Strzały nad jezioremTekst

Z serii: Kryminał pod psem #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




WROCŁAW 2018

Projekt okładki

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Redakcja

ANNA JACKOWSKA

Korekta

BOGUSŁAWA OTFINOWSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Polish edition © Publicat S.A., Marta Matyszczak MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-271-5833-8


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

* * *

Motto

Prolog

Rozdział 1. Tere-fere kuku...

Rozdział 2. To tatko nasz kochany przez autko rozjechany

Rozdział 3. Piąta wrona bez ogona

Rozdział 4. Kiełbasa i sznurek

Rozdział 5. Siedzi baba na cmentarzu

Rozdział 6. A misiu fiku-miku

Rozdział 7. Kogo kocham, kogo lubię

Rozdział 8. Lata mucha koło ucha

Rozdział 9. Samochwała w kącie stała

Rozdział 10. Na górze róże

Rozdział 11. Dziadek wiedział, nie powiedział...

Rozdział 12. Dwie dziurki w nosie...

Epilog

Podziękowania

Mojemu Tacie

Barlinek istnieje naprawdę i jest piękną miejscowością wypoczynkową w zachodniej Polsce. Występujące w książce postacie są fikcyjne. No dobrze, oprócz pewnych braci, którzy – mam nadzieję – wybaczą mi umieszczenie ich na kartach tej powieści. Przedstawione tu miejsca mogą budzić skojarzenia z rzeczywistymi, co nie znaczy, że odpowiadają im jeden do jednego. Czasem wręcz przeciwnie! Zaświadczam, że opisane wydarzenia są wyssane z palca, choć szczątki prehistorycznego Stephanorhinusa naprawdę odnaleziono w okolicach Gorzowa Wielkopolskiego. W Barlinku jak na razie nie natrafiono na takowe. Ale kto wie, co kryje się w głębinach tamtejszego jeziora...

Autorka

Najgorsze nie jest to, że ludzie oszukują. Najgorsze jest to, że każde oszustwo ma jakieś usprawiedliwienie.

Waldemar Łysiak, Cena

Bywają fałsze, które tak dobrze udają prawdę, iż byłoby omyłką nie dać się im oszukać.

François de La Rochefoucauld

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


PROLOG

Chorzów

Ulica Bogedaina w Chorzowie nie bez powodu miała złą sławę. Szymon Solański przemierzał ją tam i z powrotem. Sierpniowe powietrze niemal stało. Usmarowane sadzą ceglane ściany familoków osaczały detektywa. Szymon starł z czoła rozpuszczający się żel do włosów. Zadarł głowę ku błękitnemu, nieskalanemu żadną chmurką niebu. Solański przypomniał sobie nauczyciela geografii z liceum, który mawiał, że gdy cirrus na niebie, to pogoda się psuje. A potem zanosił się śmiechem. Szymon nigdy do końca nie zrozumiał tych wybuchów wesołości.

Zamiast postrzępionych obłoków detektyw zauważył plwocinę, która wystrzeliła z gęby jakiegoś chachara. Wyżej wspomniany wychylał się z okna na ostatnim piętrze kamienicy, obserwując, jak ślina z plaskiem ląduje u stóp Solańskiego i zabryzguje mu wyglancowane półbuty. Szymon zaklął i skrył się w bramie. Nad sobą usłyszał świński kwik.

Wyciągnął smartfona i nieudolnie postukał palcem w ekran. Drugą ręką zatkał sobie nos, bo już nie był w stanie wytrzymać smrodu zjełczałego żarcia, moczu i palonego miału węglowego. Sam wcale nie mieszkał w lepszych warunkach. Jednak to miało się niedługo zmienić.

Włączył Internet i jeszcze raz sprawdził, czy dobrze trafił.

Nie było mowy o pomyłce.

Pomyślał, że dziewiętnastowieczny biskup Bernard Bogedain, którego pewnie nikt nie pytał o zgodę na użyczenie nazwiska do firmowania tej zapomnianej przez cywilizację ulicy, teraz przewraca się w grobie, widząc, co się tu wyprawia. A wyprawiało się całkiem sporo. Przynajmniej tak można było sądzić po wynikach, jakie wyrzuciła wyszukiwarka, gdy Szymon wpisał w niej adres, pod którym się znalazł. Morderstwo w Chorzowie, Samobójstwo w Chorzowie, Pijana kobieta zabiła nożem konkubenta, Mieszkanie na sprzedaż. To ostatnie akurat Solańskiego nie dziwiło. Nie wróżył jednak ogłoszeniodawcy szybkiego zrealizowania transakcji. Sam przyszedł tu kupować, lecz bynajmniej nie lokale.

