ZwilczonaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zwilczona
Zwilczona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,40  57,12 
Zwilczona
Audio
Zwilczona
Audiobook
Czyta Magdalena Emilianowicz
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

* * *

ROZDZIAŁ PIERWSZY. Wypadek

ROZDZIAŁ DRUGI. Szpital

ROZDZIAŁ TRZECI. Mapa

ROZDZIAŁ CZWARTY. Legenda

ROZDZIAŁ PIĄTY. Nieznajomy i Wilczyca

ROZDZIAŁ SZÓSTY. Listy

ROZDZIAŁ SIÓDMY. Powrót

ROZDZIAŁ ÓSMY. Szkoła

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY. Talia tarota

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY. Konkurs

ROZDZIAŁ JEDENASTY. Wtajemniczeni

ROZDZIAŁ DWUNASTY. Decyzja

ROZDZIAŁ TRZYNASTY. Rozwiązanie


Wydawca

Joanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzący

Iwona Denkiewicz

Redakcja

Maja Strzeżek

Korekta

Ewa Grabowska

Mirosława Kostrzyńska

Grafika

Shutterstock

Copyright © by Adrianna Trzepiota, 2020

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2020

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

włoska robota

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9716-2

Skad wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Demon dzisiejszej cywilizacji

Złamał równowagę w człowieku

Między jego rozumem a wolą,

Między nauką a sumieniem (…)

Rabindranath Tagore

– moim zadaniem jest ją odbudować

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Zośka, Lena i Jaśmina. Każda z nas inna, a jednak nasze marzenia krążą nieustannie wokół tych samych wartości: bezpieczeństwo, miłość, szczęście, rodzina. Chyba każdy tego pragnie, bez względu na rasę, płeć, wyznanie… Wszystkie pochodzimy ze Szczytna, malowniczej prowincji Mazur. Zośka wyjechała do Warszawy zaraz po studiach, zawsze powtarzała, że nie będzie tu mieszkać, bo w stolicy jest więcej możliwości i oczywiście pieniędzy, które de facto nie leżą na ulicy. Zośka była największą feministką spośród nas i jak to w życiu bywa, najwcześniej zaszła w ciążę. Teraz ma trzydzieści cztery lata (każda z nas tyle ma), dwoje dzieci, męża. Pracuje w firmie doradczo-szkoleniowej, jest bizneswoman, prawdziwą, autentyczną i z sukcesem.

Lena to artystka. Jest naszym spoiwem. Napędza nas pozytywnymi myślami i chęcią do życia. Jej ciemne włosy zawsze lśnią, doklejone rzęsy otulają czarne oczy, a wybielone zęby przypominają, że zawsze trzeba o siebie dbać. Wystarczy, że na nią spojrzę, zobaczę uśmiech, pastelowe kolory jej obrazów i wtedy już wiem, że muszę wziąć życie za rogi i dalej biec do przodu, nieustannie robić swoje, a co ma być, to i tak będzie. Lena mieszka w Janowie Podlaskim. Przeprowadziła się tam, bo… w janowskich puszczach mieszkają słowiańskie biesy. Tam mieszka moja „wilczyca”, tam jest mój dom, mój świat, moje deski, na których maluję, moje pola, tam jestem… Dzika wilczyca to moje drugie oblicze. Pierwszy raz była w Janowie tuż po uzyskaniu dyplomu Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Została zaproszona na plener malarski i… została. Zanim jej obrazy zaczęły się sprzedawać jak świeże bułeczki, dorabiała jako pracownica Janowskiej Galerii Sztuki. Właśnie taka jest Lena. Żyje samotnie, jak pustelnica, z farbami, sztalugami. Maluje na poddaszu swego domu i co jakiś czas daje nam do zrozumienia, że kobiecość i sztuka są największymi atutami. Kiedy opadam z sił, jadę do niej. Odbudowuję wtedy swój wewnętrzny świat.

Jaki jest mój świat? Prosty, a niekiedy tak skomplikowany, że sama nie wiem, co mam z nim robić. Zostałam w Szczytnie. Nauczycielka języka polskiego to mój fach, który lubię, a przede wszystkim kocham swoich uczniów, dorastającą licealną młodzież. Są naiwni, utalentowani, spragnieni świata, dopiero zaczynają poznawać siebie.

