Mali mężczyźniTekst

Z serii: Małe kobietki #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nat miał nadzieję, że nikt się o tym nie dowie, ale przypadek zdarzył, że go zobaczył Tommy i wydał, parę dni później, gdy Emil wspomniał o swym podejrzeniu. Lekcje już były wówczas skończone i wszyscy uczniowie stali w sieni, a pan Bhaer usiadł na wyplatanym krzesełku, żeby pofiglować z Teddym. Skoro usłyszał jednak te słowa i dostrzegł zaczerwienioną i przestraszoną twarz Nata, spuścił malca z kolan, mówiąc: „Idź do matki; ja także tam niezadługo nadejdę”, po czym wziąwszy Nata za rękę, poprowadził do klasy i zamknął drzwi.

Chłopcy przez chwilę spoglądali na siebie w milczeniu; potem Tommy wymknął się z budynku i zajrzał tam przez szparę od okiennicy; wówczas uderzył go taki widok, że o mało nie stracił przytomności: oto pan Bhaer zdejmował znad biurka długą dyscyplinę, tak rzadko używaną, że porosła kurzem.

„Boże mój! On się porwie na Nata! Ach, żałuję, że to powiedziałem!” – pomyślał poczciwy Tommy, bo dyscyplina była największą karą w tym zakładzie.

– Pamiętasz, co ci wówczas mówiłem? – rzekł profesor bez gniewu, lecz smutno.

– Pamiętam, ale przez litość nie zmuszaj mnie pan, bo nie mógłbym się nigdy na to zdobyć! – zawołał Nat, cofając się ku drzwiom z przestrachem na twarzy i schował obie ręce za siebie.

„Ach, czemuż on nie przecierpi mężnie tej kary! Ja bym zupełnie inaczej postąpił” – pomyślał znów Tommy, chociaż serce mu mocno biło.

– Ja muszę dotrzymać; a ty musisz się stać prawdomówny; usłuchaj więc, weź dyscyplinę i uderz silnie sześć razy.

Tommy był tak zalękniony, że o mało nie padł na ziemię; ale się mocno uczepił ramy od okna i patrzył dalej z przerażeniem. Gdy pan Bhaer odezwał się takim tonem, każdy rad nierad, musiał usłuchać; Nat wziął zatem dyscyplinę i z twarzą tak zalęknioną i skruszoną, jak gdyby go miał zasztyletować, słabo uderzył dwa razy w szeroką dłoń, po czym spojrzał zamglonymi od łez oczami; lecz pan Bhaer rzekł stanowczo:

– Bij jeszcze, a mocniej.

Widząc, że nie ma rady i że lepiej rzecz tę prędko zakończyć, Nat przetarł rękawem oczy i uderzył dwa mocne razy, od których wprawdzie ręka poczerwieniała, ale on sam poczuł daleko większy ból.

– Czy już dosyć? – zapytał ze łzami w głosie.


– Jeszcze dwa razy – odparł pan Bhaer. Uderzył go zatem dwukrotnie, prawie nie widząc, gdzie pada dyscyplina; potem uściskał zacną rękę, oparł na niej twarz i łkał, porwany miłością, wstydem i skruchą.

– Nie zapomnę tego nigdy, nigdy! – zawołał. Pan Bhaer, położywszy wówczas rękę na jego ramieniu, rzekł już nie surowo, lecz ze współczuciem:

– Wierzę temu. Proś miłosiernego Boga, żeby ci dopomógł i staraj się, byśmy już obaj nie zaznali niczego podobnego.

Tommy już nic więcej nie zobaczył, bo się wymknął do sieni, gdzie wpadł z tak rozognioną i wylękłą twarzą, że go chłopcy otoczyli, wypytując, co się stało z Natem. Gdy opowiedział po cichutku wszystko, co widział, oniemieli na chwilę z zadziwienia.

– On i mnie zmusił raz do tego – odezwał się nareszcie Emil takim tonem, jak gdyby się spowiadał z najczarniejszej zbrodni.

– Wybiłeś go? Poczciwy ojciec Bhaer! Chciałbym widzieć, jak się dopuszczasz tego teraz! – wykrzyknął Ned i uniesiony słusznym gniewem porwał go za kołnierz.

– To już takie dawne rzeczy! Teraz dałbym sobie raczej głowę uciąć, niżelibym to uczynił – odpowiedział Emil i wziął go przyjaźnie na barki, zamiast zbić, co byłby sobie poczytał za obowiązek w każdym innym razie.

– Jak ty mogłeś to zrobić? – zapytał Ned z przestrachem.

– Obłęd mnie ogarnął; zdawało mi się, że to nie tylko przykrym nie będzie, ale mi nawet przyjemność sprawi; lecz skoro raz mocno uderzyłem, przyszło mi na myśl wszystko, co uczynił kiedykolwiek dla mnie, i nie mogłem bić dłużej. Gdyby mnie nawet rzucił o ziemię i deptał nogami, nie miałbym żalu, tak się czułem niegodziwy. – Mówiąc to, uderzył się Ned mocno w piersi, na znak skruchy za przeszłość.

