Zbrodnia nad urwiskiemTekst

Z serii: Kryminał pod psem #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




WROCŁAW 2017

Projekt okładki

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Redakcja

ANNA JACKOWSKA

Korekta

BOGUSŁAWA OTFINOWSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Polish edition © Publicat S.A., Marta Matyszczak MMXVII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-271-5756-0


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

* * *

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Podziękowania

Przypisy

Mojej Mamie – za wszystko!

Autorka zaświadcza, że wszelkie podobieństwo książkowych postaci do osób rzeczywistych jest niezamierzone i przypadkowe. Przyznaje się też do dość dowolnego potraktowania topografii przepięknej irlandzkiej wyspy Inishmore.

Dwaj najwięksi tyrani ziemi: przypadek i czas.

Johann Gottfried Herder

Przypadek jest najlepszym detektywem.

Agatha Christie

Erlendur wiedział, że przypadek to rzadko coś innego niż samo życie. Przypadki istnieją po to, by mamić ludzi lub sprawiać im radość. Są niczym deszcz, który pada zarówno na niesprawiedliwych, jak i prawych. Mogą służyć dobru, mogą i złu. To one kształtują tak zwane ludzkie losy, w większym lub mniejszym stopniu. Kiełkują z niczego; niespodziewane, dziwne i niewyjaśnione.

Arnaldur Indriðason, Hipotermia


PROLOG

Klify wyrastały ponad ocean na wysokość stu metrów. Fale uderzały w skalne ściany, sięgając stóp mężczyzny stojącego na krawędzi urwiska, a potem wznosiły się jeszcze wyżej i chlustały mu w twarz mętną breją zalatującą wodorostami. Zalewały oczy. Sprawiały, że wciąż ociekający krwią nos szczypał. Moczyły ubranie pod przeciwdeszczową peleryną.

Z daleka jego chuda, wysoka sylwetka wyglądała jak uginające się w porywach wichru drzewko, którego nie utrzymają korzenie. On jednak tkwił w miejscu. Wciąż miał przed oczami ten obraz.

Gdzieś pod nim Atlantyk huczał, zmierzwiony bałwanami. Mężczyzna jeszcze raz ostrożnie zbliżył się do skraju przepaści. Położył się na skale. Przywarł do śliskich, poprzetykanych kępami trawy kamieni. Jego ciałem wstrząsały drgawki. Spojrzał w dół. Wyciągniętym ramieniem osłaniał się przed atakami spienionej wody.

Strzępy czerwonej tkaniny ciągle zwisały z poszarpanych skał. Fale nie zdążyły ich jeszcze pochłonąć. To była kurtka, jakich wiele. Mogła należeć do kogokolwiek. On jednak nie wierzył w zbiegi okoliczności. Spojrzał na szalejący w dole żywioł. Sunąc na czworakach, wycofał się na bezpieczną odległość. Wstał. Popychany przez dmący w plecy wiatr, pobiegł w głąb lądu.

Spóźnił się. I nie było już nadziei.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

May you have the hindsight to know where you’ve been,

the foresight to know where you are going,

and the insight to know when you have gone too far[1].

Obyś wiedział, skąd przybywasz,

przewidział, dokąd zmierzasz,

i miał świadomość tego, że poszedłeś za daleko.

Wsadziłem mordę między metalowe pręty furtki i gapiłem się na świeżo wytynkowaną willę. Klinkierek, żwirek, iglaczki, czyli za wysokie progi na me skromne łapy. Mnie bliżej było do familoka z osmolonej węglowym pyłem cegły. Takiego, w jakim mieszkałem z moim panem.

Wyżej wymieniony przyciskał właśnie po raz trzeci guzik domofonu i psioczył pod nosem. Wulgaryzmami się brzydzę, więc starałem się nie podsłuchiwać. Ale i tak dotarły do mnie strzępy o starym dziadzie, który nas pewnie zrobił na cacy.

Wolałbym, żeby potencjalny klient nie wystawił nas do tego, przenikliwego skądinąd, styczniowego wiatru, bo naprawdę potrzebowaliśmy zlecenia. Gwoli ścisłości – Solański potrzebował. Przecież to nie ja tu robiłem za właściciela agencji detektywistycznej Solan. Ja mu tylko łaskawie pomagałem. Choć nie wiem po co, bo i tak nie spotykałem się z wyrazami wdzięczności.

