Wypocznij i zgińTekst

Z serii: Kryminał pod psem #7
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt okładki

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Koordynacja projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

ANNA JACKOWSKA

Korekta

BOGUSŁAWA OTFINOWSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Polish edition © Publicat S.A., Marta Matyszczak MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-6020-1

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

.

KRYMINAŁY POD PSEM

• Tajemnicza śmierć Marianny Biel

• Zbrodnia nad urwiskiem

• Strzały nad jeziorem

• Zło czai się na szczycie

• Morderstwo w hotelu Kattowitz

• Trup w sanatorium

• Wypocznij i zgiń

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Od Autorki

Mapa

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Pamięci Gucia, najlepszego Przyjaciela

Donoszę uprzejmie, że szczawnicka willa Martyna, w której osadzono akcję powieści, jest wzorowana na istniejącej w rzeczywistości willi Marta. Co nie znaczy, że w tej prawdziwej kiedykolwiek kogokolwiek zamordowano! Wypocznij i zgiń można potraktować jako swoisty przewodnik po pienińskim kurorcie, jednak zarówno intryga kryminalna, jak i postacie występujące w książce zostały wymyślone i nie mają swojego odzwierciedlenia w realiach, o czym zapewniam. Podczas wizyty w Szczawnicy należy jednak uważać, by nie natknąć się na Różę Kwiatkowską. Bo z nią to nigdy nie wiadomo…

Autorka

.

A Józio w pysk, a Józia w mordę.

I już w powietrzu pachnie mordem

Julian Tuwim, Kwiaty polskie


PROLOG

Dziś

Martyna Chodelska miała wrażenie, że umrze z zimna. Tak mroźny styczeń w Szczawnicy odnotowano ostatnio w latach siedemdziesiątych, kiedy jej nie było jeszcze na świecie.

Minęła ósma. Goście willi Martyna schodzili na śniadanie. Turystyczny rozgardiasz miał się dopiero zacząć. Te trzy kwadranse przed otwarciem wyciągu na Palenicy były jedyną chwilą dnia, gdy kobieta mogła w spokoju pojeździć na nartach. Pracownicy stacji przychodzili wcześniej i puszczali kolejkę na kilka próbnych kursów, zanim punkt dziewiąta wsiądą na nią wielbiciele dwóch desek. Wyciągowi pozwalali Martynie korzystać ze świeżo wyratrakowanych tras – tak po sąsiedzku.

Chodelska spojrzała na szczyt Palenicy z okna na piętrze. Wyszła przed dom, zasunęła zamek sportowej kurtki pod samą szyję i przecięła ulicę Główną. Nowiutkie carvingi zarzuciła na ramię. Masywne buty nie ułatwiały poruszania się po oblodzonym asfalcie. Przeszła parę metrów w prawo. Zapięła wiązania, zatrzasnęła klamry. Minęła drewnianą ażurową altankę ujęcia źródła Szymon, zjeżdżając uliczką wprost pod dolną stację kolejki. Śnieg skrzypiał pod nartami. W powietrzu unosił się zapach palonego drewna. Z dołu tym razem nie dobiegał szum rzeki.

Grajcarek zamarzł.

Na parkingu było jeszcze pusto. Czteroosobowe kanapy nie zostały puszczone w ruch.

Zbliżyła się do przeszklonego dachu kryjącego silnik wyciągu. Panowała tu dziwna cisza. Nie dostrzegła żadnego z pracowników. Może było wcześniej, niż jej się wydawało? Kilka metrów przed nią, tuż pod linami, majaczyła na śniegu jakaś zielona plama. Przełożyła gogle na kask, żeby lepiej widzieć.

– Halo! – zawołała. – Jest tu ktoś?

Wstrząsnął nią dreszcz. Mróz dawał się we znaki. Dopiero za trzecim razem udało jej się trafić końcówką kijka w zatrzask uwalniający but z wiązania. Wypięła drugą nartę. Potykając się w zaspach, podbiegła do wyciągu.

W śniegu leżał człowiek.

Nie ruszał się. Martyna przesadziła bramkę obrotową i podbiegła do mężczyzny. Potrząsnęła nim. Obróciła na plecy. Było już jednak za późno.

Nie żył.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Gwar, gwar, gwar, chichoty,

Gwar, gwar, gwar, piski,

Wyglancowane dowcipkują pyski[1]

Chorzowską ulicą 11 Listopada niosło się nawoływanie. Z daleka nie mogłem dosłyszeć słów. Im jednak bliżej bramy z numerem sto trzynaście znajdowała się stara, przeżarta rdzą skoda fabia mojego pana, tym większa ogarniała mnie pewność, że wiem, kto i co wykrzykuje.

