Na kresach lasów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wacław Sieroszewski

Na kresach lasów

Powieść

Warszawa 2017

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział I

Dziwny widok przedstawia las podbiegunowy! Cmentarz to raczej, gdyż zaprawdę więcej tu leży pni zwalonych, niż żywych korony wznosi ku niebu. A i te ostatnie stoją niskie, cherlawe, na wpół uschłe, skrzypią żałośnie w pałąk zgięte rzadkim liściem odziane szkielety, zdając się za najmniejszym wiatru podmuchem żebrać o zgon rychły. Na ziemi leżą kłody – tu stare, zmurszałe, zgnilizną tchnące, warstwą mchów i liszai pokryte, ówdzie świeże jeszcze, żywicę z ran swoich sączące – leżą, rozpostarłszy szeroko gałęzie, potraciwszy w upadku kruche wierzchołki, pojedynczo lub kupami gwałtownie z ziemi wyrwane, ze szmatami torfu i darni. Korzenie ich sterczą do góry, niby konwulsyjnym konaniem wykręcone stopy nieboszczyków.

Tak – to pobojowisko! Tu się toczy walka zajadła, nieubłagana, między wichrami, jałowością gleby a lasem. Poległo już wielu bojowników, ale bój nie skończył się jeszcze, o czym świadczą wymownie młode latorośle świeżo wyrastające pomiędzy chrustami. Chciwe słońca, powietrza, pewne praw swoich szeroko rozstawiają kosmate swoje łapeczki, wyścibiają kędzierzawe pachnące czubki bladozielonych, iglastych gałązek ponad ciałami zabitych i w cieniu umierających. Przyjdzie czas, że i one gwałtowną zginą śmiercią, ale nie zginą na próżno.

Od północy, od morza, przez nagie tundry dmą wichry niczym nie hamowane w szalonym swym biegu i uderzają gwałtownie o młode bory. Zimno i nagłe skoki temperatury szkodliwie oddziaływają na młode drzewa rzadko rosnące na skraju lasu, a ziemia, która tylko na parę cali odmarza w ciągu krótkiego lata, nie pozwala im głęboko zapuścić korzeni. Te korzenie prawie na powierzchni pełzają u stóp drzew, poczwarnie pogięte niby gniazdo ukropem polanych węży, wskutek czego pozbawione dostatecznego pokarmu i oparcia drzewa rosną wątłe, chwiejne i padają za pierwszym uderzeniem silnego wichru. Powalone ciężarem swym jednak przygniatają korzenie otaczających, dając im oparcie, które pozwala stać mocniej i rosnąć wyżej.

Zatem może kiedyś, gdy rozkład i próchno umarłych wzbogaci soki ziemi, pojawią się nowe pokolenia liczne, silne, zdrowe, wspólnymi siłami odmienią klimat, wchłoną wilgoć, wstrzymają wichry, ulepszą i rozgrzeją glebę, a wówczas tam, gdzie niegdyś padli pierwsi bojownicy, pokorni i beznadziejni, zaszumi bór potężny i zielony, mogący oprzeć się wszelkiej wichurze. Dziś te lasy blade, rzadkie, ubogie, można porównać tylko do rudej sierści parszywego rena lub do garści starych pordzewiałych igieł i drucików, do połamanych patyczków i gałązek niedbale powtykanych w poduszki płaskich wzgórz, okrytych gąbczastymi, wypłowiałymi mchami.