Rejonu Chorzowa, w którym się znaleźliśmy, moje piękne oczy dotąd nie widziały. Z ulicy Opolskiej, gdzie znajdowało się schronisko dla zwierząt, w którym to spędziłem gros mej dekady życia, do Roosevelta był kawał drogi. Parady Kundelków ze schronu, prowadzone przez wolontariuszy, nie docierały do tych domków jednorodzinnych z ogródkami w cieniu starych drzew owocowych. Solański też pewnie z własnej woli nie wybrałby się tu na przechadzkę. Ale w naszej lodówce nie sposób już było znaleźć nawet lodu. Naprawdę.

W zaistniałej sytuacji telefon od Czesława Koszyckiego spadł nam z nieba. A Solański spadł z fotela, w którym zadekował się po wyjeździe naszej przyjaciółki Róży Kwiatkowskiej i pił. Wystraszył się brzęku komórki. Pewnie by jej nie odebrał, gdybym zawczasu nie doskoczył do leżącego na podłodze aparatu i nie postawił łapy na zielonej słuchawce.

Chciał nie chciał, Szymon przytknął zdezelowaną nokię do ucha.

– Detektyw Solański? – zaskrzeczał Koszycki. Wyraźnie słyszałem każde jego słowo.

– Szymon Solański – potwierdził mój pan.

– Czytałem o panu w „Chorzowskich Nowinach” – wyjaśnił Koszycki. – Dorwał pan morderczynię tej aktorki.

– No i co? – zapytał Szymon.

Peany pochwalne pod adresem Solańskiego rozbrzmiewały w mediach jeszcze długo po tym, jak rozwiązaliśmy sprawę zabójstwa naszej sąsiadki, niegdysiejszej gwiazdy Teatru Uciecha, Marianny Biel. Swoją drogą, ci żurnaliści bez szkoły i krztyny talentu o moim udziale w akcji nie pisnęli ani słowem.

Sława zrobiła swoje. Komórka Solańskiego brzędoliła non stop, a klienci walili do nas drzwiami i oknami. Wszyscy chcieli wynająć tego utalentowanego, a nawet na swój sposób przystojnego (co wbrew pozorom nie było bez znaczenia dla żon zbierających dowody kompromitujące niewiernych mężów) detektywa.

Tyle że ów detektyw siedział i chlał. W nosie miał zlecenia, które mogłyby podratować nasze finanse. Wpadł w stupor, bo Róża wyjechała. Nie chciała nawet powiedzieć, dokąd i na jak długo. Tak, to Solański jej nie zauważał, ale gdy nagle Kwiatkowskiej zabrakło, to się załamał chłopina. Faceta nie zrozumiesz.

– Czego pan chcesz? – warknął Szymon do telefonu.

– Odnajdzie pan moją wnuczkę. Cena nie gra roli – rzekł mężczyzna.

Solański o dziwo zgodził się spotkać z Koszyckim. Starszy pan go zaintrygował. A może po prostu Szymon poczuł wyrzuty sumienia na widok mojej michy pełnej badziewnych kulek z dyskontu.

Staliśmy teraz przed furtką, a nogi nam zamarzały. Solańskiemu tylko dwie, za to obute w przemoczone trampki. Chciałem go zapytać, kto w styczniu nosi trampki, ale moje trzy kończyny plus kikut tylnej lewej łapy wcale nie były w lepszej sytuacji. Nie miałem na sobie nawet tanich psich kaloszków na rzepy, które można zamówić na Allegro wprost z Hongkongu. Wiem, bo mój kolega pinczerek takie dostał. A ten kutwa Solański najwyraźniej był zdania, że skoro jestem psem, to mogę pomykać na bosaka.

 

Szymon już chciał zawracać i wsiadać do naszej przerdzewiałej tu i ówdzie skody, gdy zobaczyliśmy falującą w kuchennym oknie firankę. Zza firanki wystawała głowa. A obok głowy pobłyskiwał metal. Solański raz jeszcze wsparł się na domofonie. Głowa zniknęła nam z widoku. Z głośnika zachrobotało.

– Ktoś pan? – Usłyszeliśmy męski głos.

– Solański. Byliśmy umówieni. – Szymon zgrzytnął zębami.

– Jesteś pan sam?

– Nie, z kolędą – rzekł Solański. – Otwiera pan czy nie?

– I po co te nerwy?

Koszycki nacisnął przycisk uwalniający zamontowany w furtce zamek.