Imię Jaśmina odziedziczyłam po babci. Zawsze interesowało mnie, co znajduje się u niej na strychu. Jako piętnastolatka wyjechałam wraz z rodzicami do Wałpusza, do domu naszej antenatki. Świętowaliśmy Boże Narodzenie. Znudzona kolędowaniem w końcu postanowiłam przełamać strach i wejść na zaczarowany i zakazany strych. Wymknęłam się niepostrzeżenie z pokoju i, stąpając cichutko po drewnianych schodach, wkroczyłam na ostatnią kondygnację domu. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam kolosalny bałagan. Sterty zakurzonych ubrań, papierów, zabawek. W samym rogu stał przepiękny dębowy kredens. Zapaliłam światło, żeby lepiej go zobaczyć. Oświetlenie było słabe. Żarówka, która wisiała pod sklepieniem, miganiem dawała znać, że zaraz dokończy swego żywota, jednak wiedziona instynktem, szłam dalej. Dotykając kredensu, miałam wrażenie, jakbym obcowała z innym światem. Kurz, który pokrył mebel, nie pozwalał całkowicie odkryć jego piękna. Otworzyłam szufladę. Była w niej sterta pożółkłych listów i pocztówek. Wzięłam niewielki stos kartek i powoli zaczęłam czytać. Litery składały się w całość:

Jaśmino, tylko proszę, pamiętaj o naszej przysiędze!

Nie po to ją składałyśmy, żeby po tych sześćdziesięciu latach milczenia wszystko poszło w niepamięć! Musi się udać!

Tylko nadal zbieraj zioła i wybieraj te najlepsze.

Wierzę w jej moc! Ty też musisz. Nie po to składałyśmy braterskie przysięgi krwi, żeby XXI wiek nam ją zabrał! Bogowie wymarli, ludzie ich nie chcą, to po co mają się ukazywać? Ale my żyjemy! Jeżeli narodzi się podczas trzynastej pełni księżyca, to przecież musi nazywać się Jaśmina, tak jak Ty! Dopilnuj tego, to Twoja misja nadać imię! Jak to zrobisz, niech czort jeden wie i ma Cię w swej opiece.

Ja do Polski już nie wrócę. Pamiętaj, że bogów zabił człowiek swą pazernością, ale Ty o swoich nie zapominaj.

Jak będziesz chciała w nich wierzyć, to będą, jeżeli się wyprzesz, to już nikt nie otoczy Cię swą opieką, a kroczyć samej przez świat jest trudno. Zawsze musi być ktoś lub coś, co podpowiada, jakimi dźwiękami duszy i serca się kierować.

Twoja na zawsze siostra wszechświata Ryfka

No i jak to w bajkach bywa, w tym momencie zgasło światło. Przerażona ciemnością, uciekłam. Zbiegając ze schodów, oczywiście spadłam na twarz i rozbiłam nos, plamiąc krwią listy trzymane w ręku. Schowałam je głęboko w kieszeni bojówek. Poszłam do łazienki, umyłam się i jakby nigdy nic wróciłam do swojego pokoju, upudrowałam nos i zeszłam na parter, by dalej świętować narodziny Pańskie. Nie miałam odwagi tego wieczoru zapytać babci, co to wszystko znaczy. Co to był za list?

Pierwszego dnia świąt wróciliśmy do Szczytna. Kolejnego dnia babcia spadła ze schodów i niestety już nie wstała. Miała 78 lat. Tego dnia nauczyłam się nie odkładać niczego na jutro, bo jutra może już nie być. W dokumentach ze starego kredensu znaleźliśmy testament, w którym to właśnie ja dziedziczyłam dom po babci i bardzo starą książkę o ziołach. List schowałam, nie wie o nim nikt oprócz moich ukochanych przyjaciółek wszechświata Leny i Zośki. Między innymi właśnie przez ten podpis na końcu listu zaczęłyśmy również siebie nawzajem określać siostrami wszechświata. To właśnie wszechświat zabrał tajemnicę, której już najprawdopodobniej nigdy nie poznam.

Poza rozlicznymi czarami wirującymi wokół mnie, a które staram się dostrzegać w codzienności (wschód słońca czy letni, ciepły deszcz), mam dwuletnią córkę, męża i dwa koty. Mieszkam w Wałpuszu, w domu po babci. Jest to ostatnie miejsce na ziemi, bez asfaltu, sklepów i tym podobnych komercyjnych bzdur. Otaczają mnie lasy, porosty i mchy. Tuż obok mam sąsiadów hodujących dwie kozy, nieczynny już ośrodek wypoczynkowy i jezioro, nad którego taflą wiosną przelatują dzikie kormorany, kaczki, gęsi, czaple, bociany.