– Nie wspominajmy już Natowi ani słowa o tym zajściu, bo szlocha i nie może się utulić z żalu – odezwał się poczciwy Tommy.

– Ma się rozumieć, że tak zrobimy; ale czy kłamstwo nie jest okropną rzeczą? – rzekł Ned, któremu ten występek wydawał się tym straszniejszy, że nie winowajca, lecz ukochany wuj Fritz wycierpiał karę.

– Rozejdźmy się stąd, żeby Nat mógł swobodnie pójść na górę, jak zechce – rzekł Franz i pierwszy ruszył ku szopie, gdzie się zwykle chronili w burzliwych chwilach.

Nat nie zszedł na obiad, ale mu go zaniosła na górę pani Jo i powiedziała parę życzliwych słów, które sprawiły mu ulgę, chociaż nie śmiał nawet spojrzeć na nią.

Usłyszawszy po niejakiej chwili skrzypce, mówili chłopcy między sobą: „Już się uspokoił”, wprawdzie przyszedł już nieco do siebie, ale nadal nie miał odwagi zejść na dół. Gdy go nareszcie opanowała ochota wymknąć się do lasu, zastał za drzwiami od swego pokoju Daisy, siedzącą bez robótki i bez lalki, tylko z chusteczką w rączce, jak gdyby płakała nad losem ukochanego jeńca.

– Czy wybierzesz się ze mną na przechadzkę? – zapytał z taką miną, jak gdyby nic nie zaszło, ale w duchu wdzięczny za nieme współczucie, gdyż wyobrażał sobie, że wszyscy będą nań patrzeć jak na zbrodniarza.

– Chętnie! – zawołała Daisy; po czym pobiegła po kapelusz, dumna, że jeden ze starszych chłopców wybrał ją na towarzyszkę.

Gromadka bawiąca się na dole widziała, gdy wyszli, ale nikt nie przystąpił, bo chłopcy mają daleko więcej delikatności, niż się im powszechnie przypisuje. Przy tym czuli oni instynktownie, że w złej chwili Daisy dla każdego z nich byłaby najpożądańszą przyjaciółką.

Przechadzka sprawiła wielką ulgę Natowi i wrócił do domu wprawdzie cichszy niż zwykle, ale z rozpogodzoną już twarzą i obwieszony wieńcami ze stokrotek, które mu wiła mała towarzyszka, podczas gdy jej opowiadał historie.

Nikt się nie odezwał ani jednym słowem o rannym zajściu, lecz może z tej przyczyny właśnie skutek był trwalszy. Nat czynił sam z siebie co mógł i znajdował wielką pomoc nie tylko w szczerej modlitwie zanoszonej do Niebieskiego Przyjaciela, ale i w cierpliwej pieczy ziemskiego opiekuna, którego zacnej ręki nigdy już nie dotknął bez przypomnienia sobie, że dobrowolnie przecierpiała ból dla jego dobra.


Autor ilustracji: Thayer Merrill


ROZDZIAŁ V
NIESPODZIANKA

– Co ci jest, Daisy?

– Chłopcy nie chcą, żebym się z nimi bawiła.

– Dlaczego?

– Mówią, że dziewczynka nie może grać w piłkę.

– Może, kiedy ja dawniej grywałam! – odrzekła pani Bhaer, śmiejąc się na wspomnienie swych młodocianych psot.

– Ja wiem, że bym umiała, bo grywałam dawniej z Demim, i szło nam wybornie, ale teraz zabrania mi tego, żeby się chłopcy nie wyśmiewali! – powiedziała Daisy, zasmucona nielitościwym sercem brata.

– Kto wie, czy nie ma słuszności, moja droga? Gdyby was było tylko dwoje, toby uszło; ale grać z dwunastoma chłopakami, może być dla ciebie niestosowne. Obmyślę ci za to inną, ładną zabawę.

– Już mi się tak znudziło bawić się samej – żałośnie odrzekła Daisy.

– Pobawię się z tobą później, ale teraz muszę przygotować różne rzeczy, bo się wybieram do miasta. Zabiorę cię z sobą, więc zobaczysz mamę, a nawet będziesz mogła zostać u niej.

– Chętnie pojadę zobaczyć mamę i maleńką Josy, ale bym wolała wrócić z ciocią, bo Demi tęskniłby, i zresztą mnie tu jest dobrze.

– Nie mogłabyś żyć bez swego Demiego, prawda? – rzekła ciotka i znać było, że doskonale pojmuje to przywiązanie do jedynego braciszka.

– Ma się rozumieć; jesteśmy bliźniętami, więc kochamy się bardziej niż inni ludzie – odparła Daisy z rozjaśnioną twarzyczką, gdyż zdawało jej się, że nie ma większego zaszczytu, jak należeć do bliźniąt.

