Tajemnica lorda Listerdale'a

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2015



Tytuł oryginału

The Listerdale Mystery

Projekt serii

MARIUSZ BANACHOWICZ

Projekt okładki

ANNA DAMASIEWICZ

Fotografie na okładce

© Illia Uriadnikov/Depositphotos.com

© Denis Rudoj/Depositphotos.com

Redakcja

ANNA MATKOWSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

The Listerdale Mystery Copyright © 1934 Agatha Christie Limited.

All rights reserved. AGATHA CHRISTIE and the Agatha Christie Signature

are registered trade marks of Agatha Christie Limited in the UK

and/or elsewhere. All rights reserved.

Polish edition published by Publicat S.A. MMV, MMXV (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wydanie elektroniczne 2015

ISBN 978-83-271-5359-3

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


SPIS TREŚCI

Tajemnica lorda Listerdale’a

Domek „Pod Słowikami”

Dziewczyna z pociągu

Piosenka za sześć pensów

Metamorfoza Edwarda Robinsona

Wypadek

Jane szuka pracy

Owocna niedziela

Przygoda pana Eastwooda

Złoty róg

Szmaragd radży

Łabędzi śpiew

Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Tajemnica lorda Listerdale’a

Pani St Vincent dodawała cyfry. Raz czy dwa westchnęła, odruchowo dotykając ręką bolącego czoła. Nigdy nie lubiła rachunków, a teraz, jak na złość, jej życie było niekończącym się pasmem obliczeń – ustawicznym sumowaniem drobnych domowych wydatków, którego wynik zresztą nigdy jej nie zdziwił ani nie zatrwożył.

Jeszcze by tego brakowało! Ponownie sprawdziła rachunki. Zrobiła drobny błąd w pensach, ale pozostałe cyfry się zgadzały.

Pani St Vincent znów westchnęła. Ból głowy wyraźnie się nasilił. Oderwała wzrok od papierów, gdy do pokoju weszła jej córka, Barbara.

Barbara St Vincent była bardzo ładną dziewczyną. Po matce odziedziczyła delikatne rysy i ten sam szlachetny kształt głowy, ale jej oczy nie były niebieskie, tylko ciemne, i miała inne usta – wydatne, niepozbawione powabu czerwone wargi.

– Och, mamo! – zawołała. – Stale ślęczysz nad tymi okropnymi rachunkami? Wrzuć je wszystkie do ognia.

– Musimy wiedzieć, na czym stoimy – zauważyła niepewnie pani St Vincent.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Jesteśmy niezmiennie w tej samej sytuacji – powiedziała sucho. – Diabelnie ciężkiej sytuacji finansowej. Jak zwykle spłukane do ostatniego pensa.

Pani St Vincent westchnęła.

– Chciałabym... – zaczęła, ale zaraz urwała.

– Muszę znaleźć jakąś pracę – powiedziała Barbara poważnym głosem. – I to szybko. Cóż z tego, że ukończyłam kurs stenotypii i maszynopisania! Podobnie uczyniło milion innych dziewczyn! „Ma pani jakieś doświadczenie?” „Nie, ale...” „Och, dziękuję, do widzenia. Zawiadomimy panią”. Oczywiście nigdy tego nie robią! Muszę znaleźć jakąś inną pracę – jakąkolwiek pracę.

– Jeszcze nie, kochanie – poprosiła ją matka. – Poczekaj trochę.

Barbara podeszła do okna i błądziła nieobecnym wzrokiem po ciemnych konturach domów naprzeciwko.

– Czasami żałuję – zaczęła wolno – że ostatniej zimy kuzynka Amy zabrała mnie ze sobą do Egiptu. Och! Wiem, że się rozerwałam – po raz pierwszy i być może ostatni w życiu. Bawiłam się, bawiłam wyśmienicie. To było jednak rozstrajające... Myślę o powrocie tutaj. – Powiodła ręką po pokoju.

Pani St Vincent rozejrzała się i wzdrygnęła. Był to typowy pokój skromnie umeblowanego, wynajętego mieszkania. Zakurzona aspidistra, przesadnie ozdobne meble, krzykliwe tapety z wyblakłymi plamami. Kilka drobiazgów jednak świadczyło o odmiennych gustach lokatorów: jedna czy dwie sztuki dobrej porcelany – co prawda potłuczone i posklejane, niestanowiące już większej wartości – haftowana makatka zarzucona na oparcie sofy, akwarelowy malunek przedstawiający młodą dziewczynę w stroju sprzed dwudziestu lat, którą w tak dużym stopniu jeszcze przypominała pani St Vincent, że trudno było się pomylić.