Przeszliśmy żwirową ścieżką wzdłuż ogrodzenia dzielącego nas od, sądząc po geometrycznie przystrzyżonych krzaczkach, ogrodu zaprojektowanego przez architekta krajobrazu. Wspięliśmy się po kamiennych schodach zakończonych podestem, nad którym właśnie zamigotała lampka. Szczęknęły zasuwy kolejno otwieranych zamków. Pancerne drzwi zaskrzypiały, a w ich progu stanął dziadek. Na pierwszy rzut oka miał chyba ze sto lat. Na drugi – jeszcze więcej. Gapił się na nas podejrzliwie, a pod pachą ściskał flintę.

– Legitymację okaże – zażądał i wbił rozwodniony wzrok w Solańskiego.

Musiał przy tym porządnie zadrzeć głowę, bo sięgał detektywowi do klatki piersiowej.

Wyglądał jak spod igły. Jego elegancja uwydatniała się szczególnie w zestawieniu z Solańskim, który nigdy nie rezygnował z poszarzałych T-shirtów, spranych dżinsów i znoszonej kurtki moro.

Na Czesławie Koszyckim granatowy garnitur leżał prawie idealnie. Jedynie nogawki spodni ciągnęły się nieco po podłodze, a dłonie starszego pana chowały się głęboko w rękawach jego marynarki. Koszycki skurczył się z wiekiem. A ubranie pozostawało żywą pamiątką dawnej krzepy. Całości dopełniała wielka bordowa mucha stercząca na tle śnieżnobiałej koszuli. Resztki siwych włosów przylgnęły, równo ulizane, do łysiny Koszyckiego. Przyjrzałem się odbiciu swego pyska w wyglancowanych trzewikach Czesława. Z ulgą uznałem, że sam prezentuję się całkiem, całkiem.

– Gliną byłem dawno i nieprawda. – Szymon tracił cierpliwość.

– Co proszę? – Koszycki nachylił się w naszą stronę. – Jaki ładny piesek! – Dopiero teraz mnie zauważył. Z trudem zgiął się wpół, żeby mnie pogłaskać. Wywoływałem ten naturalny odruch w każdym rozsądnym homo sapiens. – Gucio! – Środkowym palcem przytknął okulary do nosa i odczytał moje imię z plakietki, którą nosiłem przy szyi. Zerknął na Solańskiego już z nieco mniejszą wrogością. – Na pewno pan to pan? – zapytał.

– Wejdziemy? – Solański rozgościłby się sam, bez pytania, ale powstrzymywała go ta strzelba.

– Tylko niczego nie dotyka! – zastrzegł Koszycki i wpuścił nas do środka.

Z zewnątrz hacjenda Koszyckiego prezentowała się niezgorzej, ale już o jej czeluście Czesiulek nie zadbał. Zajeżdżało tu stęchlizną, niepranymi skarpetami i starym człowiekiem. Nie to, żebym sam pachniał fiołkami, ale tu naprawdę nie zaszkodziłby mały przeciąg. Ściany przedpokoju pokryto zszarzałą boazerią, a na wieszaku w równym rządku wisiały klucze. Było ich tak dużo, że pogubiłem się w liczeniu. A przecież umiem rachować aż do pięciu.

– Przejdźmy do salonu – zaordynował Koszycki i zdjął jeden z kluczy.

Począł gmerać w zamku jednych z czworga drzwi w korytarzu. Pokryte plamami wątrobowymi ręce staruszka się trzęsły. Przyciskana łokciem do boku strzelba kolebała się od prawa do lewa. Pomyślałem, że dziadek zaraz nas tu wszystkich, na czele z samym sobą, powybija jak te kaczory, ale Koszycki wreszcie zdołał uchylić wrota do reprezentacyjnego pomieszczenia.

– Wejść! – zarządził, a naszym oczom ukazało się istne muzeum.

Liczba nagromadzonych tu mebli na centymetr kwadratowy biła na głowę zbiory magazynu Ikei. Wszystko, począwszy od komody, przez wielki okrągły stół, krzesła, otomanę, szereg innych gratów, których nazwy już dawno wywalono na zbity pysk ze słowników języka polskiego, a skończywszy na żyrandolu, musiało pochodzić z początków minionego wieku. Ciemnobrązowe blaty były przykryte kremowymi obrusami robionymi na szydełku. Za szybą kredensu stał niekompletny serwis kawowy. A zza niego, na wyściełanej zielonym suknem tablicy, pobłyskiwały medale w kształcie krzyży na czerwono-białych tasiemkach. Ściany obwieszono jakimiś – na moje oko – bohomazami w złoconych ramach oraz całym szeregiem czarno-białych zdjęć przedstawiających dziwacznie wyglądających ludzi.