– Cóż ty będziesz robiła ze swoją osóbką, podczas gdy ja krzątać się będę? – spytała pani Bhaer, spiesznie przerzucając starą bieliznę w garderobie.

– Nie wiem, lalki tak mi się już znudziły! Chciałabym, żeby mi ciocia wynalazła inną zabawę – odrzekła Daisy, bujając machinalnie drzwiami.

– Obmyślę nowiuteńką, ale mi to zajmie trochę czasu, więc idź teraz zobaczyć, co Asia przyniosła na śniadanie – rzekła pani Bhaer w nadziei, że to zatrudni chwilowo przynajmniej tę małą zawadę.

– Dobrze, chciałabym tam posiedzieć, jeżeli się nie będzie gniewać – odpowiedziała dziewczynka i z wolna podążyła do kuchni, gdzie Murzynka Asia panowała samowładnie. W pięć minut wróciła z kawałkiem rozrobionego ciasta w rączce i z pomączonym noskiem.

– Ach, ciociu! Czy mogę robić imbirowe i rozmaite inne ciastka? Asia się nie gniewa i nie wzbrania mi, a to by takie zabawne było! Pozwól, ciociu! – szczebiotała Daisy jednym tchem.

– I owszem, idź, rób, co ci się podoba, i siedź, póki zechcesz – odparła pani Jo z wielkim zadowoleniem, gdyż nieraz trudniej było zabawić tę jedną panienkę niż wszystkich dwunastu chłopców. Dziewczynka pobiegła i podczas gdy się krzątała w kuchni, pani Bhaer suszyła sobie głowę nad jakąś nową zabawką dla niej. Nagle błysnęła jej widać pożądana myśl, bo uśmiechnąwszy się do siebie, zamknęła garderobę i spiesznie wyszła, mówiąc: „zrobię to, jeżeli się tylko da”.

Co by to miało być, nikt się tego dnia nie dowiedział; ale cioci Jo tak błyszczały oczy, gdy oznajmiła Daisy, że obmyśliła nową zabawkę i zamierza ją kupić, że dziewczynka przejęta ciekawością, zarzucała ją pytaniami całą drogę do miasta, nie otrzymując jednak dokładnych odpowiedzi. Została w domu, żeby się nacieszyć matką i maleńką Jose, zaś ciocia Jo wybrała się do sklepów i wróciła tak obładowana jakimiś dziwacznymi paczkami, że Daisy, zdjęta jeszcze większą ciekawością, chciała czym prędzej jechać do Plumfield, żeby się przekonać, co się w nich znajduje. Cioci nie było jednak wcale pilno i bawiła długo w mamy pokoju, a siedząc na podłodze z niemowlęciem na kolanach, rozśmieszała ją opowiadaniem różnych figli swych chłopców.

 

Daisy nie mogła pojąć, kiedy ciocia zdołała wyjawić tajemnicę przed jej mamą, która jednak widocznie ją znała, bo zawiązując kapelusz córeczce, pocałowała jej różową twarzyczkę i rzekła: „Bądź grzeczna moja Daisy i naucz się nowej i pożytecznej zabawki, którą ciocia kupiła dla ciebie. Bardzo jest zajmująca i tylko przez wielką dobroć będzie się ciocia nią bawić z tobą, gdyż sama jej nie lubi”.

Po tych słowach obie panie serdecznie się roześmiały, wzmagając tym bardziej jeszcze ciekawość Daisy. Gdy konie ruszyły, w tyle kariolki zabrzęczało coś głośno.

– Co tam jest? – zapytała Daisy, natężając słuch.

– Nowa zabawka – odrzekła poważnie ciocia Jo.

– Z czego się ona składa?

– Z żelaza, blachy, drzewa, miedzi, cukru, soli, węgli i tysiąca innych rzeczy.

– To dziwne, a jaką ma barwę?

– Rozmaitą.

– Czy jest duża?

– Częściowo duża, częściowo mała.

– Czy widziałam już coś podobnego?

– Nieraz, ale było to mniej ładne.

– Cóż to może być? Nie mogę już dłużej czekać! Ach, kiedyż to zobaczę! – wołała Daisy, podskakując z niecierpliwości.

– Jutro rano, po lekcjach.

– Czy to będzie także dla chłopców?

– Nie, tylko dla ciebie i dla Bess; chłopcy będą jednak lubili widzieć to i przyjmować pewien udział; ale dopuszczanie ich do tej zabawy zależeć będzie tylko od twojej woli.

– Jeżeli Demi zechce, to się z nim podzielę.

– Bądź pewna, że wszyscy zechcą, a szczególnie Nadziany – rzekła pani Bhaer i ze śmiejącymi się oczami poklepała jakąś dziwaczną i dużą paczkę, którą trzymała na kolanach.

– Niechże i ja się dotknę, choćby jeden raz! – zawołała błagalnie Daisy.