– To wszystko nie miałoby znaczenia – ciągnęła Barbara – gdybyśmy niczego innego nie zaznały. Kiedy się jednak pomyśli o Ansteys...

Urwała, w obawie przed własnymi słowami o jakże kochanym domu, od wieków należącym do rodziny St Vincent, który teraz był w obcych rękach.

– Gdyby tylko ojciec... nie spekulował... nie zapożyczył się...

– Moja droga – powiedziała pani St Vincent. – Twój ojciec nie był człowiekiem interesu w żadnym tego słowa znaczeniu.

Stwierdziła ten niepodważalny fakt z pewną pobłażliwością. Barbara podeszła do matki, pocałowała ją i szepnęła:

– Biedna mamusia. Nic już nie powiem.

Pani St Vincent wzięła pióro i pochyliła się nad biurkiem, Barbara zaś powróciła do okna. Wkrótce odezwała się znowu.

– Mamo, dziś rano dowiedziałam się... że Jim Masterton chce mnie odwiedzić.

Pani St Vincent odłożyła pióro i obrzuciła córkę badawczym spojrzeniem.

– Tutaj? – zawołała.

– Cóż, nie możemy zaprosić go na kolację do Ritza – odparła drwiąco.

Matka nie wyglądała na uszczęśliwioną. Barbara ponownie z nieukrywanym wstrętem rozejrzała się po pokoju.

– Masz rację – przyznała. – To okropne miejsce. Szlachetne ubóstwo! Kojarzy się dobrze: biały domek na wsi, podniszczone perkale w dobrym gatunku, wazony z różami, serwis Derby do herbaty, który pani domu własnoręcznie zmywa. Tak jest w książkach. A w rzeczywistości syn dopiero zaczynający karierę urzędniczą w Londynie, niechlujne gospodynie, brudne dzieciaki na schodach, na wpół zdeklasowani sąsiedzi, a na śniadanie dorsz, który nie jest całkiem... i tak dalej.

– Gdyby tylko to... – westchnęła pani St Vincent. – Zaczynam się jednak obawiać, że nie zdołamy utrzymać dłużej nawet tego mieszkania.

– A to oznacza wspólny pokój dla nas obu – powiedziała Barbara. – Okropność! I pokoik na poddaszu dla Ruperta. A kiedy przyjdzie Jim, przyjmę go na dole w tym strasznym salonie pełnym starych plotkarek, które będą robiły na drutach i bacznie się nam przyglądały, z ledwością powstrzymując śmiech.

Zapadło milczenie.

– Barbaro – odezwała się w końcu pani St Vincent. – Czy chcesz, to znaczy... chciałabyś...

– Nie musisz być taka subtelna, mamo – powiedziała Barbara. – Dzisiaj mówi się pewne rzeczy wprost. Masz na myśli, czy chcę poślubić Jima, tak? Zrobiłabym to błyskawicznie, gdyby tylko poprosił o moją rękę. Ale obawiam się, że on tego nie zrobi.

– Och, Barbaro, kochanie.

– Widzisz, to zupełnie co innego widzieć mnie tam z kuzynką Amy, kiedy obracałam się, jak to się czyta w powieściach, w najlepszym towarzystwie. Spodobałam mu się. A teraz przyjdzie i zobaczy mnie tutaj! Wiesz, z niego jest dziwny osobnik, wybredny i staroświecki. Za to właśnie go lubię. To mi przypomina Ansteys i wieś. Wszystko o sto lat przestarzałe, ale tak... tak... Och, sama nie wiem... Takie upajające jak zapach lawendy!

Roześmiała się, trochę zawstydzona ujawnieniem swych pragnień.

 

– Chciałabym, abyś poślubiła Jima Mastertona – szczerze wyznała pani St Vincent. – On jest... jednym z nas. Jednocześnie jest bardzo zamożny, ale na tym mi wcale nie zależy.

– Ale mnie zależy – powiedziała Barbara. – Mam już naprawdę dość naszego ciężkiego położenia.

– Ależ Barbaro, chyba...

– Chcesz powiedzieć, czy to jedyny powód? Nie. Naprawdę chcę wyjść za niego. Ja... Och, mamo, czyż nie widzisz, że chcę?

Pani St Vincent miała bardzo nieszczęśliwą minę.

– Chciałabym, żeby zobaczył cię w odpowiednim otoczeniu, kochanie – powiedziała z zadumą w głosie.

– Och – żachnęła się Barbara. – Dlaczego się zamartwiasz? Spróbujmy zachować dobry humor. Przepraszam, że tak zrzędziłam. Głowa do góry, mamusiu! – Pochyliła się nad matką, lekko pocałowała ją w czoło i wyszła z pokoju.