W oprawie nędznych, głuchych borów tym majestatyczniej wyglądają olbrzymie, srebrne, gwarne jeziora, jest ich tu moc niezmierna, różnej wielkości i kształtu i na różnym leżących poziomie – ziemia ta bowiem stosunkowo niedawno wyłoniła się z głębi morza, cała jeszcze perli się i jak wodnica, wychodząca ze zdroju, ocieka wodą. Dawno już jednak wody tutejsze utraciły swój rodzimy charakter! Wiosenne wylewy wypłukały z nich sól i gorycz, a brzegi dawniej płaskie i nagie wzniosły się i, obrósłszy lasem, zmieniły ich falę morską, ciężką i potoczystą na krótką, pluskającą i figlarną falę wód słodkich. Im dalej uciekał od nich ocean, im wyżej rósł las okoliczny, tym one stawały się cichsze, leniwsze, spokojniejsze, jak dzikie niewolnice ugłaskane i pozbawione wszelkiej nadziei. Dziś lekki wietrzyk zaledwie marszczy ich oblicza senne, gładkie, w niebo zapatrzone i otoczone rąbkiem traw i krzewów. Tylko gdy daleko w ojczystym ich morzu zaszumi burza, niosąc w szalonych podskokach olbrzymie, rozpasane, ryczące bałwany, wówczas i one poczynają dyszeć namiętniej, podnoszą do góry spienione łby, jakby raz jeszcze ujrzeć chciały utracony na wieki świat, a zawiedzione biegną w gniewnych pląsach na niskie brzegi i, uderzając o nie gwałtownie, rozsypują się i nikną bez śladu, pozostawiając po sobie tylko długi, przenikliwy jęk. Każde jezioro ma odmienny łoskot fal i każdy podmuch wiatru inne wydobywa z nich tony. Te dźwięki zmieszane z szumem drzew i wiatru poświstem, tworzą dziką, jednostajną, a dziwnie rzewną, smętną melodię, pełną jakby żalu i płaczu po utraconej swobodzie. Słuchając jej, smutnieje wesoły Tunguz, zabłąkany tu w pogoni za zwierzyną, uczuwa jakieś tajemnicze drgnienia swej prostej duszy i modli się; Jakut – praktyczny rybak – zatrzymany niepogodą w swej wędrówce po jeziorach na wątłym czółnie, leży na wilgotnym brzegu, u tlejącego ogniska, a ogarnięty silniejszym niż kiedykolwiek poczuciem swej zależności od nieznanych potęg wtóruje piosenką echom burzy i marzy o lepszej przyszłości.

Jezioro Andy niegdyś słynęło szeroko z tych szumów, z ogromu oraz posępnej piękności swych brzegów. Ciemny, wysoki, lasem porosły przylądek wrzynał się daleko w sam środek wód jego i dzielił je na dwie równe prawie połowy. Ale stojące na samym dzióbie przylądka kosmate modrzewie daremnie wznosiły wysoko szpiczaste swe czuby – nie widać ich było z przeciwnych brzegów. Zewsząd otaczała je toń bezbrzeżna – to błękitna, to szara, to gładka, to postrzępiona falami, zależnie od pogody i wiszącego nad nią nieba. Wąska, niska, lasem porosła szyja rysująca się blado na połyskliwym tle otoczenia łączyła urwisko z resztą głuchej tajgi. Powiadają, że podczas burzy i ta spójnia ginęła pochłonięta przez wodę, i przylądek stał czarny, samotny, wysoki a drobny wśród przelewających się siwych bałwanów, obryzgany pianą, drżący od uderzeń, ogłuszony łoskotem, który tu właśnie miał się rozlegać szczególnie przeciągłym, żałosnym graniem.

Może dlatego lubili go odwiedzać strwożeni i smutni, a ślady ich odwiedzin i przyniesionych ofiar po dziś dzień widzieć się dają na gałęziach drzew, na krzewach, na ziemi, na łysych polanach i wzgórkach. Są to kupy potrzaskanych reniferowych rogów i kości wiszące na sękach, na wpół zgniłe skóry z rogami i racicami, szmatki kolorowych tkanin, pęki włosia, sznury i pióra. Tu i ówdzie, wśród skołtunionych gąszczy, migają jak gwiazdy wybielałe czaszki bydlęce, dzwona kości pacierzowych nasadzone na kołki, a nawet duże, z chrustu i pałek uplecione gniazda, tkwiące wysoko, a na nich szkielety nieznanym obyczajem dawno pogrzebionych ludzi. Na dole zaś, zwykle u stóp pni starych, dziuplastych, krępych, krętych lub niezwykle sękatych siedzą oparte o nie mumie zaginionych jakichś ludów, chyląc w zagadkowej zadumie puste i nagie czaszki nad szczątkami oręża i naczyń porzuconych tu niegdyś przez żywych dla ich wyłącznego użytku.

Dziś nikt nie odwiedza Przylądka umarłych, jak go tu nazywają po starej pamięci, a i on sam przestał już być przylądkiem, gdyż otaczające go niegdyś jezioro znikło już dawno. Jego olbrzymie bałwany odszukały gdzieś w marnych swych brzegach rozpękłą od zimowych mrozów szczelinę, rozmyły ją, rozwarły i po śliskich grzbietach sąsiednich wód, głębokim parowem pobliskiej rzeczki uciekły z wesołym pluskiem do morza. Dziś na ich miejscu łagodnie szumią miękkie, soczyste trawy i bladozielone rokity, wśród których miejscami tylko połyskują resztki byłych toni. A ślicznie wyglądają te małe, okrągłe lub podłużne stawki, ukryte w zielonej trawie, a mieniące się wszystkimi barwami dnia czy nocy, niby krople żywego srebra zapomniane na dnie jak step rozległej, jak malachitowa czasza zaklęsłej łąki.

