Dziewczyna z Ajutthai

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczyna z Ajutthai
Dziewczyna z Ajutthai
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Dziewczyna z Ajutthai
Dziewczyna z Ajutthai
Audiobook
Czyta Joanna Derengowska
19,99  14,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Joanna pamiętała dokładnie dzień, w którym jej matka miała drugą operację. W zasadzie miał to być taki mały zabieg, „przycięcie”, jak nazywał to lekarz, lecz dziewczyna drętwiała ze strachu. Przekraczanie progu szpitala onkologicznego na Ursynowie było dla Joanny traumatycznym przeżyciem. Już samo słowo „onkologia” budziło w niej grozę. Wydawało jej się, że powinno się je wypowiadać szeptem, by nikt go nie słyszał.

Dziewczynę przerażała ogromna liczba bladych, jakby nieobecnych duchem osób, krążących po korytarzach oddziałów, których nazwy kojarzyły się z bólem i brakiem nadziei. Tajemnicze strzałki na ścianach parteru z podpisem „Droga pacjenta” wyglądały niczym wskazówki kierujące do Hadesu. Kamienna wieża rozpaczy – z tym kojarzył się jej ten szpital, choć wiedziała, że dla wielu jest zbawieniem, bo daje możliwość powrotu do życia.

Gdy w pochmurny październikowy dzień siedziała na szpitalnym krzesełku, czekając, aż skończy się operacja jej mamy, serce podchodziło jej do gardła. Zerwała się, nie mogła usiedzieć w jednym miejscu. Jest dziesięć po jedenastej... już powinno się skończyć – myślała. Pobiegła na drugie piętro i stanęła pod dużymi drzwiami z napisem „Blok operacyjny. Wstęp wzbroniony”. Poczuła suchość w ustach.

Zajrzała do środka przez wąską szybkę. Najpierw nie mogła nic dostrzec, po chwili jednak zobaczyła wystający zza winkla kawałek szpitalnego łóżka i czyjeś nogi w białych, antyzakrzepowych pończochach.

Była pewna, że to mama! Poznała ją po okrągłych kształtach. Serce waliło jej jak oszalałe. Niech nogi się poruszą! Muszę wiedzieć, że wszystko jest dobrze.

Nagle z impetem rozwarły się drzwi i w świetle korytarza ukazała się młoda pielęgniarka.

– Co pani tu robi? – spytała zdziwiona.

– Czekam – wydukała Joanna. – Moja mama, ta z czwartego piętra, miała mieć operację na pierś... Nie wie pani, czy jest już po?

Nie wytrzymywała napięcia. Nagle, bez żadnej kontroli, po jej policzkach zaczęły spływać łzy.

– Hanna, czy tak ma na imię pani mama? – spytała łagodnie pielęgniarka. – Zabieg niedługo się zacznie. Akurat to ja wiozłam pani mamę na blok. Jest w dobrej formie. Nie trzeba płakać. Przecież to nie jest operacja ratująca życie – tłumaczyła.

Moja mama jest moim życiem – kołatało się w głowie Joanny.

– Chce pani coś na uspokojenie? – spytała pielęgniarka.

– Nie, nie, dziękuję – wyszeptała.

– To proszę tu nie stać. Nic tu po pani. Lepiej przyjść za dwie godziny.

Pielęgniarka odwróciła się i zniknęła za zakrętem korytarza.

Joanna została sama. Nie próbowała już nawet powstrzymywać szlochu. Słone grochy spływały po twarzy niepohamowanym strumieniem.

W korytarzu pojawił się ojciec. Gdy podszedł, wtuliła się w niego jak mała dziewczynka. Głaskał ją delikatnie po włosach. Stali tak dłuższą chwilę, nic nie mówiąc do siebie.

Po trzech godzinach pielęgniarki przywiozły matkę na oddział. Na widok zapłakanych oczu córki starsza pani łagodnie się uśmiechnęła.

Teraz już będzie wszystko dobrze – zaklinała los Joasia. Ta historia mogła mieć tylko dobre zakończenie, inne nie mieściło jej się w głowie.

Na szczęście od tamtej pory wyniki kontrolne mamy były bez zarzutu.

A teraz to Joanna musiała zadbać o siebie, by nie martwić mamy. Ze względu na jej chorobę była genetycznie naznaczona, więc nie mogła ignorować niepokojących symptomów. Wykonała szybki telefon do kliniki i umówiła się na wizytę lekarską. Chciała to mieć za sobą przed zaplanowanym na za dwa tygodnie wyjazdem do rodziców w góry.

