którego nie dotarła dobra nowina ani żaden nowy Paweł apostoł. Ten kościół na wzgórzu, do którego przychodził w niedzielę, był świadectwem dualizmu świata. Można było doń wejść, obmyć się z przewin, by ponownie zanurzyć się w rzeczywistość, w której kategorie cnoty i grzechu były nieprzejrzyste, przenikały się nawzajem, zupełnie tak jak ciemność i światło przed pierwszym dniem stworzenia. Czy w umyśle Józka nie mogła powstać intuicja, że świątynia jest licencjonowana przez otaczający ją chaos? Ustanowiona po to, by on, Józek, mógł raz w tygodniu poddawać się swoistej psychoterapii, zapewniającej spokój duszy?

WŁADEK

Wieś jak wieś. Trzykilometrowy wąż budynków rozsypuje się, pęka, potem scala na powrót w zwartą zabudowę. Beton, drewno, zapadnięte dachy, resztki płotów i żelazne balustrady balkonów tworzą zakalec biedy i tęsknoty za telewizyjnym światem. Asfaltowa droga ledwo ociera się o skraj zabudowań, ledwo je muska. To nawet lepiej, bo dziurawą żwirówkę, główną arterię, opanowały dzieci i psy. Oddają się wspólnym zabawom i żaden szybki pojazd nie zakłóca tej symbiozy. Czasem traktor, ale traktor to maszyna powolna i oswojona.

Gdzieś tam w środku tego łańcucha domów stoi chałupa Władka, z lekka nadpróchniałe ogniwo ani lepsze, ani gorsze od innych. To raczej te nowe, białe, czasem dwupiętrowe wyglądają jakoś pysznie i niestosownie w poziomym pejzażu, który całkiem naturalnie zmierza ku upadkowi, w zgodzie z prawami erozji – góry, drzewa, chaty.

No więc Władek, przetrącony grzbiet dachu, żona i dwanaścioro dzieci. Władek lat czterdzieści, czyli płodność niemal biblijna, chociaż tutaj to nic nadzwyczajnego. Zawsze tak było – mały nakład i namacalny zysk. Ziemia najchętniej rodziła kamienie, ich regularne stosy zalegają na miedzach, poza tym trochę owiec, dwie krowy, ale już zboże to raczej sztuka dla sztuki, a może z przyzwyczajenia, bo przecież coś poza sianokosami i kartoflami trzeba robić. I tak dostatek zawsze będzie miał postać mniejszego bądź większego ubóstwa.

Przy rozdziale dusz musiała nastąpić pewna pomyłka, bo ciało Władka zrodzone i osadzone na tej ziemi otrzymało jakiś lekki, nieco nazbyt duchowy organ, który nijak nie mógł sobie poradzić z ociężałością materii. Z własnymi członkami, ze snem, z upływem czasu, z ciężarem kamienistej gleby. Pradawny rytm, który sąsiadów wiosną wygania w pole, latem na łąki, a jesienią na kartofliska, jego ledwo musnął. Dlatego Władek, chociaż pił średnio i był porządnym człowiekiem, zajmował we wsi miejsce dość poślednie, a jeżeli chodzi o dochód na głowę to chyba ostatnie. Próbując brak wewnętrznej siły łagodzić pomysłowością, rozsyłał po okolicznych gospodarzach dzieci zaopatrzone w karteczki: „Pani Gieniu, nie mamy na chleb, proszę pożyczyć pięćdziesiąt tysięcy”. Ludzie czasem pożyczali, a czasem wyrzucali za drzwi, gdy kartka do pani Gieni trafiła do pani Wiesi – najzaciętszego wroga tej pierwszej. Czasami brała się za to opieka społeczna, czasami ksiądz, ale nie mogli zrobić nic prócz chwilowej pomocy, bo w końcu Władek był dobrym ojcem i największą radość sprawiało mu, gdy dzieciarnia oblepiała go od stóp do głów. Siedział wtedy zadowolony jak mormon, a żona wychodziła do pracy do lasu.

We wsi stał kiosk. Gdy w okolicy urzędował komunizm, ten największy szafarz szarości, buda wyglądała jak brudne akwarium, w którym unosiło się kilka szczotek do zębów, trzy rodzaje papierosów i biała znudzona twarz sprzedawczyni. „Gromada”, „Rolnik Polski” pełne były pociech i obietnic. „Dwa bilety na PKS i popularne”. „Dwa razy popularne i jeden bilet na pks”. I zapałki. Ileż kombinacji.

A teraz wygląda to tak, jakby kolejne stworzenie świata nie odbywało się w czasie i przestrzeni, ale w dziedzinie barw. Ta witryna jest najbarwniejszym miejscem w promieniu piętnastu kilometrów. Stare kobiety przystają, żeby popatrzeć, a w ich ciemnych, zapadniętych oczach zapalają się żółcie, lazur, siedem odmian czerwieni, złoto, srebro, błękit, zieleń, jakiej mieszkając tutaj przez lat siedemdziesiąt nigdy nie oglądały. Wody potopu ustępują, ostatni sekretarze zostali zatopieni albo umknęli, zło wygubione, a na niebie wschodzi nowa tęcza, znak pojednania. Stare kobiety stoją jak zwierzęta wypuszczone z arki i oglądają znaki najnowszego przymierza. Pejzaż nigdy nie budził takiego zainteresowania. Jakby to stare dzieło Boga wyblakło, jakby deszcze, śniegi i cierpienie starły z niego całą farbę, czyniąc go przezroczystym.

Tęcza witryny wysyła twarde, zdecydowane światło, w którym unoszą się zaklęcia w niezrozumiałym języku.

