Sekta diabłaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sekta diabła
Sekta diabła
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 27,94  22,35 
Sekta diabła
Sekta diabła
Audiobook
Czyta Sławomir Holland
19,95  15,76 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Wotowski

Sekta diabła

SAGA Egmont

Sekta diabła

Copyright © 1930, 2018 Stanisław Antoni Wotowski i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711662311

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

I

Czarny trójkąt

Niezwykłe wypadki poczynały się dziać w Warszawie i poruszyły one do głębi szersze kręgi stolicy…

Popłynęła niezrozumiała fala samobójstw…

Niespodziewanie, hrabianka Zula M. wystrzałem rewolweru w skroń odebrała sobie życie, a Izę L., córkę zamożnego fabrykanta, znaleziono martwą, w jednym z ogrodów publicznych, z buteleczką esencji octowej w ręku…

Najstraszliwsze zaś były szczegóły śmierci – rozwódki, mecenasowej Perz… W jej oczach zastygł wyraz jakiegoś potwornego lęku i grozy – wyraz tak straszny, iż ci, którzy go widzieli, uwierzyć nie mogli, iż młoda ta, świetnie materialnie sytuowana i na pozór, nieposiadająca żadnych trosk kobieta, dobrowolnie rozstała się z życiem.

Wprost, przypuszczano, co innego…

Bo u wszystkich tych nieszczęsnych, znajdowano dziwne notatki, kartki, na których widniał znak – czarnego trójkąta.

Czarny trójkąt, podstawą odwrócony do góry.

Co oznaczał ten znak, nie sposób było na razie ustalić.

Kiedy młody inżynier Jan Grodecki, czytał w wieczornym piśmie te wszystkie wiadomości, wstrząsnął nim niepochwytny dreszcz. Nie dlatego, by był wyjątkowo nerwowy lub wrażliwy. Przeciwnie, Grodecki należał do silnych i niezwykle trzeźwych natur. Ale przeczytana krótka reporterska wzmianka z innych względów zastanowiła go mocno.

– Psia krew! – zaklął, zmiął niecierpliwie gazetę i spojrzał na zegarek.

Dochodziła szósta. Choć nie umówił się z Murą, postanowił natychmiast odwiedzić narzeczoną.

Narzeczoną młodego inżyniera – przynajmniej sam w swym przekonaniu za taką ją uważał – była panna Mura Rostafińska, osóbka wielce samodzielna, na wskroś nowoczesna i rozkapryszona.

Zamieszkiwała ona, wraz ze swą matką, na pierwszym piętrze własnej kamienicy, którą wraz ze znacznymi kapitałami pozostawił w spadku znany w stolicy lekarz, zmarły przed kilku laty.

Panna Mura liczyła lat dwadzieścia, a że matka jej, od śmierci męża, osoba apatyczna i łagodnego charakteru, poświęciła się prawie wyłącznie sprawom dobroczynnym, na córkę mało zwracając uwagi – ta czyniła, co chciała, pozostając właściwie bez niczyjej opieki i kontroli.

– Muszę stanowczo rozmówić się z Murą! – przebiegło w myślach Grodeckiego, gdy ubierał się pospiesznie i opuszczał swe mieszkanie. – Tak dalej iść nie może! Dziewczyna popełnia szaleństwo za szaleństwem i zadaje się z jakimiś podejrzanymi typami! A nuż, uwikła się w jakąś niebezpieczną historię, jak te nieszczęsne kobiety, o których śmierci, czytałem przed chwilą!

W rzeczy samej, mógł mieć Grodecki podstawy do niepokoju. Mura od jakiegoś czasu unikała go wyraźnie, natomiast u niej w domu jęły się pojawiać postacie, mocno niesympatyczne Grodeckiemu.

Jacyś drugorzędni literaci, udający magów i wtajemniczonych, histeryczki, głoszące „nowe zasady” wiedzy ezoterycznej, wróże, przepowiadający losy człowieka. Co prawda, szła wówczas po Warszawie wielka fala zainteresowania okultyzmem, ale Grodecki, ze swym trzeźwym umysłem, wyszkolonym na naukach ścisłych, bynajmniej nie ulegał tej modzie, a tych przedstawicieli „nauki tajemnej”, których napotykał, uważał w najlepszym wypadku za półgłówków lub szarlatanów. Lub jeszcze gorzej…

– Trzeba z tym skończyć! – powtórzył mocno, idąc pospiesznie w kierunku ulicy Marszałkowskiej, gdzie zamieszkiwała Mura i jakby chcąc poprzeć czynem te słowa, energicznie uderzył laską o chodnik.