Wracaliśmy właśnie z wizyty u konowała. Przypuszczam, że Szymon Solański, mój właściciel (czytaj: niewolnik), zakochał się w doktorze Dłutce. Innej racjonalnej przyczyny ciągania mnie z tak dużą częstotliwością w progi oprawcy nie potrafiłem znaleźć.

Tym razem wymyślił sobie sztywniejącą łapę. Moją. Telefonicznie umówił nas na wizytę.

A potem doszło do kidnapingu.

Drzemałem niewinnie na kanapie i śniłem o pasztetce, gdy nagle zostałem pojmany przez długie, kościste łapska właściciela agencji detektywistycznej Solan (jednoosobowej i nie nazbyt prężnie działającej), zaniesiony do opartego zderzakiem o skrzynkę elektryczną przed naszym familokiem auta i wywieziony na ulicę Żołnierzy Września, gdzie mieściła się siedziba przychodni weterynaryjnej Psia Kostka zbudowana z betonu, szkła i tekowego drewna.

Ładna recepcjonistka z długim, czarnym ogonem lśniących włosów uśmiechnęła się (do mnie, nie do pokrytej trzydniowym zarostem gęby Solańskiego) i kazała nam poczekać na ławeczce. Może i wyglądam jak słodki misiaczek, ale trzeba wam wiedzieć, że duszę mam rogatą. Puściłem więc dyspozycję mimo uszu i ruszyłem z kopyta. Wprost na przeszkloną ścianę. Tak ją dokładnie wypucowali, że nie zauważyłem okna. Byłem święcie przekonany, że za rzędem szarych krzesełek jest już odkryta przestrzeń. Łupnięcie czachy o przeszkodę przywróciło mnie do rzeczywistości. A ta nie przedstawiała się bajkowo.

Utknąłem!

Solański próbował rozproszyć moją uwagę i zainteresować metalową miską z kranówą, którą częstowano tu skazańców. Popatrzyłem tylko na niego wzrokiem mówiącym „chybaś zgłupł”, i już nic więcej nie musiałem dodawać.

Namierzyłem drzwi wyjściowe i nawet podreptałem w ich kierunku, ale wtedy z korytarzyka prowadzącego do szeregu gabinetów kaźni dobiegł znajomy głos:

– Gucio i młody człowiek nazwiskiem Solański! No, chodźcie, chodźcie, co tam u was?

Odziany w zielonkawy kitel doktor Dłutko we własnej osobie wyszedł nam na spotkanie. Poczułem się wzruszony. Powitanie przez kompanię honorową to zbytek łaski. Z mojego powodu lekarz mógł się nie kłopotać.

– Co złego, to nie ja i do niewidzenia się z państwem – powiedziałem, ale jak zwykle nikt mnie nie zrozumiał. Albo po prostu psie zdanie się nie liczyło.

Wkroczyliśmy do gabinetu: oni żwawym krokiem, ja na wyprostowanych w geście obronnym łapach. Moje wysiłki na nic się jednak zdały, ponieważ podłoga wyłożona była jakimś śliskim świństwem i nie mogłem liczyć na zbawienne działanie tarcia.

– O, widzi pan! – zakrzyknął Solański, pokazując na mnie palcem.

Nieelegancko.

Doktor Dłutko ślepy nie był, to dlaczego miałby mnie nie widzieć? Poza tym upierałbym się przy twierdzeniu, że jeżeli komuś jest tu potrzebna pomoc specjalisty, to Szymonowi.

Nie mnie!

– No widzę – przyznał weterynarz. – Ślicznego małego kundelka. Czego pan od niego chcesz?

– Ma sztywną łapę! Tę tylną. To na pewno choroba stawów – postawił diagnozę geniusz.

 

Doktor Dłutko łypnął złowrogim wzrokiem na Solańskiego i przykucnął. Pogłaskał mnie po łebku, myśląc, że dam się nabrać na te ksiuty. Głupi nie jestem! Nie jestem też potomkiem pitbulla. Niestety. Gdyby tak się sprawy genetycznie potoczyły, z pewnością wbiłbym się doktorowi w aortę i więcej nie śmiałby ze mną zaczynać. A tymczasem stałem posłuszny jak ten baran i znosiłem macanki z tą odrobiną godności, która mi w tej przykrej sytuacji pozostała.

Dłutko się wyprostował, zatarł ręce i uniósł jedną brew.

– No trochę ma sztywną. I tak już będzie miał. Co pan zrobisz, skoro nic pan nie zrobisz?

Taką diagnozę to ja rozumiem! Uważam, że powinno się zdecydowanie częściej pozostawiać bieg rzeczy matce naturze, a nie zapaskudzać sobie organizm medykamentami. A już o dziobaniu niewinnych skalpelem nie wspomnę.

