Siódmy rokTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Agata Kołakowska, 2012

Projekt okładki

Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska/Czartart

Zdjęcie na okładce

© Astock – Fotolia.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Anna Żółkiewska

Agnieszka Ujma

ISBN 978-83-7839-810-3

Warszawa 2012

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla J.

Rozdział I

Torebka melisy zatańczyła w kremowym kubku z ażurowymi zdobieniami. Eliza odstawiła parujący wciąż czajnik i usiadła przy stole. Kiedy herbata roztoczyła swój słodkawy i delikatny aromat, wyciągnęła saszetkę, która nie miała już w sobie nic z kręcącej szalone piruety primabaleriny. Teraz, leżąc obok na spodeczku i ociekając resztką esencji, przypominała bardziej zmokłego, zrezygnowanego szczura. Eliza czuła podobną rezygnację. Nie inaczej Adam, jej mąż. Kobieta objęła zmarzniętymi dłońmi kubek i zastanowiła się, kiedy właściwie zaczęła pić melisę? Czy wtedy, gdy zdecydowali się na terapię? Czy może znacznie wcześniej, gdy jeszcze naiwnie liczyła, że zioła są w stanie ukoić niepokój, który zadomowił się na dobre w jej sercu.

– Ciekawe, ile nas to wszystko kosztowało? – zapytał Adam, patrząc, jak jego żona upija łyk ziołowego naparu.

– Możesz policzyć – odparła.

– Wizyty raz w tygodniu przez cały rok. Czyli pięćdziesiąt dwa tygodnie. Pomnożyć razy sto dwadzieścia złotych… – Spojrzał w sufit, jak gdyby znajdował się na nim gigantyczny kalkulator. – Wychodzi… Sześć tysięcy dwieście czterdzieści złotych.

Eliza spojrzała na Adama i zmarszczyła brwi. Nie suma ją zszokowała, ale jego zdolność szybkiego liczenia. Niezmiennie wprawiała ją w zdumienie.

– Chyba jednak wyniosło nas to trochę mniej… – powiedziała po chwili zastanowienia. – Kilka wizyt nam przepadło. Kiedy miałam grypę i wówczas, gdy uznałeś, że jest między nami lepiej.

Adam zamyślił się, próbując sobie przypomnieć nieobecności u terapeuty.

– Ominęliśmy najwyżej trzy spotkania. To i tak wychodzi pięć tysięcy osiemset osiemdziesiąt. Jakkolwiek by było, sporo.

– Sporo – przytaknęła. – Chyba jednak się nie opłacało.

Adam uniósł głowę i spojrzał na nią poważnie.

– Przynajmniej nie będziemy sobie zarzucać, że nie próbowaliśmy.

– Może jednak powinniśmy zostawić to tak, jak jest? Są gorsze małżeństwa niż nasze. Ludzie się nie szanują, zdradzają, oszukują, ranią… – wyliczała Eliza bez przekonania.

– …a my sobie żyjemy jak starzy przyjaciele – dokończył.

Uśmiechnęła się blado.

– Jak zwykle – czytasz w moich myślach.

– Myślę, że oboje zasługujemy na więcej – odrzekł.

– Tak tylko sobie pomyślałam… Masz rację. Nie możesz przez całe życie żyć pod moje dyktando, prawda? Rozbijać się o granice, które ci wciąż wyznaczam. Zapracowałeś na oddech i luksus tej swojej upragnionej wolności.

Adam przypomniał sobie, że jedną z pierwszych rzeczy, jakimi Eliza zachwyciła go dziesięć lat temu, było to, jak pięknie potrafi się wypowiadać. Patos i lekka egzaltacja były dla niej naturalne, lecz to właśnie one stanowiły o jej wyjątkowości. Eliza formułowała myśli jak gotowe aforyzmy, które można było spisać i do nich powracać. Zawsze podziwiał tę łatwość, zachwycając się plastycznym umysłem i bogatą wyobraźnią. Jego żona zawsze była wrażliwa. Bardzo wrażliwa. Jak się okazało – za wrażliwa, aby z nim żyć.

– To ty zasługujesz na kogoś lepszego, Elizo. Taka jest prawda. Jestem dla ciebie zbyt banalny i zbyt prosty. A w dodatku uciążliwy.

Podszedł do szafki i wyciągnął stamtąd czerwone wino, które przywieźli z podróży poślubnej. Spędzili dwa tygodnie w Toskanii. Czternaście słonecznych dni, wypełnionych miłosnymi uniesieniami i wyśmienitą kuchnią. W małej, rodzinnej winnicy kupili wtedy butelkę wytrawnego wina i obiecali sobie, że wypiją je kiedyś dla uczczenia wyjątkowej okazji. Jednak do tej pory żadna nie wydawała się odpowiednia i warta odkorkowania toskańskiego trunku, choć w zasadzie nigdy nie ustalili rangi tego wydarzenia. I jedno, i drugie sądziło, że po prostu poczuje, kiedy należy otworzyć butelkę. Teraz jednak wino wciąż pozostawało nietknięte, a ich małżeństwo właśnie dobiegało końca.

