W potrzasku wspomnieńTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Otrząsnęłam się ze wspomnień wczorajszego dnia i odwzajemniłam uśmiech mojej nowej znajomej, mówiąc:

— Dzień dobry, Moniko, tak, wyspałam się — i na potwierdzenie przeciągnęłam się jak na zawołanie, ziewając mocno. Ponoć taki odruch świetnie wpływa na pobudzenie rano wszystkich mięśni i krążenia krwi. Jeżeli to nieprawda, to nic nie szkodzi, bo na mnie działa i od trzech dni widzę, że właśnie w taki sposób rozpoczynam każdy poranek. Ciekawe, czy zawsze tak robiłam? Zastanowiłam się chwilę.

— Cieszę się. Wczoraj był tutaj mój brat. Chciał się dowiedzieć, jak się czujesz i czy już coś wiadomo o twoich bliskich — powiedziała jak gdyby nigdy nic, podając mi leki. Wyraz mojej twarzy wystarczył za odpowiedź.

— Był tutaj, kiedy? — spytałam zdumiona.

— Tak, był wczoraj, późnym wieczorem. Spałaś już. Zresztą przyszedł do mnie, a do ciebie zajrzał na sekundę.

— Był w mojej sali?! — Wyprostowałam się nagle. Poprawiłam włosy, nie wiedząc dlaczego. Poczułam się dziwnie na myśl, że spałam, nieświadoma jego obecności.

— Tak, Oliwio, ale jak wcześniej wspomniałam, był tylko chwilę. Było mu głupio w związku z tym, jak się zachował, i chciał z tobą porozmawiać, ale może innym razem — powiedziała i dodała, poprawiając mi poduszkę: — Aha, zapomniałabym, słyszałam, że możesz już wyjść. Nie będziemy cię dłużej męczyć.

— Wyjść? — Zrobiłam jeszcze większe oczy, bo wiadomości, które mi dzisiaj przekazywała, zaskakiwały mnie z minuty na minutę coraz bardziej.

— Tak, kochana, wracasz do…

— Do domu? Czyli wiecie już, jak się nazywam, to chcesz mi powiedzieć? Ktoś po mnie przyjechał, tak? Jezu, czemu od razu mi tego nie powiedziałaś! — Podekscytowana szybko wstałam z łóżka i wybiegłam na korytarz w szpitalnej piżamie. Po chwili usłyszałam głos Moniki.

— Oliwio, poczekaj, tam nie ma…

Przystanęłam przed salą, a mój wzrok zatrzymał się na znajomej postaci. To on. Jej brat. Patrzyłam na niego przez moment, ale przecież nie jego szukałam. Rozglądałam się, próbując dostrzec choć jedną znajomą mi twarz, a w głowie brzęczało pytanie: Czy rozpoznam kogoś, nie pamiętając kompletnie nic? To nieważne, oni mnie rozpoznają. Za sobą usłyszałam głos Moniki, ale te słowa do mnie nie docierały: „Oliwio, nikogo nie ma”… Myli się, musi ktoś być, przecież minęło tyle dni. Muszą mnie rozpoznać, tylko gdzie są? Gdzie… czy jest ktokolwiek? Minęło kilka chwil, zanim się przekonałam, że faktycznie nikogo nie ma. Stałam i czułam, jak wszystkie obecne tam osoby patrzą na mnie, ale nikt do mnie nie podchodzi. Poczułam zawrót głowy i przytrzymałam się ściany, by nie upaść. Mój wzrok jeszcze raz padł na jedyną znaną postać i oczy zaszły mi łzami, a obraz momentalnie się zamazał.

Poczułam czyjeś dłonie unoszące moje ciało. Nie obchodziło mnie wtedy nic więcej oprócz bólu, który mnie obezwładnił.

— Nikogo nie ma, nikt nie przyszedł — powtarzałam, ból był okropny. Czułam pieczenie w przełyku, ucisk w głowie.

— Ciii, spokojnie, wszystko będzie dobrze — usłyszałam, ale moje łzy zakryły wszystko i wtuliłam się w zapach drewna sandałowego unoszący się wokoło.

— Połóż ją na łóżko i wyjdź — słyszałam głos Moniki. Była zła, a we mnie wszystko umierało. Nikt mnie nie szukał, choć leżałam tutaj już trzy dni. — Uspokój się, Oliwio, proszę. Podam ci leki uspokajające i zaśniesz, dobrze?