W zimie tu po dawnemu biało i wietrzno; o zaszłej przemianie mówią tylko mleczne słupy dymów z trudnością rozpływające się w stężałym powietrzu, czerwone gwiazdeczki ogni niknące lub pojawiające się podczas mroku w korowodach rzeczywistych gwiazd rozsianych nisko nad stepem oraz stada półdzikich koni różnej maści błądzących po polu i wygrzebujących sobie pokarm spod śniegu. W sadybach okolicznych przemieszkiwali Jakuci, na wpół osiadli, na wpół koczujący, po większej części rybacy, cokolwiek pasterze i łowcy, ubodzy, dzicy, zawsze i wszędzie wszelkimi dostępnymi dla nich środkami starający się przede wszystkim wyciągnąć pożywienie z otaczającej ich przyrody.

Już było pod koniec marca i przednówek, co rok nawiedzający o tej porze chaty krajowców, był w pełni rozwoju. Począł się on wcześniej niż zwykle, gdyż przeszłoroczny połów ryb okazał się nadspodziewanie lichy i nagromadzonych zapasów starczyło zaledwie do Trzech Króli, a obiecywał trwać długo, gdyż chmurna, wietrzna i śnieżysta aura, miarkując gorąco południowych godzin i zimno nocy, nie pozwalała zakrzepnąć na śniegach warstewce lodu mogącej dźwigać biegnących na łyżach myśliwców lub więzić laskonogich łosi i renów, które poczęły schodzić z gór na doliny. Po zimowym poście, była to pierwsza nowalia puszczy, pierwsza zdobycz, na którą można była na pewno liczyć i o której warto było wspominać. Była też ona pewniejsza niż poprzedzający ją cokolwiek połów olbrzymich miętusów za pomocą płotów plecionych z wicin i koszów stawianych pod lodem w jeziorach lub czerpanie kojurami drobnej, odrętwiałej rybki z głębokich odmętów, gdzie ona, leżąc w ile, przezimowała. W walce nadziei i rozpaczy toczącej się w sercach nawiedzonych przez klęskę ludzi brane też były w rachubę i te przewidzieć się dające okoliczności, mogące pozbawić ich spodziewanej zdobyczy, lecz w gawędach nikt o tym nie wspominał, gdyż grzechem było i niebezpieczeństwem mówić głośno o rzeczach tak bliskich, tak upragnionych, a tak wątpliwych! Zresztą prób nie przedsiębrano jeszcze żadnych: znaki zwiastujące, że czas dla nich odpowiedni nastąpił, zależne od stanu pogody, jeszcze się nie pojawiły. Ale mogły się pojawić lada dzień, lada godzinę, lada chwilę nawet, i to właśnie czyniło oczekiwanie tak gorączkowo napiętym, to podniecało ducha i pozwalało ludziom wytężać nad miarę siły i, nie bacząc na nieskończone męki chwili obecnej, przedłużać nędzne życie.

 

Jeszcze chwilkę... chwilkę tylko... a może... a może ona już nadeszła i oni tylko o niej wiedzą!... Gdy więc który z cierpiących głód budził się z bolesnej, febrycznej drzemki, to wlókł się przede wszystkim spojrzeć na niebo.

Wiatr cichnie!... pogoda! – wołał głośno, radośnie, wracając ze zwiadów, a twarze słuchających rozpromieniały się.

Lecz, jeśli chmurno, zimno wyszeptał za powrotem, chmurniały oblicza i myśli, gorączką rozpalały się na nowo oczy, podniesione głowy opadały na posłanie i słabły członki. Ogarniał ich znowu ciężki, letargiczny sen głodowy, pełen nęcących obrazów zapachu krwi i potraw, widoku rozpłatanych ryb, pasącego się spokojnie zwierza oraz innej łatwej, pożywnej zdobyczy i gasił wszystko, nawet uczucie rozpaczy! Wszystko!... prócz bólu z wolna skręcających się i rozkręcających, pustych od dawna wnętrzności. Z odrętwienia budziło ich tylko zimno wystudzonej jurty, które oni brali za okropny dreszcz konania, zmuszało rozpalać wygasły ogień i kupić się koło niego, a gorączka szaleństwa wprawiała w ruch; wtedy wyli jak wilki albo pełzali po izbie, jak muchy obudzone sztucznym ciepłem z letargu, kłócąc się o lada drobnostkę i po raz setny szukając w dawno wymiecionych śmieciach jakiej zapomnianej okruszyny pokarmu.

W małej jurcie, najbliższej Przylądka umarłych, a pozbawionej wszelkich ogrodzeń i dawno już nieoczyszczanej z zasp śnieżnych, odbywało się takie poszukiwanie.