– Myślisz, że schyłek związku to wystarczający pretekst, aby napić się naszego toskańskiego wina? – Adam trzymał w dłoni ciemnozieloną butelkę z bordową etykietą, na której lśniły złote napisy.

Eliza otworzyła szerzej oczy ze zdumienia. W pierwszej chwili gest męża odebrała jak wyjątkowo niestosowny dowcip, po chwili jednak uśmiechnęła się lekko.

– Innej okazji nie będzie.

Staroświecki zegar z pożółkłą tarczą, który Adam dostał w spadku po babci, właśnie wskazał północ. Eliza podniosła do ust kieliszek z ostatnim łykiem wina. Oblizała delikatnie malinowe wargi, które teraz, pod wpływem trunku, nabrały odcienia bardziej zbliżonego do czarnej jagody. Adam patrzył, jak z ust żony znika winne zabarwienie.

– Było całkiem niezłe, prawda?

– Uhm – przytaknęła, przeciągając się leniwie. Rumieńce na jej policzkach wskazywały, że alkohol spełnił swoje zadanie. Wyraźnie rozgrzał i rozluźnił Elizę. Morzył ją sen.

– Wiesz… – powiedział Adam. – Chciałbym, abyś wiedziała, że zawsze możesz na mnie liczyć.

Eliza uniosła senne powieki.

– Przynajmniej do czasu, aż znajdziesz sobie jakąś wystrzałową, totalnie niezależną i wyzwoloną laskę, co?

– Nie żartuj. Mówię poważnie. To, że się rozstajemy, nie musi oznaczać końca przyjaźni, która, jak widać, wychodzi nam najlepiej.

– Zdaje się, że rozstajemy się właśnie z powodu tego dobrego kumplostwa, czyż nie?

– Wiesz przecież, o co mi chodzi. Poza tym sama narzekałaś, że… Jak to sformułowałaś? Zgasł ogarek namiętności?

– Zgasł płomień żądzy i pasji – poprawiła.

– W związku ważna jest przyjaźń, ale jeśli poza nią nie ma niczego…

– …dochodzi się do momentu, w którym teraz jesteśmy my – podsumowała Eliza, wyciągając na kanapie zgrabne nogi. Popatrzyli na siebie w skupieniu.

– Nie sądziłem, że nam się to przytrafi, wiesz?

– A ja zakładałam taki scenariusz. Ale myślałam, że grozi nam gdzieś w okolicach osiemdziesiątki.

– Cóż. Wygląda na to, że jednak byłem większym optymistą – zaśmiał się Adam. – Ale pamiętaj: jakby co – wal do mnie jak w dym. O każdej porze dnia i nocy. W każdej sprawie.

Bardzo zależało mu na tym, aby Eliza nie odczuła dotkliwie rozwodu. Wiedział, że to niemożliwe, ale chciał, mimo wszystko, pozostać dla niej oparciem.

– To może pomożesz mi znaleźć odpowiedniego partnera na resztę życia, co? – zachichotała.

Pytanie zawisło w powietrzu, a Adam odruchowo wyobraził sobie zgrabne ciało żony w objęciach coraz to nowych i coraz przystojniejszych mężczyzn. Poczuł ukłucie irracjonalnej zazdrości. Skąd te emocje, skoro sam najlepiej wie, że Eliza powinna ułożyć sobie życie z kimś innym. Lepszym, bardziej stabilnym, potrafiącym poświęcić się związkowi. Pewnie wciąż jeszcze atawistycznie znakuję teren, wytłumaczył sobie.

– Jeśli tylko sobie życzysz…

– Chciałabym to widzieć. – Eliza usiadła na kanapie i podkuliła nogi, oplatając kolana ramionami.

To rozstanie przebiega chyba zbyt pokojowo, pomyślała. Kuriozalnie nawet. Nie słyszała dotąd o parze, która rozstawałaby się bez wzajemnych pretensji i żalów. Ona schodziła ze sceny honorowo, z podniesioną głową, mimo fiaska sztuki i gwizdów publiczności. Faktycznie, nic już chyba między nimi nie iskrzy, skoro Adam nie czuje choć odrobiny zazdrości, tylko oferuje jej pomoc w poszukiwaniach mężczyzny, który ma zająć jego miejsce. Świat się kończy, nie ma co!, podsumowała z niedowierzaniem. Mój świat.