Usłyszał ryk silnika. Ostrożnie wyjrzał z bramy. Gamoń cierpiący na ślinotok na szczęście już zniknął. Za to na położony po drugiej stronie ulicy parking zajechało cudo. Cudo, po które Solański tu przybył. Szymon strzepnął niewidzialne pyłki z marynarki, poprawił pijącą go pod pachami koszulę i ruszył w stronę samochodu.

Zza kierownicy wyłonił się jakiś facet. Solańskiemu przeszło przez myśl, że już go gdzieś widział. Mężczyzna miał na sobie dopasowany, z daleka cuchnący forsą, a jednak na swój sposób tandetny garnitur. Włosy ułożył nad czołem w zgrabną falę. Gdy wyciągnął rękę, by przygładzić pukiel, na przegubie dłoni błysnął zegarek. Do kompletu brakowało tylko złotego zęba.

Uścisnęli sobie dłonie. Ta należąca do kierowcy przywoływała skojarzenie ze zdechłym dorszem. Detektyw ukradkiem wytarł rękę w nogawkę spodni.

Solański stanął w rozkroku, założył ręce na piersi i przyjrzał się swojej wybrance. Bo przecież od razu było widać, że to audi TT jest rodzaju żeńskiego. Zgrabny opływowy kształt, niczym krągłe ciało kochanki. Lakier w odcieniu rudy metalik. Solański lubił rude. Wreszcie było go na nie stać.

Szymon całe życie klepał biedę. Pensja gliniarza, a potem nieregularne zarobki prywatnego detektywa nie pozwalały na wiele. Jednak odkąd dostał spadek, świat, o którego istnieniu nie miał bladego pojęcia, nagle stanął przed nim otworem. Wszystko dzięki sprawie braci Koszyckich, którą rozwiązał. Zaprowadziła go aż nad Atlantyk, na daleką Inishmore, jedną z trzech irlandzkich wysp Aran.

I przyniosła fortunę.

Kamil Koszycki zapisał Solańskiemu okrągłą sumkę. Wkrótce potem zmarł. Detektyw przecierał oczy, ślepiąc w monitor, na którym wyświetlała się strona internetowa jego banku. Za każdym razem miał wrażenie, że pomylił się przy zliczaniu zer.

Szymon spojrzał tetetce w zmrużone reflektory. Zagłuszył w sobie irracjonalne wyrzuty sumienia, które wylęgły się na myśl o przerdzewiałej szarej skodzie fabii, która stała osamotniona na podwórku przy 11 Listopada. Doszedł do wniosku, że trzeba mieć ubytki w testosteronie, żeby się użalać nad samochodem. Wyciągnął rękę po papiery wozu.

Te same, które zaraz posypały się na upstrzoną żwirem ziemię. W kieszeni Szymona rozdzwonił się telefon. Nieznany numer. Detektyw za cholerę nie potrafił zmienić fabrycznie ustawionej melodyjki, która przypominała dźwięk dzwonów pogrzebowych. Gdy tylko zaczynały dudnić, Solański dostawał drgawek. Teraz jedną ręką próbował pozbierać dokumenty, drugą zaś trafić w zieloną słuchawkę i przesunąć płynnym ruchem palca po ekranie aparatu. Szymon tęsknił za swoją starą nokią, w której po prostu naciskało się guzik, by odebrać. Do niedawna nie zamieniłby jej na żadnego iPhone’a. Jego nowe życie, wbrew pozorom, wcale nie było usłane różami.

 

– Szymon! – Solański usłyszał swoje imię wypowiedziane głosem, który znał aż za dobrze. – Jesteś tam?! – zapytała Róża Kwiatkowska. – Ten rzęch wam nie działa! – ryknęła do kogoś obok siebie i popukała w głośnik słuchawki.

– Co jest? – mruknął Solański.

Przez ostatnie tygodnie Róża odzywała się do Szymona sporadycznie. Wyjechała do jakiejś zapyziałej dziury pod Szczecinem i robiła ze swojej wycieczki wielką tajemnicę. Solański nie dociekał. Był pewny, że prędzej czy później i tak się wszystkiego dowie. I miał rację. Teraz jednak ciężko mu było skupić się na słowach koleżanki. Jego uwagę rozpraszała ruda piękność. Pogłaskał ją po masce.

– Pomocy! – wydyszała do słuchawki Kwiatkowska.