Każda z moich przyjaciółek potrzebuje wrócić do korzeni, ręcznie szytego życia – jak mawia moja mentorka, uznana na świecie pisarka i psychoanalityczka Clarissa Pinkola Estés. Każda z nas chce mieć siłę, moc, energię, aby dobrze żyć, umieć rozwiązywać problemy, nie dawać za wygraną. Do tego jest potrzebna wiara. Przede wszystkim wiara w siebie samą. Moja córka Maria jest dowodem na to, że człowiek nie umiera nigdy. Jak w buddyjskim kołowrocie wcieleń, odradza się nieustannie na nowo.

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Wypadek

Mój ogród nadal pachnie. Sierpniowe słońce chyli się ku zachodowi. Mam jeszcze dwa tygodnie wakacji, zanim zostanie zwołana rada pedagogiczna i trzeba będzie przygotować plany wynikowe. Nie chcę jeszcze o tym myśleć. Niedługo zmieni się kierownictwo szkoły, w której pracuję. Nie ma kogo posadzić na stołku pani dyrektor, do której kaprysów już zdążyłyśmy się przyzwyczaić. „Stara” odchodzi na emeryturę. Krystyna (jedyna z kadry mająca kwalifikacje) kategorycznie odmawia, więc nasze grono czeka to, co najgorsze – dyrekcja z zewnątrz.

Jeszcze dwa tygodnie! Dwa tygodnie pełnego luzu. Joachim jedzie do pracy, a ja z Maryśką wtapiamy się w malownicze krajobrazy Wałpusza. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że przeprowadzka do domu po babci była jedną z najlepszych decyzji, jakie wspólnie podjęliśmy. Ogród zarósł. Jabłonie obrodziły na potęgę, gałęzie uginają się pod ciężarem owoców. Siedzę na schodach mego odziedziczonego domu, zwracam twarz ku słońcu, wsłuchuję się w ciszę. Czuję się piękna o szóstej rano, bez makijażu, jedynie w promieniach słońca. To jest magia tego miejsca! A może raczej duszy?

Mój dom leży nad jeziorem. Kiedy jestem zła, idę nad brzeg i patrzę, jak spienione fale biją o siebie z impetem. Innym razem podziwiam niczym niezmąconą taflę, gładką i delikatną jak jedwab. Jutro mam zlot czarownic w domu. Przyjeżdżają moje ukochane przyjaciółki. Joachim tego nie wytrzyma. Babskiego gadania o szminkach, butach, poezji, utyskiwania na mężów. Tylko kobieta wie, ile siły drzemie w takich spotkaniach. Niby gadanie o niczym, a jednak energia, jaką dostanie organizm na tym wymyślonym „sabacie”, jest nie do opisania.

Dziś przychodzi listonosz. Mam nadzieję, że wrzuci coś ciekawego do skrzynki.

– Dzień dobry, panie Mietku! Jest coś do mnie?

– A witam szanowną sąsiadkę! Oczywiście, że jest! Rachunki roznoszę zawsze, ale żeby jakieś pocztówki, listy pachnące miłością, oj, sąsiadko, to już nie te czasy. Teraz tylko mejle i telefony.

– Panie Mietku, więcej wiary w ludzi. Rachunki trzeba płacić od zawsze. Za komuny też były rachunki… przynajmniej wolności mamy więcej.

– Jak pani coś powie, to powie, też racja, ale czułości nigdy człowiekowi dość.

Mietek jest moim sąsiadem, a ponadto wspaniałym człowiekiem. Razem z żoną mieszkają dwie szutrówki (na Mazurach mówimy tak na piaszczyste drogi) ode mnie. Nie mają dzieci. Nie wiem dlaczego. To nie moja sprawa. Hodują dwie kozy, których pilnuje Burek. Owczarek szczycieński, kundel najwyższej klasy, ale jakby mu spojrzeć w oczy, to są jak źrenice ludzkie, aż ciarki przechodzą po plecach. Niektóre psy wyglądają na głupie i zachowują się jak głupie, ale są też takie, obok których nie przejdziesz obojętnie. Burek właśnie do nich należy.

– Panie Mietku, niech pan coś wyczaruje z tej torby! A tak w ogóle, to dlaczego wczoraj tę śliwę ścięliście? Była taka piękna, dorodna! Aż żal mi się zrobiło, jak zobaczyłam pustkę koło płotu.

– A bo owoców już nie dawała.

– Przecież drzewa owocowe z reguły co drugi rok obradzają?

– A jak kobieta stara, to daje owoce?

Nie miałam więcej pytań. Wygrzebał ze skórzanej torby tylko rachunki. Z uśmiechem na twarzy poszedł dalej. Kręgosłup miał wygięty w prawą stronę. Napięty jak łuk.

Mała płacze, już ósma, więc biegnę! Maryśka narobiła po pachy (inaczej nie da się tego nazwać), aż wyleciało z pieluchy. Wyje przez łzy:

– Mamaaa gdzieee?