Salon otuliło ciepłe światło wieczornej lampy. Pokój wyglądał tak samo sielsko jak zwykle. Komoda, którą kupili tuż po ślubie, od siedmiu lat stała dokładnie w tym samym rogu. Teraz dzielnie dźwigała trzy dorodne azalie w białych, ceramicznych donicach. Przy przeciwległej ścianie tkwiła sporych rozmiarów biblioteczka, na której w ścisłych rzędach tłoczyły się książki Elizy. Niemal pośrodku znalazł swe miejsce niski stolik do kawy z czarnego dębu, a obok kanapa i ukochany fotel Adama, kompletnie niepasujący do wystroju wnętrza. Wybijał się swoją nieprzyzwoicie krwistą czerwienią ze stonowanych ciepłych brązów i bieli. Eliza zawsze przykrywała go narzutą, aby nie rzucał się w oczy. Jej mężowi ta zbędna szmata, jak ją określał, zawsze przeszkadzała i wieczorami ściągał ją ostentacyjnie, ale z samego rana ubieranie fotela zaczynało się od nowa.

Eliza, wpatrując się w muślinowe zasłony, za którymi księżyc prezentował pełnię swojej urody, powiedziała, niby od niechcenia:

– Szkoda, że nie mamy dzieci. Przynajmniej zostałoby nam coś po tym małżeństwie. Namacalny dowód, że miało jakikolwiek sens.

Adam spojrzał na nią zaskoczony. Przecież nigdy nie przejawiała szczególnego instynktu macierzyńskiego, więc zupełnie nie rozumiał, skąd nagle taka tęsknota.

– Coś ty! – odparł zdumiony. – Według mnie to jest akurat nasze największe osiągnięcie.

– To, że nie mieliśmy dzieci?

 

– Raczej to, że nie skrzywdziliśmy nikogo poza nami.

– Tak, to brzmi rozsądnie – przyznała.

Przymknęła powieki i oczami wyobraźni ujrzała siebie tulącą niemowlaka do piersi. Poczuła ciepło w sercu i nieznaczne ukłucie żalu, że nie wie, jak to jest mieć dziecko i być matką. Chwilę potem zobaczyła jednak smutne oczy kilkuletniego malca, który musi pogodzić się z rozstaniem ukochanych rodziców. I odetchnęła z ulgą. Ciepło zniknęło, nie pozostał nawet ślad żalu. I Eliza ucieszyła się, że nie musi się martwić o rany, jakie rozwód nieodmiennie zostawia w psychice dziecka, bo dziecka, na szczęście, nie posiadają.

Rozdział II

Zamek zazgrzytał dwukrotnie i po chwili otworzyły się drzwi, co zasygnalizował dźwięk zawieszonego tuż nad nimi dzwonka. Ten jasny, wesoły odgłos już od niemal dwóch lat obwieszczał Elizie rozpoczęcie kolejnego dnia pracy. Dźwięk miał za zadanie zwiastować nadejście nowego klienta, jednak ostatnio rozlegał się coraz rzadziej. Jeśli pokusić się o absolutną szczerość, to trzeba przyznać, że prawie w ogóle. Najwyżej trzy, cztery razy dziennie. Po raz pierwszy za sprawą listonosza. Drugi raz, gdy Iwonie, przyjaciółce Elizy, udało się wcześniej wyrwać na lunch i wpadała powiedzieć: „Cześć”. Trzeci oznajmiał kogoś, kto chciał tylko rzucić okiem i wychodził zazwyczaj szybciej, niż wszedł, mamrocząc coś pod nosem o szalonych cenach. Po raz ostatni dzwonek rozlegał się, gdy Eliza wychodziła do domu. Bardziej znużona niż zmęczona.