Zgodziłam się, bo wolałam spać niż czuć ten przeszywający ból, ból samotności. Jakim musiałam być człowiekiem, że nikt po mnie nie przyjechał? Znali moje imię i nic. Nikogo nie ma. Zabolało jeszcze bardziej. Przycisnęłam kołdrę i odpłynęłam w niebyt.

Mateo

Musiałem wyjść. Jezu, co się stało? Jej oczy, jej piękne oczy zalały się łzami, dlaczego? Kto to spowodował? Na samą myśl ze złości zacisnąłem pięści. Chodziłem w kółko jak pajac przed budynkiem szpitala. Dlaczego ona tak wybiegła i czego szukała? Na co tak czekała?

W kieszeni zawibrował telefon. Wyświetlił się numer Moniki.

— Gdzie jesteś?

— Przed szpitalem — rzuciłem krótko.

— Zaraz tam będę — powiedziała i się rozłączyła. Była zdenerwowana.

Zapaliłem papierosa, biorąc go od przechodnia. Nie paliłem kilka lat, więc automatycznie zacząłem kaszleć. Uświadomiłem sobie, dlaczego nie lubiłem tego syfu. Jednak byłem bardzo zirytowany sytuacją. Siostra pojawiła się po chwili. Skarciła mnie wzrokiem za papierosa, a ja skrzywiłem się w ramach niemej odpowiedzi, żeby dała spokój, bo jestem już dorosły. Nic nie mówiła, tylko stała, patrząc gdzieś w dal. To nie było do niej podobne, zawsze miała coś do powiedzenia.

— Co tam się stało? — Zacząłem pierwszy.

— Nie wiem. Znaczy nawaliłam trochę, braciszku. — Spojrzała na mnie zaszklonymi oczami.

— Ej, siostra, no co ty? — Chwyciłem jej twarz w dłonie, patrząc w oczy.

— No co? Mam serce, a nie kamień — odrzekła i walnęła mnie w pierś.

— To przez nią? Co się stało? Dlaczego ona się tak… — Urwałem, ponieważ nie wiedziałem, czy użyć słowa „załamała”, bo wyszłoby, że to analizowałem.

— Powiedziałam jej, że wychodzi dzisiaj do domu, a ona zrozumiała, że ktoś po nią przyjechał, i wybiegła. Resztę już znasz — wyjaśniła, a ja patrzyłem na nią jak na kosmitę.

— Powiedziałaś, że wychodzi do „domu”?! — Zdziwiłem się tym brakiem profesjonalizmu z jej strony.

— Tak, znaczy nie do końca użyłam tych słów. Oliwia dopowiedziała sobie resztę i tak się potoczyło. Cholera, Mateo, ona właśnie sobie uświadomiła, że jest sama jak palec. Policja nie odnotowała żadnego zgłoszenia zaginięcia. Żadnej notatki, nic — mówiła, a jej słowa docierały do mnie jakby z opóźnieniem. Czy to właśnie to pchnęło ją do takiego czynu?

— Ale to nie twój problem, prawda? — spytałem nagle, uświadamiając sobie, że skoro chciała odejść, może właśnie egoizm sprawił, że wszyscy się od niej odsunęli. Byłem zły na siebie za te myśli, bo nie podejrzewałem, że czyjeś zachowanie może tak bardzo wyprowadzić mnie z równowagi.

— Jak możesz tak mówić? Nie znam cię z tej strony! Gdy odnajdziesz gdzieś mojego brata, daj znać! — zawołała i weszła z powrotem do budynku, a ja stałem oniemiały.

Miała rację. Cholera, Mikołaj, zabiję cię za ten cały syf! Rzuciłem papierosa, bo i tak nie miałem ochoty go kończyć. Wsko­czyłem do auta i pojechałem do domu. Po godzinie byłem na miejscu. Nie wysiadłem jednak od razu. Siedziałem i przyglądałem się wszystkim.