– Ani razu, zgadłabyś, co to jest, i cała przyjemność obróciłaby się wniwecz.

Daisy żałośnie westchnęła, lecz po chwili uśmiech rozjaśnił jej twarzyczkę, gdyż przez maleńki otwór w papierze zobaczyła coś błyszczącego.

– Jakże ja mogę czekać tak długo! Czy się to w żaden sposób nie da zrobić, żebym zobaczyła dzisiaj?

– O nie; trzeba tę rzecz urządzić i poustawiać różne przedmioty. Zresztą obiecałam wujowi Teddy’emu, że ci nie pokażę tego, aż będzie w należytym porządku.

– Skoro wuj o tym wie, to musi być coś wspaniałego! – zawołała Daisy, klaszcząc w rączki, bo ten śliczny wujaszek był tak dobry, niby jakaś chrzestna matka z czarodziejskiej bajki i zawsze obmyślał wesołe niespodzianki, ładne dary i komiczne zabawy.

– Tak, wuj Teddy kupował to ze mną i takeśmy się ubawili w sklepie, dobierając różne przedmioty! Ponieważ chciał, żeby wszystko było piękne i duże, mój planik przybrał wspaniałą postać przy jego pomocy. Musisz go serdecznie ucałować, jak przyjedzie, bo to najlepszy wujaszek, jaki kiedykolwiek istniał i kupował k…. o mało się nie wygadałam! – krzyknęła pani Bhaer, nie kończąc tego zajmującego wyrazu; po czym zaczęła przeglądać rachunki, jak gdyby z obawy, żeby nie powiedzieć więcej, niż potrzeba. Daisy załamała rączki z cierpliwym poddaniem się i cichutko siedziała, rozmyślając nad tym, jakiej zabawki nazwa może się zaczynać od litery „k”?

Zajechawszy przed dom, śledziła każdą paczkę wynoszoną z kariolki; jedna zwłaszcza, duża i ciężka, którą Franz prosto zabrał do swego pokoju, napełniła ja zdumieniem i ciekawością. Coś bardzo tajemniczego działo się po południu, bo Franz kuł miotem, Asia biegała z góry na dół, ciotka krzątała się, przenosząc różne rzeczy pod fartuszkiem, podczas kiedy mały Ted, jedyny z dzieci, którego tam dopuszczano, gdyż nie umiał jeszcze wyraźnie mówić, szczebiotał, śmiał się i usiłował powiedzieć, że widział coś „pietnedo”. To wszystko pozbawiało niemal przytomności Daisy, a rozgorączkowanie jej udzieliło się nawet chłopcom, którzy zamęczali matkę Bhaer narzucaniem swej pomocy; ale im odpowiadała własnymi ich słowy do Daisy:

– Dziewczęta nie mogą się bawić z chłopcami. To cacko jest dla Daisy, dla Bess i dla mnie, a was wcale nie potrzebujemy.

Musiała więc nareszcie ustąpić młoda kawalerka z pokorą i prosiła Daisy do zabawy w konie, w kręgle, w piłkę, w co tylko zechce, z tak nagłą serdecznością, z takim ugrzecznieniem, że się jej niewinna duszyczka nadziwić nie mogła.

Dzięki tej uprzejmości przetrwała jako tako popołudnie, wcześnie poszła spać, a nazajutrz rano odrabiała lekcje tak skwapliwie, że wuj Fritz byłby chciał, żeby jej co dzień wymyślano jakąś nową zabawkę. Cała gromadka doznała silnego wrażenia, gdy o jedenastej godzinie Daisy została uwolniona: bo wszyscy wiedzieli, że teraz otrzyma tę nową tajemniczą zabawkę.

Dużo oczu śledziło ją, gdy schodziła na dół; Demiego zaś ogarnęło takie roztargnienie, że gdy Franz zapytał: „gdzie jest pustynia Sahara?”, żałośnie odrzekł: „w dziecinnym pokoju”, a cała klasa wybuchnęła śmiechem.

– Ciociu, skończyłam już wszystkie lekcje i ani chwili dłużej nie mogę czekać! – zawołała Daisy, wpadając do pokoju pani Bhaer.

– Wszystko już gotowe, możesz wejść – odrzekła ciotka i wziąwszy Teddy’ego pod jedną pachę, a koszyk z robotą pod drugą, spiesznie zaprowadziła ją na górę.

– Nic nie widzę! – rzekła Daisy, oglądając się dokoła, gdy otworzyły się drzwi od dziecinnego pokoju.

– A słyszysz coś? – spytała ciocia Jo, przytrzymując za sukienkę synka, który wyrywał się w jedną stronę pokoju.

Jakiś dziwny szczęk i jakby syczenie w kotle wychodziły spoza firanki zawieszonej przed głęboko wystającym oknem; Daisy odsunęła ją więc, wydała radosne „ach”, a potem stała, z rozkosznym zdumieniem przypatrując się… czemu? Jak się wam zdaje?