Teraz przechadzała się zamyślona po niewielkim pomieszczeniu. Kiedy się wprowadzała, wydawało się całkiem spore, lecz gdy tylko zaczęła w nim ustawiać meble i dekoracje, nagle wyraźnie się skurczyło. Tuż pod oknami drewniana podłoga wydawała stłumione skrzypnięcia. Deski jeszcze nie jęczały donośnie i irytująco, najwyraźniej postanowiwszy kurtuazyjnie zasygnalizować swój zaawansowany wiek. Ileż Eliza włożyła serca w stworzenie tego miejsca. Stara kamienica opodal rynku wydawała się wymarzoną lokalizacją na tego rodzaju działalność. Do Komody, bo tak nazywał się sklep, schodziło się po dwóch stopniach. Pomieszczenie pomalowano na biało. Niby banalnie, niby prosto, ale uroku miejscu dodawały drewniane skrzynie ustawione na nisko osadzonych parapetach. Rosła w nich lawenda, roztaczając jasnofioletowy czar i kojący zapach, który wypełniał cały lokal. Zamysłem Elizy było stworzenie przytulnego kąta, w którym będzie można kupić nietuzinkowe rzeczy z duszą, o unikatowym charakterze. Sklep oferował stylowe i oryginalne dekoracje do domu. Zastawę stołową, figurki, świeczniki, obrusy, narzuty, obszywane materiałem wieszaki, a także pudełka, kufry, zegary zdobione techniką decoupage. W stojącej w rogu bielonej szafie wisiały swetry, spódnice, szaliki i czapki, robione ręcznie przez lokalne artystki. To był nowy pomysł, o który Eliza chciała rozszerzyć działalność, licząc, że zainteresuje nim większą liczbę klientów. Kobiety, owszem, ciekawiło oryginalne wzornictwo, ale nie potrafiły zrozumieć, dlaczego ręcznie robiony sweter jest droższy niż ten kupowany w galerii handlowej. Argumenty o solidnej, ręcznej robocie, oryginalnym pomyśle i dobrej wełnie na niewiele się zdawały, dlatego większość pięknych wytworów ludzkiej pracy nadal wisiała na kolorowych wieszakach. Bezlitosne cyfry, do których nie trafiał lawendowy urok sklepiku, jasno przemawiały za przeniesieniem Komody do świata wirtualnego, i to im prędzej, tym lepiej. W Internecie Eliza nie musiałaby płacić za czynsz, którego wysokość, zważywszy na lokalizację, raczej nie pomagała jej w osiągnięciu płynności finansowej. Kiedy jednak zorientowała się, ile sklepów o podobnym profilu znajduje się w sieci, straciła animusz. Jeszcze jeden internetowy sklep z bibelotami i ręcznie robionymi ciuchami, pomyślała. Jeśli w to wejdzie, niczym się nie odróżni od masy. Przeskakując z jednej strony na drugą, nie widziała żadnego indywidualizmu, żadnego klimatu. Tutaj przynajmniej klient może zadzwonić dzwoneczkiem nad drzwiami, obejrzeć rzeczy i ich dotknąć, poczuć aurę miejsca. A co można poczuć, do licha, na stronie WWW? Chyba tylko mdłości, zirytowała się Eliza, podlewając wrzos stojący na stylowej, jasnej toaletce, która odgrywała rolę zarówno lady z kasą, jak i biurka właścicielki. Na samą myśl o tym, że będzie musiała zamknąć sklepik, łzy napłynęły jej do oczu, choć rozstanie z Adamem tylko przyśpieszyło nieuniknione. Będąc z nim, mogła sobie pozwolić na dawanie Komodzie kolejnych szans, bo praca męża zapewniała obojgu stały i pewny dochód. Teraz Eliza musi pewniej stanąć na nogach i sama zadbać o swoje finanse. A sklep, niestety, w tym nie pomoże.

W samo południe, kiedy zaczęła właśnie wyobrażać sobie świetlaną przyszłość pod którymś z mostów i już budowała w wyobraźni tekturowy domek z widokiem na rzekę, w drzwiach sklepu stanęła Iwona. W ręce trzymała dwa plastikowe pojemniki, w których zieleniła się sałata.

– Cześć, jak leci? – zaświergotała, jak zawsze nabuzowana energią.

– Jakoś – odparła Eliza. – Ale miło cię widzieć.

– Oho! Aż tryskasz entuzjazmem! – zawyrokowała przybyła, jak zwykle bezbłędnie odczytując stan emocjonalny przyjaciółki.

– Cóż. Faktycznie, do szampańskiego nastroju jakoś mi daleko. I bilans wychodzi marnie. Niedługo zostanę rozwódką, a w dodatku muszę zamknąć sklep i kompletnie nie wiem, co dalej robić.

Iwona postawiła pojemniki z sałatkami na toaletkoladzie i usiadła na podsuniętym krześle.

– Czyli jednak?

– Nie musisz udawać zaskoczonej, Iwona. Klamka przecież zapadła już dawno. Tylko my szamotaliśmy się, licząc, że ignorowanie takiego stanu rzeczy i terapia są w stanie jakoś temu zaradzić. Oboje z Adamem wiemy, że nie ma sensu dłużej tego ciągnąć. Wciąż jeszcze każde z nas może ułożyć sobie życie na nowo. Prawda?

– No, niby prawda… – przytaknęła Iwona, obserwując, jak oczy przyjaciółki napełniają się łzami. Pierwsza wymknęła się z prawego oka Elizy, a później nastąpił potop. Nie można było określić, z którego oka leje się więcej i w jakiej ilości. – Kochanie. – Przytuliła ją. – Przecież sama tego chciałaś. Tyle razy mówiłaś, że masz dość zabiegania o jego uwagę i czas.