Mikołaj, mój najlepszy przyjaciel. Nie wyobrażam sobie, że miałoby go nie być. Oskar, mąż mojej siostry; dziwny facet. Jego spokój i opanowanie wzbudzały we mnie irytację, ale też osobliwy niepokój. Może dlatego, że byłem jego przeciwieństwem. Pasowała mi jego rzadka obecność w tym miejscu. Miałem wrażenie, że ocenia mój każdy ruch, i chyba nie chciałbym usłyszeć jego opinii na temat moich decyzji. Nie potrzebowałem ani tego, ani jego, ale jak się miało okazać, byłem w błędzie. Pomyślałem też o mamie, Monice i zakłuło mnie w sercu na myśl, że mógłbym być sam. Moje myśli wróciły do tej dziewczyny. Co musiała poczuć, gdy to do niej dotarło? Do tego jeszcze widok, który miałem przed sobą — mój dom, moje miejsce. Otaczały mnie cudowne tereny, pełne lasów i łąk. Jedenaście hektarów ziemi, stajnia z dwudziestoma końmi. Zwierzęta łagodne, ale i mające swój charakter, który niejednokrotnie trzeba było okiełznać. Do każdego konia trzeba podejść inaczej. To tak jak z ludźmi, tyle że zwierzęta świetnie wyczuwają człowieka i jego emocje. Znajdował się tu też mój rodzinny dom — drewniany, z masywnymi wzmocnieniami po bokach, by dać mu siłę w walce z wiatrami. Dom w starym stylu, z drewnianym tarasem, z którego rozpościerał się widok na okolicę. Lubiłem spędzać tam poranki. Poczułem, ile mam szczęścia, mieszkając w domu, w którym się wychowałem, pracując ze zwierzętami, które kocham, i mając przy sobie grono bliskich mi osób.

Mikołaj pomachał mi, zapewne zdziwiony, że wciąż nie wysiadłem z samochodu. Odpowiedziałem mu tym samym gestem i momentalnie przypomniałem sobie, że mamy do pogadania. Wyskoczyłem z auta i ruszyłem w jego kierunku.

— Cholera, stary, przez to twoje swatanie mam teraz niezły syf na głowie! — krzyknąłem do niego, na co się skrzywił.

— A co, przeleciałeś panienkę i nie chce się odczepić? — Zaśmiał się, a mnie wcale nie było do śmiechu.

— Nie, stary, ona na tym pomoście próbowała się zabić. Ledwo zdążyłem wyciągnąć ją z wody. — Walnąłem go w ramię i poszedłem w kierunku stajni.

— No coś ty! Poważnie? — Dogonił mnie zszokowany.

— Nie, żartuję sobie… Świetny temat do żartów! Ha, ha! — odpowiedziałem rozdrażniony i zająłem się przygotowywaniem konia do jazdy, a przyjaciel tylko stał i patrzył na mnie.

— I co z nią?

— Co? Nic. Leży w szpitalu i nie pamięta, co się stało. Ma amnezję i nie wiadomo, kiedy odzyska wspomnienia. Nie pamiętała nawet imienia, ale w jej rzeczach znalazłem list pożegnalny. Podpisała się, więc przynajmniej teraz zna swoje imię. — Wrzuciłem pled na grzbiet konia i schyliłem się po siodło.

— I jak ma na imię?

— Oliwia — odpowiedziałem i poczułem dziwne ukłucie w klatce piersiowej. Mikołaj milczał przez chwilę.

— Oliwia… znaczy… a jak wygląda?

Nie wytrzymałem. Odwróciłem się gwałtownie w stronę przyjaciela i miałem ochotę mu przyłożyć. Jak on może w takiej sytuacji pytać o jej wygląd!

— Kurwa, stary, co ja takiego powiedziałem?! — krzyknął, unosząc dłonie w geście pojednania. Uświadomiłem sobie wtedy, że stoję gotowy do walki.

Co ja robię, co się ze mną dzieje? Dlaczego tak proste pytania mnie irytują? Ona mnie irytuje. Wprowadziła zamęt w moje życie. To mnie irytuje.

 

— Przepraszam — rzuciłem do Mikołaja i znowu poczułem ucisk w klatce piersiowej. To słowo było w jej liście pożegnalnym. Jak można odejść, używając takiego słowa?

— Okej, spoko. Udanej jazdy, może trochę ochłoniesz — powiedział już spokojnie. — Aha, stary, gdybym wiedział, że tak się stanie, nie zrobiłbym tego — wyjaśnił zmieszany i poszedł zająć się stajnią, którą prowadziłem od śmierci ojca. Nie było łatwo, zważywszy że musiałem nauczyć się wszystkiego od zera. Wcześ­niej robiłem coś zupełnie innego. Opieka nad zwierzętami, zaopatrzenie, prowadzenie nauki jazdy i tak dalej — to było ogromne wyzwanie, ale obiecałem sobie, że zajmę się tym, i miałem zamiar dotrzymać słowa.