Pod oknem umieszczona była duża podstawa, na której z jednej strony wisiało i stało mnóstwo różnych garnuszków, rynek, patelni i rondelków, z drugiej mały serwis porcelanowy do obiadu i herbaty, pośrodku zaś był piec do gotowania; ale nie blaszany, bo na nic by się nie zdał – tylko z prawdziwego żelaza i dosyć duży, aby wyprawiać uczty dla licznego grona zgłodniałych lalek. Najlepsze ze wszystkiego było to, że się palił rzeczywisty ogień, że prawdziwa para wychodziła z dziobka od maszynki do herbaty i że przykrywka aż odskakiwała w górę, tak się gotowała woda. W miejscu jednej szyby szklanej wprawiono blaszaną, z otworem na mały kominek, i prawdziwy dym wychodził na dwór tak naturalnie, że przyjemnie było patrzeć. Skrzynka z drewnem i szaflik z węglami stały na boku, w górze wisiały ściereczka, szczotka i miotełka, koszyczek na zakupy stał na stoliczku służącym zazwyczaj Daisy do zabawy, a na poręczy jej krzesełka wisiał biały fartuszek i śliczny czepeczek. Słońce zaglądało ciekawie, jak gdyby je bawił ten widok, piecyk szumiał aż miło, kociołek wypuszczał parę, nowe blaszane naczynia błyszczały na ścianach, ładny serwis porcelanowy stał szeregiem: jednym słowem była to tak ładna kuchenka, jakiej tylko mogło dziecko zapragnąć.

Po pierwszym okrzyku Daisy stała cichutko, ale oczki jej, żywo przenosząc się z jednego przedmiotu na drugi, błyszczały coraz bardziej, a gdy nareszcie spoczęły na uradowanej twarzy cioci Jo, uścisnęła ją, mówiąc: „Ach ciociu, jakaż to wspaniała zabawka! Czy naprawdę będę mogła gotować w tym ślicznym piecyku, wydawać obiady, bale i palić prawdziwy ogień? Jakże mi się to wszystko podoba! Co cioci nasunęło tę myśl?”.

– Twoja chętka robienia ciasteczek z Asią – odrzekła pani Bhaer, przytrzymując Daisy tak podskakującą, jak gdyby miała pofrunąć w górę. – Wiedziałam, że Asia nie pozwoli ci gospodarować zbyt często w kuchni – i to byłoby nawet niebezpieczne przy dużym ogniu – więc sobie postanowiłam wyszukać małą kuchenkę i nauczyć cię gotowania, żeby ta zabawka była połączona z pożytkiem. Przeglądałam pilnie sklepy, ale wszystkie duże sztuki były drogie i sądziłam już, że mi wypadnie wyrzec się tej przyjemności, kiedy spotkałam wuja Teddy’ego. Dowiedziawszy się, czego szukam, obiecał swą pomoc i nie dał spokoju, póki nie nabyłam największej ze wszystkich kuchenek. Łajałam go za to, ale śmiał się i prześladował obiadem, który ugotowałam na jego przyjęcie, gdyśmy oboje byli jeszcze bardzo młodzi. Nareszcie, gdy poprosił, bym nie tylko ciebie, ale i Bess uczyła gotować – uległam i poszliśmy razem po różne smaczne rzeczy do moich „wykładów kuchennych”, jak się wyraził.

– To najładniejsza, najśliczniejsza kuchenka w świecie i będę wolała uczyć się gotowania niżeli innych lekcji. Czy będę mogła robić torciki, ciasteczka i makaroniki? – zawołała Daisy, tańcząc wkoło pokoju, z nową patelnią w jednej rączce i z obcążkami w drugiej.

– Wszystko nastąpi we właściwym czasie; ale ponieważ ta zabawka ma służyć do pożytku, więc ci muszę mówić, co i jak masz robić. Będziemy się zaopatrywały w wiktuały i nauczysz się gotować na małą skalę. Nazwę cię Sally, bo będziesz na niby nowo przybyłą dziewczyną – dodała pani Jo, po czym wzięła się do roboty, Ted zaś siedział na ziemi z paluszkiem w buzi i z takim zajęciem wpatrywał się w kuchenkę, jak gdyby to był żyjący przedmiot.

– Ach! Jakże to będzie miło! Od czego mam zacząć? – zapytała Sally z tak uradowaną twarzyczką i gorliwą minką, że ciocia Jo zapragnęła, żeby wszystkie nowe kucharki były choć w połowie tak ładne i miłe.

– Przede wszystkim ubierz się w czepeczek i w fartuszek. Trochę staroświecka ze mnie gospodyni, więc lubię, żeby kucharka była bardzo schludna.

Sally ukryła loczki pod czepeczkiem i fartuszek przypasała bez szemrania, chociaż zazwyczaj buntowała się przeciw bawetowi2.