Ale jeśli tak postanawiał, idąc śród śnieżycy styczniowego, zimowego wieczoru, nie był znów tak bardzo pewny swej sprawy i serce jego drżało nieco z niepokoju. Bo, choć uchodził za człowieka niezwykle energicznego, z Murą nie zawsze mógł trafić do ładu. Szczególnie, że ich narzeczeństwo było raczej narzeczeństwem „konwencjonalnym”, a nie opartym na wzajemnym uczuciu – przynajmniej z jej strony. Znali się od dzieci, a mariaż ich został przez rodziny postanowiony od dawna. Życzył sobie tego gorąco przed śmiercią ojciec Mury, doktor Rostafiński – a ona przeciw prośbie ojca nie śmiała oponować. Ale od tej daty przeszedł blisko rok, a w ich wzajemnym stosunku zarysowały się nieuchwytne zmiany. Podczas kiedy Grodecki coraz silniej przywiązywał się do Mury, ona jakby oddalała się od niego, traktując go uprzejmie, lecz nie wspominając nigdy o dniu zamierzonego ślubu. Rzekłbyś, nie zamierzała zerwać, lecz nie zamierzała prędko pozbywać się swej wolności. Jeśli do tego dodać jej samodzielny i kapryśny charakter – łatwo zrozumie każdy, jak ciężka była sytuacja Grodeckiego i jak ciężko mu było energiczniej wystąpić. Jedno nie bacząc słówko – a z trudem budowany gmach jego szczęścia, mógł się rozlecieć, niczym domek z kart. Oto przyczyna, że Grodecki, który nie lękał się nigdy silniejszego przeciwnika, ani niebezpieczeństwa, stale ustępował Murze i nie chciał jej drażnić, bo obawiał się ją utracić.

Dziś jednak postanowił wyświetlić sytuację. Ten naprężony stan nie mógł trwać dłużej.

Wbiegł po wielkich marmurowych schodach na pierwsze piętro nowoczesnej kamienicy i przystanął przed drzwiami, na których widniała wielka mosiężna tablica: „Edward Rostafiński, doktor medycyny”, niezdjęta jeszcze mimo śmierci lekarza.

Zadzwonił.

Rychło otworzyła mu elegancka pokojówka, a na swe zapytanie, czy zastał pannę Murę, otrzymał odpowiedź:

– Tak! Panienka jest w domu! Znajduje się w salonie!

Nieco zaniepokoiło go to oświadczenie, bo sądził, że skoro Mura znajduje się w salonie, przybył ktoś do niej w odwiedziny i przeszkodzi im w poufniejszej rozmowie.

Ale gdy wszedł do wielkiego pokoju, urządzonego w stylu Ludwika XV, o ścianach zawieszonych cennymi gobelinami i płótnami pierwszorzędnych malarzy, spostrzegł że narzeczona znajduje się tam sama. Siedziała w fotelu przy ocienionej różowym abażurem lampie, czytając jakąś książkę. Na widok Grodeckiego na twarzyczce jej odbiło się zdziwienie, a nawet przebiegł nieuchwytny cień niechęci, który wnet jednak zniknął.

– Ach, to ty Janku? – wyrzekła powoli. – Nie spodziewałam się twojej wizyty…

Panna Mura była to smukła brunetka o wielkich, ognistych oczach i nieco rozkapryszonym wyrazie twarzy. Znać było, że jest to wypieszczona jedynaczka, przywykła, by wszelkie jej zachcianki zostały spełniane. Mogła jednak podobać się bardzo i nic dziwnego, że Grodecki był w niej taki zakochany.

– Nie spodziewałam się twojej wizyty – powtórzyła. – Szkoda, żeś przedtem nie zatelefonował. Nie wiele czasu ci mogę poświęcić.

– Niezbyt czułe powitanie – pomyślał, całując ją w rączkę i zajmując na złoconym krzesełku obok niej miejsce, po czym głośno dodał:

– Jesteś zajęta?

– Tak! Mam się z kimś spotkać o siódmej.

– Z kim, jeśli wolno zapytać?

– Z jedną panią. Nie znasz jej.

Zagryzł wargi. Wieczna ta tajemniczość i wiecznie ten „pewien pan” lub „jedna pani”.

Chwilę zapanowało milczenie. Przykre, naprężone, jak głucha cisza przed burzą.