– Co? – Szymon otworzył drzwiczki od strony kierowcy i władował się do środka. – Słuchaj! Ale mam nowinę! – entuzjazmował się. – Lepiej usiądź, bo padniesz!

– Już siedzę! – warknęła Róża. – Dlatego właśnie dzwonię...

– To dobrze – przerwał jej. – Nie uwierzysz! Kupuję samochód! Audi TT. Rude. Ma dziesięć lat, ale wygląda jak nówka, słowo.

– Ale...

– Czekaj. – Solański zajrzał w wymięte papiery. – Sto czterdzieści dziewięć tysięcy przebiegu. To nie tak dużo, co nie? Dwieście koni! Trzydrzwiowa. Piękna!

– Zamkniesz się wreszcie?! – wydarła się Kwiatkowska.

– O, chwila, zrobię zdjęcie i ci prześlę. Jeśli mi się uda. Pod który numer? Stary czy ten, co mi się wyświetlił?

– Jeżeli wyślesz pod ten, z którego dzwonię, to sobie gliny od razu obczają twoją kradzioną, zapewne od szwabów, brykę! – Róża straciła cierpliwość.

– Znowu umawiasz się z jakimś policjantem? – zirytował się Szymon, który do tej pory nie potrafił wybaczyć Kwiatkowskiej jej romansu z funkcjonariuszem Gardy. Róża mogła się umawiać, z kim chciała, on jej nie bronił, ale żeby od razu z zapitym gliną z irlandzkiej wsi? I do tego rudym?!

Tu Solański na chwilę pogubił się w swoich rozważaniach, bo mu się przypomniało, że przecież jego audica też była ruda. Logika zgrzytnęła. Szymon nie zdążył jednak dojść z tym do ładu, bo wreszcie zrozumiał, co Kwiatkowska próbuje mu przekazać.

– Zostałam aresztowana! – oznajmiła Róża. – Wpłać za mnie kaucję, bo inaczej zgniję w lochach!

– Upiłaś się i zdemolowałaś ławkę w parku? – dedukował Solański, znając wcześniejsze dokonania Róży w omawianym zakresie. – Zachowuj się! Jesteś w końcu na gościnnych występach w tym całym Berlinku – pouczył ją.

– Nie Berlinku, tylko Barlinku! To ci od deski lubuskiej. I wcale niczego nie zdemolowałam! Jestem niewinna! – Róża była bliska płaczu.

– Jakiej deski? – Solański nie zrozumiał. – Zresztą jeden czort. Więzienia są pełne niewinnych. To o co cię oskarżają?

– Nie przeciągaj. Przysługuje mi tylko jedna rozmowa. Zamiast adwokata wybrałam ciebie.

– Mam się czuć zaszczycony?

– Czuj się, jak chcesz. Tylko wyciągnij mnie stąd! – Róży załamał się głos.

– To co zrobiłaś?

– Ja nic – upierała się. – Ale policja myśli, że popełniłam morderstwo.

– Popełniłaś co?

Solański nie miał już jednak okazji dowiedzieć się niczego więcej. Połączenie zostało przerwane.

Szymon zdezorientowanym wzrokiem przyjrzał się sobie we wstecznym lusterku. Potem zagapił się na sprzedawcę samochodu, który właśnie przydeptywał resztki papierosa. Solański zrozumiał, kogo ten facet mu przypomina. I aż się wzdrygnął. Handlarz o aparycji Johna Travolty z czasów Pulp Fiction wyglądał jak od niedawna on sam.

Rozdział 1

TERE-FERE KUKU...

Kilka dni wcześniej

Chorzów

– Panie, pódź pan sam tu! – Facet po drugiej stronie słuchawki darł się tak, że słyszałem każde jedno słowo, choć wcale nie miałem zamiaru inwigilować rozmówców. – Jo tego pieroństwa tachał nie beda! Aż tela mi nie płacą!

Na takie ultimatum Szymon rozłączył się i zwlókł tyłek z nowej kanapy, którą zakupił w designerskim, jak to się mówi, sklepie. Mebel może i wyglądał ciekawie, ale gniótł w tyłek bardziej niż koraliki do masażu pleców na siedzeniu kierowcy w polonezie caro. W dodatku Solański ciągle mnie strofował, żebym przypadkiem nie porysował hebla pazurami. I po co komu takie nieżyciowe luksusy, ja się pytam. Ale odpowiedzi ni widu, ni słychu.