– Lekarstwo! – huknął mój pan. – Musi być jakieś lekarstwo!

– Będzie chodził jak na szczudłach. – Doktor Dłutko kontynuował, zupełnie nieprzejęty tym domorosłym eskulapem. – Ale przednie ma w porządku.

– Arth-ro-Vet! – sylabizował teraz detektyw, bo znów się naczytał jakichś bzdur w Internetach.

– No tak – sapnął weterynarz. – Wróżki. Różdżki. Homeopatia.

– Wiem, że to suplement diety, ale dawać mu?

– Może pan dawać.

– Pomoże?

– A nuż.

Po tej pouczającej wymianie zdań dostałem zapasowe recepty na stos innych trucizn, którymi mnie faszerowano rano i wieczorem, a potem doktor Dłutko przeszedł do konkretów.

– Jakim narodem rządzi się najłatwiej? – zadał Solańskiemu pytanie z rodzaju egzaminacyjnych.

Szymon podrapał się w czarny czerep.

– Głupim – strzelił.

Odpowiedź najwyraźniej usatysfakcjonowała konowała, ponieważ walnął dłonią w blat biurka i uśmiechnął się krzywo.

– Właśnie! – potwierdził. – No to pan zdajesz sobie sprawę, że już po nas.

Nie za bardzo interesuję się polityką czy też stopniem inteligencji Lachów, ale po tych niewesołych konstatacjach obiecałem sobie, że zacznę oglądać serwis informacyjny. Albo zaprenumeruję jakiś tygodnik opinii. Żeby być na bieżąco z sytuacją w nadwiślańskim kraju. „Politykę”. Bo nie jakieś „Od Rzeczy” czy „W Śmieci”. Albo to trzecie z błędem ortograficznym w tytule. Ignorantia legis non excusat. To samo dotyczy działalności władz państwowych.

Z filozoficznego zamyślenia wyrwały mnie niecichnące krzyki na naszej ulicy. Nie zdążyliśmy wysiąść z samochodu, a już wiedziałem, co jest grane.

Grana była Róża.

Róża Kwiatkowska.


– Jestem zaręczona! – wydzierała się dziennikarka, wychylając się przez otwarte na oścież okno swojego mieszkania na pierwszym piętrze familoka. – Z Szymonem Solańskim! Zaręczona! Ja jestem! Ja! Słyszycie?!

– Umrziki we grobie cie, dziołcha, słyszą – poinformowała Różę Brygida Buchta, której nawet przenikliwy styczniowy ziąb nie przekonał do porzucenia rytuału.

Polegał on na wysiadywaniu w oknie z pinczerkiem pod pachą. Świątek, piątek. Przy czym oboje, tak Buchtowa, jak i jej mało urodziwy pies, opierali się na kołdrze przywleczonej na parapet z sypialni. Obserwowali okolicę z uwagą i rejestrowali każde zdarzenie (począwszy od tego, że synek Michalików zaś nacharał na zol, a skończywszy na tym, że limuzyna z farorzem pędzi na pełnej pecie do pobliskiej Józefki na mszę w zacnej intencji, żeby pajac w czerwonych okularach znowu nie nazbierał więcej na chore dzieci niż kościelna organizacja).

Gospodyni dysponowała pamięcią, której mogłyby jej pozazdrościć komputery NASA. Gdyby przedstawiciele miejscowej policji mieli więcej oleju w głowie, regularnie konsultowaliby się z Brygidą Buchtą. Wykrywalność przestępstw na Cwajce, czyli w drugiej dzielnicy Chorzowa, wzrosłaby znacząco.

– Pierona! – ryknęła znowu, bo Kwiatkowska dalej informowała świat o rychłej zmianie swego statusu prawnego. – Ty mosz chyba ipi! Wajoć tak i wajoć. Już wszystkie chachary u nos wiedzą, że sie chajtasz!

– Zaręczona! – Róża spróbowała raz jeszcze.

Choć do wspomnianych oświadczyn doszło parę miesięcy temu, dziennikarka wciąż nie mogła uwierzyć, że to prawda. I w ogóle (no może prawie wcale) nie przeszkadzał jej fakt, że to ona poprosiła Solańskiego o rękę. Ba! Nawet sama kupiła pierścionek. Wprawdzie z rozmiarem było coś nie tak i cholerstwo non stop zsuwało jej się z palca (nawet z kciuka), ale to nieistotne. Po prostu schowała klejnot do szuflady, żeby się nie zgubił. Ważne, że już wkrótce mieli sobie z Szymonem powiedzieć tak.