Pani St Vincent zaniechała dalszych wysiłków arytmetycznych i usiadła na niewygodnej kanapie. Myśli krążyły jej po głowie jak uwięzione w klatce wiewiórki.

„Można mówić, co się chce, ale mężczyźni wierzą pozorom, które często mylą. Zaręczyny zmieniłyby sytuację. Jim szybko by się zorientował, jaką słodką i kochaną dziewczyną jest Barbara. Młodzi ludzie zbyt łatwo ulegają wpływom otoczenia... Na przykład Rupert jest teraz całkiem inny niż kiedyś. Wcale bym nie chciała, żeby moje dzieci były zarozumiałe – co to, to nie. Ale nie byłabym zadowolona, gdyby Rupert zaręczył się z tą okropną dziewczyną z trafiki[1]. Co prawda, ona może okazać się bardzo miła, ale nie jest przecież jedną z nas. Och, wszystko jest takie trudne! Biedna mała Babs. Jeśli tylko mogłabym coś zrobić... cokolwiek. Skąd jednak wziąć pieniądze? Wyprzedaliśmy się ze wszystkiego, żeby dać Rupertowi możliwość startu. Doprawdy, nawet tego ciężaru nie jesteśmy w stanie podźwignąć”.

Aby odsunąć złe myśli, pani St Vincent wzięła do ręki „Morning Post” i przejrzała ogłoszenia na pierwszej stronie. Większość z nich znała na pamięć. Ludzie szukali kapitału albo też zamierzali go na własną rękę zainwestować; inni chcieli kupić zęby (zawsze zastanawiała się, po co), jeszcze inni oferowali do sprzedaży futra i suknie, żywiąc optymistyczne nadzieje na uzyskanie wysokiej ceny.

Nagle skupiła na czymś uwagę. Kilkakrotnie przeczytała wydrukowane słowa.

Wyłącznie dla dystyngowanych ludzi. Wytwornie umeblowany mały dom w Westminster oferujemy tym, którzy należycie o niego zadbają. Czynsz czysto symboliczny. Pośrednicy wykluczeni.

Zwyczajne ogłoszenie. Czytała wiele podobnych ogłoszeń. Symboliczny czynsz – w tym zwykle kryła się pułapka.

Mimo wszystko jednak, aby się uspokoić i oderwać od dręczących myśli, szybko założyła kapelusz i pojechała autobusem pod wskazany w ogłoszeniu adres.

Był to adres firmy pośrednictwa mieszkaniowego. Owa firma nie wyglądała na nową i prężną. Sprawiała wrażenie raczej podupadłej i dość staroświeckiej. Pani St Vincent nieśmiało pokazała wyrwane z gazety ogłoszenie i zapytała o szczegóły.

Siwowłosy dżentelmen, który ją obsługiwał, pogładził w zamyśleniu brodę.

– Doskonale. Tak, doskonale, proszę pani. Wspomniany w ogłoszeniu dom mieści się na Cheviot Place pod numerem siódmym. Czy chciałaby go pani wynająć?

– Najpierw chciałabym wiedzieć, ile wynosi czynsz – powiedziała pani St Vincent.

– Ach, czynsz! Dokładna kwota nie została ustalona, ale zapewniam panią, że będzie czysto symboliczna.

– Symboliczna cena może być różnie rozumiana – powiedziała pani St Vincent.

Stary dżentelmen pozwolił sobie na lekki uśmiech.

– Owszem. To stara i znana sztuczka. Daję pani jednak słowo, że w tym wypadku to nie ma miejsca. Prawdopodobnie dwie lub trzy gwinee tygodniowo, nie więcej.

Pani St Vincent postanowiła zainteresować się ofertą. Oczywiście nie sądziła, aby miała szansę utrzymać ten dom, mimo to chciała go choćby zobaczyć. Tak niska cena mogła przecież świadczyć o istnieniu jakichś poważnych niedogodności.

Serce zabiło jej lekko, kiedy ujrzała front domu numer siedem na Cheviot Place. Perła architektury – królowa Anna, i to w znakomitym stanie! Lokaj, który otworzył drzwi, miał siwe włosy i małe bokobrody. Na jego twarzy malował się kontemplacyjny biskupi spokój. Miły biskup, pomyślała pani St Vincent.

Lokaj z życzliwą miną zainteresował się potencjalną klientką.

– Oczywiście, proszę pani. Oprowadzę panią. Dom jest przygotowany do zamieszkania.

Szedł przed nią, otwierał kolejne drzwi i objaśniał:

– Salon, biały gabinet, a tu obok – buduar.