Poczłapałem za swym panem na parter familoka. Na skrzynce elektrycznej wspierał się samochód dostawczy z wyklejonym na pace logo firmy kurierskiej. Kierowca pewnie nie wyhamował i przyrżnął w to pudło.

Nie pierwszy raz.

Nie on jeden.

Z szoferki wyskoczył korpulentny jegomość w czapeczce z daszkiem.

– Patrz pan! – poinstruował Solańskiego. – To to. – Wskazał na coś we wnętrzu vana.

Zajrzeliśmy w czeluście mordoru. Naszym oczom ukazały się dwa kartony wielkie jak dwie stodoły. O ciężar właściwy wolałem się nawet nie dopytywać.

– To? – przeraził się Solański.

– No ja. To! Nie chce być inaczyj – potwierdził kierowca. – Nawet jak pan bydziesz się na to gapcył jeszcze z godzina, i tak się łono nie zmniejszy – zawyrokował. – No już! Bier mi pan to stąd i raus! Nie jesteś pan jedynym klientem, do kerego musza ciś.

– Ja? – zdziwił się Szymon. – Sam?

– Weź se pan do pomocy tego kundla! – rzekł z rechotem ten ćwierćgłówek (bo nawet nie pół) i wskazał na mnie.

Nie wydaje mi się, żebym musiał odpowiadać za nieprzemyślane posunięcia mojego właściciela. Dlatego obróciłem się na swoich trzech (i pół) łapach i zwiałem do domu.

Minęła cała wieczność, gdy wreszcie Solański pojawił się w progu mieszkania. Pot wymieszany z tym klejącym – oraz śmierdzącym – świństwem, które ostatnio obficie aplikował sobie na łeb, zalewał Szymonowi oczy. Jego buraczane lico się świeciło. Z płuc dobywało się rzężenie. Patykowate giczoły uginały się w kolanach i telepały na boki. Solański drżącą ręką oparł się o framugę i splunął pod nogi. Ciekaw byłem, kto to później posprząta, bo jak znam życie, to na pewno nie ta przedstawiająca sobą obraz nędzy i rozpaczy lebioda.

Jedyne, co mi tu nie pasowało, to pełna triumfu mina Szymona. Niby z czego się tak cieszy? Z tego, że mu się udało wtarabanić na drugie piętro paczkę? Też mi wyczyn. Stała przed nim, ubrudzona tu i ówdzie, nieco zdeformowana podróżą po drewnianych schodach. Nie chciałem wyjść na roznosiciela złych wieści, ale kusiło mnie, by przypomnieć Solańskiemu, że druga landara czeka na niego na parterze.

Słów mi jednak zabrakło, gdy zobaczyłem, co jest napisane na firmowej taśmie klejącej, za pomocą której zabezpieczono ładunek. Otóż widniały tam litery układające się w słowo „Ares”. No to już wiedziałem, na co Szymonek sprzeniewierzył forsę z naszego konta bankowego. Książki! Jeszcze więcej książek. Jedyny z tego plus jest taki, że może teraz Solański odczepi się od bibliotek i przestanie wypożyczać tomiska na wieczne nieoddanie, jak to miał w zwyczaju. Interesowało mnie tylko, gdzie on to wszystko zamierza trzymać. Niby planował przeprowadzkę, ale dotąd wszystko sprowadzało się do ględzenia nad kotletem. Przypuszczałem więc, że na razie będziemy tkwić w naszej niedogrzanej nawet latem kawalerce wielkości psiej budy.

– No co? – burknął, widząc moją minę.

Wychodzę z założenia, że przyjaciele powinni być wobec siebie szczerzy. Żadnego mydlenia oczu. Wystawiłem więc jęzor bokiem, zrobiłem zeza i prychnąłem w stronę kartonu. Myślę, że Szymon zrozumiał: nijak mi się nie uśmiecha dokonanie żywota pod stertą książek, których nie zdążyłaby przeczytać w tym stuleciu połowa populacji Chorzowa, a co dopiero Solański sam jeden. Szymon nie wziął jednak sobie do serca mojego zdania i z nowym zapałem ruszył po drugi karton.

Odkąd odziedziczyliśmy po Koszyckim forsy jak lodu, w Solańskiego wstąpiła dzika energia. Co rusz kazał mi się zwlekać z wyra, a potem obwoził po licznych przybytkach handlu detalicznego. Kupował a to garnitury (sprane szare podkoszulki poszły w odstawkę), a to znowu buty – tak drogie, że aż żal je było wkładać. A nawet kiedy już wetknął w nowy nabytek swoje szwaje, musiał je szybko wyjmować, bo obcierało go do żywego mięsa.