Mieszkańcy jurty przypomnieli sobie o skrytkach jeszcze nieprzetrząśniętych i okazywali wielką energię i ożywienie. Dwie stare baby, jedna w tunguskiej, dobrze już wyszarzanej, ale wzorzystej i srebrem wyszytej odzieży, a druga Jakutka, w skórzanym, białymi zającami podbitym kaftanie, ciągnęły z trudnością niewielki drewniany stół. Stary Tunguz, w odzieży futrzanej podobnego jak kobiety kroju, tylko bez srebrnych upiększeń, szedł za nimi, niosąc w ręku mały stołeczek, który stawiał na stole, jak tylko ten zatrzymywał się, gdzie trzeba. Potem przy pomocy kobiet właził na to rusztowanie i szukał na belce pod powałą płaskiego dachu, podnosząc obłoki kurzu i piasku. Baby, zadarłszy do góry kościotrupie twarze, śledziły za jego ruchami, połykając ślinkę.

– No i cóż?

– Nic nie ma.

– Zupełnie nic?

– Zupełnie. Poczekajcie, jest coś... – dodał wreszcie po długiej, nadaremnej dokoła jurty wędrówce i, wspiąwszy się na palce, sięgnął ręką głębiej w szczelinę.

Patrzący zatrzymali oddech; ustało ciche, leniwe dziobanie siekierą w ciemnym kącie za kominem; bez ruchu na jednej z ław leżący człowiek podniósł głowę, kobiety przysunęły się jeszcze bliżej do stołu i pożerały oczyma Tunguza, który ostrożnie ciągnął coś dużego, co szeleściło i opierało się. Wreszcie, otoczone kłębami pyłu, upadło na ziemię. Kobiety podniosły je natychmiast, a zwróciwszy się do ognia, poczęły rozwijać.

– Nie ruszajcie! – wrzasnął Tunguz, i z niezwykłą lekkością, bacząc na jego wiek i osłabienie, zsunął się z rusztowania.

– No i cóż?

– Nie ma nic, pusta szmata. Pożryj ją sobie, stary... tyś taki łakomy! – rzekła stara Jakutka, oddając zawiniątko Tunguzowi.

– Prawda, szmata!

– Śmierdząca ścierka. Diabeł wie, kto ją tam położył.

– A więc nic?

– Nic!

– Nic!... – cicho, jak westchnienie, powtórzyli wszyscy.

I znowu w kącie zastukała siekiera, chory legł na powrót na ławie, a kobiety zostały przed kominem i, grzejąc ręce, przypatrywały się, jak płonie rzucony na ogień gałgan.

Tunguz, otrzepawszy się z kurzu, postawiwszy stół i stołek na swoim miejscu, zbliżył się także do ognia, rozepchnął siedzące kobiety łokciami i stanął na przedzie. W niepewnych, krwawych błyskach, to gasnących wśród smrodliwego dymu, to jasno błyskających płomieni, te trzy wyżółkłe, zgarbione i strasznie chude postacie zdawały się nie żywymi ludźmi, lecz raczej zbiegłymi z sąsiedniego boru mumiami. Podobne do nich z kształtu i odzienia, zastygły obok siebie bez ruchu, wyciągnąwszy do ognia krogulcze, rozczapierzone, wyschłe palce, by łacniej łowić ciepło dla stygnącego ciała, a jednocześnie by zasłonić od zbytniej spiekoty zmartwiałe twarze. Oczy zmrużyli, ale natomiast rozwarli szeroko cienkie, spękane wargi, prawie zupełnie krwi i mięsa pozbawione, a rząd błyszczący dużych, mocnych zębów wychylił się nagle z tego okropnego kłębuszka drobnych, wężykowatych zmarszczek pokrywających niskie ich łby i zapadłe policzki. Od czasu do czasu odgarniali z czoła kosmyki włosów czarnych i skołtunionych, a wówczas z szerokich rękawów wysuwały się cienkie piszczele rąk obciągniętych skórą workowatą, zupełnie mięśni pozbawioną. Gdy otwierali powieki, wzrok ich błędny, dziki, bolesny, potęgował grozę widoku. Jaka moc trzymała życie w tych kościotrupach, trudno było odgadnąć; tutejsi mieszkańcy często ruszają się, pracują i myślą w takich warunkach, jakich bez przerażenia wyobrazić sobie nie może Europejczyk. Wszystko jednak ma swój koniec.

– Ach! gdyby choć główkę rybią, jak wczoraj! – westchnęła Jakutka.

– Oho! – powtórzyła jej milcząca zwykle towarzyszka.

– Jeszcze czego! – Co dzień wam się zachciewa główki rybiej – skarcił obie Tunguz surowo. – I któż byłby tyle głupi, żeby je zostawił?

– To prawda!