Wreszcie Grodecki się zdecydował:

– Muro! – począł pierwszy. – Przybyłem nieoczekiwanie, bo pragnąłem się z tobą rozmówić w poważnej sprawie. Twierdzisz, że jesteś o siódmej zajęta? Obecnie, po szóstej! Może nam ta niecała godzina wystarczy.

– Dobrze! – odparła, wydymając, jak to było w jej zwyczaju kapryśnie wargi. – Skoro ci na tym zależy. Ciekawam, cóż tak niezwykłego się stało? Czemuż ten pośpiech? O czym pragniesz ze mną mówić?

– O nas!

– O nas? – zdziwienie zabrzmiało w jej głosie.

– O nas, Muro! Bo czyż stosunek nasz jest taki, jakim być powinien?

– Nie rozumiem? – udała nieświadomość.

– Doskonale rozumiesz! Lecz, jeśli koniecznie tego pragniesz, bliżej wytłumaczę! Choć jesteśmy od roku zaręczeni, unikasz mnie ostatnio, otaczasz się ludźmi, którzy są mi niesympatyczni, a gdy ośmieliłem się zwrócić na to twoją uwagę poczęłaś się wprost chować przede mną i nigdy dla mnie nie masz czasu.

Twarzyczka Mury poczerwieniała.

– Znów zaczynasz – odparła z jawnym niezadowoleniem – te same piosenki! Że jestem lekkomyślna, że przyjmuję tych, którzy mnie bawią… Daruj, ale to zaczyna stawać się nudne! Mam wciąż siedzieć sama i żeby ci zrobić przyjemność studiować książki o urządzeniu fabryk lub budowie maszyn? Powiedziałam ci już raz… Przyjmuję, kogo chcę i nie pozwolę nikomu w tym wypadku narzucać mi swojej woli… Nie chcę ci przykrości robić Janku, ale powiem ci szczerze…

– Słucham?

– Że, o ile takie ma być nasze małżeństwo, lepiej, żebyśmy go nie zawierali…

Drgnął i zrozumiał. Jeszcze jedno ostrzejsze słówko, a następowało kompletne zerwanie. Nie chciał dopuścić do tego.

– Kiedy, widzisz… – począł pojednawczo, hamując się z całej mocy.

– Nic nie widzę! – odrzekła szorstko i dość niegrzecznie, po czym w podnieceniu podniosła się ze swego miejsca.

Podniosła się raptownie – i nie byłoby w tym nic niezwykłego – gdyby tu nie nastąpił nieoczekiwany wypadek. Mura, zdenerwowana, zapomniała o książce, spoczywającej na jej kolanach i książka ta, podrzucona gwałtownie, spadła prawie u stóp Grodeckiego. Pochylił się, by ją podnieść i położyć na stoliku, gdy wtem zauważył, że wysunęła się z niej jakaś kartka. Zbladł.

 

Widniał na niej czarny trójkąt, podstawą odwrócony do góry, a pod spodem napis: W imię tego, który nam rozkazuje…

Więcej nie zdążył przeczytać.

Bo w tejże chwili przyskoczyła do niego Mura i z pośpiechem wydarła mu bilet z ręki.

– Jak śmiesz? – ostro wykrzyknęła.

Patrzył na nią oszołomiony.

– Jak śmiesz – powtórzyła – czytać bilety nie dla ciebie przeznaczone?

Sytuacja stała się zbyt poważna, by Grodecki miał nadal politykować.

– Muro? – zapytał jeszcze spokojnie. – Od kogo ta kartka?

– Nic cię to nie obchodzi!

– Co znaczy ten znak! Ten tajemniczy czarny trójkąt?

– Wydawało ci się!

– Nic mi się nie przywidziało! Przyjrzałem mu się najdokładniej!

– Nie nudź! – wykrzyknęła z gniewem, a widząc, że Grodecki do niej się zbliża, podarła bilet, który dotychczas trzymała w swej rączce, na drobne kawałki.

– To czemuś go podarła? – zapytał, przystając przed nią. – Abym nie mógł sprawdzić?

– Bo mi się tak podobało!

Grodecki czuł, że i jego poczyna ogarniać pasja. I oburzenie na postępowanie Mury. Ale, jeśli tak było, jak się domyślał, należało ją ratować przede wszystkim.

