3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Iluzja

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Iluzja
Iluzja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Iluzja
Iluzja
Audiobook
Czyta Filip Kosior
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Błagam – szepnął do siebie i zaraz wziął się w garść – Jak umarła?

Hanna Duciak sięgnęła do czaszki, podniosła ją i wtedy okazało się, że cała tylna część jest odpiłowana. Pokazała mu nieregularną dziurę w potylicy.

– Ma poważne obrażenia czaszki, trzy złamane żebra, złamane przedramię i prawy piszczel w trzech miejscach. Na tej podstawie można wnioskować, że zginęła w wypadku, ale…

– …niekoniecznie – dokończył Zakrzewski.

– Właśnie. Nie można wykluczyć, że została zamordowana – powiedziała. – Jeśli tak, śmiertelne okazały się obrażenia czaszki.

Zakrzewski w jednej chwili znowu był zimnym i logicznie myślącym śledczym.

– Prokurator Wysocki musiałby rozszerzyć kwalifikację przestępstwa o artykuł sto czterdziesty ósmy. Nie wiadomo dokładnie, kiedy dokonano zabójstwa, więc na razie nie ma mowy o umorzeniu śledztwa ze względu na przedawnienie. Co mogło spowodować taką dziurę w czaszce?

Kobieta wzruszyła ramionami.

– Ostre narzędzie – powiedziała.

– Siekiera?

– Nie, otwór jest okrągły. Oczywiście przez lata trochę stracił proporcje. Narzędzie zbrodni musiało być twarde i ostre.

– Masz jakieś propozycje?

Wyraźnie się zawahała.

– Śmiało. I tak tylko teoretyzujemy – zachęcił ją.

– Czekan. Taki czekan, jakiego używają himalaiści do wbijania w lód. – Popatrzyła na niego i naraz straciła pewność siebie. – Nie, nie! Tak tylko mi się skojarzyło.

– Pierwsze skojarzenia zazwyczaj są najbliżej prawdy.

*

Wizja mężczyzny robiącego sobie dobrze nad zmumifikowanymi zwłokami podziałała na Marcina Zakrzewskiego jak trucizna. Nie mógł otrząsnąć się z tej myśli. A właściwie z jej wizualizacji.

Wyszedł przed budynek i prawie biegł na parking, jakby goniło go stado wściekłych biesów. Dopadł do swojej hondy i już miał wsiadać, kiedy do głowy przyszła mu pierwsza rozsądna myśl. Nie wolno uciekać! Trochę się uspokoił. Powiesił kask na kierownicy, zrobił kilka kroków, stanął na trawniku i wystawił twarz na gorące promienie. Po pochmurnym poranku na niebie pojawiło się słońce i było coraz cieplej. Stał tak długą chwilę, lecz ulga nie przyszła. Obraz onanizującego się mężczyzny co prawda zniknął, ale zastąpiła go wizja zmumifikowanej twarzy wodzącej za nim szklanym spojrzeniem, gdziekolwiek się ruszył. Wydawała mu się bezczelnie prowokacyjna.

– Cholera – powiedział samymi ustami.

Wreszcie twarz zniknęła. Teraz widział obfity biust Hanny Duciak opięty szczelnie białym fartuchem. Czy miała na sobie biustonosz? Przecież dokładnie widział zarys jej twardych sutków. W sali do sekcji zwłok było nieprzyjemnie zimno. Zaraz potem usłyszał w głowie głos Magdy: „Patryk nie może się doczekać, kiedy cię pozna”.

Odetchnął głęboko. Co się z nim działo? Zmiana! Potrzebna mu była zmiana. Najlepiej zmiana pracy.

Najpierw poczuł wibrowanie komórki w kieszeni. Dopiero później przez szum samochodów na pobliskiej ulicy przedarł się sygnał dzwonka. Jimmy Page grał pierwsze takty nieśmiertelnego gitarowego riffu z Whole Lotta Love. Odebrał, zanim Robert Plant wszedł z wokalem.

– Zakrzewski, słucham?

– Witam, panie komisarzu – odezwał się w słuchawce sympatyczny męski bas. – Kamil Bober z tej strony.

Bober był szefem jednej z większych agencji ochrony na Dolnym Śląsku. Poznali się cztery lata temu, kiedy Marcin prowadził śledztwo w sprawie seryjnego mordercy. Bober przypomniał sobie o nim miesiąc wcześniej i zatelefonował z propozycją pracy. Rozszerzał działalność agencji o usługi detektywistyczne dla ludności i wywiad gospodarczy. Zaproponował Marcinowi stanowisko szefa tworzonego właśnie działu.

– Witam – odpowiedział krótko Marcin.

– Zastanawia się pan nad moją propozycją?

– Tak, oczywiście – mruknął. – Ale ostatnio mówił pan, że mam jeszcze trochę czasu.