– Ujbanczyk, dziecko moje! – jęknął znowu chory, podnosząc się na pościeli – dziecko moje, idź, myślę, do Andrzeja... jeszcze raz... poproś... może da... cokolwiek... Powiedz mu... inaczej... pomrzemy!... Sił nie starczy... Pomrzemy!

– Pomrzemy! – powtórzyli inni chórem – przyszedł, nastąpił nasz dzień.

– Wczoraj zjedliśmy ostatnią garść łyka – dodała gospodyni. – Nic nie ma w komorze... jak wymiótł, nawet skóry.

Robiący żerdź w kącie rzucił siekierę i wyszedł z cienia. Był to chłopak lat dwudziestu paru, dość wysoki, barczysty i tęgi, ale obecnie równie jak i inni mieszkańcy jurty głodem wycieńczony; obszerna, futrzana kuklanka zwisła mu z ramion ciężkimi, niezgrabnymi fałdami; płaska, szeroka, ciemnobrązowa twarz, uwieńczona ogromną szopą czarnych, kędzierzawych włosów, od chudości stała się prawie trójkątna.

– Pójdę, ojcze, może da – wyrzekł łagodnie.

– A jakże, spodziewaj się! – zaskrzeczał gniewnie Tunguz, szeroko roztwierając czarną, niezwykle od chudości policzków obszerną paszczę. – Czekaj! On ci da!... Gdybyś mu zaniósł co zastawić albo spieniężyć, to jeszcze, kto wie, może by dał, choć nawydziwiałby pewnie niemało! Och! nawydziwiał... wielki nasz pan... Oj! oj!... Prosiłem go onegdaj: Daj cokolwiek, Andrzeju, przecież moja dziewczyna pracuje na ciebie. – Pracuje, no i je, myślę – powiada – a ty stary oddaj lepiej namiot, na co ci on? Renów nie masz, a i wkrótce kipniesz! A jakże! Niby to ja się śpieszę. Renów nie mam, to prawda, ale dziś nie mam, a jutro będą. Niby to ja już na wieki zaprzedał się w niewolę i siedzieć będę na miejscu jak przeklęty... Dziś tak, jutro owak! Zapomniał sam, jak był biedny, jak u ludzi korzystał... Taki, nie dał! A ja mu przecie niegdyś dawałem. Oj, dawałem!... Nie chodź, chłopcze, do Andrzeja, twardy to człowiek, siły tylko zmarnujesz, a lepiej do boru po... łyko! Bo bór to ojciec, nikomu nie odmawia, jeśli co ma.

– Tak bym go i puściła do boru... syna z pustym żołądkiem, bez ciepłej strawy, żeby przepadł? Po łyko... do bo-ru!... Sam idź kiedyś taki zuch! – zawarczała zgryźliwie Jakutka.

– Cicho stara, cicho! – począł znów chory przerywanym głosem. – Idź, Ujbanczyk, synu, idź. Ten stary sam nie wie, co gada; on cudzoziemiec, on Tunguz. Rok taki ciężki; nie może przecie Andrzej każdemu, co potrzebuje, rozdawać swego majątku, nawet jego bogactwa na to nie starczy. I to on teraz tylu ludzi karmi. Ale my jego krew, jego plemię, powinien się ulitować. Niechby dał choć trochę, choć odrobinkę, aby tylko jakkolwiek przetrwać. Mało przecie zostało. Odrobimy! Bóg da! Słońce zaświeci, przyjdzie wiosna, ciepło, odrobimy. A zemrzem, to przepadną jego długi – zakończył pouczająco.

Chwilą zatrzymał się, nabrał tchu w zbolałe piersi i znów dalej tak ciągnął:

– A i sen miałem dobry: śni mi się, że u słupa na dworze stoi biały jak mleczna piana ogier z uszami jak kukułki, z oczami jak jaskółki, z grzywą do ziemi i ogonem płynącym za nim niby fala burzliwej rzeczki; stoi i rży. Obudziłem się. Znów zasnąłem, i znów stoi i rży. I tak do trzech razy!

Obecni wysłuchali opowiadania z uwagą i nabrali otuchy. Ujbanczyk, który siedział na ławie, usłuchał ojca, nadział ogromną futrzaną czapkę, takież niedźwiedzie rękawice i wyszedł. Gdy się drzwi za nim zamknęły, w chacie zapanowała grobowa cisza, przerywana tylko trzaskaniem ognia. Po pewnym czasie grzejący się u komina rozpełzli się po kątach, zmęczeni wzruszeniem i ruchem pokładli się na pościeli.