Jazda konna po dobrze znanym terenie uspokajała mnie. Pędziłem jak szalony, by wyrzucić z głowy widok tej dziewczyny, wpatrzonej we mnie na korytarzu szpitalnym spojrzeniem pełnym bólu. Szukała kogoś innego, sama nie wiedziała kogo, ale z pewnością nie mnie. Kiedy uniosłem jej omdlewające ciało, a ona wtuliła się we mnie, poczułem przez chwilę dziwną potrzebę chronienia jej. Nie chciałem, by płakała, ale jednocześnie czułem złość, że sama się w to wszystko wpakowała. Wywoływała u mnie skrajne emocje. Nie lubiłem tego.

Do wieczora chodziłem jak struty, nie mogąc wyrzucić jej z głowy. Cieszyłem się na kolację w gronie najbliższych. Czas spędzony w szpitalu uświadomił mi, ile mam szczęścia. Moi bliscy czasami mnie wkurzali, ale miałem ich, i to było najważniejsze. Przeprosiłem Mikołaja za swój wybuch, ale wiedziałem w duchu, że nie był zły. Niejedną trudną sytuację razem przeżyliśmy. Dwa lata we wspólnej celi więziennej ujawniły nasze mocne, ale też słabe strony. W tym zimnym, przepełnionym negatywnymi emocjami miejscu staliśmy się dla siebie wsparciem. Znam go jak nikogo innego, tego byłem pewien.

— Mateo, jesteśmy głodni. — Mikołaj rzucił we mnie kawałkiem chleba.

— Jezu, jeszcze chwilkę. Jacy wy niecierpliwi. Na dobre danie trzeba poczekać, to nie bar szybkiej obsługi — powiedziałem, ciesząc się, że mogę znowu gotować. Lubiłem przyrządzanie potraw, tym bardziej że wszystkim zawsze smakowały.

— A kiedy będzie twoja siostra? Chciałbym posłuchać mądrych wywodów jej dzieciaków — powiedział Xawier, przytulając Ozi.

Spojrzałem na zegarek i sam się zastanawiałem, bo przecież to ona była jedyną punktualną osobą w tym gronie. Zacząłem się martwić. Podałem talerze znajomym, by nakryli do stołu.

— No, wreszcie coś do jedzenia — wycedził przyjaciel, a ja przewróciłem oczami z irytacją.

— Następnym razem sprawdzimy twoje umiejętności. — Poklepałem go i odwróciłem się, by wrócić do kuchni, ale przystanąłem oniemiały. W drzwiach pojawiła się moja siostra, lecz nie sama. Była z tą dziewczyną. Stałem jak wryty.

— Wujku, wujku, mamy na kolacji gościa! Jestem głodna, co zrobiłeś? Pokaż, co jemy? Nie przepychaj się, Nat, ja byłem pierwszy! — Dzieci mojej siostry przekrzykiwały się, a ja nawet nie drgnąłem, wpatrzony tylko w jedną osobę.

— Dzień dobry — powiedziała, z zakłopotaniem spuszczając głowę. Zauważyłem, że czuje się równie nieswojo jak ja. Choć patrząc na minę Mikołaja, nie byliśmy jedyni. Szok wymalowany na jego twarzy troszkę mnie rozbawił. Przez chwilę patrzył, jakby zobaczył ducha, ale szybko się otrząsnął.

— Witaj, ty pewnie jesteś Oliwia. Jestem Mikołaj. — Klepnął mnie w plecy, przechodząc obok, co natychmiast mnie otrzeźwiło. Wróciłem do kuchni i zacząłem nakładać jedzenie, nie zważając na to, co się właśnie wydarzyło. Co ona tutaj robi? Co wymyśliła Monika? Czułem w kościach, że to mi się nie spodoba. Słyszałem, jak przedstawiają się sobie po kolei, a we mnie się zagotowało. Dlaczego przyprowadza ją do mojego domu? Nie zna jej. Boże, jaka skrajna nieodpowiedzialność z jej strony. Zacisnąłem dłonie na blacie, patrząc przez okno, by choć trochę się uspokoić.

— Mateo, dołącz do nas! — krzyknął Xawier wyraźnie zadowolony. Mimo niechęci wziąłem talerz i ruszyłem do salonu. Zobaczyłem, że siedzi obok Moniki i potakuje, podczas gdy moja siostra co rusz coś do niej szepcze.

Na mój widok zapadła cisza. No super, właśnie tego teraz potrzebowałem. Konsternacji.

Wzrok wszystkich skierowany był teraz na mnie. Rozejrzałem się, a ona jako jedyna patrzyła w inną stronę, na swój talerz. Może i dobrze, łatwiej będzie przetrwać tę kolację.