Pozostawała kwestia określenia, co znaczy to „wkrótce”. Jeśli chodzi o Różę, to najchętniej zaciągnęłaby Solańskiego przed oblicze urzędnika stanu cywilnego jeszcze dziś. Detektyw jednak się ociągał. Twierdził, że co nagle, to po diable, i że Róża zasługuje na specjalną uroczystość, a nie jakieś tam hop-siup i po rosole.

Z jednej strony Kwiatkowską wzruszała taka dbałość o ceremoniał, z drugiej jednak z tygodnia na tydzień stawała się coraz bardziej podejrzliwa. No bo skoro Solańskiemu nie jest do ożenku śpieszno tak jak jej, to może chce się wymigać?

Jego niedoczekanie!

Po tym wszystkim, co razem przeżyli, innego niż happy endu nie przewidywała.

Radość ją rozsadzała. I po prostu musiała dawać jej upust z regularnością godną szwajcarskich wyrobów zegarmistrzowskich. Dzień w dzień. Miała się w końcu czym chwalić. Wychodziła za mąż za swoją wielką, jedyną i prawdziwą miłość. Dlaczego więc nie miałby się o tym dowiedzieć cały Chorzów? A przy dobrych wiatrach, odrobinie szczęścia i odpowiednim nadwyrężeniu strun głosowych – może i obrzeża Świętochłowic oraz Bytomia? Nadmiar wiedzy jeszcze nikomu nie zaszkodził.

– Róża… – mruknął Solański, który wrócił z Guciem od doktora Dłutki. – Bo się przeziębisz.

I jeszcze martwił się o jej zdrowie! Miała szczęście, bez dwóch zdań!

– Ugotowałam ci zupę, kochanie! – oznajmiła i wreszcie schowała się w mieszkaniu.

Detektyw zajmował lokal położony bezpośrednio nad jej czterema kątami. Kwiatkowska najpierw sądziła, że po ślubie przeprowadzą się do wspólnego większego mieszkania, ale potem wpadła na lepszy pomysł.

Wyryją dziurę!

A konkretnie: przebiją dzielący ich strop, dobudują schody i tym prostym sposobem zyskają apartament dwupoziomowy. Remont musiał jednak zaczekać. Po pierwsze, nie za bardzo mieli na niego pieniądze, a po drugie – trzeba było działać krok po kroku. Najpierw więc ślub.

– Zupę? – zapytał od progu Solański.

I się uśmiechnął. Gdyby Róża nie była tak zaślepiona miłością, dostrzegłaby, że zrobił to niezbyt szczerze. A nawet z lekko zarysowanym w kącikach ust cierpieniem.

– Jarzynową – przyznała. – Sama zrobiłam. Przepis znalazłam na takiej jednej stronie. Wprawdzie nie było w lodówce wszystkich wymienionych składników, ale nie ma jak improwizacja, prawda?

– Aha.

– Pachnie trochę dziwnie. Dlatego, że to kuchnia fusion – wyjaśniła. I nalała ukochanemu chochlę wywaru w oryginalnym kolorze błota, z niewielkimi bąbelkami buzującymi na powierzchni. Dodała drugą, a potem trzecią, aż ciecz sięgnęła brzegu talerza. Solański musiał być przecież głodny, biedaczek. – Dla ciebie też coś mam, Guciu – zwróciła się do psa.

Wyjęła z szafki saszetkę z psim żarciem i przełożyła jej zawartość do miski. Solański odprowadził naczynie tęsknym wzrokiem. Pewnie kiszki marsza grały chudzinie.

– Jedz, jedz, to ci dołożę – zachęciła narzeczonego.

Szymon z ociąganiem sięgnął po łyżkę i umoczył jej czubek w zupie.

I wtedy zadzwonił jego telefon.

– Muszę odebrać! – usprawiedliwił się i zniknął w przedpokoju.

Róża westchnęła i nałożyła też sobie. Nabrała solidną łychę specjału i zagarażowała ją w ustach.

W pierwszej chwili ją zatkało. Chwila ta jednak nie trwała długo. Ułamek sekundy wystarczył, by kubki smakowe Kwiatkowskiej w pełni doceniły jakość produktu spożywczego. A ta była zatrważająca! Róża prychnęła, rozbryzgując nieprzetrawioną zupę na swój biust, stół, ścianę oraz podłogę. Była się w stanie założyć, że część doleciała także do firanki.

Czyżby zrobiła coś nie tak? Może dodanie tego czegoś, co zalegało w dolnej szafce, odkąd Solański podarował jej toto pod choinkę, nie było dobrym pomysłem?

Pewnie sprzedano jej nieświeże warzywa. Albo woda z kranu była zanieczyszczona. W dzisiejszych czasach już nikomu nie można ufać. Ani handlarom na bazarze, ani tym jełopom z wod.-kan.