Posłaniec jednak nie wracał długo. Drzewo wytliło się na kominie i jurta poczęła się wyziębiać. Zwlekli się więc z ław i znów skupili dokoła ogniska roznieconego przez jedną z kobiet; nawet chory tym razem przyłączył się do nich i, siadłszy na niskim zydelku, zadarł do góry niebieską koszulę i grzał odsłonięte, wychudłe, niegdyś silne i szerokie bary. Tunguz, niecierpliwszy od innych, wyszedł na dwór wypatrywać posłańca.

– Nie widać, w polu czysto – rzekł, wracając po chwili.

– Nie wraca, coś długo nie wraca! – szepnęła matka. – Może upadł na drodze.

Nikt jej nie odpowiedział, nie ruszył się nawet. Tylko stary zaczął gderać.

– A co? Mówiłem, że nie da. A co? Moja prawda! Długo nie wraca, a więc nie dał, bo gdyby dał, toby chłopak z radości prędko przyleciał. Tak to, tak. Ludzie nigdy nie pamiętają, co wzięli, a tylko to liczą, co dają. I już mu on pewnie policzył, policzył! A przecież sam był biedny, sam brał. Pamiętam, przyjeżdżał do mego obozowiska. Zabijałem natychmiast najspaśniejszego z mych trzystu renów. Tłuszczu na garbie i żebrach, ot ile – i pokazywał słuchaczom, składając cztery palce. – Krwi, wnętrzności moc! I on syt, i jego psy syte, i wszyscy syci. Warzymy przede wszystkim ozór, chrapy, wątrobę i serce.

– Taaak? – zawtórowali rozciekawieni słuchacze.

– A jakże, jak wypada na cnego gościa. W obozowisku pełno ruchu. Moja kobieta uwija się, córki jej pomagają: robią kiełbasy z krwi, czyszczą wnętrzności, rąbią, warzą, pieką. Z kotłów para smakowita bucha, aż mdli. A my siedzimy sobie z Andrzejem u ogniska, na przednim miejscu, na wysokim podścielisku z pachnących modrzewiowych gałązek i zapijamy wódeczkę. Takie to były czasy. Były, ach były! I byłyby zawsze, i byłyby wciąż, ale... nie urodziła chłopca, nie urodziła – kiwnął głową na żonę, która zrozumiawszy, że o nią chodzi, lękliwie a chyżo zwróciła ku niemu głowę, aż zabrzęczały jej kolczyki, długie, ramion sięgające.

– Co tam chłopca! Jeden czort! Ja urodziłam dwóch, a jednak umieram z głodu – posępnie zauważyła gospodyni.

– Grzech, stara! och grzech, i nie ustawa, tak skarżyć się na Boga. Czyż my jedni? Wola Jego – zaprzeczył jej żywo z trudnością dyszący gospodarz.

– Nie wraca Ujbanczyk, nie wraca! – znów ktoś westchnął.

 

Rozmawiający umilkli i nadstawili uszów, czy ich nie doleci jaki pocieszający dźwięk z zewnątrz. Ale na próżno, a że nie chciało im się porzucać zagrzanych miejsc dla marnej ciekawości, więc nie ruszając się, gwarzyli dalej.

– Tak, tak – wzdychał Tunguz – wszystko Bóg! wszystko Jego wola... ale zawsze pochlebnie mieć spadkobiercę. Córka to przecie tyle co obcy; nie do domu, a z domu. Miałem ich trzy; najstarsza była też najpiękniejsza; dano mi za nią siedemdziesiąt renów. Wziął ją człowiek już niemłody, ale bogaty. Weselisko wyprawiliśmy sute, zwierza zabiliśmy sztuk piętnaście. Jadła było w bród i wódki w bród, a wódka w owe czasy była droga i za butelkę płacono lisa, i to dobrego. Pamiętam, jakbym dziś widział: rozsiedli się weselnicy dokoła skóry tylko co zdartej z zabitego renka, a przy każdym, wo! jaka kupa dymi się mięsa: tłuszcze, ozory, wątroba, serce, kiełbasy – wszystkiego nadzielono każdemu, i nie mało, nie myślcie! A tyle, że worki pękały, gdy, odjeżdżając, ładowali w nie pozostałe kęsy... Ot jak!... Doprawdy... Niech ludzie korzystają. Nie skąpiłem, kiedy Bóg dał! Druga córka też była śliczności; ale już zbiedniałem, więc mi dano za nią tylko trzydzieści renów. Wyprawiliśmy jednak weselisko huczne: jedliśmy, jedli! piliśmy, pili! trzy dni wciąż bez przerwy, jak przystało. Właśnie obozowałem w pobliżu traktu. Kto chciał, przychodził i stawał się gościem. Siadał w kole biesiadników na poczesnym miejscu; nie patrzyłem na to, czy on Jakut, Rosjanin czy Tunguz... o nie! Nie miałem tego zwyczaju. Zaledwie siądzie, natychmiast weselny rozdzielacz niesie mu i kładzie na kupę: kawał schabu obrosłego żółtym tłuszczem, jak kamień jagielem, ozór świeżutki, wątroby, serca, chrapów renowych, wszystkiego po kawale, grubą niby miętus kiełbasę nalaną kopconą w dymie krwią i zmieszaną z kulkami wpółstrawionego reniego kału... Aż się obliżesz! Oj! oj! Były czasy! Wreszcie stawiają misę dymiącą się, pełną polewki z krwi zaprawionej mąką... Oto jak! A na spodeczku stoi sól dla tych, co ją lubią. Byłem bogaty... A teraz... umieram z głodu! Kości moje nie spoczną w górach, a ostatnia moja dziewka jeszcze dziewczyną, u cudzego zmuszona uwijać się ogniska. Och! czuje me serce, zmarnieje ona, na nic marnieje.