– Wie pan, panie Marcinie, rzeczywistość gospodarcza jest nieprzewidywalna. Muszę przyspieszyć działania, ponieważ będę miał na jesieni kilka poważnych zleceń.

– Rozumiem. Ile mam czasu na decyzję? – Zakrzewski poczuł nagły dreszcz na plecach.

– Najpóźniej do końca lipca.

Bał się, że termin będzie o wiele krótszy. Poczuł ulgę.

– Dobrze, przemyślę to.

– Liczę na pana. Cześć!

Kamil Bober się rozłączył, a Zakrzewski schował aparat telefoniczny do kieszeni. Szlag by to wszystko trafił! Sam już nie wiedział, czy chce tej zmiany. Jeśli chciał, dlaczego tak się bał podjąć decyzję?

Miał dość tego tygodnia. Napisał do Magdy:

Wracam szybciej do domu, wyjdę z Tiną.

Odpowiedź przyszła prawie natychmiast:

OK. Co powiesz na seks wieczorem?

Raczej nie – odpisał szybko. Odpowiedziała uśmieszkiem.

– O czym pan tak rozmyśla, panie komisarzu?

Odwrócił się gwałtownie.

Hanna Duciak stała dwa kroki od niego. Miała rozpuszczone włosy, była ubrana w motocyklową skórzaną kurtkę z ochraniaczem na kręgosłup, na nogach miała czarne skórzane spodnie i długie buty do jazdy motorem z metalowymi okuciami. Musiały być bardzo drogie. Zakrzewski mógł tylko o takich pomarzyć. Może będzie go stać, kiedy zmieni pracę?

Patrzył na nią zdziwiony. Jego wzrok znowu powędrował w kierunku jej piersi.

– Nie wiedziałem, że też jeździsz motorem – powiedział, mrugając.

– Kupiłam sobie w zeszłym roku takie cacko.

Niedbałym ruchem wskazała przeciwległą stronę parkingu. Stało tam bmw, o którym Marcin też mógł tylko pomarzyć. Model z roku 2014, sto dziesięć kilogramów, co najmniej sto osiemdziesiąt koni mechanicznych. Istny smok wśród motocykli sportowych.

Gwizdnął przez zęby.

– Niezłe.

– Dzięki. Cześć!

Odwróciła się i poszła w kierunku motocykla. Marcin obserwował jej kształtne pośladki pod obcisłymi spodniami. Wreszcie wsiadł na swoją hondę, odpalił, włożył kask, wyjechał z parkingu i włączył się do ruchu.

Dogoniła go na pierwszych światłach przed mostem Pokoju. Podjechała bardzo blisko, uchyliła szybę w kasku i odezwała się, przekrzykując odgłosy silników:

– Ścigamy się?!

– Chyba nie mam szans! – odkrzyknął.

Razem czekali na zielone.

Wystartowała znacznie szybciej od niego. Po stu metrach widział, jak jej motocykl pochyla się do przodu, kiedy ujęła mu gazu. Wiedział, co chce zrobić. Po sekundzie wrzuciła dwójkę, odkręciła manetkę gazu i odległość kilkuset metrów do drugich świateł przy placu Społecznym przejechała na tylnym kole.

Po chwili znowu stali obok siebie na czerwonym. Gdzie była ta przeklęta „zielona fala”? Może istniała tylko w planach urzędników od komunikacji miejskiej?

– Tak się w mieście nie jeździ! – krzyknął.

Zaśmiała się.

– Wlepisz mi mandat?!

– Nie jestem z drogówki!

Na następnych światłach Hanna pojechała prosto, a Marcin skręcił w prawo w kierunku placu Dominikańskiego.

5 List

27 czerwca, sobota rano

Adam Kurzaj nie spał już od piątej rano. Nie chciało mu się jednak wstawać tak wcześnie, była sobota, do cholery, ten dzień w tygodniu, w którym nareszcie można się wyspać i chociaż przez kilka godzin mieć wszystko w dupie – pracę, rodzinę, cały świat! Co prawda był na wcześniejszej emeryturze, żona od niego odeszła, dzieci nie chciały utrzymywać kontaktu, lecz to nie powód, żeby zmieniać wieloletnie przyzwyczajenia.

Zwlókł się z łóżka dopiero około ósmej. Nie mógł już dłużej leżeć. Chory kręgosłup zaczął natarczywym bólem żądać zmiany pozycji na pionową lub ewentualnie siedzącą. Poza tym chciało mu się do toalety, a w żołądku czuł ssanie. Musiał coś zjeść, żeby wziąć poranną porcję tabletek.

– Cholerna starość – mruczał pod nosem, wygrzebując się spod starego koca i po omacku szukając na podłodze schodzonych kapci. Kiedy wreszcie je wymacał i wsunął na stopy, podźwignął się z głuchym jękiem. Kręgosłup dalej bolał, ale już inaczej. Taki ból można było znieść.