Zaskrzypiały drzwi. Solański stanął w progu. Minę miał nieprzeniknioną. Za nic w świecie nie może zjeść tego cholernego zupska! Jeszcze gotowy zrezygnować ze ślubu! Wprawdzie był człowiekiem rozsądnym i raczej nie oczekiwał od niej żadnych wyczynów przy garach, ale to ona sama pragnęła mu zaimponować. A tu porażka na całej linii! A jeśli Szymon uzna, że chciała go otruć?! Te pomyje – teraz już mogła być ze sobą szczera – smakowały dokładnie tak, jak jej wyobrażenie walorów konsumpcyjnych środka do deratyzacji.

– Zupa wystygła! – rzuciła. – Zimnej jeść nie można. Przepis nie pozwala. A podgrzać nie sposób, bo… gaz się skończył! – brnęła. – Chodźmy na pizzę!

– Aha. – Solański zgodził się na zmianę planów – zdaniem Róży – odrobinę za szybko.

Już się chciała obrazić, ale jej się przypomniało, że taki obrót sprawy jest w zasadzie po jej myśli. Z zakałapućkania myślowego wytrącił ją wreszcie Szymon.

– Mam zlecenie – powiedział i poczochrał się po zaroście.

Róża od razu zrozumiała, że nie chodzi o zwykłe śledzenie jakiegoś męża-zdrajcy. Ton detektywa – niepewny, a jednocześnie pełen ekscytacji – zwiastował grubą rzecz.

Najwyraźniej morderstwo.


Sprawa pojawiła się we właściwym czasie. Szymon Solański od dawna planował zabrać Różę na narty. W szkole średniej, do której razem chodzili, wszystkie klasy zaliczały zimowe obozy na Rysiance, każdy absolwent Słowaka śmigał więc na dwóch deskach. Szymon już dawno nie miał swoich starych nart na nogach. Zatęsknił za tym pędem powietrza i poczuciem wolności. Całymi dniami szaleliby na stoku, a wieczorem szli na basen i do sauny. Pełny relaks!

Solański nie był jednak dobry w organizowaniu czegokolwiek. Nie potrafił zebrać się w sobie, znaleźć odpowiednich ofert, wybrać tej najlepszej i zarezerwować. Takie manewry go przerastały.

A tu proszę.

Właściciel wyciągu na szczawnickiej Palenicy chciał go wynająć do odnalezienia mordercy jakiegoś biznesmena, którego ciało znaleziono przy dolnej stacji kolejki.

– Takie cholerne ekscesy nie są dobre dla biznesu, panie Smolański – powiedział facet. – Sam pan rozumiesz. Im prędzej sprawa się wyjaśni, tym lepiej. Sezon w pełni, nie mogę sobie pozwolić, żeby te cholerne cepry hurtem mi powyjeżdżały do tej jeszcze bardziej cholernej Bukowiny. Na cholerną do kwadratu Kotelnicę, panie! W Pieninach niech trzymają dupska! Nam się dudki po prostu należą!

Szymon dudkami również nie gardził. A te zaproponowane przez Zbigniewa Bielę były cholernie przyzwoite. Mogli więc z Różą zająć się poszukiwaniem mordercy, a w wolnym czasie poszusować. I jeszcze napić się tych prozdrowotnych wód, które tam czerpano.

Nie wiedzieć czemu Kwiatkowska nie podzieliła entuzjazmu detektywa.

– Na narty? – zapytała.

– Jeśli nie masz sprzętu, to wypożyczymy. Będzie super! Ten cały Biela opłacił nam noclegi w willi Martyna – relacjonował Solański. – I Gucia też możemy wziąć.

– Co za Martyna? – Róża chwyciła gar z zupą i udała się z nim do łazienki.

– Willa. Przecież mówię. Podobno wypasiona. Jedziemy jutro.

– A moja praca? – wyjęczała Kwiatkowska.

Jej dalszą wypowiedź zagłuszył chlupot cieczy przelewanej do klozetu. A potem szum spuszczanej wody. Solański odetchnął z ulgą.

– Przecież możesz nadawać skądkolwiek – przypomniał.

Po licznych, mniej lub bardziej udanych, przygodach z prasą Róża Kwiatkowska obwieściła śmierć mediów drukowanych i przeniosła swoją dziennikarską działalność do Internetu. Założyła kanał w serwisie YouTube, na którym waliła prawdą prosto z mostu. Nazywało się to Kolcem między oczy i Róża nie przyjmowała do wiadomości, że nie istnieje taki związek frazeologiczny. W każdym razie jej followersom takie niuanse nie przeszkadzały. Ku zdziwieniu Szymona Kwiatkowska szybko zyskała sobie szerokie grono odbiorców i odnosiła spore sukcesy. Także finansowe. Zgłaszali się do niej reklamodawcy pragnący, by Róża opowiadała o ich produkcie. Branże reprezentowali przeróżne, bo i Kwiatkowska nie ograniczała tematycznie swoich poczynań. Brała się więc za bary zarówno z nowościami książkowymi, jak i najnowszymi trendami w kosmetyce.