– No, nie grzesz, stary! Źle jej u Andrzeja się nie dzieje, wszyscy to widzą, żyje jak pani. Nawet do chlewa gospodarz jej chodzić nie zniewala – broniła krewniaka gospodyni z lekkim dąsem w głosie, a gospodarz ją podtrzymał pochwalnym mruknięciem. Umilkł więc Tunguz, głowę opuścił i, przysunąwszy sobie do ogniska pieniuszek, usiadł zadumany. Niepoprawny gaduła – gadając zapomniał o głodzie, który mu teraz, podniecony wspomnieniami byłych biesiad i smacznych kąsków stokroć boleśniej zawiercił we wnętrznościach. Płakał więc stary, mrucząc od czasu do czasu:

– Wątroba, chrapy, ozór. Były czasy! Och były... Tłuszcz krajaliśmy cienko, liczyli jak pieniądze, kruchym mięsem przetykali gardło, szpikiem je smarowali, żółtym masłem płukali usta. Och... och!...

– A bodaj ci język usechł! – burknął nareszcie gospodarz i, postękując, podniósł się z siedzenia. – A Ujbanczyka jak nie ma, tak nie ma – dodał.

Po namyśle nadział kaftan, czapkę i wyszedł, by tym razem osobiście się przekonać, czy się nie zbliża posłaniec.

Słońce już dawno wymieniło zenit i, staczając się coraz niżej do widnokręgu, znajdowało się już niedaleko jego krawędzi. Ukośne promienie, odbite od śnieżystych polan z lekka zaklęsłej kotliny Andy, uderzyły z niezwykłą mocą w twarz starca. Olśniony tym nagłym przejściem od zmroku jurty do iskrzącej jasności stał Jakut czas jakiś bez ruchu, zakrywszy twarz rękoma. Rychło jednak dłonie rozemknął i, przytrzymując je jak daszek u czoła, w dal spojrzał: linia drogi zygzakowata, blada i niewyraźna jak cienki, niepewną ręką zrobiony rys na papierze, ginęła wraz z dalszą częścią śnieżystego swego tła pod jednolitą, ze słońca spadającą zasłoną promieni. Ten wachlarz blasku oblamowały u dołu przejrzyste, tuż nad ziemią wznoszące się, cudnie nićmi światła dziergane mgły wieczorne.

Dziki jak ptak drapieżny patrzył wprost w tę jasność płomienną. Z początku nic nie dojrzał, ale po niejakim czasie zdało mu się, że widzi wśród delikatnej, złotej kurzawy pływający pyłek jakiś, pyłek czarniejszy, bardziej nieruchomy niż inne, a nadto wciąż rosnący.

– On – szepnął, lecz czekał cierpliwie niepewny jeszcze. Punkcik znikł, zaplątawszy się gdzieś wśród płomieni; gdy jednak po chwili pojawił się znowu, był już bliższy i wyraźniejszy; jeszcze trochę a wypłynął całkiem i można w nim było rozpoznać wolno na łyżach sunącego człowieka.

– Idzie! – krzyknął wówczas stary, a uczynił to mimo woli tak głośno, że będący w izbie usłyszeli go, wyszli, a stanąwszy za nim półkolem, poczęli również się przyglądać.

– On, i niesie coś!

– Coś ciężkiego. Widać, jak się zgarbił.

W miarę jak się zbliżał, czuli, że ich coś dusi, słabość niezwykła ogarnia i nie mogli rzec słowa. Nawet wówczas, gdy chłopiec zdyszany, ale radosny, z woreczkiem czegoś rzeczywiście ciężkiego na plecach stanął pośród nich, nie pytali go o nic, a tylko szeroko, na oścież otwarli przed nim drzwi izby. Ujbanczyk wszedł, ciężar zrzucił i postawił go ostrożnie na środku stołu. Ciekawi natychmiast otoczyli stół kołem.