Szurając nogami, poczłapał do łazienki, stanął przed muszlą, podniósł klapę i skrzywił się z niesmakiem. Musi w końcu wymyć toaletę. Śmierdziało jak z miejskiego szaletu. Pewnie jakoś wciśnie ten niewdzięczny, acz konieczny obowiązek w codzienny rozkład zajęć. Przecież jak zwykle ma napięty grafik. Roześmiał się na tę myśl. Cały dzień spędzi, kursując między lodówką w kuchni a fotelem ustawionym przez wielkim ekranem telewizora. Wcześniej musi wyskoczyć tylko do pobliskiej Żabki po piwo. Tak, jak zwykle będzie bardzo zapracowany.

Spuścił wodę, odwrócił się do lustra i spojrzał na siebie krytycznie. Rzadkie przetłuszczone włosy, zwykle starannie zaczesane do tyłu, teraz sterczały mu we wszystkie strony, twarz była blada i opuchnięta, obwisłe wargi kryły żółte zęby. Reszty tragedii dopełniały worki pod oczami, przekrwione białka, czerwony bezkształtny nos i sieć naczyń krwionośnych na policzkach. Codziennie patrzył na tę twarz i nie poznawał sam siebie. Miał przecież dopiero sześćdziesiąt pięć lat, a wyglądał na dwadzieścia lat więcej. Czuł się też na dużo więcej. Gdzie się podział ten przystojny mężczyzna sprzed trzydziestu kilku lat, za którym tak szalały kobiety? Wystarczyło tylko uśmiechnąć się czarująco i zachęcająco mrugnąć okiem, a każda mogła być jego.

No cóż, wszystko przemija. Tylko dlaczego tak szybko i boleśnie?

– Przecież wiesz dlaczego, stary durniu – powiedział, parząc temu drugiemu w oczy.

Wielokrotnie widywał mężczyzn w swoim wieku albo nawet starszych, którzy wyglądali jak jego młodsze rodzeństwo, byli zdrowi, nic ich nie bolało, byli w świetnej formie, a nawet biegali maratony w dobrym czasie. On jednak przez ostatnie lata nie prowadził sportowego trybu życia. Co prawda udało mu się rzucić palenie, ale nad alkoholem nie miał takiej władzy. Właściwie było na odwrót – alkohol miał władzę nad nim. I czasem go rzucał – o ziemię. Kiedy to się zaczęło? Dokładnie pamiętał datę. 20 października 2000 roku – pierwszy dzień na wcześniejszej emeryturze. Nagle nic nie musiał robić. Zalał go i pochłonął strumień wolnego czasu. Dotąd nie miał żadnych zainteresowań, przez wiele lat był członkiem ekipy pogotowia gazowego. Zawsze coś się działo, musiał być dyspozycyjny przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Później przyszła pustka.

 

W styczniu 2001 roku odeszła od niego żona. Powiedziała, że nie wytrzyma dłużej z pijakiem po jednym dachem, i wyprowadziła się do córki oraz zięcia do Smolca. Niby niedaleko, ale widział ją od tamtego dnia raptem dwa razy, przelotnie na ulicy. Córka i młodszy syn też przestali się nim interesować. Pił więc w samotności, a ostatnio nawet coraz rzadziej wychodził z domu. Tylko po piwo albo do lekarza, od kiedy zdrowie zaczęło mu poważniej szwankować. Właściwie posypało się lawinowo – nadciśnienie, zwyrodnienia kręgosłupa, bóle w kolanie, kłopoty z sercem, powiększona prostata. Dwa razy dziennie brał garść pigułek. Nie zastanawiał się ani przez chwilę nad tym, czy pigułki mają działanie lecznicze, kiedy popija się je puszką piwa, a później w trakcie dnia zalewa się je kilkoma kolejnymi.

Prawdę mówiąc, Kurzaj miał to w dupie. Podobnie jak kilka innych ważnych w życiu rzeczy.

Z łazienki przeszedł do kuchni, gdzie jego wzrok natychmiast zatrzymał się na zlewie pełnym brudnych talerzy i kolekcji pustych puszek po piwie na parapecie. Gówniane życie. Pomyślał, że zanim pójdzie po piwo, trochę posprząta. Najpierw jednak sięgnął do chlebaka i zjadł suchą kromkę chleba, a potem połknął pigułki, popijając je ostatnią puszką piwa. Miał swoją świętą zasadę. Co by się nie działo, jedno piwo musiało mu zostać na następny dzień. Znowu się zaśmiał pod nosem. To też było lekarstwo, jedna z pigułek, bez której nie mógł się obejść każdego poranka.