Eliza skinęła głową potakująco i wykrzywiła usta w niezgrabną podkówkę, łkając coraz rozpaczliwiej. W końcu udało się jej zaczerpnąć powietrza.

– Przecież ja to wszystko wiem – jęknęła. – Mało tego, od dawna miałam dość tej pustki między nami. Iwona – zwróciła się do przyjaciółki – ja nie chciałam być wyłącznie jego koleżanką, na Boga. Dobrą wtedy, kiedy mu pasuje. Chciałam być żoną, partnerką, kochanką… – zawyła, a jej drobnym ciałem wstrząsnęła kolejna fala płaczu. – Nie mogłam wytrzymać tego ciągłego dopraszania się, aby zechciał spędzić ze mną popołudnie. I wiesz co? – Spojrzała zapuchniętymi oczami.

– Co? – Iwona pogłaskała ją po głowie.

– Ja doskonale pamiętam, jakie to wszystko było dla mnie nieznośne, i zdaję sobie sprawę, że robię to dla siebie i dla swojego dobra – chlipnęła. – Tylko to tak bardzo boli! To rozczarowanie. Ta porażka na całej linii i to, że zostaję zupełnie sama. – Eliza rwała przemokniętą chusteczkę na drobne kawałki. Wyglądała jak mała, zagubiona dziewczynka.

Iwona przygarnęła ją i przytuliła mocno. Słyszała to już wielokrotnie. Wiedziała, że ten rozwód powinien zostać przeprowadzony już dawno temu. Eliza potrzebowała uwagi i poczucia, że jest ważna, a Adam głównie przygód i adrenaliny. Miał silną potrzebę samotności i odrębności, z czym jego żona nigdy nie mogła się pogodzić. Skoki spadochronowe, wyprawy z kumplami na safari – nie można było patrzeć, jak Eliza się męczy, spędzając kolejny wieczór samotnie. Była typową domatorką, podczas gdy on dom traktował jak odległą ideę, nie do końca zgodną z jego systemem wartości. Jak to się stało, że w ogóle wpadł na pomysł, aby się ożenić? Przyczyną musiało być gorące i szalone uczucie do Elizy, które wybuchło, kiedy tylko się poznali, nagłe i silne. Iwonie zawsze się wydawało, że Adam traktował to małżeństwo trochę jak jedną ze swoich wypraw w nieznane, a kiedy rozeznał się już w terenie, znudził się i zaczął szukać adrenaliny gdzie indziej. W swoich pasjach, podróżach. Miejsca dla Elizy w jego życiu było coraz mniej.

Dlatego w głębi duszy Iwonie ulżyło, kiedy przyjaciółka zaczęła przebąkiwać o rozwodzie. Nareszcie zazna spokoju i znajdzie kogoś odpowiedniego! Wyjęła z opakowania nową chusteczkę.

– Weź to. Wiem, musisz czuć się podle.

– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytała Eliza, wycierając nos.

Iwona popatrzyła pytająco.

– Chcę tego rozwodu, ale czuję się, jakbym traciła grunt pod nogami. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Nie wiem, czy dam sobie radę. Jak będzie wyglądało moje życie?

Iwona już miała zapewnić ją, że wszystko się ułoży i że wątpliwości są zupełnie naturalne w jej sytuacji, gdy zadzwonił dzwonek przy drzwiach, oznajmiając czyjeś nadejście. O dziwo, nie był to listonosz.

– Rety, klient! – Przeraziła się Eliza, starając się wytrzeć rozmazany tusz wokół oczu.

– Idź, ja się nim zajmę – szepnęła Iwona, spoglądając na czarne ślady makijażu na twarzy przyjaciółki.

Eliza znała Iwonę piętnaście lat i dobrze wiedziała, co oznacza ten błysk w oku. Nie mogła zaprzeczyć, że przyjaciółką powodowała chęć pomocy, ale widać było jak na dłoni, że mężczyzna, który właśnie wszedł do środka, najwyraźniej jej się spodobał; delikatnym gestem poprawiła grzywkę. Eliza, mimo wszystko, uśmiechnęła się pod nosem i spokojnie ruszyła na zaplecze. Była pewna, że klient nie opuści sklepu z pustymi rękami…

Mężczyzna rozejrzał się uważnie po wnętrzu.

– Bardzo klimatyczne miejsce! – zwrócił się do Iwony, a na jego policzkach pojawiły się ujmujące dołeczki.

– Prawda? – Dziewczyna zaprezentowała najbardziej czarujący z bogatego wachlarza ujmujących uśmiechów, ćwiczonych latami przed lustrem. – Wprawdzie to dzieło mojej przyjaciółki, ale ja jej pomagałam.