– Muro! – wyrzucił z siebie podnieconym głosem. Muro, zastanów się, co robisz? Niestety, spełniły się najgorsze moje przewidywania. Te darmozjady, chłystki i pajace, którzy tu bywają, wciągnęli cię to w jakąś podejrzaną historię. Czarny trójkąt nie wróży nic dobrego. Właśnie dlatego, żem się coś nie coś dowiedział o tym fatalnym znaku, przybiegłem do ciebie…

– Dowiedziałeś się? – powtórzyła z niedowierzaniem.

– To zresztą, co każdy mógł się dowiedzieć. W Warszawie grasuje istna fala niezrozumiałych samobójstw. Hrabianka Zula M., następnie jakaś córka zamożnego fabrykanta odebrały sobie życie. To samo uczyniła mecenasowa M… Możesz o tym przeczytać w pismach wieczornych. A u wszystkich tych nieszczęśliwych kobiet, znaleziono właśnie kartki ze znakiem czarnego trójkąta!

Wydawało się, że twarzyczka Mury na chwilę pobladła. Wnet jednak poczęła się śmiać.

– Mój drogi! – wyrzekła ironicznie. – Co oznaczały te dziwaczne trójkąty u tych biedaczek, nie wiem. Mogę cię jednak zapewnić, że rysunek, któryś dojrzał przypadkowo, nie ma groźnego znaczenia. Ot, taka sobie figura, skreślona dla żartu.

– Kto ci przysłał ten bilet?

– Znów zaczynasz swoją indagację? Powtarzam, jest to niesmaczne i nudne.

Grodecki aż załamał ręce.

– Muro! – zawołał. – Co mam czynić, abyś nabrała do mnie zaufania? W gruncie rzeczy, nie gniewaj się, ale jesteś małym dzieckiem, które dobrze nie zna ani świata, ani ludzi. Nie mam pojęcia, w jakich sferach obecnie się obracasz, ale nie podobają mi się, ci nowi twoi znajomi. Po cóż ta tajemniczość, skoro nie robisz nic złego? A pamiętaj, każde wielkie miasto ma różne groźne pułapki, w które chętnie wciąga młode przystojne i bogate panny. Obyś nie żałowała, kiedy będzie za późno! Czyż nie lepiej zwierzyć mi się ze wszystkiego? O ile nie czynisz nic złego, na pewno nie stanę na przeszkodzie twoim rozrywkom!

– Nie czynię nic złego!

– A co znaczy ten znak? Te wykrętne i niejasne odpowiedzi?

– Znowu to samo!

Nie wiadomo, jak zakończyłaby się ta dość nieprzyjemna rozmowa pomiędzy młodym inżynierem, a jego narzeczoną, gdyby nie zaszła nieoczekiwana przeszkoda.

Nagle w przedpokoju zabrzmiał dzwonek.

Grodecki spojrzał odruchowo na wielki zegar z sewrskiej porcelany, ustawiony na kominku. Wskazówki znaczyły godzinę za piętnaście minut siódma. Widocznie ten czy ta, którego spodziewała się Mura, wcześniej nadchodził, niźli zostało zapowiedziane.

– Długo będziesz zajęta? – zapytał, sądząc, że uda mu się przeczekać „wizytę”.

– O… cały wieczór! – odparła, podchodząc do drzwi i jakby dając mu tym znak, że uważa, iż najwyższy jest czas, by się oddalił.

– Któż to taki do ciebie przychodzi? – chciał jeszcze dodać, ale się powstrzymał, domyślając się, że otrzyma odpowiedź w rodzaju tych, jakie posłyszał poprzednio.

Ona tymczasem, patrzyła na niego niecierpliwie, niby chcąc się pozbyć go jak najprędzej.

– Do widzenia, Muro! – wymówił, całując jej rączkę. – Nie chcę przeszkadzać, odchodzę…

– Nie zatrzymuję cię, Janku! Mam pewną, dość poufną sprawę. Zresztą, uprzedzałam z góry…

– Tak… tak… uprzedzałaś… Szkoda tylko, żeśmy nie dokończyli naszej rozmowy…

W oczach Mury znów przebiegł gniewny błysk.

– Ach, nie dokończyli? – syknęła. – Mniemam, że powiedzieliśmy sobie wszystko, co tylko można było powiedzieć! I prosiłabym cię bardzo, abyś nie powracał do tego tematu. Więcej, powiem… Wyciągnij sobie z moich słów konsekwencję, jakie ci się żywnie spodoba!