— Widzę, że jazda konna dobrze ci zrobiła. — Uśmiechnął się drwiąco Mikołaj.

— Tak, a masz jakieś obiekcje? — Spojrzałem na niego z irytacją. Wiem, że może nie jestem spokojny, ale byłem, dopóki moja kochana siostrzyczka nie zaczęła odgrywać matki miłosierdzia.

— Gdzieżbym śmiał — powiedział i nałożył sobie dokładkę mięsa.

— Wujku, a czemu nie ma puddingu czekoladowego? — spytał Oskar.

— Jest waniliowy. Spróbuj, może polubisz. Jeśli ci nie zasmakuje, to następnym razem zrobię czekoladowy, a ten sam zjem. — Chwyciłem w dłoń deser i zacząłem udawać, że połykam go w całości.

— Nie! — krzyknęły jednocześnie dzieciaki.

— Czyli może być, tak? — spytałem, unosząc brew.

— Tak, wujku, nie jedz go — zapiszczała Natalka, patrząc to na deser, to na mnie.

Z zadowoleniem odstawiłem pudding na stolik obok i wskazałem na talerze, by zjedli to, co mają, a deser będzie spokojnie czekał, aż skończą.

— Wiesz, ciociu, wujek zrobił go sam, zresztą gotuje też sam, bez kobiety. Bo wujek nie ma kobiety, ale mama mówi, że to dlatego, że jest bredny — powiedziała swobodnie Natalka, a ja zakrztusiłem się jedzeniem. Spojrzałem na siostrę, a ona zaczerwieniła się i zrobiła przepraszającą minę.

— Kochanie, jedz, a jeżeli już powtarzasz moje słowa, to dokładnie. Powiedziałam: wybredny — dodała, pochylając głowę z uśmieszkiem.

— Wszystko wygląda niesamowicie — odezwała się nagle nieznajoma.

Nastała cisza, a wszyscy patrzyli na mnie, jakbym ja miał odpowiedzieć. To nie ja mam jej zapewnić atrakcję dzisiejszego wieczoru.

— Wiem — bąknąłem, choć nie wiem, dlaczego użyłem właśnie tego słowa.

— Mateo! — skarciła mnie siostra i pewnie miała rację. To było cholernie niemiłe.

— Chciałem powiedzieć, że mam nadzieję, że będzie wszystkim smakowało — dodałem i kontynuowałem jedzenie, próbując na nią nie patrzeć. Okazało się to jednak trudniejsze, niż początkowo myślałem. Czułem, że mnie obserwuje, a gdy tylko mój wzrok spotkał się z jej spojrzeniem, odwracała je.

— Chyba nie smakuje, skoro nic pani nie zjadła? — Wskazałem ręką talerz.

Denerwowało mnie, że wszyscy zawzięcie pałaszują, a ona nic nie tknęła i będzie głodna. Ale zamiast powiedzieć coś zachęcającego, znowu ją zaatakowałem. Nie wiem, dlaczego złość cały czas brała górę.

Nagle spojrzała prosto na mnie. Znowu te oczy, szmaragdowe. Nie widziałem takich, a miałem już trochę dziewczyn. Lubię patrzeć w oczy osób, z którymi rozmawiam, bo wtedy można wyczytać więcej. Więcej niż ze słów, wypowiadanych czasami w emocjach. Ona ewidentnie unikała mojego wzroku. Nie był to typ osoby bojowo nastawionej. Nie czuła się tutaj dobrze, co nie do końca mi odpowiadało. Powodowała u mnie mieszankę uczuć, a odkąd umarła Eliza, nie dopuszczałem tego do siebie. Panowałem nad emocjami.

— Prze… znaczy nie jestem głodna, proszę pana — powiedziała, a ja już wiedziałem, jakiego słowa nie chciała dokończyć. Nasze spojrzenia paliły siebie nawzajem. Wiedziała, że przeczytałem jej list. Czy specjalnie unikała tego słowa? Zaciekawiła mnie tym.

— Przestańcie tak się do siebie zwracać. Oliwio, to jest mój uparty brat Mateusz, ale nazywamy go Mateo. Braciszku, to jest Oliwia — wyrecytowała nagle Monika.

Spojrzałem na dziewczynę ponownie, tym razem dłużej. Nie wytrzymała mojego wzroku i odpuściła. Nie walczy, wycofuje się. Tak samo zrobiła trzy dni temu. Wycofała się.

— Ma pani dzieci? — spytała nagle Natalia, dzisiaj wyjątkowo bardzo rozmowna.