 

– W sumie tak. – Influencerka przyznała rację Solańskiemu, pojawiając się w progu z pustym garnkiem.

– Róża? – Szymon od dłuższego czasu przyglądał się stojącemu na kuchennym blacie pojemnikowi. – Dlaczego trzymasz między garami sól do kąpieli, którą ci podarowałem na Gwiazdkę?

Zapadła cisza.

Przedłużająca się.

Nieznośnie.

– No niech ci będzie! – zgodziła się łaskawie Kwiatkowska. – No już jedźmy na te narty.

– Hau! – dodał swoje trzy grosze Gucio.

Zatem ustalone.

Wybierali się do Szczawnicy.


Głupie pomysły! Kto to widział, żeby jechać do miejscowości, która już samą nazwą wzbudza podejrzliwość. A przynajmniej niesmak.

Szczawnica.

Znaczy, że co oni tam robią? Najprawdopodobniej po piwnicach… Nie chciałbym się mądrzyć, ale już sama semantyka nie wróży niczego dobrego. I po co Róża i Szymon się tam pchają? Mało im złoczyńców do wytropienia? Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko dalekim podróżom, jednak muszą mieć jakiś sensowny cel. Proszę pozwolić, że wymienię kilka: spacery z psem po egzotycznej plaży, głaskanie psa na takiejże, karmienie psa rzadko spotykanymi przekąskami.

Ale nie!

Solański i Kwiatkowska wybrali się w tę durną podróż głównie po to, żeby jeździć na nartach! A czy kto widział kiedy psa jeżdżącego na nartach? Przypuszczam, że wątpię. Ergo: oni będą się zabawiać całymi dniami, a ja ten czas spędzę w pokoju. Sam!

Na razie tkwiłem obrażony na tylnej kanapie skody fabii i wyglądałem przez okno. Było przez nie widać tak zwane gówno. Białe do tego. Śnieg naparzał nieustannie. Oblepiał wszystko, co spotkał na swej drodze. Nasza karoseria wyglądała tak, jakby ją lakiernik pociągnął kolorem typowym dla bałwana. I nie pominął przy tym szyb. Wycieraczki można było sobie o kant tyłka potłuc. Nie wydalały. Sprawę utrudniał mróz, który chyba zwariował, racząc nas temperaturami niczym z jakiejś Alaski. Do tego wpakowaliśmy się na zakopiankę. Każdy, kto się kiedyś wpakował na zakopiankę, wie, o jakim dramacie mówię.

Jechałem tędy pierwszy raz w mym dziesięcioletnim życiu. I mam nadzieję, że ostatni. Już bym wolał iść do tej Szczawnicy pieszo przez łąki i pola, zamiast cisnąć się w sznurku podobnych nam nieszczęśników, którzy umyślili sobie ferie w górach. To tak, jakbyście spróbowali w tłusty czwartek kupić pączki u Stoksona na chorzowskiej Wolce, gdy jeszcze istniał. Słowem: armagedon!

Zakrętów było co niemiara, więc ciągle musiałem uruchamiać wspomaganie kierownicy i przechylać się całym ciężarem ciała to w lewo, to w prawo – inaczej Solański już dawno wpakowałby nas do rowu.

Źle mówię.

O żadnym rowie mowy być nie mogło. Właściciele posesji ulokowanych wzdłuż najbardziej znienawidzonej w Polsce dwupasmówki przyjęli sobie chyba za punkt honoru wybudowanie płotów jak najbliżej jezdni. Aż dziw, że co parę metrów nie mijaliśmy wbitego w parkan samochodu. Widocznie przemieszczali się tędy sami Kubice.

Świat zewnętrzny, jak widać, nie prezentował się zbyt różowo. Co nie znaczy, że wewnątrz było dużo lepiej. Wychodziło na to, że moi szanowni państwo planują zmieniać garderobę pięć razy dziennie. Świadczyły o tym monstrualnych rozmiarów walizki oraz plecak, które załadowali do auta. Oczywiście nie wszystko zmieściło się w bagażniku i lwia część sportowych rupieci musiała jechać na moim siedzisku.

Niedopuszczalne!

A do tego w zadek wrzynały mi się narty.

Oraz kijki. Dwie pary!

Miałem ochotę wetknąć je ludzinie w ich cztery litery, ale przypomniałem sobie w porę, że się brzydzę przemocą.