Solański wgapiał się właśnie w fotografię, na której stało na baczność dwóch umundurowanych żołnierzy. Każdy z nich nosił miniwąsik à la wódz Trzeciej Rzeszy i krótko przystrzyżone włosy. A miny mieli takie, jakby sobie właśnie w chwili uwalniania migawki wspomniane już mundury przez nieuwagę ofajdali. Pewno bali się iść na wojnę. W przypływie dobrej woli i przy dużym natężeniu zmysłów w jednym z mężczyzn można było rozpoznać Czesława Koszyckiego w wersji sprzed kilkudziesięciu lat. W sumie ten drugi też mi się wydał podobny do naszego klienta. Mieli takie same odstające uszy, wielkie kinole przypominające stok narciarski, gęste brwi i wysokie czoła. Ale co ja tam widziałem i wiedziałem. Przecież ten weterynaryjny oprawca Dłutko dawno już wywróżył mi z fusów starczą zaćmę, niedoczynność tarczycy i powiększoną śledzionę.

– Wezwałem pana do siebie – zaczął Koszycki i wyjrzał ostrożnie zza firanki. Zapisał coś obgryzionym i zawczasu poślinionym ołówkiem w szkolnym zeszycie, który leżał na parapecie. Zauważyłem, że okno salonu wychodzi na ogród, który najwyraźniej nie budził zaufania Czesława.

– Nigdzie mnie pan nie wezwał – przerwał mu Solański. – Proszę odłożyć tę giwerę. Wtedy pogadamy.

Koszycki wsparł broń na specjalnym stojaku, który tkwił przy oknie.

– Sąsiadka trzyma kury – powiedział, widząc zdziwioną minę Szymona. – Wypuszcza je codziennie do ogrodu. Punkt piętnasta. Nawet zimą. Pan patrzy. Mam tu rejestr. – Wskazał na zeszyt. – A one przełażą przez szparę w płocie do mnie. I mi dziobią po rabatkach – dodał, głaszcząc strzelbę.

– Poluje pan na drób? – Solański uniósł brew.

– Gdzieżby! – Koszycki się obruszył. – Na sąsiadkę. Herbaty? – zaproponował.

Solański wolałby od razu przejść do rzeczy, ale wiedział, że tej partii nie wygra. Jeśli chce dostać zlecenie, musi wyżłopać jeszcze niejedną lurę. Zresztą Czesław, nie czekając na odpowiedź, zniknął już w przedpokoju, gdzie pobrzękiwał kluczami.

– Zamykam wszystko – wydarł się stamtąd, jakbyśmy znajdowali się w sąsiednim województwie, a nie w pokoju obok – przed rabusiami. Odwieszam klucze na haczyki. I nawet jak się taki włamie do domu, niech sobie szuka odpowiedniego! – Zacharczał w konwulsyjnym śmiechu.

Podczas gdy Koszycki trzaskał w kuchni porcelaną i nalewał wody do czajnika, my mogliśmy rozejrzeć się swobodniej po jego włościach. Pośród tych wszystkich reliktów czasów dawno minionych dało się zauważyć dowody na to, że współczesność wdarła się podstępem do willi przy Roosevelta. Na regale stał rząd polskich kryminałów. Na komodzie zawieruszył się w połowie opróżniony flakonik damskich perfum. Solański zdjął z buteleczki zakrętkę i przytknął ją sobie do nosa. Doleciał do mnie zapach piżma i lilii. Szymon odstawił perfumy na miejsce. Przesunął wzrokiem dalej, co i ja uczyniłem.

Na stoliku kawowym stało zdjęcie, z którego uśmiechała się do nas młoda kobieta. Miała krótkie ciemne włosy obcięte po chłopięcemu. Nosiła czerwoną kurtkę przeciwdeszczową. Solański podniósł zdjęcie i spojrzał dziewczynie w oczy. Trudno było określić jej wiek. Pewnie prosili ją w monopolowym o dowód, choć równie dobrze mogła jej już stuknąć trzydziestka.

– To Kasia. Moja wnuczka. – Koszycki zmaterializował się za naszymi plecami. W rozdygotanych rękach trzymał tacę wypełnioną filiżankami, dzbaneczkami i innymi pobrzękującymi skarbami.

Staruszek z ulgą odłożył zastawę na stół. Poczęstował nas ciasteczkami, które wyglądały i smakowały, jakby były domowej produkcji. I opowiedział, co skłoniło go do szukania pomocy w agencji detektywistycznej Solan.