Zamarłem z kawałkiem chleba w dłoni. Wzrok wszystkich był skierowany na nią, mój także. Czekałem na jej odpowiedź.

— Nat, nie wolno tak wypytywać — skarciła ją matka.

— Nie, Moniko, odpowiem. To normalne pytanie, z reguły… — bąknęła zmieszana.

— Nie musisz — powiedziała łagodnie moja siostra, dotykając jej ramienia.

— Jesteś Natalka, prawda? — spytała w odpowiedzi Oliwia, na co mała usiadła prosto i potwierdziła, wyraźnie zadowolona, że jest teraz w centrum uwagi. — Parę dni temu zdarzyło się coś, co spowodowało, że chwilowo nie pamiętam, kim jestem i czy mam… znaczy, gdzie są moi bliscy. Z tego powodu nie wiem też, czy mam dzieci, ale jeżeli tak, to mam nadzieję, że tak śliczną córeczkę jak ty.

Zdumiała mnie jej reakcja i podejście do dzieci. Nat miała już w kieszeni. Potraktowała ją na równi z nami, co małej od razu przypadło do gustu.

— A ile ma pani lat? — spytał syn mojej siostry.

— Nie wiem, tego też nie wiem — powtórzyła i w jej oczach nagle pojawił się smutek.

— Dobra, łakomczuchy, pora na deser. — Klasnąłem w ręce, aby wywołać zamieszanie, a dzieci, zapominając o pytaniu, poderwały się i pobiegły do stołu po pudding. Kątem oka widziałem, że dziewczyna spojrzała na mnie z wdzięcznością. Nie podobało mi się, jak ją wypytywali. Zresztą nie chcę o niej nic wiedzieć. Zaraz zniknie i może wszystko wreszcie wróci do normy.

Dzieciaki pobiegły do kuchni. Monika odprowadziła je wzrokiem i stwierdziła, że chce ze mną porozmawiać. Wyprostowałem się, czując, że mi się to nie spodoba.

— Zamieniam się w słuch — odparłem.

— Zaproponowałam Oliwii, żeby zatrzymała się u ciebie… To znaczy u nas w domu do czasu, aż policja ustali jej tożsamość. Wiem, że to może cię zaskoczyć, ale… — Przerwałem jej, zrywając się nagle z krzesła i ruszając w stronę kuchni. Nie wierzyłem w to, co właśnie usłyszałem. Zwariowała, na pewno oszalała. Wrzucałem do zlewu jeden talerz za drugim, by zająć czymś ręce.

— Mateo, dlaczego tak się zachowujesz? — Siostra już stała przy mnie, ale o dziwo, nie krzyczała.

— Nie znasz jej! — wykrzyczałem.

— Ty też nie, więc dlaczego tak ją traktujesz? Nie znam ciebie takiego. Porozmawiaj ze mną i z nią, proszę — mówiła słodkim głosem. Spojrzałem w jej oczy i czułem, że zaraz eksploduję, ale dokładnie w tej chwili ktoś nam przerwał.

— Lepiej już pójdę, nie chciałam spowodować takiego zamieszania. Nie chcę być dla nikogo problemem.

Oboje spojrzeliśmy na dziewczynę.

— Nie, poczekaj! Mój brat jest zaskoczony, dlatego tak zareagował — powiedziała Monika, patrząc na mnie karcąco.

Stałem i milczałem. Tak, jestem zaskoczony, ale bardziej zły, że wprowadza do domu osobę, która jeszcze wczoraj zdecydowała się nie dzielić stołu z nikim.

— Moniko, dziękuję za wszystko, ale będzie lepiej, jeśli pójdę pod adres, który wskazano mi w sekretariacie szpitala. U zakonnic nie będę nikomu zawadzać, a tak jak mówiłaś, jak… znaczy… Gdy odezwą się moi bliscy, będzie po kłopocie. Wszytko wróci do normy.

Stała naprzeciwko mnie, a ja miałem nieodpartą ochotę ją przytulić. Cholera, oszalałem. Jej oczy były zaszklone i chyba tylko ja rozumiałem, co naprawdę miała na myśli. Nie wierzyła, że ktoś mógłby ją odnaleźć. Czytałem list, który napisała. Mówiła o bólu i cierpieniu, o „nim”. Kim był adresat listu?

Patrzyłem, jak bierze swoją torbę, którą przywiozłem jej do szpitala. To był cały jej dobytek.

— No, stary, nie znałem cię od tej strony. Kawał dupka z ciebie. — Mikołaj poklepał mnie po plecach.