Sieć prywatnych przychodni, do których abonament wykupiła dla Joanny była firma, działała sprawnie i dziewczyna już po dziesięciu dniach mogła odebrać wynik badania.

Ze swoją nienaganną figurą i pięknymi rudymi włosami, opadającymi delikatnie na ramiona, wyglądała prawie jak modelka, która przyszła dowiedzieć się, czy wygrała casting do nowej reklamy perfum, a nie jak potencjalna chora. Jej głos jednak drżał, gdy zwracała się do recepcjonistki.

– Chciałabym odebrać wynik biopsji – powiedziała.

– Bardzo proszę. – Panienka z profesjonalną uprzejmością podała jej białą kopertę.

Joannę przeszedł dreszcz. Nienawidziła tego momentu. Wiedziała, że ta chwila może zaraz okazać się TĄ, po której nic nie będzie już takie samo. Kilka sekund trzymała kopertę w ręce, po czym otworzyła ją zdecydowanym ruchem. Przebiegła nerwowo wzrokiem po wydrukowanych zdaniach.

– Dziękuję pani, bardzo dziękuję. Jest pani cudowna! – zwróciła się z szerokim uśmiechem do dziewczyny siedzącej za kontuarem.

Miała uczucie, jakby ta drobna blondynka była jej aniołem stróżem.

Zmierzając w stronę wyjścia, Joanna zobaczyła młodą kobietę wtuloną mocno w pierś chłopaka. W dłoni trzymała taką samą białą kopertę. Płakała. Czyżby jej anioł gdzieś się zawieruszył?

Rozdział 3

Spotkanie

Zakopane jest cudowne o każdej porze roku – pomyślała Joanna, rzucając podróżną torbę na łóżko w gościnnym pokoju. Ma wszystko, co potrzeba – surowość gór, życzliwość mieszkańców połączoną z ich żywiołowym temperamentem, światowość Teatru Witkacego i lokalny smak oscypków. Kochała to miasto.

Jej rodzice przenieśli się tu z Warszawy dwa lata temu, by w pięknym otoczeniu dożyć kresu swych dni... Kupili drewniany góralski dom z tarasem, z którego rozpościerał się widok na Giewont. Pachniało w nim żywicą i drożdżowym ciastem. Dziewczyna uwielbiała tu przyjeżdżać, ale dotąd zwykle nie starczało jej na to czasu.

Górski klimat służył rodzicom. Mama była w świetnej formie. Niemal zapomniała o operacji i naświetlaniach, jakie przeszła jeszcze w Warszawie. Wciągnęła ją nauka góralskiej kuchni. Za punkt honoru postawiła sobie, że dorówna w pieczeniu kiszki swoim nowym sąsiadkom. Ojciec, wieloletni pracownik Instytutu Fizyki Jądrowej PAN-u, podleczył tu astmę. Ku zaskoczeniu całej rodziny, zaczął pisać kryminały. Póki co do szuflady, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało.

Joanna zeszła do kuchni, w której krzątała się jej matka.

– Tak się cieszę, że przyjechałaś. Pokaż mi tę swoją śliczną buźkę. – Mama ujęła w dłonie twarz dziewczyny. Zawsze lubiła jej się tak przyglądać, gdy córka była mała. – No, co tam, już dobrze? Czy ciągle przeżywasz? – dopytywała. – Kochanie, to tylko praca. Jesteś taka zdolna, znajdziesz jeszcze lepszą.

– Wiem, mamo, jednak nie jest łatwo przeboleć, że ktoś ci wylał na głowę pomyje. Gdyby ciebie zdradziła dobra koleżanka, to.... Ale, co tam, szkoda o tym gadać. – Machnęła ręką. – Przynajmniej mogłam w końcu przyjechać do was na dłużej – powiedziała to prawie radośnie.

– Właśnie. Teraz będziesz miała więcej czasu, to może w końcu rozejrzysz się za jakimś chłopakiem. Chciałabym się doczekać wnuków.

– Oj, mamo, obiecaj, że o tym nie będziemy rozmawiać. – Joanna się skrzywiła.

– Cześć, siostra! – przerwał rozmowę przystojny siedemnastolatek, który wparował do kuchni.

Za nim wszedł ojciec. Gdy zobaczył Joannę, jego twarz się rozpromieniła. Spojrzenia tych dwojga mówiły, że są sobie bardzo bliscy.