Gdy tylko Szymon odpoczął chwilę po wtaszczeniu na drugie piętro książek w liczbie porównywalnej z zasobami Biblioteki Śląskiej, poderwał się, zabrzęczał smyczą, trzepnął się z otwartej dłoni w udo i cmoknął na mnie znacząco. Ziewnąłem przeciągle. Już naprawdę wolałem, jak byliśmy biedni i miałem święty spokój.

Wsiedliśmy do skody i pognaliśmy w miasto. Solański jeździł bez ładu i składu. Skręcał w mało uczęszczane uliczki, zawracał, przejeżdżał tę samą drogę kilkakrotnie. Zupełnie jakby się żegnał z fabią.

Wlekliśmy się ulicą Opolską koło ogródków działkowych. Przez uchylone okno dotarło do nas chóralne poszczekiwanie moich czworonożnych braci, zamkniętych nieopodal za kratami schroniska dla bezdomnych zwierząt. Sam spędziłem tam długie lata, zanim mnie Solański nie wyswobodził, więc serce ścisnęło mi się z żalu na myśl o tych biedakach. Wychyliłem łeb nad opuszczoną szybą. Zamrugałem pokrytymi zaćmą ślepiami, bo coś mi się krajobraz przestał zgadzać z tym zapamiętanym. W prześwitach krzaków, które oddzielały azyl od drogi, widać było jeżdżące tam i z powrotem koparki, betoniarki i inne maszyny budowlane. Dostrzegłem, że wyasfaltowano ścieżkę wokół schroniska, postawiono latarnie i właśnie mocowano jakieś kwietniki. „Bardzo dobrze” – pochwaliłem te zmiany w myślach. Skoro urzędasy mają wokół ratusza wycacane, to czemu i psy nie miałyby mieć warunków jak ludzie?

Zamyśliłem się tak bardzo, że aż mi się przysnęło. Dlatego byłem naprawdę zszokowany, kiedy Solański zatrzymał samochód pod sklepem zoologicznym przy ulicy Powstańców i kazał mi wysiadać. Wystraszyłem się, że judasz chce mnie sprzedać. Wystawić w klatce obok tych nieszczęsnych neonków i innych królikoszczurków.

– Nie ze mną te numery, brunet! – rzekłem po swojemu i zaparłem się łapami o chodnik.

Nic mi to jednak nie dało, bo ta szuja wzięła mnie sobie pod pachę i wniosła do środka. Aż mnie zatkało od charakterystycznego mdławego smrodku, który unosił się w każdym zoologicznym, bez względu na szerokość geograficzną. Błędnym wzrokiem szukałem drogi ucieczki. Na tyłach sklepu, gdzieś między stojakiem ze smyczami a rzędem akwariów, dojrzałem drzwi. Gdy Solański postawił mnie na podłodze, nie marnowałem ani chwili. Ruszyłem z kopyta. Potykając się o własne łapy i bijąc rekord w biegu na pięć metrów, dopadłem do pomalowanego na biało skrzydła. Pchnąłem je z zada i znalazłem się w zaciemnionym pomieszczeniu. No to wpadłem jak żwirek do kociej kuwety. Z tego ślepego zaułka już z pewnością nie było drogi ewakuacyjnej. Przysiadłem i zawyłem z rozpaczy w kasetonowy sufit.

W progu stanął mój pan, co się zowie, i jakaś facetka, która trzymała w ręku świecącego potwora.

– Ma trzy funkcje migania – wyjaśniła i pstryknęła czymś przy potworze.

Fluorescencyjne żółte światło zaczęło migać jeszcze szybciej.

– Pani pokaże. – Szymon odebrał kobiecie wijący się w rękach neon.

Ruszył w moją stronę. Cofałem się krok po kroczku, a serce podchodziło mi do gardła. Wreszcie trafiłem tyłkiem w ścianę. Przywarłem do podłogi, zakryłem oczy łapami i czekałem na najgorsze.

– Nie bój się, to tylko obroża – powiedział Solański.

Nie uwierzyłem. Na wszelki wypadek wciąż nie otwierałem oczu i w ogóle postanowiłem udawać martwego. Poczułem zaciskający się na szyi pasek, a potem usłyszałem kliknięcie.

– Z tym się na pewno po ciemku nie zgubi – powiedziała sprzedawczyni, a ja zaryzykowałem uchylenie jednej powieki.