Zanim posprzątał i doprowadził się do stanu, w którym mógł bez wstydu wyjść między ludzi, zrobiła się dziesiąta. Do Żabki nie miał daleko. Mieszkał właściwie naprzeciw sklepu. Wychodził z bramy dwadzieścia cztery przy ulicy Tyrmanda, musiał pójść w lewo, przejść przez ulicę, minąć przychodnię weterynaryjną i już był w sklepie. Kiedyś to było centrum osiedla. Obok przez lata była piekarnia, gdzie w dobrych czasach kupował świeże bułeczki na śniadanie, dalej sklep z dziecięcymi ubrankami, a jeszcze dalej mięsny. Wszystko się zmieniło, kiedy dwa lata temu na Trawowej wybudowali osiedle Morelowe. Cały handel przeniósł się tam, piekarnia zbankrutowała, tak samo jak sklep z odzieżą. Została tylko Żabka, ale co chwilę zmieniał się właściciel.

W Żabce Kurzaj kupił sześć puszek piwa, chleb, masło i serek topiony. Tak mu się trzęsły ręce przy płaceniu, że ledwo wyciągnął z portfela banknot pięćdziesięciozłotowy. Wracał do domu zawstydzony swoim zachowaniem. Ekspedientka, która znała go przecież bardzo dobrze z widzenia, wrzuciła mu resztę bezpośrednio do portfela, jakby się bała, że drobne rozsypią się po całym sklepie. Cholera, jak tu się wziąć w garść? Musi się napić piwa. Złoty płyn był lekarstwem na wszelkie stany załamania. Tłumił niepotrzebne myśli.

Do bramy przed nim wchodził sąsiad z psem, więc nie musiał trafiać kluczem do zamka. Kiwnęli sobie głowami, po czym mężczyzna z jamnikiem na smyczy poszedł szybko schodami na górę. Kurzaj wlókł się stopień po stopniu, sapiąc i pocąc się. Na szczęście mieszkał na drugim piętrze.

Przed drzwiami zatrzymał się zdziwiony.

Na starej, zdeptanej wycieraczce leżała szara koperta. Z trudem ją podniósł i obejrzał. Ktoś czarnym flamastrem, drukowanymi literami napisał jego imię i nazwisko. Szybko wszedł do mieszkania, usiadł w fotelu i uważnie obejrzał kopertę. Wcale nie była szara. Raczej poszarzała, jakby wykonano ją z bardzo starego papieru. Kartka, którą wyciągnął ze środka, skojarzyła się Kurzajowi ze starą papeterią.

List był napisany drukowanymi literami czarnym cienkopisem. Musiał dwa razy przeczytać tekst, zanim dotarł do niego sens zawartych w nim słów.

Na długie minuty zastygł w bezruchu na fotelu. Przed oczami jak spłoszone stado koni galopowały mu wspomnienia.

Znowu ją widział, jakby to było wczoraj. Miała czarne długie włosy, ciemne oczy, czerwone wargi, proste białe zęby. Znowu widział, jak naga i spocona leży w białej pościeli po intensywnym seksie. Jej obfite piersi falują przy każdym oddechu, gęste, ciemne włosy łonowe skrywają zaczerwienioną kobiecość. Nagle podnosi głowę, uśmiecha się i pyta:

– Co, moi chłopcy, zadowoleni?

Jak na zawołanie obok niej kładzie się szczupły blondynek o niewinnym spojrzeniu. Całuje ją w sutek. Po drugiej stronie siada dobrze zbudowany brunet z mocnym zarostem na twarzy i całuje ją w drugi sutek. Trzeci mężczyzna nachyla się nad nią i całuje w usta. Wszyscy są nadzy, ich ciała lśnią od potu. Kobieta patrzy na Kurzaja z lubieżnym uśmiechem.

– Adam, a ty do mnie nie przyjdziesz?

Kurzaj gasi papierosa w przepełnionej popielniczce i dołącza do nich na łóżku. Też jest nagi. Kobieta obejmuje ich wszystkich, przyciska do siebie i mówi ze śmiechem:

– Kocham was wszystkich, cholerne łobuzy.

6 Telefony

27 czerwca, sobota po południu

Prokurator Marek Grabski obserwował swojego przyjaciela, odkąd ten przekroczył próg jego mieszkania. Coś się zmieniło. To nie był już ten sam facet co kiedyś. Był o wiele szczuplejszy, na jego twarzy rzadziej gościł uśmiech, na skroniach lśniły mu nowe siwe włosy. Do tego pojawiło coś, czego wcześniej nie było. Zachowywał dystans. Nawet w stosunku do najmłodszego syna Grabskich, dziesięcioletniego Jonatana, którego był ojcem chrzestnym. Grabski musiał ponawiać zaproszenie na obiad przez kilka kolejnych tygodni, zanim jego przyjacielowi skończyły się wymówki i musiał przyjść.