W przeszłości ich relacje nie zawsze były łatwe. Joasia jako nastolatka buntowała się, chciała swobody. Ojciec zaś długo nie umiał zaakceptować pryszczatych chłopaków przesiadujących w jej pokoju, nie pojmował, że ona nie należy już tylko do niego. Była jego królewną, ukochaną córeczką, która za szybko dorosła. Do porozumienia doszli dopiero pod koniec jej studiów, gdy dziewczyna wyjechała na stypendium do Rzymu. Była zbyt daleko, by mógł się wtrącać, a ona z oddali potrafiła lepiej go zrozumieć.

Do dziś liczyła się ze zdaniem ojca. Pozostał najważniejszym mężczyzną w jej życiu.

Był jednak jeszcze ktoś, kto w ostatnim czasie często zaprzątał jej myśli. Nawet wtedy, gdy stała na kamienistym czubku Sarniej Skały i napawała oczy niezwykłym widokiem okolicznych dolin i szczytów, wspominała Mateusza. Był dla niej zakazanym owocem i może to ją tak nęciło. Odnajdywała w pamięci miłe jej sercu obrazki: widziała przymrużone brązowe oczy, silne ramiona, niesfornie opadającą na czoło grzywkę. I wcale nie martwiło jej to, że być może już nigdy nie spotka ich właściciela. Podniecała ją sama myśl, że mogłoby być inaczej, a wiedząc, że jest to tylko piękna mrzonka, czuła się bezpiecznie. Joanna lubiła igrać z samą sobą, rozpalać wewnętrzny ogień, by potem szybko go gasić. Związki stworzone w wyobraźni udawały jej się o wiele lepiej niż te rzeczywiste.

Na tym wzniesieniu, wysoko nad światem, wcale nie czuła się samotna. Jej wzrok ślizgał się po Czerwonej Przełęczy, po leśnym obramowaniu Doliny Spadowiec, by w końcu zatrzymać się na ukochanym Giewoncie. To miejsce znajdujące się jakby w środku chmur, niezmącone żadnymi odgłosami, nadawało się idealnie do snucia ponętnych wizji. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz było jej tak dobrze. Chętnie zostałaby tu dłużej i poszukała dębika ośmiopłatkowego, rosnącego na wapiennym podłożu, albo znaków wyrytych na skałach przez dawnych poszukiwaczy skarbów, ale wyraźnie zbierało się na deszcz.

Muszę schodzić – stwierdziła. Tata prosił, żebym była rozsądna – pomyślała z czułością. Jej twarzy dotknęły pierwsze krople. Po chwili rozpadało się na dobre. Kamienie przy zejściu ze stromo wznoszącego się wierzchołka stały się śliskie. Joanna przytrzymywała się wystających z ziemi korzeni krzewów oraz głazów i ostrożnie przeszła najtrudniejszy odcinek, na którym – jak słyszała – niedawno straciła życie mniej ostrożna turystka.

Dalej trasa była prosta. Dotarła do domu po dwóch godzinach.

– Siostra, nie chodzi się po górach bez komóry – zganił ją od progu brat.

Spojrzała na niego rozbawiona. Był dla niej kimś szczególnym. Drugie dziecko przytrafiło się jej rodzicom, gdy już się tego nie spodziewali. Nic więc dziwnego, że Kuba był traktowany przez całą rodzinę jak dar od losu. Choć z Joanną dzieliła ich duża różnica wieku, świetnie się rozumieli. Ona znała wszystkie sekrety brata, on zaś liczył się z jej zdaniem.

 

– Masz rację, braciszku. Przepraszam, że byłam taka nieroztropna. Obiecuję poprawę.

– No cóż, ominęło cię chyba coś ważnego. – Kuba zrobił tajemniczą minę.

– Dzwonili z mojej firmy i błagali, bym wróciła, bo beze mnie biznes się wali? – zażartowała.

– Nie, moja droga. Ktoś tu był, a ja nie mogłem cię zawiadomić. No, a gość się okrutnie spieszył. Od razu widać, że z twojej roboty. U was pewnie wszyscy tacy zarobieni.

A jednak przyjechał – pomyślała Joanna i na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Mówiła Mateuszowi, gdy zadzwonił do niej po długim okresie milczenia, że wybiera się do Zakopca, ale nie myślała, że ją odwiedzi.

– Ja już tam nie pracuję, więc jak widzisz, nigdzie się nie spieszę – przekomarzała się z bratem. – Zostawił wiadomość? Gdzie się zatrzymał?

– Jeśli mi o nim nie opowiesz ze szczegółami, to już ci nic więcej nie zdradzę. – Twarz Kuby przybrała szelmowski wyraz.

– Mój drogi, po pierwsze, nie ma nic do opowiadania, a po drugie, gadaj mi tu zaraz, bo jak nie, to cię wytarmoszę!