To był szczyt marzeń. Wszystkie meble z epoki, z oznakami pewnego zużycia, ale w doskonałym stanie; kilimy na ścianach w pięknych, stonowanych barwach; w każdym pokoju wazony ze świeżymi kwiatami. Tył domu wychodził na Green Park. Zewsząd emanował czar starego, minionego świata.

W oczach pani St Vincent pojawiły się łzy. Z trudem powstrzymywała się od płaczu. To przypominało Ansteys... Ansteys...

Zastanawiała się, czy lokaj zauważył jej wzruszenie. Nawet jeśli tak było, należał do zbyt doświadczonych służących, aby dać cokolwiek po sobie poznać. Lubiła takich starych kamerdynerów, czuła się przy nich bezpiecznie i swobodnie. Byli jak prawdziwi przyjaciele.

– Piękny dom – wyszeptała. – Bardzo piękny. Cieszę się, że go zobaczyłam.

– Czy ma pani zamiar wynająć go dla siebie samej?

– Dla siebie, córki i syna. Obawiam się jednak... – Urwała. Tak bardzo pragnęła tego domu, tak bardzo...

Instynktownie wyczuła, że lokaj ją rozumie. Nie patrząc na nią, powiedział obojętnym głosem:

– Przypadkowo wiadomo mi, proszę pani, że właścicielowi nade wszystko zależy na odpowiednich lokatorach. Pieniądze nie mają tu znaczenia. Chce, żeby nowi mieszkańcy należycie zadbali o dom.

– Uczyniłabym to – powiedziała cicho pani St Vincent i odwróciła się do wyjścia. – Dziękuję za oprowadzenie – dodała grzecznie.

– Nie ma za co, proszę pani.

Stał w drzwiach należycie wyprostowany, kiedy pani St Vincent oddalała się ulicą. Pomyślała sobie: „On wie. Żałuje mnie. Należy tak jak my do starej gwardii. Chciałby, żebym to ja wynajęła dom, a nie jakiś człowiek z gminu albo fabrykant guzików. Nasz gatunek wymiera, ale trzymamy się razem do końca”.

Postanowiła nie wracać do pośrednika. Co prawda, mogłaby podołać czynszowi, ale pozostawała kwestia służby. W takim domu jak ten utrzymywanie służby było konieczne.

Następnego dnia rano obok talerza pani St Vincent leżał list z biura pośrednictwa mieszkaniowego. Oferowano jej wynajem domu przy Cheviot Place na sześć miesięcy za dwie gwinee tygodniowo. W liście zaznaczono: Zapewne wzięła pani pod uwagę to, że służba pozostanie na utrzymaniu właściciela. To rzeczywiście wyjątkowa oferta.

Niewątpliwie oferta wyglądała na wyjątkową. Pani St Vincent była tak zaskoczona, że przeczytała list na głos. Zarzucona pytaniami, opowiedziała o wczorajszej wizycie.

– Ależ z mamusi konspiratorka! – zawołała Barbara. – Czy naprawdę ten dom jest taki uroczy?

Rupert odchrząknął i zawyrokował:

– Coś się za tym kryje. Moim zdaniem to jest podejrzane. Mocno podejrzane.

– Zupełnie jak moje jajko – powiedziała Barbara, kręcąc nosem. – Och, dlaczego coś miałoby się za tym kryć? To zupełnie w twoim stylu, Rupercie, zawsze i we wszystkim doszukiwać się tajemnic. To przez te okropne kryminały, które ciągle czytasz.

– Czynsz jest śmieszny – zauważył Rupert, po czym dodał, robiąc ważną minę: – Pracując w mieście, człowiek styka się z różnego rodzaju dziwnymi sprawami. Mówię wam, że w całej tej sprawie kryje się coś podejrzanego.

– Bzdura – skwitowała Barbara. – Właściciel jest zamożnym człowiekiem, lubi swój dom i chce, aby na czas jego nieobecności zamieszkali w nim przyzwoici ludzie. Coś w tym rodzaju. Pieniądze prawdopodobnie nie grają roli.

– Jaki to adres, mamo? – spytał Rupert.

– Cheviot Place numer siedem.

– No, no! – Rupert odsunął krzesło. – A nie mówiłem, że to podejrzana sprawa? Ten dom należy do lorda Listerdale’a, który zniknął.

– Jesteś pewien? – spytała pani St Vincent z powątpiewaniem.