– Dał? – spytał słabym głosem gospodarz i dotknął palcem woreczka, jakby się chciał o jego istnieniu upewnić.

– Widzicie przecie, stoi.

– Mąki?

– Zupełnie jak dziecko pytacie, tatulu. Rozumie się, mąki, siedemnaście funtów. Całą jej partię, pudów z dziesięć przysłano z miasta! U Andrzeja zebranie, dzielą.

– A nas nie zawołali?

– Daleko, powiadają, nie było czasu; lud zgłodniały nie chciał czekać; zresztą tam Dżjanha, powiadają.

– Co tam Dżjanha – odrzekł z dąsem stary Jakut, ostrożnie rozwiązując woreczek niby świętość jaką. Dobył zeń szczyptę, na dłoń nasypał i, patrząc uważnie, uśmiechnął się.

– Jadło! – rzekł wreszcie poważnie – a kto by pomyślał, nie wiedząc: białe i miękkie, do śniegu albo do piasku podobne... Rośnie, powiadają, na południu, jak trawa.

– Ech, gdzie tam rośnie – zaprzeczył mu Tunguz – kopią w górach, jak sól, słyszałem. Któżby nastarczył siać? Taką to tego co rok moc przywożą do miasta, pewnie pudów ze trzysta. A jadło znakomite! Można robić placki, podpłomyki albo smażyć na maśle oładije. Można też kaszę ze krwią warzyć. Kiedym był bogaty, wielekroć jadałem... doprawdy! A tylko dużo jeść nie trzeba, bo serce zgorzeje.

– Dużo... skąd go weźmiesz! – drwiąco wtrącił ktoś ze słuchaczów.

Rzeczywiście, zważywszy ilość gąb, można się było nie obawiać zgorzenia serc, ale ponieważ tutaj lepiej może pamiętają i bardziej, niż gdzieindziej, szanują przysłowie: lepszy rydz niż nic, powyższa uwaga nie zmąciła ogólnej radości. Gospodarz starannie strzepnął mąkę z ręki do worka, pozostałość skwapliwie oblizał i krzyknął wesoło na gospodynię, aby warzyła wieczerzę.

Zmęczony Ujbanczyk wypoczywał wyciągnięty na ławie, nie nudzili go więc pytaniami, ale obsiadłszy stół, czekali w milczeniu na kolację. Tymczasem kobiety uwijały się około ognia: nalały wody do kociołka, powiesiły go na drewnianym haku, podkładały pod niego bezustannie żarzące się węgle i suche drzazgi, by zawrzał co rychlej. Skoro woda zaczęła się gotować, wrzuciły do niej szczyptę mąki, starannie rozmieszawszy i rozbiwszy z wodą, po czym posiłek był gotów. Gospodyni postawiła na stole misę dymiącą się jak ołtarz ofiarny.

Długo nie było nic słychać, prócz mlaskania języków i stukania łyżek, którymi chyżo czerpali, ściśle przestrzegając kolei, wreszcie gospodarz odezwał się, nie przestając jeść:

– A więc, powiadasz, że u Andrzeja dzielą?

– Już podzielili – odrzekł chłopak.

– N-o-o! A zawszeż to niedobrze, że nas nie zawołali. Nie ustawa!

– Dżjanha, powiadają, jest przecie.

– Co tam Dżjanha! Rzecz wiadoma, Dżjanha tyle, co cudzy. W karty grać, po weselach się włóczyć, najeść, napić, pomocować, pofiglować, to on na to, jak na lato; ale pamiętać o starym ojcu i matce, tego nie było jeszcze i nie będzie. Ot i teraz, kiedy u nas krucho stało, przepadł bez wieści.

– Mccy! – mlasnął nagannie Tunguz.

– A cóżbyś ty chciał, żeby siedział? – wtrąciła gospodyni, korzystając z tego, że rozmawiający mężczyźni wsadzili do ust łyżki. – Ty zawsze na niego napadasz, a on wiedział, co robił. I lepiej, że poszedł: jedna gęba mniej, toć zawsze lżej.

Jakut pojął doniosłość żoninej uwagi, lecz dotknięty, nie chcąc ani się zgodzić, ani wywołać zwykłej burzy domowej z powodu starszego syna, udał, że nie słyszy.

– Ale zawsze źle, że nas nie zawołali, nie ustawa – zagadał do Ujbanczyka. – Podatki płacimy jak inni, jesteśmy od innych nie gorsi. Nie ustawa!