– Teraz możesz wszystko poustawiać porządnie i umyć nową porcelanę. Stary serwis także należy oczyścić, bo dawna służąca miała zwyczaj zostawiać go w opłakanym stanie po gościach.

Chociaż ciocia Jo powiedziała to z wielką powagą, Sally roześmiała się, wiedząc, że ona sama jest ową niedbałą dziewczyną. Potem zawinęła rękawy i z rozkosznym uczuciem zaczęła się krzątać koło kuchni, zachwycając się od czasu do czasu to „miluchnym wałeczkiem do ciasta”, to „ślicznym szafliczkiem do zmywania naczyń”, to „zgrabniutką pieprzniczką”.

– Teraz, moja Sally, weź koszyk i pójdź na targ; oto masz spis, czego mi potrzeba do obiadu – rzekła pani Jo, oddając jej kawałek papieru, gdy naczynia zostały uporządkowane.

– A gdzie jest targ? – zapytała Daisy, której ta nowa zabawka wydawała się coraz bardziej zajmującą.

– U Asi.

Oczywiście spowodowała zamieszanie w klasie, gdy pokazawszy się w nowym stroju, szepnęła do Demiego: „To przewyborna zabawka!”.

Starą Asię bardzo to wszystko bawiło i roześmiała się wesoło, gdy dziewczynka wpadła do pokoju w czepku przekrzywionym na bakier i z koszyczkiem w ręce, trzepoczącym przykrywką jakby kastanietami.

– Moja pani, ciocia Jo żąda tych oto rzeczy i muszę je dostać – rzekła Daisy z powagą.

– Pokaż kochaneczko co tam jest napisane. Dwa funty mięsa, kartofle, groch, jabłka, chleb i masło. Mięsa jeszcze nie przyniesiono: jak je dostarczą, to ci przyślę na górę, a reszta jest tu, pod ręką.

Zapakowała więc Asia jeden kartofel, jedno jabłko, trochę grochu, po kawałku masła i ciasta i zaleciła Sally, żeby się pilnowała, bo chłopiec od rzeźnika umie czasami figle płatać.

– Któż to jest? – spytała Daisy w nadziei, że to będzie Demi.

– Zobaczysz – odrzekła zwięźle Asia; Sally zaś odeszła, śpiewając sobie:

 
Mabel, grzeczna dziewczyna,
Mabel, dziewczynka mała,
Miała butelkę wina,
I smaczne ciastka miała.3
 

– Teraz włóż do spiżami to wszystko, prócz jabłka – rzekła pani Jo, skoro kucharka wróciła do domu.

Pod środkową półką w kuchence stała szafka; otworzywszy drzwiczki, Daisy doznała nowego zachwytu: jedna połowa była widocznie przeznaczona na piwnicę, bo zgromadzono w niej drzewo, węgle i łuczywa; w drugiej stało pełno słoików, pudełek i różnych zabawnych naczyń do mąki, cukru, soli i wszelkich domowych zapasów. Były też i konfitury, piernik w blaszanym pudełeczku, sok porzeczkowy we flaszce od wody kolońskiej i herbata w skrzynce; ale największe bogactwo stanowiły dwie miseczki mleka i warząchew do zebrania śmietanki. Daisy klasnęła w rączki na ten widok i chciała natychmiast wziąć się do roboty, lecz ciocia Jo powiedziała:

 

– Jeszcze nie teraz; będziesz potrzebowała śmietanki do torciku przekładanego jabłkiem, który się poda na obiad, więc niech się ustoi do tego czasu.

– Będzie torcik! – zawołała Daisy, niedowierzając prawie, że ją taka radość czeka.

– Jeżeli piecyk okaże się dobry, to będą nawet dwa torciki: jeden z jabłkiem, drugi z poziomkami – rzekła pani Jo.

–Więc cóż mam teraz robić? – zapytała Sally, niecierpliwie wyglądając chwili, kiedy rozpocznie przygotowania.

– Zamknij niższe drzwiczki od pieca, żeby się rozgrzał, potem umyj rączki i wydobądź mąkę, cukier, sól i cynamon. Zobacz też, czy stolniczka jest czysta, i obierz jabłko, bo je położysz na nią.

Daisy zebrała te wszystkie rzeczy, a ile przy tym narobiła szczęku i brzęku, łatwo się domyślić, kiedy tak młodą była jeszcze ta kuchareczka.

– Doprawdy, nie wiem, ile czego wziąć na tak małe torciki. Muszę je chyba zrobić na chybił trafił, a jak mi się udadzą, to spróbujemy więcej – rzekła pani Jo trochę zakłopotana, chociaż ją bawiły odrobinki leżące przed nią. – Weź teraz pełną miseczkę mąki, wsyp szczyptę soli, a potem dodaj tyle masła, ile się zmieści. Pamiętaj, że przede wszystkim trzeba rozcierać suche rzeczy, a potem dodawać płynne: w ten sposób lepiej się wymieszają.