– Całkowicie. Lord Listerdale posiada wiele innych domów poza Londynem, ale tutaj właśnie mieszkał. Pewnego popołudnia wyszedł, oznajmiając, że udaje się do klubu, i więcej już go nie widziano. Sugerowano, że wyjechał do Afryki Wschodniej lub gdzie indziej, ale nikt nie wie, dlaczego. Możecie mi wierzyć, na pewno został zamordowany w tym domu. Powiedziałaś, że jest tam sporo boazerii?

– Tak... – zaczęła niepewnie pani St Vincent – ale...

Rupert nie pozwolił jej dokończyć i mówił dalej z wielkim entuzjazmem:

– Boazeria! Otóż to! Z pewnością jest tam tajemniczy schowek, w którym ukryto ciało. Być może wcześniej je zabalsamowano...

– Rupercie, kochanie, nie opowiadaj głupstw – przerwała mu matka.

– Jesteś skończonym idiotą – oświadczyła Barbara. – Stanowczo za często zabierasz tę tlenioną blondynkę do kina.

Rupert powstał z godnością – z taką godnością, na jaką mu młody i niewdzięczny wiek pozwalał – i wygłosił ostateczną sentencję:

– Wynajmij ten dom, mamo, a przekonasz się, że odkryję tajemnicę. – Po czym wyszedł w pośpiechu, aby nie spóźnić się do pracy.

Kobiety skrzyżowały spojrzenia.

– Czy mogłybyśmy, mamo...? – szepnęła Barbara niepewnym głosem. – Och, żebyśmy mogły!

– Służba – powiedziała pani St Vincent uroczystym głosem – musi jeść. Oczywiście chodzi o to, że trzeba... Rozumiesz, w tym jest sęk. Można łatwo obejść się bez wielu rzeczy, jeśli jesteśmy sami. – Spojrzała żałośnie na Barbarę, która skinęła głową ze zrozumieniem. – Musimy się jeszcze nad tym zastanowić – dodała.

W rzeczywistości jednak powzięła decyzję. Zobaczyła błysk w oczach córki i pomyślała: „Jim Masterton musi zobaczyć ją we właściwym otoczeniu. To jest szansa, cudowna szansa. Wynajmę ten dom”.

Usiadła i napisała do pośrednika, że przyjmuje ofertę.

– Quentin, skąd się wzięły te lilie? Doprawdy nie stać mnie na kupowanie drogich kwiatów.

– Zostały przysłane z King’s Cheviot, proszę pani. To zawsze było tutaj w zwyczaju.

Lokaj odszedł. Pani St Vincent odetchnęła z ulgą. Jak poradziłaby sobie bez Quentina? Przy nim wszystko stawało się takie proste. „To zbyt piękne, żeby mogło długo trwać – pomyślała. – Wkrótce się obudzę. Wiem, że się obudzę i stwierdzę, że to tylko sen. Jestem tu taka szczęśliwa. Minęły już dwa miesiące, a mnie wydaje się, że to chwila”.

Życie rzeczywiście toczyło się nadzwyczaj przyjemnie. Quentin, lokaj, niepodzielnie nad wszystkim panował. „Najlepiej pani uczyni – powiedział kiedyś głosem pełnym szacunku – jeśli wszystko pozostawi pani mnie”.

Co tydzień przynosił do wglądu księgę wydatków domowych. Figurujące w niej sumy były zadziwiająco niskie. W domu pracowały jeszcze dwie służące – kucharka i pokojówka. Obie były sympatyczne i sprawne, ale tak naprawdę domem zarządzał Quentin. Na stole pojawiały się czasem dziczyzna i drób, co wprawiało panią St Vincent w zakłopotanie. Quentin ją uspokajał. Były przysyłane z King’s Cheviot, wiejskiej posiadłości lorda Listerdale’a, lub z jego łowisk leśnych w Yorkshire. „To zawsze było tutaj w zwyczaju, proszę pani” – mawiał lokaj.

W skrytości ducha pani St Vincent powątpiewała, czy nieobecny lord Listerdale zgodziłby się na te praktyki. Skłaniała się do podejrzeń, że Quentin uzurpuje sobie władzę swego chlebodawcy. Było oczywiste, że lokaj do tego stopnia polubił nowych lokatorów, że chciał im nieba przychylić.

Wiedziona ciekawością, którą rozbudził w niej Rupert, napomknęła o sprawie lorda Listerdale’a podczas następnej wizyty u pośrednika. Siwowłosy dżentelmen potwierdził bez wahania, że lord Listerdale od osiemnastu miesięcy przebywa w Afryce Wschodniej.

– Nasz klient to ekscentryczny człowiek – powiedział z uśmiechem. – Być może pani pamięta, że opuścił Londyn w sposób wielce oryginalny, nie mówiąc nikomu ani słowa.