Ze swojej perspektywy nie mogłem dostrzec chomąta, którym mnie, wbrew mej woli, przyozdobiono. Jedno szczęście, że nie był to żaden boa dusiciel. Przy kasie okazało się, że badziew kosztuje tyle co pięć obroży. Solański jednak się nie zraził, tylko wyciągnął kartę płatniczą, a potem dołożył do zamówienia psi kubraczek na zimę (o zgrozo!), psie buciki (po moim trupie!), tonę piszczących zabawek (uznałem, że będę je musiał wszystkie porozgryzać, bo nic mnie tak nie irytuje jak pipczenie), psią odżywkę do włosów, szampon (akurat!), ciasteczka odświeżające psi oddech (jakbym sobie w tym celu nie mógł zeżreć czegoś z naszego podwórkowego śmietnika) i trzy buteleczki suplementu diety dla psów z chorymi stawami. Zapomniał tylko tabletek przeciw zakupowej sraczce, na którą najwyraźniej cierpiał.

 

Opuściliśmy przybytek handlu detalicznego, a ja pomyślałem, że trudno być dzieckiem bogatego rodzica.

Barlinek

Jeszcze do niedawna Róża Kwiatkowska dałaby sobie rękę uciąć, że nigdy w życiu nie będzie szczupła ani ponętna. I teraz, gdyby ją ktoś zapragnął pociągnąć do odpowiedzialności za przekonania, musiałaby się obejść bez ręki.

Róża właśnie kończyła przebieżkę wokół Jeziora Barlineckiego, a to dobre dziesięć kilometrów truchtu. Oddech miała wyrównany. Spięte w koński ogon ciemne włosy uderzały rytmicznie o jej plecy. Za duża o parę rozmiarów koszulka bez rękawów przyklejała się do spoconego ciała. Kwiatkowska nie nadążała z wymianą garderoby. Tempo postępów w pędzie do smukłej figury zatrważało nawet ją samą.

W zasadzie czuła, że mogłaby strzelić kolejną dyszkę. A potem jeszcze popływać. Czekała ją jednak lekcja nurkowania z niezwykle przystojnym instruktorem. Nie zamierzała więc rezygnować z oferowanych w ramach turnusu wczasów odchudzających przyjemności.

Z początkiem wakacji Róża postanowiła wreszcie wziąć się za siebie. Była gruba, odkąd pamiętała. Tusza ciężarnej słonicy przysparzała jej przykrości w placówkach oświatowych każdego szczebla. A i w dorosłym życiu nie było lepiej. Jak cię widzą i tak dalej. Po latach cierpień Kwiatkowska wyhodowała sobie grubą skórę i ponoć lekceważyła wszelkie przytyki pod adresem swojego wyglądu. (A przynajmniej próbowała przekonać samą siebie, że tak jest).

Było jednak wręcz odwrotnie. Już nawet nie chodziło o to, że faceci się za nią nie oglądali. Gdy wyjechała na parę miesięcy do Irlandii, utwierdziła się w słuszności powiedzenia o potworze i jej amatorze. A skoro każda znajdzie, to i Róża trafiła na sierżanta Liama Murphy’ego, który zakochał się w niej, że ho, ho. Tylko że Róża w nim nie za bardzo. Od zawsze bowiem kochała jednego mężczyznę. Tylko że on ją nie za bardzo.

Postanowiła zaradzić problemowi raz na zawsze, a przy okazji zadbać o swoje zdrowie, które przy hektolitrach wysokoprocentowych trunków oraz ciężarówkach tłuszczów nasyconych zaczęło szwankować.

Róża wykupiła więc dwumiesięczny pobyt w ośrodku wspomagającym walkę z otyłością. Wydała tym samym większość honorarium, które otrzymała za opublikowanie reportażu opisującego przygodę na Zielonej Wyspie. Nie przejmowała się jednak specjalnie finansami, bo po spektakularnym sukcesie książki największe warszawskie gazety składały jej intratne propozycje współpracy. Róża dała sobie czas na zastanowienie. Najpierw postanowiła schudnąć, a dopiero potem pomyśleć o karierze.

Ośrodek Sosnowy Gaj, w którym się zatrzymała, był położony w samym sercu Puszczy Barlineckiej, zwanej też Puszczą Gorzowską. Stał nad pięknym jeziorem, w poniemieckim miasteczku, które dzięki renowacjom za unijne pieniądze odzyskiwało przedwojenny blask. Róża także zyskała wewnętrzny blask. Czuła się, jakby zrzuciła z barków kilka ton. A jak wyglądała! Och, jak Róża wyglądała! Nagle okazało się, że coś takiego jak talia istnieje naprawdę. Nogi jej wysmuklały i dziennikarka ze zdziwieniem badacza odkryła, że są kusząco długie. Ogumienie brzuszne zniknęło. Do perfekcji jeszcze dużo Róży brakowało, ale i tak była w siódmym niebie.