Katarzyna Walasek była jedyną, ukochaną wnuczką Czesława. W zasadzie traktował ją jak córkę. Ponieważ rodzice dziewczynki nie żyli, od małego wychowywał ją dziadek. Ostatnimi czasy Kasia na powrót z nim zamieszkała, bo straciła pracę i nie stać jej było na wynajmowanie mieszkania w pojedynkę.

– A potem wyjechała do Irlandii. Na zmywak! – Koszycki z oburzenia walnął pięścią w stół, aż herbata chlapnęła z filiżanki na dziergany obrus. – Wszystko, panie, przez ten rząd. Przed wojną to by było nie do pomyślenia, żeby dziewczyna z dobrego domu, wykształcona, u obcych służyła! – pieklił się. – Nie o taką Polskę walczyłem!

– Kiedy to było? – Solański otworzył powycierany na brzegach notes, który wydobył zza pazuchy.

Dowiedzieliśmy się, że Walasek wyjechała na Zieloną Wyspę trzy miesiące temu. Spakowała się do jednej walizki, ucałowała dziadka na do widzenia i wsiadła na pokład tanich linii lotniczych.

– Czyli od października nie miał pan żadnych wiadomości od wnuczki? – uściślił Solański.

– Gdzie tam! Od tygodnia – sprecyzował.

No to już widziałem minę Solańskiego. Wyrażała ona jasno i dobitnie, że Szymon trafił na wariata, i ma tego świadomość. Czesław musiał się pokapować, że strzelił jakąś gafę, bo szybko wyjaśnił, w czym rzecz.

– Zawsze dzwoniła co drugi dzień. Jak w zeszłym roku była w Anglii na praktykach – tak samo. A teraz cisza.

– Mimo wszystko... – Solański uniósł wysoko swoje krzaczaste brwi i zmierzwił czarną czuprynę.

– Pan nie zna Kasi – stwierdził oczywiste Koszycki. – Musiało się jej coś przytrafić. Coś strasznego – dodał i skurczył się jeszcze bardziej. Wyglądał jak żółw wycofujący się w bezpieczne czeluście swojej skorupy.

Pewnie byśmy wrócili do naszego familoka, żeby dalej wbijać zęby w ścianę w celu zaspokojenia głodu, gdyby Koszycki nie przedstawił mocnych argumentów.

– Zapłacę tyle. – Położył przed Szymonem kartkę, na której kaligraficznym pismem zdradził stawkę. – Plus koszty podróży, zakwaterowania i czego tam jeszcze będziesz pan potrzebował.

– Mam jechać do Irlandii?! – przeraził się Solański.

– Ciesz się pan, że nie przeniosła się na Spitsbergen – odparł Czesław z kamienną twarzą. – To jak będzie?

A było tak, że przyjęliśmy zlecenie przypieczętowane spisaniem umowy, uściskiem dłoni i wręczoną Solańskiemu grubą kopertą z zaliczką, którą mój pan wetknął niedbale do tylnej kieszeni spodni.

Po wąskich, pokrytych brunatną wykładziną schodach wdrapaliśmy się na piętro willi, by obejrzeć pokój Kasi. Było to dość bezosobowe pomieszczenie, na jakie można by się w sumie natknąć w podrzędnym hotelu. Pojedyncze łóżko, regał z książkami, stolik nocny, szafa i puste biurko.

– Nie miała komputera? – zdziwił się Solański.

– Tylko tego, jak mu tam, laptoka – wyjaśnił Koszycki. – Zabrała go ze sobą.

Zrobiliśmy odwrót w stronę wyjścia, ale Koszycki zatarasował nam drogę strzelbą, którą, nie wiedzieć po co, przytarabanił tu z dołu.

– Jeszcze jedna rzecz – powiedział i wszedł do pokoju znajdującego się naprzeciw schodów.

Zostawił otwarte drzwi, przez które ujrzeliśmy sypialnię. Wszystko tu było poukładane w kosteczkę. Podłoga zalatywała jakimś specyfikiem do pastowania. Firanki w oknie balkonowym najwyraźniej poszarzały ze starości i dymu dawno już niepalonych papierosów, ale wykrochmalono je na sztywno. Koszycki stanął przy meblościance i otworzył barek. Pomyślałem, że chce sobie golnąć dla kurażu, a może i nas poczęstować, ale on zanurkował we wnętrzu mebla i wyjął z niego zwitek papierów.