Na obiad żona Grabskiego, Agnieszka, przygotowała ziemniaki pieczone w głębokim tłuszczu, mielone ze szczypiorkiem i trzy rodzaje surówek. Gość zjadł porządną porcję z dokładką, zachwalając kunszt gospodyni i narzekając, że w kawalerskim życiu nie robi sobie takich frykasów nawet od święta. Agnieszka z radością i zadowoleniem przyjmowała komplementy. Przynajmniej to się nie zmieniło: kobiety wciąż go uwielbiały.

Po obiedzie pili kawę na tarasie z widokiem na pola pszenicy i las. Świeciło słońce, wiał lekki wiaterek, przynosząc ulgę od upału. Agnieszka Grabska taktownie zostawiła ich samych, wymawiając się sprzątaniem po obiedzie. Synowie Grabskich – trzech małych rozrabiaków – bawili się w wojnę i biegali z zabawkowymi karabinami po całym podwórzu.

Prokurator Grabski uwielbiał tak siedzieć i kontemplować piękne widoki. W Pierwoszowie, dwa kilometry od drogi Wrocław–Trzebnica, pobudował się kilka lat temu i nadal to miejsce mu się podobało. Cisza, spokój, przyroda. Czego trzeba było mu więcej po stresującej pracy? Przez ostatnie lata we wsi stanęło kilkanaście nowych domów innych uciekinierów z miasta, ale Grabskim to nie przeszkadzało. Ich dom położony był na uboczu, na skraju wsi.

Prokurator wyciągnięty w fotelu, z nogami założonymi na balustradę tarasu, spojrzał na gościa i zapytał, przerywając krótką ciszę:

– Skąd pomysł na motocykl?

Jego gość drgnął, następnie wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Szukałem nowych wrażeń, a to była miłość od pierwszego wejrzenia. Zobaczyłem ten motocykl na policyjnym parkingu pojazdów powypadkowych. Był tylko trochę uszkodzony. Kupiłem bardzo tanio i wyremontowałem.

– Doszły mnie słuchy, że poprzedni właściciel zabił się na tym motorze.

Znowu obojętne wzruszenie ramion.

– Wiem. Przewrócił się na prostym odcinku A4 przy prędkości sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Motor tylko się obtarł, a chłopak wbił się pod metalową barierę na poboczu. Podobno straż pożarna wyciągała go godzinę

– Nie przeszkadza ci to?

– Nie jestem przesądny. To dobry motocykl.

Grabski pokręcił głową.

– A ten kask z trupią czaszką? – zapytał.

– Kupiłem tanio na Allegro. Bardzo mi się spodobał.

– Zmieniłeś się, Marcin.

Zakrzewski upił łyk kawy z filiżanki i spojrzał na niego z ukosa.

– Może i się zmieniłem – odpowiedział. – Ale dzięki temu nie zwariowałem.

Prokurator Grabski był jedyną osobą, która wiedziała, co naprawdę stało się tamtej feralnej nocy w opuszczonym domu we wsi pod Środą Śląską. Zakrzewski spotkał się tam ze swoim kolegą z dzieciństwa, który okazał się poszukiwanym przez policję seryjnym mordercą.

– Rozumiem.

Marcin spojrzał na otwarte drzwi do salonu, sprawdzając, czy Agnieszki nie ma w pobliżu.

– Nie rozumiesz. Granica, po przekroczeniu której stajesz się mordercą, jest nie tam, gdzie się jej spodziewałem. Jest dużo bliżej. Nawet nie wiesz, jak trudno jest codziennie rano patrzeć sobie w oczy w lustrze i widzieć w nich zabójcę.

Grabski spojrzał w niebo na szybującego wysoko nad polem myszołowa.

– Nie wiem, jak to jest – powiedział. – I tym bardziej nie rozumiem, dlaczego rozstaliście się z Pauliną Czerny. Nie powiedziałeś jej prawdy?

Zakrzewski najspokojniej w świecie napił się kawy i odstawił filiżankę na stolik.

– Nie mogłem – odpowiedział.

– Cholera! Trochę mi się nie mieści w głowie. Jesteś przekonany, że postrzelona przez mordercę Paulina umiera w karetce w drodze do szpitala, potem strzelasz mu w łeb, żeby ją pomścić. I po tym wszystkim nie masz odwagi powiedzieć jej prawdy?

– To tylko pozornie takie proste.

– Nie wydaje ci się, że w ten sposób uciekasz od odpowiedzialności? Boisz się wpuścić ją do swojego życia, boisz się jej zaufać?

Grabski spojrzał na gościa z ukosa. Wyraz jego twarzy nie zmienił się. Plastikowa maska.

Milczeli. Grabski czuł, że przyjaciel chce mu coś powiedzieć, więc czekał.