Joanna rzuciła się wesoło w stronę brata, który zaczął uciekać. Gonili się chwilę wokół dużego drewnianego stołu, po czym oboje padli na kanapę.

– No dobrze, droga Julio. – Kuba przybrał oficjalny ton. – Twój zapracowany Romeo wpadł do Zakopca tylko na trzy godziny i musiał rychło wracać na jakąś kursokonferencję do miasta Kraka. Sądząc z jego posępnego oblicza, był załamany, że cię nie zastał. Prosił, żebyś użyła wynalazku obecnych czasów lub telepatii i czym prędzej połączyła się z jego skromną osobą.

– O, taki skromny to on chyba nie jest. – Zaśmiała się.

– Ha, wiedziałem, że łączy was lubieżna namiętność!

Niestety nie – pomyślała Joanna, ale nie powiedziała tego głośno.

Pobiegła do swojego pokoju i odnalazła porzuconą między książkami komórkę.

– Mateusz, dlaczego wcześniej nie zadzwoniłeś? – spytała, gdy tylko połączyła się z mężczyzną.

– Chciałem ci zrobić niespodziankę. Nie wiedziałem, że jesteś taką taterniczką.

– A co? Myślałeś, że objadam się lodami na Krupówkach i robię sobie zdjęcia z misiem? – Głos Joanny brzmiał łagodnie.

– Nie wiem, nic nie myślałem. To było spontaniczne. Mieliśmy pół dnia przerwy, bo nie dojechał jakiś facet, który miał prowadzić warsztaty, więc wsiadłem w samochód i już. Miałem nadzieję, że załapię się na tego oscypka, na którego zapraszałaś.

– No, to musisz przyjechać jeszcze raz. Będzie z żurawiną mojej mamy, pyszny – kusiła.

Nagle bardzo zapragnęła go zobaczyć. Pieszczoty, którymi obdarzała go w wyobraźni, przestały jej wystarczać.

– Nie dam rady, mam kupę roboty. Gruby i tak się mnie ostatnio ciągle czepia. Wiesz przecież, jak to jest...

– Hm, jeszcze niedawno wiedziałam, ale teraz to wszystko wydaje mi się coraz mniej realne. Nareszcie zaczynam przypominać sobie, co to wolność. Wiesz, jak cudownie jest w górach...

– Tak, ale ja muszę zarobić... – Nie dodał na kogo i na co, by nie spłoszyć Joanny. Ta rozmowa układała się tak dobrze. – Joasiu, a może ty byś mnie odwiedziła, jak będę w krakowskim oddziale? – Zaryzykował. – Moglibyśmy spokojnie pogadać, trochę ze sobą pobyć.

– Nie wiem, Mateusz, nie wiem. Przecież to nie ma sensu. – Nagle spoważniała.

– A ja sądzę, że niektóre rzeczy po prostu muszą się wydarzyć i nie trzeba się przed nimi bronić. Pomyśl o tym. Zadzwonię.

Joanna nie chciała o tym myśleć, dobrze wiedziała, że znajomość z Mateuszem musi skończyć się fiaskiem, a jednak się uśmiechnęła. Czyżby lubiła ślepe uliczki?

Jedno było pewne, kochała góry. Minęły już trzy tygodnie, odkąd przyjechała do Zakopanego. W domu rodziców Joanna czuła się bezpiecznie, nie dawała jej jednak spokoju myśl, że już czas, by zainteresować sobą jakiegoś pracodawcę. Początkowo łudziła się, że zadzwoni do niej skruszony prezes. Nie mogła uwierzyć, że firma może funkcjonować bez niej. Nic takiego jednak się nie stało. Pewnie Monika zawróciła mu już całkiem w głowie i wprowadziła swoje rządy...

Pomiędzy górskimi wędrówkami Joanna obliczała, na jak długo starczą jej oszczędności. Raty kredytu zaciągniętego na mieszkanie stanowiły poważne obciążenie jej budżetu. Przeglądała internetowe oferty pracy, ale niewiele było takich, które ją interesowały. Gdy na wysłane zgłoszenia nie przychodziły żadne odpowiedzi, zdarzały jej się okresy paniki.

Oj tak, rozpieszczona dziewczyno – kpiła w myślach sama z siebie – niełatwo ci będzie zrezygnować z miękkiej skóry bmw, drogich marek perfum i kremów, z cudownych dłoni masażysty i innych drobnych, lecz kosztownych przyjemności. Czasem przed zaśnięciem widziała, jak otwiera drzwi pustego mieszkania. Nie było w nim żadnych mebli, tylko kwiaty w donicach – wszystkie uschnięte. Wtedy czuła, że strach ściska ją za gardło jeszcze mocniej.