– Byłam na dworze, córuś, nie płacz, już przebieramy.

– Pebebamy? Niee!

I znowu ryk. Takie sytuacje doprowadzają mnie do szału. Nie wierzę, że nie czuje, co ma w pieluszce, nie wierzę też w to, że jej nie przeszkadza.

– Przebieramy i już! Nie płacz! Maryśka, uspokój się, masz kupę wszędzie! Trzeba cię umyć i przebrać!

– Nieeeeeee…

Zwariuję. Czasami myślę, że zwariuję albo zrobię coś gorszego. Jeść nie, przebrać nie, pić nie, bawić się nie. Zwariuję jak nic. Mój telefon informuje mnie, że nadeszła wiadomość. Odbieram tą ręką, która nie jest brudna.

Marek mnie zdradza. Przyjadę z dziećmi.

Co?

Przeszło mi przez myśl, że się pomyliłam w składaniu liter w całość. Jak to Zośkę ktoś może zdradzać? Moja przyjaciółka jest wspaniałą matką dwójki zwariowanych chłopaków, do tego pracuje i całkiem nieźle zarabia, świetnie się prezentuje, ma samochód, kochającego męża. Wszystko wygląda jak w normalnej rodzinie. Dzwonię.

– Nie mogę gadać. Pakujemy się, będziemy dziś – woła i się rozłącza.

Trzask telefonu. Rozmowa niezaczęta, a już zakończona. Zośka miała być przecież dopiero jutro. Bez chwili zastanowienia dzwonię po Lenę. Będzie wcześniej, uda jej się przyjechać dzisiaj. Mam nadzieję, że Joachim wróci o stałej godzinie, bo inaczej nie zdążę nic ugotować. Dobry, ciepły obiad w podbramkowych sytuacjach ratuje zbolałe dusze. Zrozumiałam to po urodzeniu Maryśki. Obiady mojej mamy były niezastąpione. I tak to już chyba jest, że bliskość odczuwamy właśnie poprzez pracę rąk – gotowanie, szycie, pieszczoty, słowa nie mają takiej mocy. To właśnie rękoma opiekujemy się drugą osobą. Dajemy poczucie bezpieczeństwa, w przyjaźni również to jest przystań. Choćby minął rok od ostatniego spotkania, moje przyjaciółki zawsze wiedzą, że u mnie (a ja u nich) znajdą gar z gorącą zupą i czystą pościel. Znowu dzwoni telefon, pewnie Zośka.

– Cześć, Jaśmina. Z tej strony Darek, jestem z Joachimem w szpitalu w Olsztynie.

– Co?!

Znowu to cholerne „co”. Jedyne słowo, które potrafię wymówić w chwili zagrożenia.

– Spokojnie, ma tylko złamaną nogę – beznamiętnie odzywa się kolega mojego męża.

– Co? – Oblewa mnie zimny pot, ręce zaczynają się trząść. Kupa dziecka nie przeszkadza już w niczym. – Ale jak to? Przecież on miał być w pracy, co się stało?

– Spokojnie – z opanowaniem mówi dalej – przed pracą pojechaliśmy pojeździć na motorach, no wiesz, zanim zakład otworzył. Skręcając w boczną drogę, uderzył nogą w stary betonowy murek.

– Tylko? Jak dla mnie to jest aż! Przecież to mój mąż! I co teraz? Darek! I co mam robić? Zbieram się do was i jadę do szpitala, a Marysię zostawię u teściów. Darek, ale co z tą nogą! No mów, na Boga! – wyrywa mi się w końcu.

– Chyba będzie miał operację i jakieś druty wsadzane, może śruby, źle to nie wyglądało, ale dobrze też nie jest.

No i weź tu się dogadaj z facetem. Same konkrety, żadnych szczegółów. Noga złamana to pół biedy, ale druty, śruby to jakaś abstrakcja! Przeszła mi chęć na robienie obiadu. Pieluchę zmieniam w pół sekundy. Dziecko ubrane w minutę dziesięć. Pakujemy się do samochodu. Fotelik, pasy, dokumenty Joachima. Jadę. Czas pędzi jak szalony. Włączam radio. Muszę zagłuszyć myśli. Córcia o dziwo spokojna, ale nieustannie na mnie patrzy. Widzę ją w lusterku. Stara się wyczytać z twarzy każdy grymas.

Jadę i myślę o tych pieprzonych motorach. Zawsze uważałam, że w związku każda ze stron potrzebuje odrobiny wolności, miejsca tylko dla siebie, przestrzeni, której nie będzie nawiedzała żona, dzieci ani rodzina. Joachim ma motor, a ja? Ja chyba nie mam nic. Mam dziecko… to znaczy: mamy dziecko, pracę, ogród i… trzydzieści cztery lata.