– Jak to dobrze mieć przyjaciół – zauważył.

– Może w czymś panu pomóc? Coś doradzić?

Eliza na zapleczu za pomocą chusteczki i nawilżającego kremu do rąk próbowała zmazać z twarzy charakteryzację smutnego klowna. Z zaciekawieniem śledziła jednak poczynania Iwony w roli sprzedawcy. W duchu robiła zakłady sama ze sobą, w którym momencie facet odpuści i zrejteruje. Czy nastąpi to w okolicach obrusów, czy jednak wykaże się hartem ducha i wysoką kulturą osobistą i dotrwa aż do swetrów, cały unurzany w oceanie słów.

Zza drzwi, nieco stłumiony, dobiegał dwugłos.

– W zasadzie tak. – Klient przyjął propozycję z wyraźną ulgą. – Szukam prezentu.

– Dla mamy? Dla babci? – podpytywała Iwona, sądząc, że wykazuje się niebywałym sprytem.

– Dla żony – odparł, rozglądając się wokół, wyraźnie przytłoczony mnogością możliwości.

– Ooo… – Z ust Iwony wyrwał się jęk zawodu. – Obawiam się, że dla żony nic ciekawego pan tutaj nie znajdzie – dodała, gubiąc cały entuzjazm.

Eliza, usłyszawszy, jak jej przyjaciółka właśnie marnuje rzadko nadarzającą się okazję sprzedania czegokolwiek, musiała zrezygnować z przypudrowania nosa i czym prędzej opuściła zaplecze.

– Ależ koleżanka sobie żartuje! Zaraz znajdziemy coś odpowiedniego. Proszę powiedzieć, jakie żona ma preferencje. Co lubi?

Szatyn speszył się nieco. Eliza zmierzyła go od stóp do głów uważnym spojrzeniem i natychmiast zrozumiała reakcję Iwony. Mężczyzna zdecydowanie mógł się podobać. Był wysoki, ładnie zbudowany. Lekki zarost dodawał mu szorstkości, a zielone oczy roztaczały tajemniczy urok. Z pewnością nie był to typ modela z reklam ekskluzywnych garniturów, nie tak niepodważalnie przystojny. Nie zapierał tchu w piersi. Był męski tym typem męskości, który kojarzył się ze stabilizacją, pewnością i bezpieczeństwem.

– Cóż… – zamyślił się. – Moja żona lubi różne rzeczy. A zwłaszcza te oryginalne i drogie.

Eliza uśmiechnęła się pod nosem. A jednak nici z transakcji. Kobieta luksusowa. Typ, którego raczej nie zadowolą artykuły z jej sklepu.

– W takim razie… Do jubilera trafi pan, idąc do końca tą ulicą. Przy kawiarni należy skręcić w lewo – poinstruowała.

Zielone oczy rozjaśniło rozbawienie.

– I tak zupełnie bez walki odsyła pani klienta do konkurencji?

– Po prostu chcę być pomocna. Nie wydaje mi się, aby coś w moim sklepiku mogło zaspokoić wymagający gust pańskiej żony.

– Zaryzykuję – odparł. – Proszę coś wybrać, a ja to ocenię.

Eliza skinęła głową i obróciła się wokół własnej osi, jak gdyby chciała sobie przypomnieć, co ma na półkach. Zupełnie jakby nie znała na pamięć położenia każdego pojedynczego przedmiotu. Podeszła do szafy i z otwartej dolnej szuflady wyjęła szmaragdowy szal.

 

– Jedwab, ręcznie malowany. Bardzo wysoka jakość – rzekła, prezentując delikatny materiał.

Mężczyzna przebiegł palcami po tkaninie i z uznaniem pokiwał głową.

– Bardzo piękna rzecz. Myślę, że będzie zadowolona. Biorę.

– Tak? – Eliza nie potrafiła ukryć zdziwienia.

– Może jeszcze wziąłbym jeden z tych obrusów… Wyglądają na solidną robotę. I jeszcze tę fioletową narzutę, i parę tych świeczników. Przydadzą się. To kryształ, prawda?

– Tak, to kryształowe świeczniki. Zaraz wszystko zapakuję.

Elizę ogarnęło bezbrzeżne zdumienie. Taki traf! I to właśnie wtedy, gdy była już przekonana o radykalnym i nieodwołalnym zamknięciu Komody! Ten zielonooki klient musiał zachwiać jej postanowieniem, wzbudzając nadzieję na nowe, lepsze życie jej sklepu. Może odczyni wreszcie zły urok i przyniesie mi szczęście?, pomyślała, pakując szal w ozdobne pudełko.

– Mam nadzieję, że prezent się spodoba – powiedziała, podając torbę z zakupami.