Kolor biały – Similac Isomil – to czystość, radość, niewinność i wieczna chwała, to barwa szat Chrystusa na górze Tabor, to bisior ze świątyni Salomona. Niebieski – Blue Ocean Deodorant – to kolor Matki Boskiej, firmamentu i tak jak biel znaczy nieskazitelność. Czerwień – Fort Moka Desert – to kolor Ducha Świętego, który wznieca ogień miłości i zjawia się w postaci ognistych języków, to także kolor Męki Pańskiej, krzyża i tych wszystkich, którzy drogą wiary szli aż po przelanie krwi. Czarny – John Players Stuyvesant – to śmierć, żałoba, smutek i przebłaganie, ale też wzgarda świata, odrzucenie, ciemności, które tylko nadprzyrodzona jasność może rozproszyć. Zieleń – Fa Fresh Creme and Soap – to kolor nadziei, bo szmaragdowa tęcza w Apokalipsie pojawia się na znak miłosierdzia Sądu. I wiele innych, bo nie wspomniano tutaj o żadnej cnocie, o żadnym odcieniu. Prostokątna mandala tkwi w burej przestrzeni między ponurą knajpą a majdanem i jak okno na drugą stronę bytu pozwala wejrzeć w tajemnicę przyszłości, określić swoje położenie i wybrać drogę ku wyzwoleniu.

No więc te stare kobiety i dzieciarnia stoją przed mapą nowego świata, którego kontynenty uporządkowano według pragnień poszczególnych części ciała, zachcianek i smaków. Królują tu jednoznaczne barwy. Nie ma miejsca na wyobraźnię. Ani czas, ani zmienne światło, ani kaprys natury nie nadgryzą tego. Niewykluczone, że nowe Jeruzalem jest już w drodze.

To dzieło Władka. Gdy ksiądz w kościele mówił, że jest ciężko, ale że trzeba, bo to jest cena wolności i Polski, i że rolnik zawsze itd., Władek pochwyci! jakiś boczny wiatr, który nigdy przez te doliny nie wiał. Sprzedał, co miał, kupił syrenkę, wydzierżawił kiosk i wszystkie te blaski i cuda zaczął przywozić gdzieś z Rymanowa. Żona jeszcze w lesie spędzała pół dnia, jakby wierząc w sens monotonii ruchów i stwardniałych rąk, a dzieci chodziły do szkoły, chcąc anachronicznym sposobem zdobyć świat. Inni wieczorem przy stołach dokonywali skomplikowanych przeliczeń cen mleka na ceny paliwa do traktora, cen paliwa na ceny wołowego żywca, żywca na paszę, paszy na prąd, prądu na wełnę, wełny znowu na mleko – i tak bez końca. I gdy za każdym razem wychodziły im absurdy egzystencjalne – bo przecież o egzystencję chodziło, Władek po prostu liczył utarg albo ładował samochód na następny dzień. Bo już nie jedna wieś, ale cała okolica miała poznać smak batonów Mars. A potem szopa z desek i szyld: „Zagraniczna odzież używana”, a potem zgrabna budka, owoce i warzywa, i jeszcze kilka stolików pod gołym niebem, i pięć gatunków piwa. I półka w kącie chałupy – wypożyczalnia kaset wideo.

 

Rano Władek w skórzanej kurtce wsiada do czerwonego fiata combi. Jego żona w dżinsowym komplecie do sześcioletniego malucha. Ruszają w stronę swoich złotych żył, bonanz, targów z Rosjanami, by wrócić dopiero wieczorem z towarem albo dobrymi widokami. Interesy na miejscu prowadzą dzieci, bo szkoła wygląda już na anachronizm: ten język polski trochę niepotrzebny i nudne teoretyczne rachunki.

No więc Władek, właściciel tego ołtarza, przy którym kościelny, majowy, jest jak dalekie odbicie; jego pastelowe, zwiewne i nietrwałe barwy zwiędną jak kwiaty i zetleją jak wstążki. Władek, niczym Ariel wśród Kalibanów, chwycił te nagłe, nieznane powiewy i jego dusza unosi się w powietrzu nad wsią, podczas gdy reszta oddaje się starym, ciężkim i beznadziejnym zajęciom. Czterdzieści lat oczekiwania, hibernacji w stanie nędzy, by w dwa lata przepoczwarzyć się w posłańca i zwiastuna nowej ogólnoświatowej religii, która zniesie przeciwieństwa, unieważni spory i ukonkretni pragnienia. No bo co w końcu robi mag Apoloniusz Sołowiowa, jeśli nie czaruje z powietrza najczystszych i najjaśniejszych barw? Barw, jakich świat nie widział?

Stare i młode kobiety, dzieci odchodzą od wystawy. Trudno odgadnąć ich myśli, lecz przemiany nie zachodzą przecież w myślach. Dotykają raczej uczuć, miejsc, gdzie rodzi się podziw albo zachwyt.

W nowych bielonych domach pojawiają się miniatury Władkowej witryny. Na kredensach, na telewizorach, na lśniących meblościankach stoją rzędy pustych puszek od piwa Dab, kartony po Maxim Brandy, szeregi pustych opakowań Gold Wiener, Orange Juice, próżne sześciany, których zawartość niekoniecznie została poznana. Tkwią trochę niżej niż stare zakurzone oleodruki: święty Józef w kolorze sepii, Matka Boska w spłowiałym błękicie, czarno-biały Ojciec Święty.

Jedna Maria, jeden Józef, jeden papież, a naprzeciwko taka ilość, taka różnorodność…

Władek ostatnio kupił żuka, bo cuda w fiacie już się nie mieściły.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?