Jestem przed domem teściów, parkuję, biegnę z dzieckiem na rękach, oddaję małą, jadę do szpitala.


ROZDZIAŁ DRUGI
Szpital

Szpital śmierdzi czystością. To jakiś paradoks, w domu czystością pachnie, w szpitalu śmierdzi. Oczywiście ma na to wpływ dobór detergentów, ale wolę tego miejsca zbyt często nie odwiedzać.

– Dzień dobry. Nazywam się Jaśmina Szeretucha. Jestem żoną… – mówię w recepcji.

– Aaa, tego od motoru, co mu noga odleciała. Właśnie ma operację. Nic się nie boi, gorsze rzeczy widziałam. Chłop młody, zagoi się raz dwa.

– Jak to odleciała? – Czuję, jak krew napływa mi do aorty i zaraz tryśnie uszami. Ścieżki potu czuję między piersiami i na plecach.

– Ano takiej metafory użyłam. A wie, co to metafora?

– Tak, wiem. Lepiej by było, gdyby pani ludzkim językiem do ludzi mówiła, a środki stylistyczne zostawiła polonistom. Można w ten sposób kogoś przestraszyć. W dalszym ciągu nie wiem, co z moim mężem!

– A co się tak unosi! Ja informacja, nie lekarz, idzie do pokoju numer dziewięć.

Znajduję pokój numer dziewięć, w środku jest lekarz. Znowu ta sama śpiewka, dla mnie to nie jest dobry dzień.

– Dzień dobry. Nazywam się Jaśmina Szeretucha. Jestem…

– Aaa, szanowna małżonka tego od motoru?

I co ja mam powiedzieć?

– Tak, tego od motoru. Co z moim mężem!

– Właśnie ma operację. Złamanie nastąpiło w dwóch miejscach, w stawie skokowym. Złamanie dość poważne, bo z przemieszczeniem. Koledzy szukają mu właśnie w nodze połamanych kości i będą je przykręcać na swoje miejsca śrubami. Dwa miesiące na zwolnieniu w domu. Na razie żadnego chodzenia. Jak dobrze pójdzie, za tydzień go wypiszemy, ale kule może już pani kupić. Wagę i wzrost męża pani zna, pomożemy zmierzyć długość ramion, nóg i proszę kupić kule. Pojutrze pewnie się przydadzą. I tak miał dużo szczęścia, dobrze, że mu tej nogi nie urwało.

– O Boże! – To jedyne słowo, jakie wyrywa się z ust. Zbyt dużo informacji w jednym czasie mój mózg nie daje rady przetrawić.

– Spokojnie, proszę pani. Mąż dostał znieczulenie w kręgosłup, więc jest całkowicie świadomy. Proszę gdzieś się przejść czy poczekać jeszcze dwie godziny i już będzie można z nim porozmawiać.

Próbuję ochłonąć. W kieszeni dzwoni telefon. Darek.

– Jaśka! Musiałem jechać do pracy, dlatego nie ma mnie już w szpitalu.

Słychać, jak drży mu głos. Też jest zdenerwowany. Może w końcu do niego dotarło, że ten wypadek to poważna sprawa.

– Czym go tu przywiozłeś? – Do tej pory w ogóle nie myślałam, że przecież Darek musiał Joachima jakoś przetransportować.

– Zadzwoniłem po karetkę. Szybko poszło. Naprawdę jest w dobrym szpitalu. Słuchaj, muszę kończyć, klienci idą do warsztatu. Jak będziesz coś wiedziała, dzwoń!

Mądrala! Jak będziesz coś wiedziała, to dzwoń! A kto go na ten motor wyciągnął! Boże, i co teraz? Mam czekać? Muszę się przejść.