Pisano o tym w gazetach, a nawet prowadzono śledztwo w Scotland Yardzie. Na szczęście lord Listerdale osobiście nadesłał wiadomość ze Wschodniej Afryki. Przysłał pełnomocnictwo dla swego kuzyna, pułkownika Carfaxa, który teraz prowadzi wszystkie jego sprawy. Tak, lord to dziwaczny osobnik. Zawsze był wielkim samotnikiem. Całkiem możliwe, że jeszcze długo nie powróci do Anglii, chociaż ma już swoje lata...

– Przecież nie jest jeszcze tak bardzo stary – wtrąciła pani St Vincent, przypominając sobie nagle rubaszną, brodatą twarz podobną do wizerunków żeglarzy z epoki elżbietańskiej, twarz, którą widziała kiedyś w ilustrowanym czasopiśmie.

 

– Jest w średnim wieku – odparł siwowłosy dżentelmen. – Ma pięćdziesiąt trzy lata, jak podaje Debrett[2].

Pani St Vincent powtórzyła tę rozmowę Rupertowi, żeby wybić mu z głowy niestosowne domysły.

Rupert jednak nie dał za wygraną.

– Sprawa wygląda więc bardziej podejrzanie, niż sądziłem – oświadczył. – Któż to jest ten pułkownik Carfax? Być może ma dziedziczyć po lordzie, jeśli temu coś się przytrafi.

Niewykluczone, że list z Afryki Wschodniej został sfałszowany. Za jakieś trzy lata ten cały Carfax uzna lorda za zmarłego i wejdzie w posiadanie majątku. Tymczasem trzyma wszystko w garści. Doprawdy, uważam, że to bardzo dziwne.

Rupertowi dom się spodobał, co raczył łaskawie zauważyć. W wolnych chwilach opukiwał boazerie i rozważał szczegółowo rozmaite koncepcje, gdzie może znajdować się sekretny pokój. Z czasem jednak zainteresowanie Ruperta tajemniczym zniknięciem lorda Listerdale’a słabło. Wszystko wskazywało również na to, że z coraz mniejszym entuzjazmem odnosił się do córki właściciela trafiki.

Barbarze dom sprawił wielką radość. Jim Masterton przyszedł w odwiedziny i od tej pory stał się częstym gościem. Z panią St Vincent był w doskonałej komitywie. Pewnego dnia powiedział Barbarze coś takiego, co ją zupełnie zaskoczyło.

– Ten dom jest wymarzonym miejscem dla twojej matki.

– Dla mamy?

– Tak. Jest jakby dla niej stworzony. Ona przynależy do niego w jakiś szczególny sposób. W ogóle w tym domu jest coś dziwnego, niesamowitego, coś, co nie daje spokoju.

– Nie zachowuj się jak Rupert – poprosiła Barbara. – Mój brat uważa, że nikczemny pułkownik Carfax zamordował lorda Listerdale’a i ukrył jego ciało pod podłogą.

Masterton roześmiał się.

– Jestem pełen podziwu dla detektywistycznych talentów Ruperta, ale nie miałem na myśli niczego w tym sensie. Po prostu coś tu wisi w powietrzu, jakaś atmosfera, której nie sposób zrozumieć.

Po trzech miesiącach zamieszkiwania na Cheviot Place Barbara przyszła do matki z rozpromienioną twarzą.

– Jim i ja... zaręczyliśmy się. Tak, wczoraj wieczorem. Och, mamo! To wszystko wygląda jak urzeczywistnienie bajki.

– Och, kochanie! Jestem taka szczęśliwa!

Matka i córka przytuliły się do siebie.

– Wiesz, Jim jest prawie tak samo zakochany we mnie jak w tobie – powiedziała Barbara z figlarnym uśmieszkiem.

Pani St Vincent zarumieniła się uroczo.

– To prawda – potwierdziła Barbara. – Sądziłaś, że ten dom będzie wspaniałym miejscem dla mnie, w rzeczywistości zaś on jest stworzony dla ciebie. Ty do niego pasujesz o wiele bardziej niż ja czy Rupert.

– Nie opowiadaj głupstw, kochanie.

– To nie są głupstwa. Wokół tego domu roztacza się aura bajkowego zamku, z tobą jako zaczarowaną królewną i Quentinem jako... och... jako dobrym czarodziejem.

Pani St Vincent roześmiała się; zgodziła się zwłaszcza z ostatnim określeniem.

Rupert bardzo spokojnie przyjął wiadomość o zaręczynach siostry.

– Wiedziałem, co się święci – oznajmił przemądrzale.