Grodecki mało nie jęknął. Powstrzymała go od tego duma. Więc za tyle przywiązania i oddanie bez granic taka spotykała go odprawa? Mura, nie mówiła wyraźnie, że pragnie z nim zerwać, może przez względy rodzinne, może z obawy przed wymówkami matki, ale dawała mu do zrozumienia, iż rada będzie, jeśli on pierwszy to uczyni.

– Muro… – począł i z ust jego padłaby zapewne jakaś wymówka, gdyby w sąsiednim pokoju nie rozległy się kroki.

Ten, który nadszedł, zdążył się już rozebrać i podążał w ich stronę.

Przerwał więc Grodecki ledwie rozpoczęte zdanie i nie chcąc, by obcy był świadkiem tej przykrej sceny, niczym oszalały, wybiegł z salonu. Po drodze otarł się prawie o wchodzącego, a raczej wchodzącą. Bo osobą, która odwiedziła Murę, była jakaś młoda i elegancko ubrana kobieta. W swym podnieceniu jednak nie zdążył dokładniej przyjrzeć się jej.

W przedpokoju narzucił futro i rychło, prawie nieprzytomny, pędził wprost przed siebie, wśród zawiei ulicą.

– Czemuż ten młody człowiek wypadł stąd tak gwałtownie? – zapytała ze zdziwieniem elegancka pani, gdy ucałowały się z Murą serdecznie.

– To, mój narzeczony! Wspominałam ci o nim – odrzekła z ironicznym uśmiechem. – Znów mnie dziś dręczył: Co robisz? Gdzie chodzisz? Z kim się zadajesz? I wyobraź sobie, Lino, przeżyłam przez niego porządną chwilę strachu!

– Strachu?

– Tak! Spadła mi przypadkowo z kolan książka. Znajdował się w niej bilet. Wiesz który? Ze znakiem trójkąta i rozkazem! Ledwie, zdążyłam mu z rąk wyrwać i zniszczyć… Inaczej…

– Co za nieostrożność!

– Rzeczywiście, byłam nieostrożna! Na szczęście nie dowiedział się nic i z tej strony niebezpieczeństwo nie grozi! A po niedawnej rozmowie, mam wrażenie, mój pan narzeczony obrazi się i odczepi ode mnie na zawsze! Nam chyba narzeczeni nie są potrzebni! Jak sądzisz Lino?

W salonie zabrzmiał śmiech Mury. Wtórowała mu elegancka utleniona na kolor jedna blond dama, nazwana Liną.

Pani Lina, a właściwie pani Lina Lesicka, liczyć mogła na pierwszy rzut oka lat trzydzieści kilka najwyżej, choć naprawdę ich miała czterdzieści. Aczkolwiek dobrze nikt nie wiedział ani z czego żyje, ani co robi, stale zmieniała kosztowne toalety, a nieraz popisywała się kosztowną biżuterią. Uchodziła za zamożną rozwódkę. Z Murą znały się zaledwie kilka tygodni i całkowicie przypadkowo nastąpiło to poznanie – lecz złączyła ich taka przyjaźń, że nie miały dla siebie tajemnic.

– Więc, Lino… – poczęła Mura, zmieniając temat i odzywając się do swej przyjaciółki poufale, od dawna bowiem mówiły sobie „ty” – czy w naszych projektach nie nastąpiła żadna zmiana?

– Najmniejsza! – odparła wytworna pani, lecz jakoś dziwnie spojrzała na Murę.

– Pojedziemy tam?

– Tak! Dlatego przyszłam wcześniej, zawiadomiono mnie, iż zebranie rozpocznie się punktualnie o ósmej! Za pół godziny musimy wyruszyć z domu!

– Będę przyjęta?

– Na pewno! – przytwierdziła, lecz nie chcąc prosto Murze spojrzeć w oczy, odwróciła głowę.

Mura nie posiadała się z radości.

– Będę przyjęta! – klasnęła w dłonie. – Będę naprawdę wtajemniczona!

Lesicka patrzyła teraz uporczywie w barwne wzory drogiego francuskiego dywanu, zaścielające podłogę. Nie była zła z natury i w gruncie mierziła ją dzisiejsza rola. Nabrać na poważniejszą sumę mężczyznę, zrobić jakiś korzystny a niewyraźny interes, tym trudniła się dotychczas i bynajmniej w jej sumieniu nie wywoływało to skrupułów. Ale żeby wciągać do ohydnej spelunki to niewinne dziecko, napełniało ją odrazą. Murę, która przez kaprysy i ciekawość pędziła bez zastanowienia w ogień, aby opalić sobie skrzydła… Lecz cóż miała robić? Ona, taka mądra w życiu, sama znalazła się w matni i nie wiedziała, jak z niej się wydobyć i wciąż widziała przed sobą groźną twarz mistrza. Chciała jakoś delikatnie ostrzec Murę, ale Mura była głucha na wszelkie ostrzeżenia.