Wychodzę ze szpitala. Pani z informacji posyła mi przyjazne spojrzenie. „Będzie dobrze” – mówią jej oczy. Sierpień piękni się w słońcu, siadam na ławce przed budynkiem i przywołuję wspomnienia z wizyty u Zośki w Warszawie. Mój mózg czasami robi „stop”. Najczęściej w jakichś bardzo dziwnych bądź zupełnie prozaicznych okolicznościach, na przykład w kolejce albo gdy jadę autobusem. Pojawiają się wtedy przed moimi oczami migawki z życia, najczęściej z dzieciństwa. Ale obecna migawka jest sprzed kwartału: spacerując po Marszałkowskiej, odurzona kolorowymi billboardami, reklamami i wieloma innymi fajerwerkami, które robią z naszych uczuć konfetti, pomiędzy sklepami z piekielnie drogimi kosmetykami i ubraniami, dostrzegłam dziewczynę grającą na skrzypcach. Ze sklepowych głośników wydobywała się hałaśliwa muzyka, zewsząd otaczał mnie gwar. Nie byłam w stanie usłyszeć, co gra. Zbliżałam się do niej powoli. Usłyszałam piękne dźwięki smyczka ocieranego o struny. Im bliżej do niej podchodziłam i wyraźniej nasłuchiwałam, tym większe miałam wrażenie, że czas się zatrzymuje. Krok za krokiem, gest za gestem wszystko spowalniało. Kiedy byłam już bardzo blisko, zamiast zatrzymać się i posłuchać, przeszłam obok niej, jakby nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Weszłam do pobliskiego Empiku, nie mając pojęcia, dlaczego tak się zachowałam. Jakbym nie była w swoim ciele. Osiemnaście lat temu zapewne stałabym przed tamtą skrzypaczką albo po prostu usiadłabym na chodniku i słuchała. A teraz? Co to w ogóle miało być? Czyżby z wiekiem człowiek tracił pragnienie wyrażania siebie? Kupiłam książkę. Wychodząc ze sklepu, modliłam się, żeby skrzypaczka jeszcze była na ulicy. Na szczęście nadal grała. Ukradkiem wyciągnęłam z kieszeni złotówkę i przezwyciężając strach (skąd to się wzięło?), wrzuciłam ją do futerału skrzypiec. Walczyłam ze sobą. Walkę prowadziła Jaśmina i ktoś dorosły. Bałam się, ale wygrałam! Spojrzałam tej dziewczynie prosto w oczy. A ona? Szczerze uśmiechnęła się do mnie i odwzajemniła spojrzenie. Trwałyśmy tak pół sekundy, a czułam, jakby ktoś otworzył przede mną drzwi do mojej własnej świadomości. Odchodząc, nie widziałam już tych sklepów, ludzi, samochodów, czułam się dobrze, byłam lekka. Zrobiłam to, co chciałam. To był pewien przełom w moim życiu. Taki mały gest, który bardzo dużo mi uświadomił.

 

W głowie cisza. Długa pauza. Patrzę na złoty pierścionek, który noszę na lewej ręce. Dostałam go od rodziców po uzyskaniu dyplomu magistra. Takie właśnie drobiazgi zostają po bliskich nam ludziach. Wspomnienia zdają się ukrywać w rzeczach. Zegarek. Dostałam go od Joachima na trzecią rocznicę ślubu. Skórzany pasek. Waniliowa tarcza z czterema kwiatami chabru narysowanymi w miejscu czterech cyfr.

Ile ja tu siedzę? Joachim już po operacji od prawie półtorej godziny!

Szybkim krokiem znów mijam panią w informacji. Nie zauważa mnie, coś czyta i chichocze filuternie. Wbiegam do sali.

– Joachim, jak się czujesz? Co z nogą? Mów! Boże, jak to się stało? Miałeś jechać do pracy. Zawsze przed pracą chodzisz na motor? Darek pewnie cię wyciągnął. Mówiłam, że to się kiedyś tak skończy. Po co tam w ogóle pojechałeś? I widzisz, jaki był tego finał? Teraz już w ogóle w niczym mi nie pomożesz, ani przy dziecku, ani w domu. Czemu nic nie mówisz?

Patrzy na mnie z politowaniem i bólem w oczach. Nie może się ruszyć. Na jego twarzy widać bezsilność. Prawą brew ma lekko przypaloną, a czoło zmarszczone jak rodzynek.

– Bo mnie atakujesz.

– Ja? Ja cię atakuję? – dziwię się.

– Znowu masz pretensje. Znowu czegoś chcesz. Dziewczyno, mam cztery śruby w nodze, daj po prostu żyć. Jestem po ciężkiej operacji. Chcę spać, póki środki znieczulające działają.

Moje zdziwienie jest tym większe, im więcej słów pada z jego ust. Nie wierzę, że to mówi mój mąż. Ani „dzień dobry”, ani „miło cię widzieć”, żadnych wyjaśnień, tylko tak po prostu „chcę spać”? Zdania wypowiadane tonem znudzonego życiem męża.

– Jaśminko, jedź do domu, do Marysi. Nie chcę dziś nikogo widzieć. Żadnych rodziców, nikogo! Chcę spokoju bez wyrzutów i pytań. Chcę spać! Miałem wypadek i tyle. Naprawiając samochody w zakładzie, też codziennie jestem narażony na wypadek.