– Ja również – odparł. Wychodząc, odwrócił się jeszcze. – Było mi niezmiernie miło.

– Cała przyjemność po naszej stronie! – zawołała Eliza.

Iwona podeszła do drzwi i wzrokiem odprowadzała mężczyznę, który wsiadł do zaparkowanego opodal samochodu i odjechał.

– Widzisz, i tak to jest. Nam się nie układa, a inne dostają jedwabne szale – podsumowała i zarzuciła torebkę na ramię. – Muszę wracać do pracy. Kredyt hipoteczny pana Bielskiego nie może czekać – rzuciła, otwierając drzwi.

– Nawet nie zjadłaś lunchu. – Eliza wskazała nietknięte opakowania z sałatką.

– Daj – Iwona wyciągnęła dłoń. – Może uda mi się zjeść w firmie. To lecę, i nie martw się. Wszystko się ułoży.

– Dzięki! Kochana jesteś!

Kiedy za Iwoną zamknęły się drzwi, Eliza spojrzała w stronę szafy. Tuż obok niej, na stoliku, leżała skórzana aktówka. Skąd się to tu wzięło?, pomyślała, podchodząc bliżej. Nagle przypomniała sobie, że mężczyzna w jednej ręce trzymał torbę z laptopem, a pod pachą właśnie taką teczkę; wzięła ją do ręki. Czarna, pachnąca skórą. Położyła na biurku pewna, że zapominalski szatyn przypomni sobie o zgubie i zaraz wróci. Pomyliła się jednak – mijały godziny, a przedmiot nadal zajmował miejsce na wielofunkcyjnej komódce…

Cisza w mieszkaniu była wyjątkowo głośna; gdyby nie powtarzające się tykanie zegara, Eliza zastanawiałaby się, czy przypadkiem nie ogłuchła. Który to już samotny wieczór? Dotarło do niej, że niedługo nie będzie już miała na kogo czekać, i nagle zarówno cisza, jak i miarowe, zbyt głośne tykanie stały się nie do zniesienia. Włączyła telewizor i napięte mięśnie nieco się rozluźniły. Wcale nie miała zamiaru śledzić telewizyjnego potoku słów o niczym ważnym, ale ludzkie głosy płynące z ekranu działały kojąco. Mija właśnie tydzień, odkąd wraca z pracy z aktówką nieznajomego. Zabiera ją ze sobą co rano, licząc, że mężczyzna w końcu po nią wróci, a wieczorem tacha z powrotem do domu, na wypadek gdyby komuś w irracjonalnym widzie zachciało się okradać jej sklep. Wiedziała, że zachowuje się nielogicznie, a mimo to sądziła, że tak należy. Kusiło ją, żeby zajrzeć do środka. A nuż znajdzie tam jakieś wskazówki, dzięki którym uda się jej odszukać klienta i oddać mu jego własność? Jednak opór przed wtargnięciem bez pozwolenia w czyjąś prywatność był silniejszy.

Po kąpieli, przebrana w swoją ukochaną bawełnianą piżamę, Eliza miała właśnie położyć się spać, gdy usłyszała znajome, zdecydowane przekręcanie klucza w zamku. Adam. Tylko on otwierał drzwi w tak charakterystyczny sposób. Dwa energiczne obroty, jeden niezwłocznie po drugim, bez chwili przerwy i z jednakowym impetem. Ileż razy ten właśnie dźwięk sprawiał, że natychmiast czuła się bezpieczna i szczęśliwa!

– Cześć. Jeszcze nie śpisz? – zapytał, widząc sączące się z sypialni światło.

– Właśnie miałam się kłaść.

Chciała zapytać, dlaczego tak późno wrócił, ale się powstrzymała. Nie powinno jej to w ogóle interesować. Adam z zasady dużo pracował. Prowadził własny sklep ze sprzętem wodniackim. Tak naprawdę to on podsunął Elizie pomysł, by otworzyła Komodę, kiedy nie mogła już wytrzymać niezdrowego klimatu chorej korporacyjnej rywalizacji w agencji public relations. Pomógł jej przebrnąć przez niezbędne formalności, a potem zostawił jej wolną rękę. Miała ambicje udowodnić, że poradzi sobie równie dobrze jak on, a potknęła się już na starcie. Trzeba było rozważniej dobierać asortyment, na co, oczywiście, Adam nieraz zwracał jej uwagę. Ona miała jednak idealistyczne wizje, które w biznesie jakoś mało się sprawdzają, o czym przyszło jej przekonać się na własnej skórze.