Wytchnienie przynosiło jej rozmyślanie o Mateuszu. Wyobrażała go sobie, jak bryluje na spotkaniach sprzedaży. Stał przed swoim zespołem – stanowczy, z podniesioną głową. Miał w sobie coś takiego, że trudno było oderwać od niego wzrok, wypełniała go męska siła, która urzekała Joannę. Kiedyś wracali zatłoczonym pociągiem ze szkolenia, które odbywało się nad morzem. Siedzieli tak blisko siebie... Ich ręce stykały się mimo woli. Łaskotały ją jego włoski. Odurzał ją zapach wody kolońskiej. Miała straszną ochotę położyć mu głowę na ramieniu i tak wtulona odbyć całą podróż. Musiała się jednak mieć na baczności, bo z korytarza dochodził tubalny głos Grubego, a korpo nie toleruje zbyt bliskich stosunków między pracownikami. Więc tylko westchnęła i ścisnęła uda. Zresztą często spinała poślady, bo taka była firmowa moda.

– Panienka na urlopie? – zagadnął Joannę młody, rosły góral z kostropatą twarzą. Był to sąsiad rodziców.

Stał przy płocie i patrzył, jak dziewczyna porządkuje ogród.

– Można tak powiedzieć. – Uśmiechnęła się krzywo.

Chciała zająć się swoją pracą, ale mężczyzna miał wyraźnie ochotę na pogawędkę.

– Ja to nie znoszę urlopu – wyznał. – Ostatni raz próbowałem tego trzy lata temu. To prawdziwa mordęga.

– Naprawdę? – Joanna się zdziwiła.

– Pierwszego dnia chciałem się wyspać, ale gdzie tam, obudziłem się o piątej rano. Potem piję kawę i myślę: co tu robić? No, przecież nie będę z mamuśką w domu siedział. Zaraz do jakichś babskich robót mnie zapędzi. Może na ryby pójdę, dumam, ale przypomniało mi się, że w naszym strumyku już dawno ryb nie ma.

– Jednak czasem trzeba odpocząć. Jak się tego nie robi, to człowiek zaczyna się fizycznie i psychicznie rozpadać – stwierdziła Joanna.

– Oj, sąsiadka gada jak moja mamuśka. Ona toby najchętniej nad Bałtyk pojechała. Daleko, to fakt, ale raz byliśmy i strasznie jej się spodobało. A mi to się słabo robiło od tej ludzkiej masy. Tam wszędzie wielkie brzuchy. Toczy się takie panisko po piachu, ale najpierw widać jego pępek, napompowany piwskiem balon, a potem bardzo długo nic i dopiero dupsko idzie.

– Ha, ha. To prawda. – Joanna się uśmiała.

– Ja tam ci wolę po naszych górach hasać. I patrzaj, pani, jaki ze mnie zgrabny chłopak! – Sąsiad wciągnął brzuch i naprężył mięśnie.

– To fakt, nie ma to jak górskie spacery. Ja też zaraz lecę „Ku Dziurze”.

– Oj, świntuszka z pani! – Kostropaty góral się zaśmiał. – Niech no tylko sąsiadka na wilki uważa, szczególnie na te w ludzkiej skórze. A jakby kiedy chciała, żebym jej towarzyszył, to wystarczy przez płot zawołać.

– Dzięki, na razie potrzebuję trochę samotności – odparła uprzejmie Joanna i złapała za łopatę.

Postanowiła zakończyć obierającą niebezpieczny kierunek rozmowę. Pomógł jej w tym brat, który pojawił się w ogrodzie i odciągnął ją na taras pod pretekstem wspólnego wypicia zsiadłego mleka.

– Siostra, widziałem przez okno, że miałaś rwanie – śmiał się Kuba.

– To fakt, już się zastanawiałam, czy nie skorzystać – zażartowała dziewczyna.

– A trzeba było. Antek Gąsienica to świetna partia. Te wszystkie pola, aż hen, do lasu, należą do niego. – Brat zatoczył krąg ręką. – Tyle tylko że chłopak strasznie nierobotny. Ciągle go widzę, jak na ganku siedzi i fajkę kurzy. Musiałabyś sama owieczki wypasać.

– To ciekawe. Mi mówił, że go nudzi odpoczynek.

– W takim razie musi być strasznie znudzony. I pewnie dlatego się za warszawianką ogląda. – Kuba wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Ach, ty małpiszonie! – Joanna dała kuksańca bratu.