– Co ty wygadujesz? Mam sobie tak po prostu iść? Przecież jesteś moim mężem, martwię się o ciebie.

– Martwisz się o mnie czy bardziej o siebie? Bo w domu ani przy dziecku w najbliższym czasie ci nie pomogę?

Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie kijem w głowę. Może ma rację?

– Joachim, kocham cię. Damy sobie radę. Wyzdrowiejesz. Najważniejsze jest teraz twoje zdrowie. Nie mam do ciebie pretensji. Martwię się jak kobieta. Nie umiem martwić się jak mężczyzna.

Czuję, jak z gorąca pasma włosów przyklejają mi się do twarzy, a ręce lepkie od brudu nie wiedzą, czy mają skubać rąbek sukienki, czy zdrapywać skórkę wokół paznokci.

– Ja też cię kocham. Tylko teraz chcę spać. Zadzwoń jutro. Muszę spać.

Odwraca się ode mnie. Całuję go w policzek. Dostrzegam uśmiech na Joachimowej twarzy.

– Będzie dobrze – szepczę i wychodzę.

Wsiadam do samochodu, zapalam silnik i od razu włącza się radio. Na pierwszy plan wysuwają się słowa piosenki: Zapyta Bóg w swym niebie, co dałem Mu od siebie. Wierzyłem i kochałem, i byłem tym, kim chciał, bym był. I żyłem, jak chciał, bym żył i byłem, kim miałem być. Zespół Raz Dwa Trzy. W moim życiu ich muzyka zajmuje bardzo ważne miejsce. Zastanawiam się przelotnie, czy jestem tym, kim chciałam być? Czy żyję tak, jak chciałam? Na pewno z Joachimem i Maryśką, ale czy jestem tą, którą chciałam być? Nie wiem. Obowiązki przytłaczają.

Jadę drogą z Olsztyna na Szczytno. Wokół wirują zielone lasy i mazurskie pola. Dzwoni telefon. Pewnie ze szpitala. Gdzie ja mam telefon?! Jednak prawdą jest, że do kobiety trzeba dzwonić zawsze dwa razy. Za pierwszym nigdy nie odbierze.

– Cześć. Gdzie jesteś? – drżącym głosem pyta teściowa.

– Jadę już do Szczytna, jeszcze trzydzieści kilometrów i będę pod waszym domem. Niestety, Joachim nie chce już dziś nikogo widzieć. Mamo, przepraszam za niego, chyba się załamał. Miał operację lewej nogi. Lekarze skręcili mu kości na śruby.

– Tak, wiem. Dzwoniliśmy do niego. Opowiedział nam wszystko. Na koniec dodał, że chce spać. To się porobiło. Jak ty sobie poradzisz? Zima idzie. Jedź powoli. Przecież on będzie niedysponowany przez dwa albo i trzy miesiące!

– Mamo, na razie nie chcę o tym myśleć. Muszę spakować jego najpotrzebniejsze rzeczy i zawieźć mu z samego rana. Dzisiaj już nie dam rady. Głowa mnie boli od tego wszystkiego.

Zapomniałam, że przez cały dzień nic nie jadłam, a w domu pewnie już są goście.

– To może zostaw Marysię u nas na noc? Zabierzesz ją jutro, jak będziesz wracała ze szpitala.

Waham się. Ale ta propozycja jest strzałem w dziesiątkę. Małe dziecko absorbuje całkowicie. W domu bałagan, a w głowie strach. Co ja zrobię zimą? Z odśnieżaniem, paleniem w piecu, jak ze wszystkim dam sobie radę? Brrr… Myśli, zróbcie stop! Wszystkiego od razu nie poukładam. Trzeba małymi krokami iść od początku. Najpierw coś zjeść, spakować torbę mężowi, przyjąć gości. A co dalej? Życie pokaże.

– Dobrze. Niech u was zostanie. Mamo, dziękuję za pomoc. Jesteście zawsze pod ręką. Dziękuję jeszcze raz – mówię z ulgą.

– Uważaj na siebie. Zadzwoń jutro, jak będziesz jechała. Pa.

Bez pomocy dziadków ani rusz. Przed porodem zaklinałam się, że poradzę sobie ze wszystkim sama. Mówiłam, że wrócę do pracy zaraz po urlopie macierzyńskim, a dziecko oddam do żłobka. Tak bardzo bałam się opowieści o tych niespełnionych matkach, które zrezygnowały z siebie na rzecz rodziny. Nie chciałam powielać tego schematu. Nawet nie przychodziło mi to do głowy. Jednak życie jest brutalne. Jak bardzo boli serce i wyje dusza, gdy nie możesz się wyspać, bo dwadzieścia razy w nocy wstajesz do dziecka? Z jednej strony przeklinasz dzień, w którym zaszłaś w ciążę, z drugiej strony masz jeszcze większe wyrzuty sumienia, że tak myślisz, bo przecież kochasz to maleńkie stworzenie najmocniej, jak potrafisz. A już kroplą przelewającą czarę goryczy jest mąż, którego prosisz o pomoc (nie z egoizmu, po prostu już nie dajesz rady!), a on śpi. Otworzy jedno zaspane, nocne oko i powie:

– Jutro idę do pracy, muszę się wyspać.