– Znalazłem to u niej pod łóżkiem. – Wręczył plik Solańskiemu. – To może być ważne. – Starszemu panu zadrżał głos. – Informuj mnie pan na bieżąco – zażądał.

Kiedy Solański lokował mnie na tylnym siedzeniu skody, w oknie willi znów zobaczyłem poruszającą się firankę. Mógł to być efekt przeciągu, który wywołaliśmy naszą wizytą.


Solański siedział na wąskiej ławce w poczekalni u weterynarza. Przydeptywał smycz z uczepionym do niej, wyrywającym się zaciekle, Guciem. Otworzył przegródkę plecaka, w której tkwiły materiały wręczone mu przez Czesława Koszyckiego. Zdążył je już pobieżnie przejrzeć w domu. W pożółkłych kopertach znalazł listy datowane w prawym górnym rogu każdej z kartek. Wysyłano je od początku lat czterdziestych po lata osiemdziesiąte zeszłego wieku. Potem korespondencja się urywała.

 

Najbardziej zaintrygowały go znaczki. Były tam te z Romualdem Trauguttem, Tadeuszem Kościuszką i Henrykiem Dąbrowskim. Były takie z orłem pozbawionym korony, niektóre zaś przedstawiały podobiznę brytyjskiej królowej. Znalazł też znaczki radzieckie, a nawet irańskie. Jedno się nie zmieniało. Jako adresat i odbiorca naprzemiennie widnieli Czesław i Kamil Koszyccy.

Solański nie rozumiał, dlaczego jego klient wetknął mu stare listy, którymi przed laty wymieniał się z bratem. Część z nich, głównie ta z czasów wojny, w ogóle nie została wysłana. Nie było na nich żadnych stempli.

Koszycki nie chciał Szymonowi niczego tłumaczyć. Powiedział, że wszystko jest w korespondencji. Zanim więc Solański miał wyruszyć w trasę do Irlandii, chciał jeszcze zerknąć na te przykurzone papiery. Przypuszczał, że nie mają nic wspólnego z rzekomo zaginioną Kasią. Spodziewał się też, że odbędzie podróż nadaremno. Kobieta zapewne zaszalała w jednym z pubów, poznała jakiegoś gacha i po prostu nie miała czasu, żeby wydzwaniać do dziadka. Najprawdopodobniej takiego wyjaśnienia udzieliłaby Koszyckiemu irlandzka Garda, gdyby ten zdecydował się zgłosić sprawę policji. Ale skoro klient płacił, detektyw nie zamierzał go zniechęcać.

– Pchełka, która się drapie. – Doktor Dłutko stanął w progu gabinetu i wywołał kolejną pacjentkę.

Łypnął na Solańskiego i wycofał się, by przepuścić damulkę prowadzącą na smyczy pudla obwiązanego różową obrożą.

Szymon wyciągnął ze stosu pierwszy z listów, które wcześniej ułożył w porządku chronologicznym. Przyciągnął do siebie próbującego staranować drzwi wyjściowe Gucia. Zaczął z trudem odcyfrowywać bazgraninę.

Buzułuk, 23 sierpnia 1941 roku

Kochany Cześku!

Sikorski-Srajski, tyle Ci powiem, Braciszku. Traktują nas tu jak ścierwa. Pies z kulawą nogą ma się lepiej na tym radzieckim zadupiu niż polski oficer. Pozwalam sobie na taką szczerość i bezpośredniość, bo i nie zamierzam wysyłać do Ciebie tych listów. Na razie. Z pewnością Ruscy by je przechwycili. A wtedy sam wiesz, jak bym skończył. Piszę dla siebie. Żeby nie zwariować. Może kiedy będę już bezpieczny, gdzieś daleko stąd, prześlę Ci wszystkie te epistoły razem, w jednej paczce. A może wręczę Ci je osobiście? Bo przecież kiedyś wrócę do domu?

Pomaga mi poczucie humoru. Sam posłuchaj. Tak śpiewamy tym cholernym kacapom:

Dziękuję wam za wszystko,

Za dobre i za złe,

Dziękuję za więzienie,

W nich noce i dnie.

Dziękuję wam za łagry,

Za konwój i za psy,

Dziękuję wam za owies i wszy.

A kiedy dziś amnestia jest,

Dziękuję za łaskawy gest[2].

Rozpętała się niezła chryja, jak jeden z enkawudzistów usłyszał te częstochowskie rymy podczas naszego ostatniego przedstawienia lalkowego. Ta krzywa morda wparowała na scenę i chciała, żeby mu oddać tekst. Musiał interweniować sam Generał.