– Ja to umiem, bo widziałam, jak Asia robi. Czy wysmarować blachę masłem? Ona zawsze od tego zaczyna – powiedziała Daisy, z wielkim pośpiechem sypiąc mąkę.

– I owszem, wysmaruj. Zdaje mi się, że będzie z ciebie dobra kucharka, bo się zręcznie bierzesz do roboty – rzekła ciocia Jo dla zachęty. – Teraz wlej kropelkę wody: tyle tylko, żeby zamoczyć; potem nasyp trochę mąki na stolniczkę, zagnieć ją i rozwałkuj, oto w ten sposób, dobrze. Pomaż ciasto masłem i zwiń je na nowo. Tylko nie rób zbyt tłustych torcików, żeby się lalki nie pochorowały.

Daisy, rozśmieszona tą myślą, hojną rączką rozsmarowała masło, potem zwinęła ciasto, rozwinąwszy je z powrotem ślicznym wałeczkiem, włożyła na blachę i przykryła jabłkiem; po czym bardzo starannie położyła znów kawałek ciasta.

– Zawsze miałam ochotę obkrawać torciki dokoła, ale mi Asia nie pozwalała. Jak to miło robić, co się nam podoba! – rzekła Daisy, obrzynając ciasto nożykiem.

Nawet i najlepszej kucharce nie zawsze się wszystko uda; dlatego też i Sally przytrafiło się to przykre zdarzenie, że kiedy zbyt szybko przesuwał się nożyk po cieście, talerzyk wymknął się jej z rączki i torcik padł na ziemię. Sally krzyknęła, pani Jo roześmiała się, Teddy zaczął sięgać po zdobycz i przez chwilę panował wielki zamęt.

– Tak mocno ścisnęłam brzegi, że torcik został nienaruszony: ani się nie rozlał, ani przerwał. Wywiercę tylko otwór i będzie gotowy – rzekła Sally. Następnie podniosła swój skarb i, jak zwykle dzieci, nie uważając na to, że leżał na ziemi, doprowadzała go do pierwotnego stanu.

– Moja nowa kucharka ma dobry temperament, jak widzę, a to taka miła rzecz! – powiedziała pani Jo. – Otwórz teraz słoik ze smażonymi truskawkami, wysmaruj nimi torcik i połóż na wierzchu kawałek ciasta, tak samo jak Asia robi.

– Położę literę S na środku, a wkoło dodam zygzaki; to będzie takie zajmujące, jak go będę jeść! – rzekła Sally, strojąc torcik floresami. – Teraz wstawię oba do pieca! – zawołała, gdy ostatnia kuleczka ciasta została ostrożnie ułożona na czerwonym tle konfitur, i z tryumfalną minką wsunęła je do piecyka.

– Umyj naczynia; dobra kucharka nigdy tego nie odkłada na później. Następnie obierzesz kartofle i groch.

– Jest tylko jeden kartofel – odpowiedziała Daisy ze śmiechem.

– Przekrój go na czworo, żeby się zmieścił w rondelku i trzymaj te kawałki w zimnej wodzie, dopóki nie będziesz chciała ich gotować.

– Czy mam namoczyć i groch?

– Ale gdzież tam! Obłuszcz go tylko i pokrój.

Posłyszawszy w tej chwili drapanie do drzwi, pobiegła Sally otworzyć, i ukazał się Kit z przykrytym koszyczkiem w pysku.

– Więc to ty jesteś chłopcem od rzeźnika! – zawołała wesoło, uwalniając go od ładunku. Pies zaczął się oblizywać i skomleć, myśląc widocznie, że to obiad dla niego, gdyż często zanosił w ten sposób jedzenie swemu panu; a doznawszy zawodu, odszedł, szczekając gniewnie. W koszyku były dwa maleńkie kawałki mięsa, gruszka pieczona, ciasteczko i papier z napisem nagryzmolonym przez Asię: „Śniadanie dla panienki, jeżeli jej się nie uda gotowanie”.

– Nie potrzebuję jej szkaradnych gruszek ani niczego! Uda mi się gotowanie i przekona się, że będę miała wyborny obiad! – zawołała Daisy z oburzeniem.

– Może nam się to przydać, jak goście przyjdą. Zawsze jest dobrze mieć coś w spiżarni – rzekła ciocia Jo, nauczona własnym doświadczeniem, po wielu gospodarskich niepowodzeniach.



– Teddy chce jeść – oznajmił chłopczyna, któremu zdawało się, że już czas by było coś skosztować. Matka dała mu do uporządkowania swój koszyk od robót, w nadziei że spokojnie posiedzi, póki się nie dokończy obiadu, i na nowo zaczęła gospodarować.

– Wstaw na ogień jarzyny, nakryj stół, a potem rozpal węgle, żeby usmażyć befsztyk.