Siedział przy obiedzie tylko z matką, Barbara bowiem wyszła z Jimem.

Quentin postawił przed nim kieliszek porto i bezszelestnie opuścił pokój.

– To dziwny gość – powiedział Rupert, wskazując na zamknięte drzwi. – Jest w nim coś osobliwego, coś...

– Podejrzanego? – wtrąciła pani St Vincent, uśmiechając się lekko.

– Ależ mamo, skąd wiedziałaś, co chcę powiedzieć? – zapytał z całkowitą powagą Rupert.

– Przecież to twoje ulubione określenie, kochanie. Wszystko dla ciebie jest podejrzane. Zapewne sądzisz, że to Quentin pozbawił życia lorda Listerdale’a i ukrył jego ciało pod podłogą?

– Za boazerią – poprawił Rupert. – Zawsze troszeczkę się mylisz, mamo. Otóż nie. W tej sprawie przeprowadziłem dochodzenie. W tym czasie Quentin przebywał w King’s Cheviot.

Pani St Vincent uśmiechnęła się do syna, wstała i poszła do salonu. Swoją drogą, minie jeszcze sporo czasu, nim Rupert dorośnie.

A jednak po raz pierwszy ogarnął ją nagły niepokój i zaczęła się zastanawiać, jakie powody mogły skłonić lorda Listerdale’a do tak niespodziewanego opuszczenia Anglii. Ta decyzja musiała mieć jakieś wytłumaczenie, coś się za tym kryło. Oddawała się właśnie tym rozmyślaniom, kiedy wszedł Quentin z dzbankiem kawy na tacy. Pani St Vincent odezwała się z nagła:

– Długi czas służyłeś u lorda Listerdale’a, nieprawdaż, Quentinie?

– Tak, proszę pani. Było to jeszcze za czasów poprzedniego lorda. Miałem dwadzieścia jeden lat, kiedy zaczynałem tu pracę jako trzeci lokaj.

– Musiałeś zatem znać bardzo dobrze lorda Listerdale’a. Jaki to człowiek?

Lokaj podsunął jej tacę tak, by mogła wygodniej sięgnąć po cukier, po czym stwierdził beznamiętnym, chłodnym głosem:

– Lord Listerdale był wielkim egoistą, proszę pani. Nie miał względów dla nikogo. – Zabrał tacę i wyszedł z pokoju.

Pani St Vincent siedziała z filiżanką kawy w dłoni i zagadkowym wyrazem twarzy. Coś uderzyło ją w wypowiedzi Quentina niezależnie od sformułowanych przez niego poglądów. Po chwili doznała olśnienia.

Quentin użył słowa „był” zamiast „jest”. W takim razie musiał myśleć... musiał wiedzieć... Otrząsnęła się. Miała takie same niedorzeczne myśli jak Rupert! Niepokój w sercu został jednak zasiany; w tym momencie zrodziły się jej pierwsze podejrzenia.

Ponieważ Barbara była szczęśliwa i miała już zapewnioną przyszłość, pani St Vincent mogła oddać się własnym myślom. Mimo że wcale tego nie chciała, jej rozważania ciągle dotyczyły tajemnicy lorda Listerdale’a. Jak wyglądała prawda? Jakkolwiek by było, Quentin musiał coś o tym wiedzieć. Użył dziwnych słów: „wielki egoista – nie miał względów dla nikogo”. Co się za tymi słowami kryło? Mówił jak sędzia – obojętnie i bezstronnie.

Czy Quentin był zamieszany w zniknięcie lorda Listerdale’a? Czy wziął czynny udział w ewentualnej tragedii? Bez względu na to, jak dziwaczne mogłyby się wydawać podejrzenia Ruperta, ten jeden jedyny list z pełnomocnictwami, który nadszedł z Afryki Wschodniej, był... cóż, mógł skłaniać do różnych domysłów.

Nie potrafiła jednak – choć usiłowała uwierzyć – by Quentin był rzeczywiście wcieleniem zła. Powtarzała sobie w kółko z dziecięcą prostodusznością, że Quentin jest dobrym człowiekiem. Quentin jest dobry. Musi jednak coś wiedzieć!

Nigdy więcej nie rozmawiała z nim o lordzie Listerdale’u. Ten temat na pozór przestał istnieć. Rupert i Barbara zajęci byli czym innym i nie wszczynano już dyskusji.

Dopiero pod koniec sierpnia rzeczywistość potwierdziła niejasne podejrzenia pani St Vincent. Rupert wyjechał na dwutygodniowy urlop razem z kolegą, który został szczęśliwym posiadaczem motocykla z przyczepą. Toteż jakieś dziesięć dni później pani St Vincent była wielce zaskoczona widokiem Ruperta wpadającego nagle do pokoju, w którym właśnie siedziała zajęta pisaniem.