Przez kolejne dni starała się unikać młodego sąsiada. Chłopak kilka razy próbował ją wciągnąć w dyskusję przy ogrodowym płocie, zawsze jednak znajdowała dobrą wymówkę, by uciec do swoich zajęć. Antek Gąsienica był wyraźnie zawiedziony. Humor poprawiał sobie pykaniem fajeczki i wielogodzinnym przyglądaniem się chmurom.

Joannę zaś kusiło, oj kusiło, męskie towarzystwo, tylko nieco inne.

– Przyjadę. Gdzie się spotkamy? – Jej głos był trochę niepewny, choć wiedziała, że podjęła już decyzję.

– Będę w hotelu „Pod Herbami”. Tam jest miła knajpka. Zjemy coś, a potem zobaczymy. Nie mogę się doczekać – wyszeptał Mateusz.

– Wiesz, że źle robimy? – spytała z wahaniem.

– Zawsze byłem pewien, że to tylko kwestia czasu. Joannę drażniła jego pewność siebie. Przez sekundę zastanawiała się, czy nie zrezygnować ze spotkania, ale zbyt mocno pragnęła poczuć zapach mężczyzny.

– Jeśli nie ucieknę, to będę o ósmej – obiecała.

– Tym razem na pewno cię dogonię.

Wieczorem zaparkowała pod hotelem. Czuła się trochę jak złodziej. Przez całe życie sztywno trzymała się zasady, by nie zadawać się z żonatymi. Jeszcze miała nadzieję, że może nic się nie zdarzy, może zdoła się oprzeć emocjom. Tylko czy na pewno tego chciała?

Restauracja była przytulna. Mateusz zamówił wino. Na początku rozmowa się nie kleiła. Kiedyś z zapałem dyskutowali o pracy, projektach, nowych strategiach. Gdy teraz opowiadał jej o sprzedaży i klientach, Joanna nagle poczuła się zmęczona. Miała wrażenie, że jest z innego świata. Zapytała, jak się miewa jego synek. Odpowiedział niechętnie. Tego wieczoru nie chciał pamiętać o rodzinie.

Wino zrobiło swoje. Śmiali się coraz głośniej. On położył rękę na jej dłoni. Dziewczyna spostrzegła, że jego palce są grube, trochę nieporadne. Jakby nienależące do kompletu...

W windzie zaczęli się całować, namiętnie, zachłannie. Joanna miała wrażenie, że jadą coraz szybciej. Winda mogłaby się wcale nie zatrzymywać. Niech zawiezie ich do nieba albo jeszcze dalej, gdzie już nic nie będzie ważne, gdzie ona nie będzie tą cholerną trzecią.

Gdy weszli do pokoju, w jej głowie zapaliła się czerwona lampka. Czuła, że stąpa po krawędzi i zaraz spadnie w przepaść. Mogłaby jeszcze uciec. Ale nie miała już siły. Było zbyt dobrze. Mateusz przywarł do niej całym ciałem. Za nią była tylko ściana. Jego usta kąsały jej szyję. Jedna dłoń łapczywie sięgnęła do piersi chronionej przez pancerz stanika. Druga wkradła się między jej uda. Za szybko, wszystko za szybko – wzdrygnęła się w duchu. Wiedziała jednak, że jego ogień nie zgaśnie, póki się nie wypali do końca, do ostatniej iskry.

– Jak lubisz? – Usłyszała jego szept.

Delikatnie, opuszkami palców – chciała powiedzieć, ale on nie czekał na odpowiedź. Popchnął ją na hotelowy tapczan i wbił się w nią mocno. Rozporządzał jej ciałem, jakby od zawsze należało do niego. Było ciemno i znowu samotnie.

– Zrobiłem to – wyszeptał Krzyśkowi Mateusz podczas przerwy w służbowym spotkaniu.

– Co zrobiłeś?

– Wczoraj była moja, od koronkowych majteczek po sam czubek czarnych rzęs.

– Kto? Joanna?

– A kto inny? Ma świetny tyłek, ale nie jest tak gorąca, jak myślałem. Musiałem się ostro natrudzić, by ją rozluźnić.

– Może raczej ty nie jesteś takim ogierem, jak ci się wydaje – żachnął się Krzysiek. Czuł, że wzbiera w nim złość. – I co będzie dalej? Podwójne życie?

– Dobre pytanie. Byłem pewien, że z Aśką to coś ważnego, ale teraz sam nie wiem...

– Jasne, miałeś po prostu ochotę ją przelecieć, i tyle! – burknął kumpel.

– Chyba nie uważasz mnie za takiego dupka...? Nadal o niej myślę... Czasem.

Krzysiek spojrzał na Mateusza z niedowierzaniem. W jego oczach pojawiło się coś na kształt żalu.