Jakaż to była przyjemność patrzeć, jak kartofle podskakują w garnuszku, zaglądać do grochu, czy mięknie, otwierać co pięć minut piecyk, żeby zobaczyć, czy się torcik nie przyrumienia; a nareszcie skoro się już węgle rozpaliły, włożyć na patelnię dwa kawałki mięsa i ostrożnie obracać je widelcem. Najpierw gotowe były kartofle, i nic dziwnego, bo cały czas stały na wielkim ogniu; pogniotła je małym tłuczkiem, dodała dużo masła – o soli zapomniała – a potem ułożyła je na czerwonym talerzyku, przygładziła nożykiem, oblała mlekiem i wstawiła do pieca, żeby się przyrumieniły.

Tak ją zajęło to wszystko, że zapomniała o torcikach; dopiero otworzywszy piecyk dla wstawienia kartofli, wydała żałosny okrzyk, bo się na nic przypaliły!

– Ach, moje torciki, moje śliczne torciki! Już z nich nic nie będzie! – wołała biedaczka, załamując powalane rączki na widok zniweczonej pracy. Torcik z konfiturami przedstawiał szczególnie smutny widok, bo floresy i zygzaki spadały z poczerniałej galarety jakby mury i kominy domu nawiedzonego pożarem.

– Ach, mój Boże! Zapomniałam powiedzieć, żebyś je wyjęła z pieca! Ze mną zawsze tak bywa! – rzekła ciocia Jo ze skruchą. – Nie płacz, moja droga, to moja wina, więc jeszcze raz spróbujemy po obiedzie – dodała, widząc, że Sally spadła z oka wielka łza na gorące zgliszcza torcika.

Byłoby więcej łezek spłynęło, gdyby befsztyk nie zasyczał w tej chwili, co tak pochłonęło uwagę kucharki, że prędko zapomniała o zmarnowanych torcikach.

– Postaw w cieple półmisek z befsztykiem i talerze, aby się grzały; potem przypraw groch masłem i posyp go odrobiną pieprzu i soli – rzekła pani Jo, obiecując sobie, że się obiad obejdzie już bez żadnego smutnego wypadku.

„Zgrabna pieprzniczka” ukoiła żal Sally; obiad został wreszcie podany; sześć lalek zasiadło: po trzy z każdej strony, Teddy zajął ostatnie miejsce, a Sally główne. Gdy wszystko zostało urządzone, zabawny przedstawiał się widok, bo jedna lalka była w balowym ubraniu, druga w nocnej koszulce, Jerry zachował zimowy strój z pąsowej flaneli, Anabella zaś miała na sobie tylko własną skórę, a raczej kozła. Teddy, jako ojciec rodziny, zachowywał się bardzo przyzwoicie, z uśmiechem pochłaniał, co mu tylko dano, i wszystko wydawało mu się wyśmienite.

Daisy czuwała nad całą gromadką jak męcząca, natarczywa, lecz uprzejma gospodyni, wszakże się widuje takie i przy większych stołach – i robiła honory z tak niewinnym zadowoleniem na twarzyczce, jakie się rzadko u kogo napotyka.

Befsztyk bardzo był twardy, więc go nożyki nie mogły krajać; kartofle nie przyrumieniły się dokoła, groch zbił się w masę; ale goście przez grzeczność nie zważali na te drobiazgi, a gospodarz i gospodyni zajadali z apetytem do pozazdroszczenia. Zebrawszy garnuszek śmietanki, tak się ucieszyła Daisy, że jej to wynagrodziło utratę torcików, a wzgardzone wpierw ciastko od Asi okazało się szacownym skarbem, gdy je podano na wety.

– Jak żyję, nie jadłam tak wybornego obiadu! Czy bym nie mogła miewać tej przyjemności co dzień? – zapytała Daisy, oblizując talerze i wyskrobując z nich resztki.

– Możesz codziennie gotować po lekcjach, lecz wolę, żebyś zjadała swoje potrawy o zwyczajnych godzinach, a na śniadanie wystarczy ci kawałek piernika. Dziś uszło to, jak na pierwszy raz, ale trzeba się trzymać porządku. Jeżeli masz ochotę, to po południu będziesz mogła coś przyrządzić do herbaty – rzekła pani Bhaer, którą bardzo ubawił ten obiad, chociaż nie otrzymała nań zaproszenia.

– Pozwól mi, ciociu, zrobić sufleciki z jabłek dla Demiego, bo je bardzo lubi, i tak jest przyjemnie odwracać je i posypywać cukrem! – zawołała Daisy, czule wycierając żółtą plamkę na przełamanym nosku Anabelli, która nie chciała jeść grochu, z powodu słabości łatwo dającej się wytłumaczyć zbyt lekkim strojem.

– Skoro poczęstujesz Demiego, to inni będą się także napierać, a wszystkim nie podołasz.

  Bawet, bawecik (fr. bavette – śliniak) – nazywano tak górną, przednią część spodni lub spódnicy, stosowanej głównie w odzieży dziecięcej i roboczej.
3Wiersze w przekładzie Marii Kamińskiej.
Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?