Raz jeszcze podjęła tę próbę.

– Muro! – poczęła. – Jest to zabawka, ale bardzo denerwująca! Czy nie lepiej by było, żebyś się zastanowiła?

– Przenigdy! Mam stracić podobną okazję?

– Hm… Ale, zawsze…

– Ty to mówisz? Ty, która wzbudziłaś we mnie to pożądanie i ciekawość. Chcesz, abym się cofnęła w ostatniej chwili…

– Nie, ale…

– Nie pojmuję cię, Lino…

Lesicka zrozumiała, że posunęła się zbyt daleko. Zresztą, Murze dzisiaj nie groziło jeszcze nic. A za kilka dni…

Tymczasem Mura mówiła ze śmiechem.

– Przypominasz mi mojego narzeczonego Janka. I on twierdził, że znak trójkąta odwróconego podstawą do góry jest bardzo groźnym znakiem, że jakieś trzy młode niewiasty, z najlepszych sfer towarzyskich, popełniły samobójstwo i u każdej z nich znaleziono podobne wyobrażenie. Czyżbyś co o tym wiedziała…

Lesicka doskonale wiedziała, co to znaczy i jak nikt inny mogła tę sprawę wytłumaczyć Murze. Nie leżało to jednak obecnie bynajmniej w jej interesach. I tak żałowała, że wygadała się niepotrzebnie. Za niepowołane ostrzeżenia groziła straszliwa śmierć, którą później też poczytywano za samobójstwo.

– Et, bzdury plótł ten twój pan Janek! – zawołała żywo. – Cóż wspólnego mają te śmierci z naszym stowarzyszeniem! Czytałam tę wiadomość w gazetach i przyznaję się, uderzyła ona mnie bardzo. Bo gdyby takie osoby należały do naszego związku, ja o tym byłabym poinformowana najlepiej… Tymczasem zaręczam ci, że żadnej hrabiny ani fabrykantów nie było.

– To czemuś tak nade mną przed chwilą kiwała głową?

– Zapytywałam tylko, czy wytrzymasz pewne próby bo te próby są nieco przykre!

– Bądź spokojna! Wytrzymam!

– Skoro tak, to się ubieraj! Wpół do ósmej już się zbliża.

Nie trzeba było Murze dwa razy powtarzać tej zachęty. W kilka minut później stała ubrana w kapelusiku i futerku. Wpadła jeszcze do matki, która znajdowała się w jednym z dalszych pokojów i coś jej bąknęła, o jakimś zebraniu, a stara pani Rostafińska, dziś cierpiąca i senna nie zwróciła większej uwagi na słowa córki.

Później wraz z Lesicką znalazły się na schodach. Przed domem oczekiwało prywatne auto. Wytworna limuzyna.

Mura spojrzała nań ze zdziwieniem.

– Tym samochodem przyjechałaś? – zapytała.

– Tak! – zabrzmiała odpowiedź. – Ale, niestety, to nie mój samochód. Mistrz stale wysyła go, po nowe adeptki.

– No… no… Co za zbytek uprzejmości…

Ale dopiero, gdy Mura znalazła się wewnątrz auta, pojęła cel tej uprzejmości. W samochodzie nie paliła się lampka, a story1 od okien były opuszczone. Auto ruszyło. Chciała jedną z nich odsunąć.

– Nie wolno! – pochwyciła ją za rękę przyjaciółka. – Nie wolno! To jeden z naszych przepisów! A nawet za chwilę zmuszona będę ci zawiązać oczy! Wiesz, z czyjego to robię polecenia…

Mura skinęła główką. Również nie oponowała, gdy jedwabna chusteczka znalazła się na jej twarzy. Nieśmiało tylko zadała zapytanie.

– Dokąd właściwie jedziemy?

– Gdzieś w okolice Pragi! – odrzekła Lesicka.

Choć w rzeczy samej samochód pospiesznie podążał do jednej z willi, opustoszałej w zimowej porze, letniskowej miejscowości pod Warszawą – Konstancina.