***

Iza często pisała SMS-y. Lubiła wysyłać krótkie liściki, które błyskawicznie docierają do nadawcy. Od pewnego czasu co wieczór przed snem pisała kilka słów do Joanny. Te SMS-owe rozmowy stały się ich rytuałem.

 

Zazdrościła przyjaciółce wolności. Sama miała każdy dzień co do minuty, a nawet sekundy, wypełniony sprawami. Rano pędem zawoziła dzieci do szkoły, potem biegła na spotkania z klientami, służbowe lunche, czasem na konferencje prasowe lub wieczorne eventy. Gdyby nie świetna niania, która od dawna opiekowała się dziewczynkami, nie poradziłaby sobie z tym wszystkim.

Z Tomaszem stosunki były nadal chłodne i ograniczały się głównie do spraw związanych z dziećmi. Od czasu do czasu mąż pytał Izę, co mógłby dla nich zrobić. Złościło ją to bardziej, niż gdyby w ogóle nie zadawał tego pytania. Pragnęła, by o nie zabiegał, by przejawiał inicjatywę, a Tomasz jak zwykle chciał, by żona podała mu rozwiązania na ładnie przystrojonym talerzu.

– Pomalowałam w weekend pokój Zosi – pochwaliła się Joannie podczas ostatniej rozmowy.

– Tak? To fajnie. – Przyjaciółkę cieszyło, że Iza powoli odżywa.

– Wybrałyśmy z dziewczynkami kolor farby, wyrazisty ciemnożółty. Tomasz by się nigdy na taki nie zgodził. Do tego jedna ściana różowa – mówiła z wyraźną satysfakcją. – To było wielkie malowanie. No i przemeblowałyśmy pokój całkowicie! Zosia jest zachwycona. A ja się cieszę, że zrobiłam to sama, bez niego... Że potrafię.

– No widzisz. Ty wszystko potrafisz – skwitowała Joanna.

– Niby tak, ale cały czas wyobrażam sobie nas w komplecie. Boję się...

– Ciągle chcesz, żeby wrócił?

Iza przez dłuższą chwilę milczała, jakby nie mogła znaleźć odpowiedzi. W końcu rzekła:

– Wiesz? Zapisałam się na terapię. Zaczynam powoli rozumieć, że jestem od Tomka uzależniona. Jak jakiś cholerny alkoholik od flaszki. To wszystko jest bez sensu. Niby rozumiem, że obcowanie z nim mnie wykańcza, ale ciągle go pragnę, jak kretynka.

– A ja mocno wierzę w twoje uzdrowienie. Tomasz nie dorasta ci do pięt i nie jest ci do niczego potrzebny.

– Dam ci znać, jak też tak zacznę myśleć. – W głosie Izy zabrzmiała ironia. – Wiem, wiem, myślisz, że jestem stuknięta, ale ja po prostu nie potrafię być sama. Jestem człowiekiem stadnym i nic na to nie poradzę.

– No, to musisz sobie poszukać jakiegoś nowego Króla Lwa – naciskała Joanna – bo ten jest felerny.

– Oj, Asiu, gdyby to było takie proste. Myślisz, że po prawie czterdziestoletnią kobietę z dwójką dzieciaków na głowie ustawia się kolejka? Poza tym wiesz, jak to jest, ponoć powtarzamy błędy naszych rodziców. Mój ojciec też dawał mamie nieźle popalić. W młodości uganiał się za laskami. Nie przepuścił żadnej, która się tylko ładniej do niego uśmiechnęła. A potem zaczął pić.

– Och, nie wiedziałam. – Joanna była poruszona.

– Najpierw było kilka piw po pracy, a potem coraz gorzej. Przepijał pensję, przychodził do domu zalany i wszczynał awantury. Mnie nie ruszał, ale do mamy przyskakiwał z pięściami. Pamiętam, że w dzieciństwie ciągle się o nią bałam. W końcu rodzice się rozstali i dopiero wtedy w moim życiu zapanował jako taki porządek.

– Widzisz? Czasem lepiej się rozstać.

– Pamiętam kilka miłych chwil z moim tatą. – Iza zignorowała jej słowa. – Jak byłam mała, to brał mnie na barana i tak biegał po mieszkaniu. Czasami zabierał mnie na grzyby... Ale to są tylko takie pojedyncze obrazki, które mam w głowie. Jak zaczęło się picie, to robiłam wszystko, by być jak najrzadziej w domu. Zaczęłam uprawiać gimnastykę i spędzałam większość czasu na treningach. Trener, bardzo porządny człowiek, zastępował mi trochę ojca. Ale potem złapałam podłą kontuzję i to też się skończyło.