*

Odkąd otworzył list po powrocie ze sklepu, Adam Kurzaj nawet nie pomyślał o piwie ani o innym alkoholu. Popołudniową porcję pigułek połknął, zapijając herbatą. Był w takim stanie, że nie zauważył, kiedy wystygła. Zapomniał wyciągnąć ze szklanki torebkę zaraz po zaparzeniu i teraz nitka z żółtym kartonikiem na końcu wpadła do środka. Od dwóch godzin siedział nieruchomo przy stole i oglądał album ze starymi fotografiami. Z trudem odnalazł go na dnie szafy. Przed laty ukrył go bardzo dobrze, tak dobrze, że lubiąca porządki żona nigdy się na album nie natknęła. On sam musiał się długo zastanawiać, zanim sobie przypomniał, gdzie szukać. Teraz oglądał czarno-białe, pożółkłe fotografie i wspomnieniami był w innym, lepszym świecie. Nie czuł nawet bólu kręgosłupa.

Zdjęcia pochodziły z ich ostatnich wakacji nad morzem. W którym to było roku? 1981? Tak, na pewno! Pamiętał, że w sierpniu tego roku strajki robotników zakończyły się podpisaniem porozumień i powstał związek zawodowy Solidarność.

Pierwsze zdjęcie przedstawiało całą ich szaloną piątkę. Stali obok siebie, przed domem wczasowym, w którym mieszkali. Uśmiechnięci, beztroscy, szczęśliwi, nic nie wiedząc o tragicznych zdarzeniach, które będą musieli przeżyć za dzień lub dwa. Jakie życie jest cholernie podstępne i okrutne. Ani na moment nie można stracić czujności, jak oni wtedy. Jeśli stracisz czujność, życie zaatakuje cię w najmniej spodziewanym momencie.

Następne fotografie przywołały kolorowe wspomnienia. Bardzo kolorowe wspomnienia.

Ona w zwiewnej sukience, bosa, z włosami spiętymi w koński ogon.

Młody, drobny blondynek o twarzy dziecka i ujmującym uśmiechu, najmłodszy z nich – nie miał chyba jeszcze dwudziestu lat – był ich fotografem. Miał starą radziecką zorkę, którą zabrał ojcu.

*

– Uśmiechnij się do mnie jeszcze raz – prosi, a ona oczywiście spełnia jego prośbę.

Zawsze spełniała wszystkie ich prośby.

Staje na palcach i niewinnie uśmiecha się do obiektywu. Strzela migawka. Ona nie czeka, tylko zbiega z pagórka, biegnie po piasku prosto do morza. Zatrzymuje się po kostki w wodzie i czeka, aż przyjdzie kolejna fala.

Zanim Młody naciągnie kliszę w aparacie, dołączają do niej Kosek i Mincel. Czekają na falę. Młody robi kolejną fotografię.

Fale rozbijają się o brzeg z szumem, dookoła na plaży jak okiem sięgnąć nie ma żywej duszy, niebo jest błękitne, morska bryza chłodzi rozgrzaną słońcem skórę. Pełnia lata i cudowna pogoda, prawie niespotykana na polskim wybrzeżu Bałtyku. Przynajmniej takie było zdanie Adama Kurzaja.

Kolejne fotografie. Cztery osoby pryskają się wodą, brodząc w falach po kolana.

Potem ruszają dalej.

Ona idzie przed nimi, spogląda na nich co chwilę przez ramię z szelmowskim uśmieszkiem na ustach. W pewnym momencie ściąga sukienkę i rzuca im do tyłu. Adam łapie ją i zarzuca sobie na ramię. Śmieją się. Młody robi kolejne zdjęcie.

Potem ona odbiega od nich kilka kroków, odwraca się i idąc do tyłu, ściąga powoli biustonosz. Rzuca w ich kierunku i Mincel go łapie. Teraz idzie przed nimi w samych majtkach. Ale nagle zdejmuje je sprawnie i rzuca do tyłu. Uderzają Młodego prosto w twarz, co wywołuje u pozostałych mężczyzn salwę śmiechu. Ona tymczasem idzie przed nimi naga i prowokująca. Dokładnie widzą, jak kręci uwodzicielsko biodrami, patrzą pożądliwie na jej białe pośladki wyraźnie kontrastujące z opalonym ciałem. Ona odwraca się i znowu idzie tyłem. Młody fotografuje ją podniecony.

 

– Może się wykąpiemy? – pyta z błyskiem w oku.

Jak na komendę ściągają z siebie ubrania. Cała piątka kąpie się nago w morzu, śmiejąc się przy tym głośno.

Po chwili stają dookoła niej, głaszczą jej skórę i całują. Wyrywa się im ze śmiechem i biegnie w poprzek plaży w kierunku porastającego wydmy sosnowego lasu. Doganiają ją na skraju w cieniu drzew, przy zwalonym pniu.

– Najpierw zdjęcie – protestuje i wszyscy ustawiają się do fotografii.