Przy zdrowych zmysłach pozwalają mi też pozostać wspomnienia. O naszym domu rodzinnym. O Mamie, Tatce i Tobie, kochany Cześku. Zawsze Cię podziwiałem. Mojego starszego Brata, takiego dorosłego, choć dzielą nas przecież zaledwie trzy wiosny. W ustach absolwenta (no dobra, niedoszłego, ale za to winę ponosi przecież ta szuja Hitler, nie ja) Szkoły Podchorążych Piechoty zabrzmi to pewnie jak świadectwo niedojrzałości, ale muszę Ci się przyznać, że w głębi duszy ja wciąż czuję się dzieckiem. Minęło przecież zaledwie parę lat, odkąd biegaliśmy razem po dębickich polach i psociliśmy.

Pamiętasz, jak w Twoje dziewiąte urodziny podprowadziłem nioskę z kurnika i poszedłem z nią do sklepu? Położyłem ją taką nastroszoną i gdaczącą na ladzie w spożywczaku Woźniakowej i chciałem ją wymienić na kilo cukierków. Stara Woźniakowa udawała, że traktuje mnie poważnie, ale aż jej się okryte fartuchem brzuszysko trzęsło ze śmiechu. Kazała mi oddać Mamie kurę, ale cukierków też dołożyła na odchodne. Porządna z niej była babka. A potem wróciłem do domu z twarzą całą umazaną słodyczami, bo jednak nie mogłem się powstrzymać i zeżarłem Twój ode mnie niedoszły prezent.

Przyszedłem za późno. Matka już się zdążyła zorientować, że jej najlepsza kokoszka zniknęła. Już uderzyła w lament, odsądziła od czci i wiary okoliczne lisy. Nawet na Tatkę padły podejrzenia, że furtki nie domknął, obdarowując kwokę nienależną jej wolnością. Pamiętasz zdziwienie Mamy, gdy mnie na progu zobaczyła z brudną od czekolady gębą i tym nieboskim stworzeniem wyrywającym się spod kurtki?

I jak to zwykle bywało, oberwało się Tobie. Żeś mnie nie dopilnował. Zły pewnie przykład młodszemu bratu dałeś. I tak przeze mnie we własne urodziny manto Ci sprawiono. Ja byłem całkiem zadowolony, bo te cukierki jednak prima sort się okazały. Jeszcze teraz czuję w ustach ich smak. Rozpływająca się czekolada z nutką nugatu i orzech laskowy w środku. Kiedy łamię sobie zęby na kolejnej suchej pajdzie chleba, bo tym nas tu raczą, wyobrażam sobie, że to te cukierki. Wyobraźnia potrafi zdziałać cuda.

Mam nadzieję, żeś nigdy nie miał do mnie pretensji o te urodziny. Chciałem dobrze. Wyszło jak zawsze. Wydaje mi się, że to było w innym życiu. I pewnie mam rację.

Nic to, już niedługo wszystko się zmieni. Parę dni temu podjęto decyzję o tym, że tu, na wschodzie, powstanie nasza polska armia. A jej dowództwo objął generał Anders. Dopiero co wypuścili go z Łubianki. Stacjonuje w Kołtubance. Podobno już rozpoczął rekrutację do polskich oddziałów. Uformują się one też w Buzułuku i Tockoje. Mówią, że ma nas być aż trzydzieści tysięcy.

Tymczasem!

Tęsknię za Wami wszystkimi!

Wasz na zawsze

Milek


Róża Kwiatkowska stała za kasą odziana w koszulkę z napisem upokarzającym ją jeszcze bardziej niż przyciasne spodnie z rodzaju „mam wodę w piwnicy”, w które kazał jej się wbić przygłupi menedżer. „Ludzie w mojej kolejce są fajniejsi niż ci w kolejce obok” – głosiły odblaskowe literki na bujnej piersi Róży. Kwiatkowska najchętniej wyrżnęłaby ich wszystkich, bez względu na to, w którym ogonku się ustawili. Z pewnością nie odwiódłby jej od czynu zabronionego i nagradzanego wieloletnim, jeśli nie dożywotnim więzieniem durny zapis w kodeksie karnym albo jakieś tam dyrdymały z Dekalogu. Na dokonanie zbiorowego mordu nie pozwalała jej duma.

Podjęła decyzję – może nie najmądrzejszą, może nie do końca przemyślaną, ale podyktowaną silnymi uczuciami skierowanymi przeciwko temu bęcwałowi Solańskiemu. No to teraz się doczekała. Teraz miała, co chciała. I z godnością musiała znosić konsekwencje własnych wymysłów.