– Rupert! – wykrzyknęła.

– Wiem, mamo, że spodziewałaś się mnie dopiero za trzy dni, ale wydarzyło się coś ważnego. Widzisz, mojemu kumplowi, Andersonowi, było wszystko jedno, dokąd pojedziemy, zaproponowałem więc, żebyśmy wpadli do King’s Cheviot...

– Do King’s Cheviot? Po co?

– Doskonale wiesz, że przez cały czas instynktownie coś podejrzewałem.

Postanowiłem więc obejrzeć sobie starą posiadłość. Ona jest wynajęta, rozumiesz – nic tam nie ma. Nie pojechałem tam zresztą w przekonaniu, że coś znajdę. Po prostu chciałem, jak to się mówi, trochę poniuchać.

„Rupert w tej chwili rzeczywiście wygląda jak pies na polowaniu – pomyślała sobie. – Węszy w kółko za czymś nieokreślonym i niejasnym, jest zaaferowany i szczęśliwy”.

– Przejeżdżaliśmy przez wieś, jakieś osiem lub dziewięć mil od King’s Cheviot, kiedy to się wydarzyło. To znaczy, kiedy go ujrzałem.

– Kogo?

– Quentina. Właśnie szedł w kierunku małego domu. Coś tu nie gra, pomyślałem sobie. Zatrzymaliśmy się i poszedłem za nim. Zapukałem do drzwi i on we własnej osobie mi je otworzył.

– Ależ nie rozumiem. Przecież Quentin nie wyjeżdżał...

– Zaraz do tego dojdę, jeśli tylko mnie wysłuchasz i nie będziesz przerywać. To był Quentin, a jednocześnie to nie był Quentin, jeżeli rozumiesz, co mam na myśli.

Pani St Vincent zupełnie nie rozumiała, więc Rupert wyjaśniał sprawę dalej:

– To był Quentin, ale to nie był nasz Quentin. To był prawdziwy Quentin.

– Rupercie!

– Posłuchaj, najpierw mu się przyjrzałem i zapytałem: „Czy pan nazywa się Quentin?”. A on odpowiedział: „Tak jest, proszę pana, tak się nazywam. Czym mogę panu służyć?”. I wtedy zorientowałem się, że to nie nasz lokaj, choć jest do niego całkowicie podobny z głosu i wyglądu. Zadałem mu kilka pytań i prawda wyszła na jaw. Facet nie miał pojęcia, że dzieje się coś podejrzanego. Rzeczywiście był kiedyś lokajem lorda Listerdale’a, ale przeszedł już na emeryturę. Otrzymał ten domek mniej więcej wtedy, kiedy lord, jak się przypuszcza, wyjechał do Afryki. Rozumiesz teraz, do czego zmierzam. Pracujący u nas człowiek jest oszustem. Odgrywa rolę Quentina dla sobie tylko wiadomych celów. Moja teoria jest taka, że ten człowiek przyjechał owego wieczoru z King’s Cheviot do miasta, udając lokaja, dostał się do lorda Listerdale’a, zamordował go, po czym ukrył ciało gdzieś za boazerią. To stary dom, na pewno znajduje się tu jakiś tajny schowek...

– Och, nie wracaj znowu do tych niedorzeczności – przerwała mu gwałtownie pani St Vincent. – Nie zniosę tego. Dlaczego miałby... Oto, co chcę wiedzieć: dlaczego? Jeśli nawet dopuścił się czegoś podobnego, w co ani przez moment nie wierzę, zastanów się, jaki miałby powód?

– Masz rację – powiedział Rupert. – Motyw jest bardzo ważny. Przeprowadziłem więc dochodzenie. Lord Listerdale miał wiele posiadłości. W ciągu ostatnich dwóch dni odkryłem, że niemal każdy z tych domów w czasie minionych osiemnastu miesięcy został wynajęty ludziom takim jak my za symboliczną opłatą – pod warunkiem, że nowi lokatorzy zatrzymają służbę. We wszystkich tych domach Quentin, to znaczy mężczyzna udający Quentina, służył przez jakiś czas jako lokaj. Wygląda na to, że kosztowności czy też papiery wartościowe były ukryte w jednym z domów lorda Listerdale’a. Tylko gang nie wiedział, w którym. Przypuszczam, że chodzi tu o gang, ale oczywiście ten cwaniak, Quentin, równie dobrze mógł działać w pojedynkę. To jest...