– A ja zawsze myślałam, że tobie w życiu tak łatwo wszystko przychodzi... Muszę przyznać, że nawet ci tego zazdrościłam – wyznała Joanna.

– No cóż, pozory... – Iza uśmiechnęła się krzywo. Rozmowy z Joanną miały uzdrawiającą moc, lecz dziewczyna wiedziała, że potrzeba czasu, by umiała wyzwolić się z fatalnego zauroczenia własnym mężem. Niestety jeszcze tego samego dnia przekonała się, że bycie samotną matką nie jest łatwym zadaniem.

Głośny płacz wyrwał ją ze snu w środku nocy. Przez moment nie wiedziała, gdzie jest. Zerwała się jednak i powędrowała do pokoju sześcioletniej córki. Dziewczynka siedziała na łóżku i zawodziła.

– Zosiu, co się stało? Miałaś zły sen?

– Brzuszek, brzuszek mnie boli. Tak bardzo mnie boli, mamusiu.

W drzwiach stanęła jej starsza o cztery lata siostra.

– Czy ona musi się tak drzeć? Mamo, zrób z nią coś, przecież ja chcę spać.

Iza przyłożyła usta do czoła córeczki. Było rozpalone. Zmierzyła dziewczynce temperaturę. Prawie czterdzieści stopni. Zdecydowanie za dużo. Coraz głośniejszy płacz Zosi uświadomił jej, że nie chodzi o zwykłe zatrucie.

– Co robić? Co robić?!

Zaczęła biegać po pokoju. Zegar na ścianie wskazywał kwadrans po trzeciej. Zosia trzymała się za brzuch i zwijała z bólu. Wyglądało to coraz gorzej.

– Karolina, ubieraj się! Jedziemy do szpitala.

– O tej porze? Przecież jest środek nocy. Ja chcę spać. Może zadzwoń do taty...?

– Tata nam tu nic nie pomoże! – powiedziała ze złością Iza.

W duchu jednak pragnęła, by Tomasz był przy niej, by wziął córkę w mocne ramiona. By ochronił ją przed niebezpieczeństwem, tak jak tamto dziecko, które wiele lat temu wyniósł z morza.

Po piętnastu minutach matka wraz z córkami były już w szpitalu. Nieco zaspany lekarz z ładną twarzą, na której nie widać było żadnych emocji, oświadczył Izie, że mała ma atak wyrostka robaczkowego.

– Bez operacji się nie obejdzie – stwierdził tylko krótko.

– Bez operacji? – Izę zmroziły te słowa. – Jak to? Przecież Zosia jeszcze wieczorem była całkowicie zdrowa. Na nic się nie uskarżała. Czy jest pan pewny, że operacja jest konieczna?

– Droga pani, z wyrostkiem robaczkowym nie ma żartów. Jeśli pani się uprze, to możemy jeszcze trochę poczekać. Dałem jej kroplówkę i chwilowo jest lepiej. Mnie się też nie uśmiecha kroić małej w środku nocy – stwierdził z rozbrajającą szczerością. – Ale jeśli do dwóch godzin jej stan się nie poprawi, to już bez gadania weźmiemy ją na stół. To co robimy? Teraz, czy czekamy?

Iza stała bezradna na środku korytarza oświetlonego zimnym światłem jarzeniówki. Spojrzała na starszą córkę, która ułożyła się na krzesłach stojących pod ścianą. Drzemała. Boże, co robić? Dlaczego sama muszę podejmować wszystkie decyzje? Była przerażona. Wyciągnęła komórkę z torebki. Tomasz, odbierz – błagała w myślach, choć wiedziała, że jej mąż przed snem zawsze wyłącza telefon.

Gdy weszła do sali, w której leżała Zosia, przeszedł ją dreszcz. Na szpitalnym łóżku drobna postać córki wydawała się jeszcze mniejsza. Do małej rączki podłączony był wenflon z kroplówką. Dziewczynka spojrzała na Izę ufnym wzrokiem

– Mamusiu, czy będzie mnie jeszcze bolało?

– Nie, kochanie. – Kobieta pogłaskała córeczkę po blond włosach. – Wszystko będzie dobrze – wyszeptała i odwróciła głowę.

Po jej bladych policzkach spływały wielkie łzy. Operacja małej Zosi odbyła się o siódmej rano. Przebiegła bez komplikacji. Dziewczynka przebywała w szpitalu jeszcze cztery dni, jednak Tomasz nie znalazł czasu, by ją odwiedzić. Iza miała coraz większe poczucie przegranej.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?