Tkwiła w tej śmierdzącej starym olejem budzie i sprzedawała kotlety zrobione z jakichś przemielonych kartonów i odpadków radioaktywnych. No bo jaką inną substancję można przechowywać przez całe lata w zamrażalniku, a po usmażeniu pozostawić na kolejny rok, a toto nawet nie zmieni konsystencji?

Rarytasów w menu było więcej. Już ich Róża wszystkich spróbowała. Już odchorowała swoje. Teraz przynajmniej miała świadomość, że ten cały tłum stojący przed nią w kolejce też się prędzej czy później struje.

– Następny! – rozdarła się Kwiatkowska, poprawiając firmową czapeczkę z daszkiem, która zsunęła jej się z włosów oplecionych obrzydliwą siateczką ochronną.

Stanęła przed nią baba o gabarytach podwojonej Róży, co wzbudziło podziw dziennikarki. No dobra, ściślej rzecz ujmując, byłej dziennikarki. Kwiatkowska porzuciła swój fach po ultimatum naczelnego. Stary powiedział, że albo Róża przejdzie na samozatrudnienie, albo z ich wieloletniej współpracy nici. Redakcji „Chorzowskich Nowin” nie było stać na etat dla niej. Różyczka wybrała drugie z proponowanych „albo” i wsiadła w samolot, uciekając przed zranionymi uczuciami. Z bełkotu wydobywającego się z ust sterczącej pod kasą baby Kwiatkowska wywnioskowała, że zamówienie dotyczy niejakiego BOGO. Tak w skrócie nazywano ofertę dwóch podwójnych kanapek w cenie jednej. Buy one, get one free, czy jak tam leciało w tym międzynarodowym fastfoodowym sloganie. Róża wstukała zamówienie i zamyśliła się nad swą niedolą.

Dziś rano znów odebrała telefon od matki. Rodzicielka nie po raz pierwszy groziła Róży wydziedziczeniem, ale i sugerowała, aby jej osobista córka zastanowiła się nad urzędową zmianą nazwiska, by nie przynosić wstydu rodzinie.

– Chcesz do końca życia przerzucać kartofle czy co ty tam robisz?! – zapytała, wcale niezainteresowana, czym w istocie zajmuje się Róża.

A Róża zajmowała się nie tylko obsługiwaniem zgrai nienażartych klientów, którzy wyglądali jej na opuszczających właśnie mury zakładu karnego, względnie psychiatrycznego. O, nie tylko! Róża myła też kible (a było co myć, zważywszy na jakość serwowanych tu potraw), szorowała podłogę, wcześniej wlewając do wiadra płyn o odpowiednim kolorze (czerwony do kafelków, fioletowy do naczyń, niebieski do cholera wie czego). Smażyła również frytki, parząc sobie przedramiona skwierczącym olejem, którego tu nie wymieniano w całości, tylko wciąż dolewano do smolistej brei nowego, żeby się poziom płynu zgadzał w maszynie. Kleiła kanapki, wcale nie używając ochronnych rękawiczek i zupełnie nie wyrzucając do kosza składników, które przez nieuwagę spadły na podłogę. Róża oszczędnie, po krakowsku, ładowała je na powrót między połówki buły.

– Jak ja się tu znalazłam? – Po raz enty sama sobie zadała pytanie z gatunku egzystencjalnych, ignorując domagającą się dodatkowego keczupu babę.

Jak przez mgłę pamiętała całą tę żałosną podróż. Kupiła bilet na samolot. Całkiem tani, bo kto by tam chciał gdzieś lecieć w wigilijny wieczór. Spakowała się i wybyła w nieznane.

Już na lotnisku w Pyrzowicach spotkała ją pierwsza niespodzianka. Oprócz niej na pokład boeinga wpakowała się zgraja facetów, na pierwszy rzut oka – murarzy. Odzianych, jak jeden mąż, w dresy z lampasami. Ich łyse czachy świeciły światłem odbitym. Żłopali browary z puszek i zgodnie siąkali w rękawy czerwonymi nosami. Żeby się nie wyróżniać, Róża szybko skoczyła do wolnocłowego, w którym oprócz piwa miała nadzieję nabyć też kielnię – jako inwestycję w swój przyszły fach. Zapewniła sobie tym samym reklamę w postaci komunikatów wygłaszanych przez głośniki w hali lotniska – pasażerka Róża Kwiatkowska była uprzejmie proszona na pokład.