Eliza usiadła na dużym mahoniowym łóżku, które cztery lata temu pieczołowicie razem wybierali, a potem zażarcie kłócili się o to, kto będzie spał od strony okna. Teraz może sobie spać, gdzie chce, bo Adam już od ponad roku nocuje na kanapie w salonie. Ot, po prostu, któregoś wieczoru bąknął coś o niewygodzie i o tym, że się nie wysypia. Jak mógł nie wstawać wypoczęty z materaca, który tak długo dla siebie wybierał, uwzględniając wszystkie swoje preferencje? To właśnie wówczas Eliza zdała sobie sprawę, że właśnie ruszyła pierwsza kostka domina…

Odkręciła słoik z kremem, który stał na nocnej szafce, i zanurzyła w nim opuszki palców. Okrężnymi ruchami zaczęła wmasowywać w skórę przeciwzmarszczkowe serum o lekkiej konsystencji, które albo działało całkiem nieźle, albo Eliza odziedziczyła łaskawe geny.

W drzwiach sypialni znienacka pojawił się Adam.

– Ależ ten krem ładnie pachnie! Nowy? – zapytał, wskazując na odstawiony przed chwilą pojemnik.

– Nie, skąd. Używam go prawie od roku.

– Naprawdę? – zdziwił się, a Eliza tylko pokiwała głową, zyskawszy kolejne potwierdzenie, że jej mąż jest kompletnie pozbawiony spostrzegawczości. Usiadł obok niej na łóżku. Pochylił się, oparł łokcie na udach i splótł palce. – Wiesz, cały dzisiejszy dzień oglądałem mieszkania.

Eliza usztywniła się i uniosła nieco głowę. Podskórnie czuła, co zaraz usłyszy. Nie pomyliła się.

Adam odchrząknął.

– Wybór nie był oszałamiający, ale jedno znalazłem. Nieduże, choć dla mnie wystarczy. Blisko centrum.

– Kupujesz? – zapytała z udawaną obojętnością.

– Nie, nie. Chcę wynająć. Teraz nie ma sensu kupować. Zwłaszcza że nie wiem, jak mi się życie ułoży. Może gdzieś wyjadę?

– Chcesz wyjechać? Dokąd? – Eliza była zaskoczona.

– Nie mówię, że chcę. Ale niczego nie wykluczam. Nie wiem przecież, co mi wpadnie do głowy, prawda?

– No tak. Cały ty. – Uśmiechnęła się niewyraźnie.

Mieszkanie, do którego sprowadzili się po ślubie, należało do niej. Eliza dostała je w podarunku od ojca, polubiła i w jego urządzenie włożyła wiele pracy. Trochę jednak zazdrościła Adamowi, że zacznie na nowo w zupełnie innym miejscu. Może powinnam je sprzedać i kupić coś nowego, pomyślała. Nie jest łatwo startować tam, gdzie wszystko kojarzy się ze starym życiem, nieudanym małżeństwem i zawiedzionymi nadziejami.

– Pewnie chcesz coś zabrać? Telewizor, dvd? – zapytała.

– Kilka niezbędnych mebli sobie kupię. Wiele nie potrzebuję, przecież i tak rzadko kiedy bywam w domu. No, może tylko przydałby mi się komputer i mój fotel, rzecz jasna. I… samochód.

– Jasne – przytaknęła cicho. – Nie ma problemu. To… – Eliza zawiesiła głos. – Kiedy się wyprowadzasz?

Adam się wyprostował.

– Chciałbym w przyszłym tygodniu.

– To szybko.

– Szybko? Chyba najwyższy czas!

– Jeśli chcesz, mogę ci pomóc przy przeprowadzce…

Adam zmarszczył brwi. Pośrodku czoła pojawiły się dwie poprzeczne zmarszczki.

– Dzięki, ale nie będę na tyle bezczelny, aby prosić cię o przenoszenie moich klamotów. Wiem, że postanowiliśmy przejść przez to wszystko pokojowo, ale to chyba przesada.

– Masz rację – przyznała i zaśmiała się lekko, choć nie brzmiało to ani trochę jak jej charakterystyczny perlisty śmiech. – To faktycznie trochę absurdalne.

– Zawsze byliśmy trochę absurdalni, prawda?

– I to nas, zdaje się, zgubiło.

– To twoja teczka? – Adam wskazał na skórzaną aktówkę, leżącą na jego nocnej szafce.

– Nie. Klient zostawił ją w sklepie i czekam, aż się po nią zjawi. Zabieram ją do domu, bo boję się włamania. Może być w niej coś ważnego.

Adam pokiwał głową z niedowierzaniem.

– Chyba nie chcesz powiedzieć, że łazisz z czyjąś teczką w tę i z powrotem w obawie przed jej hipotetyczną kradzieżą, zakładając równie hipotetycznie, że utrata zawartości byłaby niepowetowaną stratą?!