— Odwal się! — Patrzyłem, jak rusza za nią i łapie ją za ramię. Przestraszyła się i spięła, więc ją puścił i pozwolił wyjść.

— Jesteś… ach, zresztą nieważne — powiedziała wzburzona Monika i miała rację. Dziewczyna nie zasługiwała na takie traktowanie. A ja, choć miałem swoje powody, powinienem zachować się inaczej.

Minąłem ich i wyszedłem za nią, ale dopiero po dłuższej chwili udało mi się dostrzec jej sylwetkę. Było ciemno, a ona szła dosyć szybko, potykając się na nierównościach. Pobiegłem, by ją dogonić, i złapałem za ramię. Natychmiast się odwróciła i uderzyła mnie torbą prosto w głowę, na co zapewne zasłużyłem. Musiałem nieźle ją wystraszyć.

— To ja, Mateo! — zdążyłem zawołać, ale zaraz padł kolejny cios. Rozbawiło mnie to, bo przecież mogłem ją przewrócić jednym ruchem ręki.

Patrzyła wprost na mnie, miała oczy pełne łez. Objęła się ramionami i ruszyła przed siebie. Nie prosiła, bym pozwolił jej zostać. Szła dalej, nie znając drogi. Zapadł już mrok, a droga była błotnista. Poza tym szła w złym kierunku, co znów mnie rozbawiło.

 

— Przystanek jest w przeciwną stronę — powiedziałem, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. To niesamowite, jak łatwo od złości przechodzę do rozbawienia.

W odpowiedzi zawróciła, minęła mnie ze wzrokiem wbitym w ziemię i szła dalej, ale już wolniej. Szedłem za nią ciekawy, co zrobi. Może to dziecinne, ale poznawanie jej w ten sposób było fascynujące. Najpierw nie prosiła, bym pozwolił jej zostać, mimo że nie miała nikogo. Teraz po prostu szła w nieznane. Z jednej strony można było stwierdzić, że się nie boi, skoro brnie do przodu, ale z drugiej w jej oczach można było wyczytać przerażenie.

— Nie musi mnie pan eskortować, sama trafię do wyjścia za posesję — powiedziała, a ja stanąłem jak wryty. Woli uciekać niż stawić czoła problemom. Wycofuje się. Mogła mnie przekonać, ale nie zrobiła tego. Ucieka.

— Zawsze uciekasz? — spytałem nagle, co ją zatrzymało.

— Nie wiem — odrzekła, a mnie ukłuła ta odpowiedź. Fakt, nie wie. Nie wie, co jest dla niej typowe. Tak jakby człowiek na nowo odkrywał siebie.

— A co wiesz, Oliwio? — spytałem, zbliżając się do niej, aż stanąłem tuż za jej plecami.

— Że nienawidzi mnie pan za to, co chciałam zrobić, i proszę mi wierzyć, ja również nie czuję z tego tytułu do siebie sympatii, więc zakończmy te udręki — odpowiedziała drżącym głosem i znów ruszyła przed siebie.

— Nie nienawidzę cię, jestem zły — wyjaśniłem szczerze.

Odwróciła się, a jej oczy były zamglone od łez. Zabolało mnie to, a złość ustąpiła frustracji. Ruszyłem w jej kierunku, chcąc wziąć ją w ramiona i przytulić, ale właśnie wtedy jej oczy się zamknęły i ciało opadło bezwładnie. Nie ważyła za wiele. Złapałem ją, odgarnąłem włosy z jej twarzy i niosłem w stronę domu.

— Proszę mnie zostawić, poradzę sobie — powiedziała, gdy nagle się ocknęła.

— Właśnie widzę, że chyba jednak musisz coś zjeść — powiedziałem, przypominając sobie, że nie tknęła kolacji. Po szpitalnym wikcie można było się spodziewać takiego obrotu spraw. Zobaczyłem biegnącą w naszym kierunku Monikę.

— Jezu, co się stało? Oliwio, jak się czujesz?

— A jak ma się czuć, przecież nic nie jadła. Przygotuj pokój, by miała gdzie odpocząć — poprosiłem siostrę. Obydwie utkwiły we mnie wzrok. Czułem, jak Oliwia się rozluźnia. Wydało mi się to dziwne, bo przecież przed chwilą przyznałem, że jestem na nią zły.