Solański i Kwiatkowska nie zdawali sobie chyba sprawy z tego, na jakie niebezpieczeństwo się narażają. Widziałem kiedyś w telewizji kilku śmiałków, którzy zjeżdżali slalomem na tej boazerii, i powiem jedno: nie skończyło się to pięknie. Karetka. Szpital. Liczne złamania. Z przemieszczeniami!

Ale skoro człowieki są mądrzejsze… Nie zastanowili się tylko nad jednym: co ja zrobię, gdy oni wylądują na OIOM-ie? Bo raczej prędzej niż później wylądują. Znam ich. Można o nich powiedzieć wiele dobrego, ale nie to, że są świetnymi sportowcami. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że są fatalnymi. Mogłem sobie jednak gdakać do woli. Mną nikt się nie przejmował.

– Piłem w Spale, spałem w Pile, heeej, o hej!

Na domiar złego Róża darła się z przedniego siedzenia. Wokal też nie był jej najmocniejszą stroną.

– Piłem w Szczawnicy – kontynuowała własną wersję piosenki. – Szcz…

– Róża! – oburzył się Solański.

Raczej na formę, nie na treść.

– …w piwnicy – dokończyła wers.

A nie mówiłem?

– No co? Nudzi mi się! – poskarżyła się. – Poza tym rzeczywiście muszę do kibelka.

– I gdzie mam, twoim zdaniem, się zatrzymać? – zainteresował się Solański. – Przecież tu nie ma pobocza.

– Ale są krzaki – zauważyła youtuberka. – Gucio też pewnie chętnie skorzysta. Wysiądziemy, a potem cię dogonimy. Przecież wleczesz się jak własny pradziadek.

Moja przyjaciółka prawiła całkiem słusznie. Korek wciąż rósł. Szymon wzruszył ramionami i odblokował centralny zamek. Róża wyskoczyła na ulicę, naciągając na grzbiet swoją puchową kurtkę w kolorze napromieniowanego kurczaka. Poszedłem w jej ślady. Byłem w ciut lepszej sytuacji, bo nie musiałem się martwić o żaden przyodziewek, natura obdarzyła mnie bowiem pięknym czarnym, rudo podpalanym futerkiem, które grzało lepiej niż piece w zamkniętej już na cztery spusty chorzowskiej hucie Kościuszko.

Na marginesie mej wypowiedzi chciałem zaznaczyć, że zawsze – ale to zawsze – takie naturalne futerko wygląda lepiej na żywym zwierzęciu niż na jakiejś pustej pannie, która kupuje je w designerskim sklepie, przyczyniając się tym samym do rzezi moich pobratymców lisów czy gronostajów.

Tyle pouczeń.

Udaliśmy się na stronę. Ja nie miałem problemu, bo tylko uniosłem kikut, który pozostał po mojej tylnej lewej łapie, i dałem z fontanny.

Gorzej z Kwiatkowską.

Zanim załatwiła sprawę tak, jak to niewiasty mają w zwyczaju, usłyszeliśmy chór klaksonów, a potem zobaczyliśmy, że kolumna ruszyła.

Siłą rzeczy Solański też.

– Stać! – wydarła się Róża i podciągając gacie, pobiegła za oddalającym się białoszarym pojazdem.

Niestety, akurat w tym momencie panowie drogowcy musieli zaprzestać udawania, że pracują, i odblokowali przejazd. Rozpoczęliśmy więc z Kwiatkowską pogoń. Gnaliśmy przed siebie, co rusz uskakując przed próbującymi nas przejechać na śmierć uczestnikami bajzlu drogowego.

– Bo jak ja ci titnę! – zdenerwowała się Róża na jakiegoś wyjątkowo natarczywego kierowcę.

Zaryzykowała opóźnienie pościgu. Zatrzymała się i kopnęła dziadowi w przedni zderzak.

Z perspektywy czasu muszę przyznać, że to samobójcze posunięcie koniec końców okazało się dla nas zbawienne. Nic tak bowiem nie dodaje skrzydeł jak wymierzona w cię saperka. A takie właśnie narzędzie dobył z bagażnika szturchnięty przez youtuberkę właściciel pojazdu mechanicznego. Zaczął nas gonić z tą miniłopatą w ręce oraz z głośno wypowiadaną obietnicą naszej – mojej i Róży – rychłej śmierci.

Dostaliśmy takiego speeda, że raz, dwa, osiem dogoniliśmy Solańskiego i skryliśmy się we wnętrzu fabiszona. A saperkowy musiał zawrócić, ponieważ decydując się na ten iście ułański zryw, zatarasował drogę swoim bmw. To z kolei wywołało gniew kolejnych kierowców. Nie zdziwiłbym się, gdyby o tym incydencie mówili potem w wiadomościach. Rzadko jednak – mimo tego, co sobie wcześniej przyrzekłem – oglądam telewizję, bo tam same pierdoły nadają, więc nie wiem, jak było.