Młody kładzie zorkę na pniu, reguluje samowyzwalacz i staje razem z nimi w grupie. Długo czekają, aż aparat zadziała. Zaczynają się już niepokoić, kiedy wreszcie słuchać kliknięcie migawki.

Potem po kolei – tak jak ona lubi – kochają się z nią na tym zwalonym pniu. W oczekiwaniu na swoją kolej Kosek i Młody pieszczą się wzajemnie, ale nikomu to nie przeszkadza.

Po seksie z całą czwórką ona jest wniebowzięta i półprzytomna. Nogi się pod nią uginają tak, że w powrotnej drodze muszą ją podtrzymywać.

*

Adam Kurzaj gorączkowo starał się przerwać ten ciąg wspomnień. Dokładnie wiedział, co było dalej, ale nie chciał mieć tych obrazów ponownie przed oczami. Przez lata udawało mu się wyprzeć je z pamięci. Fotografie wywołały jednak w jego umyśle niemożliwą do powstrzymania kulę złożoną ze wspomnień, toczącą się coraz szybciej i szybciej.

Przypomniał sobie, jak później wszystko zawaliło się w pięć minut. Dopadło ich zło i całkowicie zawładnęło ich życiem. Już na zawsze. Ponownie miał w sobie tamte uczucia.

Widział przemoc i krew, czuł szok i paraliżujący strach.

Zamknął szybko album i oddychał ciężko. W piersiach coś uciskało, z trudem łapał powietrze. Miał nadzieję, że to początek zawału i zaraz umrze. Nikt go tu nie znajdzie przez najbliższy miesiąc, nikt nie zadzwoni po pomoc. Niestety, to nie był zawał. Ani nawet atak serca. Za chwilę poczuł się normalnie.

Przed trzema godzinami dowiedział się z listu, że ktoś z ich czwórki ją zabił. To nie był on, więc w grę wchodzili Młody, Mincel i Kosek. Musiał coś zrobić!

W szufladzie komody, ze sterty zapomnianych papierów i niepotrzebnych szpargałów wygrzebał notes z numerami telefonów. Sięgnął po słuchawkę i wybrał ten numer, o który mu chodziło.

*

Zanim Marcin Zakrzewski zdążył otworzyć usta, zabrzmiał początek Whole Lotta Love Led Zeppelin. Grabski uśmiechnął się mimowolnie na wspomnienie czasów młodości.

– Hard rock nie rdzewieje – powiedział.

– Nie ma takiej opcji – uśmiechnął się Marcin, wyciągając z kieszeni swój telefon.

Popatrzył na wyświetlacz, skrzywił się i rzucił:

– Muszę odebrać.

Oddalił się kilka kroków od werandy i stanął przy ogrodzeniu oddzielającym podwórko od pola pszenicy.

– Tak, słucham?

Głos w telefonie kiedyś przyprawiał go o drżenie serca. Teraz nie poczuł nic. Płynie czas i leczy rany.

– Cześć, Marcin. Mówi Justyna Kordas – zawiesiła głos, jakby czekała na reakcję.

Nie odezwał się. Justyna Kordas była jedyną kobietą, z którą próbował na poważnie ułożyć sobie życie. Mieszkali ze sobą kilkanaście miesięcy. Po początkowych tarciach ich wspólne funkcjonowanie zaczęło się układać. Ona tolerowała jego późne powroty do domu z pracy, zarwane noce, weekendowe nieobecności. Jemu też nie przeszkadzała jej niepoukładana praca w redakcji „Gazety Wrocławskiej”. Później niespodziewanie dostała propozycję pracy w telewizji TVN w Warszawie, ale Marcin nie chciał wyprowadzać się z Wrocławia.

– Nie odpowiedziałeś na moją wiadomość.

Marcin z trudem przypomniał sobie, że rzeczywiście przed kilkoma tygodniami usunął ze swojej skrzynki maila od niej. Nie miał zamiaru odpowiadać na zawarte w nim pytania.

– Wykasowałem go – powiedział. – Ta sprawa jest dla mnie zamknięta.

– Szkoda. Prawdę mówiąc, bardzo liczyłam, że zgodzisz się opowiedzieć historię mordercy ze Szczepanowa w moim reportażu. Tak czy inaczej zrobiłam ten materiał bez ciebie. Na pewno bez człowieka, który odkrył, kto jest seryjnym mordercą, stracił na jakości, ale nadal jest bardzo ciekawy.

– No i? – burknął niezbyt sympatycznie.

– Nie jesteś za rozmowny. – Ton jej głosu stwardniał.