Efekty nie pojawiły się jednak bezkrwawo. Róża nie ćwiczyła. Róża sobie wypruwała żyły. Dzień w dzień. Świątek – piątek. Od rana do zachodu słońca. W dodatku, mimo że za turnus zapłaciła okrągłą sumkę, żałowali jej tutaj jedzenia. Pilnowali, żeby nie podjadała. Trener osobisty, którego przydzielono Róży już pierwszego dnia pobytu, łaził za nią jak jakiś szpieg i nie pozwalał kupić głupiej drożdżówki w miejscowym geesie. Raz nawet wparował do położonej na rynku lodziarni u Saracena (w której produkowano domowym sposobem najlepsze lody na świecie) i wyrwał Róży zakupioną już porcję owocowo-waniliowych. A potem zeżarł ją na oczach Kwiatkowskiej, żeby się deser nie zmarnował, a kuracjuszka miała nauczkę.

Róża zgrzytała zębami i poddawała się torturom. A te serwowano jej pod różnymi postaciami. Bieganie po lesie o piątej nad ranem. Nordic walking, którego Barlinek był samozwańczą europejską stolicą. Wypływanie łódką na środek jeziora, wyskakiwanie za burtę i rozpaczliwe próby dotarcia do brzegu. Strzelanie do tarczy. Wszelkie odmiany fitnessu, przy których ćwiczenia Chodakowskiej to mały pikuś. Siatkówka plażowa. I właśnie nurkowanie.

Róża odbyła już kilka wstępnych lekcji w pełnym rynsztunku: z pianką, płetwami, maską i butlą. Dzisiaj miała jednak po raz pierwszy zejść na dno w najgłębszym miejscu jeziora. Nie wiedziała, na ile metrów, ale i tak czuła, że to nie najlepszy pomysł. Mętna ciemna toń ją odstręczała.

Wróciła z przebieżki do swojego pokoju w Sosnowym Gaju. Wzięła prysznic i przywdziała piankę. Zeszła na plażę, przy której wybudowano pensjonat.

Na molo stał już instruktor. Na widok Róży popukał w tarczę wodoodpornego zegarka. Kwiatkowska zwolniła kroku w myśl zasady, że jak kocha, to poczeka. Choć w tym wypadku raczej nietrudno było ustalić, kto tu do kogo wzdycha. Róża pomyślała sobie, że najchętniej udałaby się z tym zbudowanym jak antyczna rzeźba facetem, który łypał teraz na nią błękitnym okiem Ryana Goslinga, w ustronne miejsce i oddała się przyjemnościom zgoła odmiennym od taplania się w bajorze.

Na swój użytek nazwała nurka Ryanem, wypychając z pamięci jego prawdziwe imię: Bożydar. Może i Ryan to dar od Boga, ale nie dla Róży, ponieważ bardziej niż kobietami pasjonował się, niestety, podwodnymi ekspedycjami. Z zawodu był archeologiem podwodnym, co z dumą podkreślał przy każdej okazji.

– Czyli takim nurkiem, co szuka pod wodą złomu? – upewniła się dziennikarka na pierwszej lekcji.

– Powiedzmy. – Ryan westchnął, z góry zakładając, że nie ma się co z Różą chandryczyć o szczegóły.

Kwiatkowska doceniła jego inteligencję.

Cóż miała począć? Musiała się poświęcić i umoczyć tyłek w jeziorze, które dzisiaj połyskiwało odbijanymi promieniami słońca. Róży przemknęło jeszcze przez myśl, czyby się nie dało Ryana uwieść na dnie akwenu, skoro już tak bardzo się upierał przy tym całym pływaniu. Mogłoby być ciekawie. Z mocnym postanowieniem, że wykorzysta każdą sposobność do pogłębienia tej znajomości, wczłapała na mostek i założyła resztę nurkowych zabawek.

Wsiedli do łódki. Łajba zachwiała się pod ich ciężarem. Ryan złapał za wiosła i ruszył na środek jeziora. Róża patrzyła z przestrachem w ciemną taflę wody. Ołowiane ciężarki, które służyły jako dodatkowy balast, uciskały ją w kieszeniach piankowego skafandra.