Kłamliwe mapy internetowe zapewniały nas, że z Chorzowa do tej osikanej miejscowości dotrzemy w dwie i pół godziny. Pomnóżcie to sobie przez dwa i wyślijcie mi wyrazy współczucia.

Zajechaliśmy pod willę Martyna.

Już wkrótce mieliśmy rozpocząć śledztwo.


Dawniej. Przed aferą

Kalendarium wydarzeń. Polska, 1927 rok

• 4 stycznia do portu w Gdyni wszedł pierwszy polski statek handlowy SS Wilno.

• 9 stycznia podjęło działalność Ministerstwo Poczt i Telegrafów. Pierwszym ministrem został Bogusław Miedziński.

• 15 lutego rozpoczęła nadawanie rozgłośnia Polskiego Radia w Krakowie.

Jagoda Węglarz ma po dziurki w nosie gości willi Martyna.

Nazywam się Jagoda Węglarz i mam przekichane. Urodziłam się dwadzieścia pięć lat temu, czyli w roku tysiąc dziewięćset drugim. Już wtedy mogłam sobie darować, bo co to za życie? Jestem kucharką, trochę też sprzątam u państwa. Tatuś załatwił mi tę pracę. Choć prawda taka, że nic mnie to gotowanie ani porządki nie obchodzą. Chciałabym być naukowcem. Chemikiem albo fizykiem. Jak Maria Skłodowska. Trochę eksperymentuję przy potrawach, które serwuję gościom willi Martyna. Jeszcze się nikt nie pochorował! Jeśli coś szkodzi tej rozwydrzonej bandzie, to wódka i narkotyki, którymi się hojnie raczy.

Artyści.

Bohema.

Koń by się uśmiał.

Jestem dziwna. Przynajmniej jak na pienińską dziewuchę. Przyszłam na świat, tak jak mamusia, w Szczawnicy, tatuś zaś pochodzi ze wsi Maniowy. Oprócz nauk ścisłych interesuję się też literaturą. Może dlatego jakoś znoszę tę robotę, bo do Martyny zjeżdżają na wypoczynek różni pisarze. Stałym gościem jest na przykład Józef Maria Boryczko. Przystojna z niego bestia. Z naciskiem na „bestia”. Nigdy nie wiadomo, co palnie i komu przy okazji nadepnie na odcisk. Dziwak. Ma swoją piętę achillesową. Choć raczej trzeba by powiedzieć: policzek achillesowy. Mowa o znamieniu na lewej stronie twarzy. Boryczko się go wstydzi. Gdy przyjeżdża na turnus do Martyny, właściwie rzadko wychodzi z domu. Mówi, że się boi przestrzeni. Siedzi więc i smaruje te swoje wiersze. Najczęściej wredne. Tylko czekamy, komu tym razem się dostanie. Obiecał ostatnio, że napisze coś o mnie. Wolałabym, żeby nie dotrzymał słowa. Józef Maria ma cięty język, a jego myśli są jak żyletki.

Większość mistrzów pióra przybywa do nas ze Lwowa. Jest jeszcze Lesław Abszac. To dopiero oryginał! Pisarz i malarz, który przyjeżdża z Zakopanego. Daje tym samym ostateczny dowód na to, że w Pieninach jest po prostu piękniej niż w Tatrach. Ostatnio machnął portret, na którym niby był lewy profil Boryczki, ale w pierwszej chwili pomyślałam, że to sam diabeł.

Trochę się go boję. Nie obrazu, a jego autora. Zwłaszcza kiedy Lesław da w palnik. Myślę, że ma nie po kolei w głowie. Choć nie można mu odmówić geniuszu.

Lubię wieczory. Praca w kuchni dobiega wtedy końca. Goście Martyny zbierają się w salonie. Dysputy filozoficzne trwają do rana. Jednak mam wrażenie, że to tylko przykrywka. Tak naprawdę ci artyści schodzą się tu po to, żeby sobie pograć w karty i doprawić atmosferę procentami.

A wszystko pod okiem pani Marleny Chodelskiej. Naprawdę ma na imię Martyna, ale uznała, że nazwanie pensjonatu jej imieniem (pomysł ojca) było pretensjonalne, i każe do siebie mówić właśnie Marlena. Nasi goście wołają na nią pieszczotliwie Pszczółka. Podlizują się, bo pani Marlena ma słabość do gryzipiórków. Daje im zniżki na noclegi i wciąż obdarowuje jakimiś prezentami. Moim zdaniem powinni raczej na nią wołać Gepardzica. Ze względu na to, jak szybko zasuwa swoim nowym automobilem po szczawnickich drogach.