– Posłuchaj mnie, Justyna – zaczął chłodno. – Tamto śledztwo bardzo dużo mnie kosztowało. Musiałem podnieść się psychicznie po tym, jak moja partnerka umierała mi na rękach postrzelona przez mordercę. Musiałem poradzić sobie ze świadomością, że to ja go zastrzeliłem w obronie własnej. Potem przez pół roku byłem zawieszony, a człowiek z biura spraw wewnętrznych grzebał w moim życiu, bo uznał, że być może jestem niepoczytalny i nie mogę pracować w kryminalnej. Nachodził mnie dwa razy dziennie, przesłuchiwał, jakby chciał mnie złapać na kłamstwie. Na koniec powiedział, że mi nie wierzy i pewnie zastrzeliłem tego sukinsyna z zemsty. Ta sprawa by się jeszcze przeciągnęła, ale na szczęście naczelnik Komendy Wojewódzkiej zainterweniował i BSW zakończyło postępowanie. Do tego przez kilka tygodni łaziły za mną tabuny dziennikarzy. Jeszcze przed rokiem jeden z pracowników pewnego bardzo sensacyjnego ogólnopolskiego tytułu jeździł za mną. Wkurzyłem się, sprzedałem samochód i kupiłem motocykl, żeby nikt nie mógł mnie dogonić autem. Nie dziw się więc, że na każdą uwagę o tamtym śledztwie reaguję alergicznie.

– Ludzie mają prawo znać prawdę. Od tego są wolne media – odrzekła.

– Tylko dlaczego moim kosztem? Czy ktoś liczy się z moimi uczuciami, kiedy rozgrzebuje temat po raz nie wiadomo który?

Przez sekundę w słuchawce panowało milczenie.

– Wydawało mi się, że jesteś inny – powiedziała.

– Zmieniłem się. Odkąd się rozstaliśmy, bardzo się zmieniłem. Pewnie byś mnie już nie poznała. Ty też jesteś inna. Kiedyś pomyślałabyś o moich uczuciach, zanim wzięłabyś się za ten materiał.

– No cóż – chrząknęła. – Tak czy inaczej zrobiłam reportaż o tamtym śledztwie. Emisja będzie dzisiaj o dwudziestej drugiej pięć. Obejrzyj, może zmienisz o mnie zdanie.

– J-jasne.

Rozłączył się bez pożegnania, wrócił na werandę i ciężko usiadł na fotelu obok Marka Grabskiego. Przyjaciel popatrzył na niego pytająco. Marcin w kilku słowach streścił rozmowę.

Prokurator wyglądał na strapionego.

– Cholera – mruknął. – Już się cieszyłem, że tamta sprawa odeszła w mroki zapomnienia.

– Tak się nigdy nie stanie. – Marcin pokręcił głową. – Zawsze będę kojarzony tylko z nią. Dlatego zastanawiam się nad przejściem na emeryturę. Twój znajomy z agencji ochrony, Kamil Bober, zaproponował mi pracę.

Grabski na chwilę znieruchomiał.

– Zdecydowałeś się już? – zapytał w końcu.

– Jeszcze się waham, ale ten reportaż na pewno ułatwi mi podjęcie decyzji.

– Myślisz, że jak przestaniesz być policjantem, wszyscy nagle zapomną o tobie i tamtym śledztwie?

– Może nie, ale nie przekonam się o tym, jeśli nie spróbuję.

Grabski ściągnął nogi z balustrady. Myszołów znowu pojawił się nad polem.

– Ale to nie jest główny powód? – zapytał.

– Straciłem motywację – odpowiedział Zakrzewski. – Wypaliłem się. Praca przestała sprawiać mi satysfakcję. Od dwóch lat zajmuję się głównie tym, że ktoś komuś dał w mordę, menel w pijanym widzie zabił drugiego menela, konkubent pobił konkubinę albo kibole potrzaskali się na ustawce. Mam dość. Do tego cały czas trafiam na prokuratora Wysockiego, który mnie nie cierpi i szarpiemy się, zamiast współpracować.

– Waszym problemem jest kobieta.

Paulina Czerny miała krótki romans z prokuratorem Wysockim, zanim zaczęła pracować z Marcinem nad sprawą seryjnego zabójcy.

– Chyba jego. – Zakrzewski się skrzywił. – Tak się składa, że teraz żaden z nas nie ma nic wspólnego z tą kobietą.

– Wiem, w czym leży twój problem – odezwał się Grabski.

– J-jasne. – Policjant lekceważąco wyruszył ramionami.

– Sięgnąłeś szczytu. Każdy śledczy marzy, żeby chociaż raz w życiu pracować nad taką sprawą. Każdy śni, żeby złapać takiego skurwysyna. Udaje się nielicznym. Tobie się udało i teraz podświadomie cały czas czekasz na kolejną taką sprawę. Nie tylko taką. Jeszcze trudniejszą, bardziej ryzykowną i zagmatwaną. Dlatego wściekasz się, kiedy musisz zajmować się drobnymi przestępstwami i pospolitymi zabójstwami. Czekasz na kolejnego seryjnego mordercę. Tylko takie śledztwo sprawiłoby ci satysfakcję.