Położyłem ją na łóżku w pokoju, który znajdował się obok mojego. Zapewne siostra już wcześniej przemyślała ten ruch. Znała mnie lepiej niż ja sam. Wiedziała, że nie pozwolę żadnej kobiecie wracać samej wieczorem.

— No, stary… — Klepnął mnie Mikołaj. — Skoro ty tak podrywasz kobiety, to już się nie dziwię, że wciąż jesteś sam.

W odpowiedzi tylko spiorunowałem go wzrokiem i wyszedłem. Musiałem, dusiłem się w tej atmosferze. Na szczęście było miejsce, w którym mogłem się rozluźnić — stajnia. Konie to wdzięczne zwierzęta. Jeśli o nie zadbasz, po stokroć to odwzajemnią. Usiadłem na schodach stajni i patrzyłem przed siebie. Ostatnie dni ciągle przywoływały wspomnienia, które już głęboko zakopałem. Pamięć o niej bolała dalej, może już mniej, ale jednak.

— Dlaczego tak jej nie lubisz? — Z ciemności wyłoniła się postać siostry.

— Nie wiem.

— Od wczoraj zachowujesz się bardzo dziwnie, o co chodzi? Nie dajesz jej spokoju, odkąd przywiozłeś ją do szpitala — mówiła, a ja wiedziałem, że będzie drążyła, ale nie miałem ochoty rozmawiać na ten temat.

— Jestem zmęczony i tyle. — Próbowałem ją spławić.

— Nie, to nie to. Denerwujesz się przy niej, dlaczego? Ona jest najmilszą osobą, jaką znam.

— No faktycznie długo ją znasz — prychnąłem rozbawiony.

— No dobra, może nie za długo, ale jest w niej coś takiego, że ufam jej, tak jak zaufałam Elizie, gdy tylko ją przywiozłeś.

Zapadła cisza, a moje ciało wypełniło cierpienie. Siostra pogładziła mnie po ramieniu.

— Nie porównuj ich nigdy więcej, rozumiesz? Eliza nie była egoistką, nie zostawiłaby nikogo ot tak. Chciała żyć, a ta dziewczyna tak po prostu chciała sobie życie odebrać — powiedziałem przez zaciśnięte zęby.

— Nie znasz powodu, jesteś niesprawiedliwy — ciągnęła Monika.

— Ja niesprawiedliwy? To twój Bóg jest niesprawiedliwy. Kochałem Elizę, chciałem założyć rodzinę, mieć z nią dzieci, a on mi ją odebrał — mówiłem, czując, jak w moich oczach pojawiają się łzy. Otarłem je. Nie znosiłem siebie takiego.

— Ta dziewczyna nie jest winna temu, co się stało. Nie wiem, dlaczego jedni chcąc żyć, a inni nie, ale nie wyobrażam sobie, by podjęła tę decyzję ot tak. Ona nie wołała o pomoc. Poszła tam, tak jak mówiłeś, w konkretnym celu. Była sama, w ciemności i podjęła próbę tak drastyczną, że nie umiem wyobrazić sobie, co czuła. Co ją do tego zmusiło. Nie zastanawiałeś się nad tym?

— A nad czym tu się zastanawiać? Chciała odejść i wybrała taki, a nie inny sposób. — Wstałem, bo czułem, że dłużej nie usiedzę w miejscu.

— Nigdy nie oceniałeś ludzi z taką łatwością, jak zrobiłeś to w stosunku do tej dziewczyny. A co, jeżeli się mylisz? Jeżeli nie jest egoistką, tylko wystraszoną i pełną bólu osobą, która na dodatek znalazła się wśród obcych ludzi? Nie wiem dlaczego, ale myślę, że ona kryje w sobie coś, co umysł wymazał z pamięci po tym, jak nie udała jej się próba samobójcza. Jako pielęgniarka niejednokrotnie byłam świadkiem wielkiego cierpienia i patrząc w oczy Oliwii, widzę je. Cierpienie jest nieodzownym elementem życia każdego z nas, ale czasami jego ciężar może powalić na kolana. Właśnie wtedy ważne jest, by człowiek mógł odetchnąć, i to może być ten moment w jej życiu.

— Czy ty się przypadkiem nie minęłaś z powołaniem? — Spojrzałem na nią, analizując jej słowa.

— Może. Nie wiem, ale jeżeli zadziałało, to cieszę się, że mogę spokojnie wracać do męża bez obawy, że się pozabijacie — powiedziała i dała mi kuksańca w brzuch, wywołując uśmiech.

— Ja bym nie ryzykował! — krzyknąłem, a ona tylko pomachała mi na pożegnanie.