A ty? Stoisz nad nim i nie wiesz, czy go bić, czy gryźć. W końcu idziesz płakać po cichu w kąt. Z tych łez również rodzą się wyrzuty sumienia, bo płaczesz nad swym losem. Jeśli więc nie ma pomocy z zewnątrz w postaci mamy, teściów, ciotki, która od czasu do czasu zajmie się dzieckiem, abyś ty mogła zrobić coś dla siebie, jeżeli tych ludzi nie ma – rodzą się rodzinne tragedie. Dobrze więc, że ja mam takich ludzi wokół siebie.


Jestem już w Szczycionku, pięknej mazurskiej wsi. Jeszcze jeden zakręt i dotrę do w domu. Dookoła mnie las. Cudowny, pachnący grzybami i deszczem. Czuję, że to jest moje miejsce na ziemi. Współczuję tym, którzy jak nomadowie poszukują swych gniazd. Wieczna tułaczka. A ja? Już wiem, gdzie jest mój dom. Podjeżdżam pod stary drewniany płot. Joachim miał tego lata go naprawić. Chyba już nic z tego. Zatrzymuję się i otwieram bramę, jednak nigdzie nie widzę samochodu Zośki. Przecież powinna już być.

Zajeżdżam pod dom. Zośka siedzi na schodach i głaszcze kota Lucka. Ruda kocica uciekła przedwczoraj i do tej pory jej nie ma. Chłopaki buszują w ogrodzie, chyba jeszcze nieświadomi, że małżeństwo ich rodziców się rozpadło. Zośka nie wygląda dobrze. Oczy podkrążone, paznokcie niepomalowane i ten charakterystyczny skurcz wszystkich mięśni na twarzy. Czoło lekko ściągnięte, usta zaciśnięte jak pięść. Od razu po człowieku widać, że zrodził się w nim głęboki, upokarzający ból.

– Co się stało? Zośka, ty nie żartujesz! Gdzie samochód? – pytam.

– Przecież to jego samochód! Nie mogłam go wziąć! Nawet, kurwa mać, samochodu już teraz nie mam! Nie mam nic, rozumiesz? Nic! Tylko dwoje dzieci na utrzymaniu! Dupek! – wykrzykuje z rozpaczą.

– Zocha, niczego nie rozumiem. Joachim ma połamaną nogę, leży w szpitalu, ale już jest po operacji. Nie będzie go przez najbliższe dwa tygodnie. Jak chcesz, możecie zostać dłużej, jeden pokój jest wolny. Nie zrobiłam wam nic do jedzenia. Właśnie wracam ze szpitala. Zabierz chłopaków, to chociaż kanapki zrobimy. Nie rycz! Lena będzie za godzinę! To nie koniec świata.

– Łatwo się mówi, jak sprawa nie dotyczy ciebie. Dla mnie to jest koniec świata! Gdzie ja będę mieszkała? Co ja teraz zrobię? – lamentuje ze strachem w głosie Zośka.

– Nie wiem. Nie wiem, co masz zrobić. Na razie musicie coś zjeść, później będziemy myśleć.

Szukam klucza do drzwi w mojej wielkiej wiklinowej torbie. Jak zwykle nie mogę go znaleźć. Chcesz wiedzieć, jaka jest kobieta? Zajrzyj do jej torebki. W mojej wielki bałagan. Kawałki materiałów (szyję na maszynie), długopisy, szminki, notes, w którym zapisuję złote myśli uczniów i swoje. Ukradkiem spoglądam na ramię Zochy – jej torba jest skórzana, wygląda jak z węża. Piękna, lakierowana – jak jej dotychczasowe życie. Nie muszę do niej zaglądać, aby wiedzieć, że ma tam porządek.

Siadamy w kuchni. Zośka drży jak osika na wietrze. Nie poznaję jej w tej nowej roli – samotnej matki. Wyciąga papierosy i jednego zapala ceremonialnie na środku pomieszczenia.

– Zwariowałaś? Od kiedy palisz? Jeden papieros podobno zabiera piętnaście minut życia! – wyrzucam gniewnie.