– Ile tu będzie? – spytała, przełykając ślinę. – Z pięć metrów? – strzeliła, jak jej się wydawało, z okładem. W końcu z każdej strony była w stanie wypatrzyć brzeg, więc nie mogło być aż tak głęboko.

– Osiemnaście – sprecyzował Ryan i wyszczerzył śnieżnobiałe zęby.

W tej chwili przypominał Róży rekina.

Z późniejszych wydarzeń dziennikarka zapamiętała niewiele. Podziękowała naturze za to, że ludzka psychika wypiera traumatyczne wspomnienia.

A lekcja nurkowania niewątpliwie była wstrząsająca. Gdy potem Kwiatkowska leżała na gorącym piasku i ze świstem łapała powietrze, wypluwając resztki wody z płuc, minione chwile przypominały jej się w formie pociętych kadrów z filmu. I był to horror klasy B.

Zamykała oczy i czuła lodowatą wodę, otulającą jej ciało niczym trumienny całun. Pod powierzchnią nie widziała w zasadzie nic. Im głębiej płynęła, tym bardziej ślepła. Czarną toń przecinał strumień światła latarki, jednak nie pomagał Róży w orientacji za grosz.

W pewnym momencie Kwiatkowska poczuła pod stopami nierówny grunt. Wydawało jej się, że jest za twardy i nazbyt chropowaty jak na piaszczyste dno jeziora. W umyśle Róży pojawiły się tysiące podejrzeń. Najpierw w niemym przerażeniu uznała, że stoi właśnie na wojennym niewybuchu, który zaraz straci przedrostek „nie”. Później przeszło jej przez myśl, że zbezcześciła zwłoki, które porzucił w tym miejscu jakiś krwawy morderca. Potem pomyślała, że odkryła skarb. Najpewniej wyrwane ofiarom złote zęby, które właśnie tu ukryli tuż po zakończeniu wojny Niemcy. W głowie Róży zawrzało.

Już na brzegu Kwiatkowska ze szczerością wobec samej siebie uznała, że tam, pod wodą, dostała ewidentnego hyzia. Wszystko jej się pomyliło. Góra z dołem. Prawo z lewym. Ryan z mordercą. Skarb z niewybuchem. W popłochu więc zerwała się do ucieczki. Wyszarpnęła sobie ustnik, zrzuciła z barków butlę z tlenem i stylem rozpaczliwym poczęła mknąć ku, jak jej się błędnie wydawało, powierzchni. Próbowała też krzyczeć i wołać o pomoc. Szybko nałykała się wody, straciła oddech i zaczęła się topić. Do tego nogi zaplątały jej się w wodorosty. Ni cholery nie mogła się z nich uwolnić. Instruktor zniknął jej z pola widzenia. Poczuła się zupełnie osamotniona. Traciła energię. Przeszło jej przez myśl, że najprościej byłoby się poddać.

Tymczasem Ryan po prostu zdębiał. Zanim ruszył Róży z odsieczą, zdążył jeszcze poświecić po dnie, w miejscu, w którym stanęła Kwiatkowska, i zobaczyć coś, co sprawiło, że o mało co się, mimo wsparcia butli, nie udusił z wrażenia. Wyciągnął swój wodoodporny telefon komórkowy i prędko cyknął zdjęcie.

Kiedy potem cucił na wpół przytomną Różę na plaży Sosnowego Gaju, w myślach wciąż odtwarzał zapamiętany obraz. Przypomniał sobie wprawdzie niedawne doniesienia prasowe o odnalezieniu w pobliżu Gorzowa Wielkopolskiego, gdzieś obok drogi S3, szkieletu nosorożca pochodzącego sprzed stu dwudziestu pięciu tysięcy lat, ale nigdy nie przypuszczał, że i jemu może trafić się takie odkrycie. I to akurat teraz, kiedy odwalał wakacyjną chałturę, ucząc nurkowania amatorów, żeby dorobić na przeżycie reszty roku.

Szczątki, które w blasku latarki zobaczył na dnie, niewątpliwie były szkieletem. Jednak gdyby ten miał należeć do człowieka, musieliby to być Waligóra z Wyrwidębem razem wzięci.

Ryan dla porządku klepnął charczącą i pełzającą na czworakach Różę jeszcze raz w plecy, żeby wszystko odkrztusiła. Potem wstał, zdjął płetwy i na boso pobiegł do swojego pokoju. Odrywając wzrok od niewyraźnego obrazu na wyświetlaczu smartfona, wybrał numer, pod który w normalnych okolicznościach nie ważyłby się dzwonić.