Mali mężczyźniTekst

Autor:Louisa May Alcott
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


ROZDZIAŁ I

NAT

– Proszę pana, czy to jest Plumfield? – zapytał obdarty chłopak mężczyznę otwierającego bramę, przed którą stanął omnibus.

– Tak, kto cię tu przysłał?

– Pan Laurence; mam list od niego do samej pani.

– Dobrze, mój zuchu! Idź na górę i oddaj go tylko, to już cię pani z pewnością przyjmie.

Żartobliwy ton tego człowieka dodał chłopcu otuchy, więc ośmielony jego słowami, poszedł dalej. Miły, wiosenny deszczyk skrapiał kiełkującą trawkę i rozkwitające drzewa, poza którymi Nat zobaczył obszerny, czworoboczny dom ze staroświecką bramą, szerokimi schodami i mnóstwem oświetlonych okien. Ponieważ ani firanki, ani okiennice nie przysłaniały światła, więc stanąwszy na chwilę, zanim pociągnął za dzwonek, zobaczył dużo małych cieni poruszających się na ścianach, usłyszał miły szmer młodocianych głosów i zadumał się, czy to rzecz możliwa, by dom, w którym jest tyle światła, ciepła i wygód, stał się schronieniem dla takiego jak on sieroty.

Rumiana dziewczyna otworzyła mu drzwi i uśmiechnęła się, odebrawszy list, który jej podał w milczeniu. Widocznie była przyzwyczajona do przyjmowania obcych chłopaczków, wskazała mu bowiem krzesło w sieni i rzekła, skinąwszy głową:

– Usiądź tu sobie i obeschnij trochę na słomiance, a ja tymczasem zaniosę list do pani.

Różne zajmujące rzeczy skracały Natowi czas wyczekiwania; rozglądał się ciekawie, bo go wszystko bawiło i rad był, że nikt go nie widzi siedzącego w ciemnym kąciku, przy drzwiach.

W całym domu roili się chłopcy, na różne sposoby uprzyjemniając sobie dżdżyste popołudnie. Wszędzie ich było pełno i przez otwarte drzwi ukazywały się zewsząd wesołe gromadki dużych, małych i średnich chłopaków, znajdujących się w różnych stopniach wieczornego ożywienia, a raczej rozswawolenia. Dwa obszerne pokoje na prawo służyły widocznie za klasę, gdyż pełno w nich było stołów, map, tablic i książek. Przed ogniem płonącym na kominku leżało na ziemi kilku chłopców rozprawiających tak zapalczywie o nowym placu do gry w krykieta, że aż butami wierzgali w powietrzu.

W jednym kącie słusznego wzrostu młodzieniec grał na flecie poprzecznym, całkiem obojętny na otaczającą go wrzawę; kilku innych skakało przez stoły, zatrzymując się niekiedy, by tchu nabrać i uśmiać się z młodego karykaturzysty, który na tablicy rysował całe zgromadzenie.

W pokoju z lewej strony ukazywał się długi stół zastawiony do wieczerzy: były tam wielkie dzbanki ze świeżym mlekiem, stosy czarnego oraz białego chleba i pierniki, które są takim przysmakiem dla dzieci. Rozchodziła się też woń smażonych grzanek i pieczonych jabłek, tworząc prawdziwą męczarnię dla nosków i zgłodniałych żołądków.

Ale sień przedstawiała najpowabniejszy widok, bo wesoła gra w cztery kąty szła w najlepsze przy drzwiach pierwszego piętra. Na jednym przystanku bawiono się w kręgle, na drugim w warcaby, na schodach zaś jeden chłopiec czytał, dziewczynka śpiewała do snu lalce, dwóm pieskom i kotce, a z poręczy bez ustanku zsuwał się szereg małych chłopczyków, pomimo wielkiej krzywdy dla ubrania i niebezpieczeństwa dla członków.

Te wyścigi tak zajęły Nata, że się wysuwał coraz bardziej z kącika, i gdy jeden raźny chłopak spadł z poręczy z taką siłą, że głowa mniej zahartowana roztrzaskałaby się z pewnością, Nat zapomniawszy się, podskoczył do nieszczęśliwego jeźdźca z obawą, czy go zastanie żywym; ale chłopak mrugał tylko przez chwilę mocno oczami, po czym leżał sobie spokojnie i przyglądając się ze zdziwieniem nowej twarzy, zawołał:

– Cześć!

– Cześć! – odparł Nat, nie wiedział bowiem, co by rzec innego, a ta odpowiedź wydała mu się krótka i łatwa.

– Czy ty będziesz nowym uczniem? – zapytał, nie poruszając się, leżący chłopak.

– Jeszcze nie wiem.

– Jak się nazywasz?

– Nat Blake.


– A ja Tommy Bangs; wejdź na górę, to się potem zsuniesz z poręczy, dobrze? – odezwał się żywo, jak gdyby mu się nagle przypomniały obowiązki gościnności.

– Nie wejdę, póki się nie dowiem, czy tu pozostanę – odrzekł Nat, coraz mocniej pragnąc, by go przyjęto.

– Zobacz, Demi, przybył nam nowy towarzysz, chodź go zobaczyć! – zawołał wesoło Tommy i z niezmordowaną energią zabrał się na nowo do zjeżdżania z poręczy.

Na to wezwanie chłopczyk siedzący na schodach z książką w dłoniach spojrzał wielkimi, ciemnymi oczyma, zawahał się chwilkę, jak gdyby przez nieśmiałość, po czym włożył książkę pod pachę i zszedł poważnie na dół, by powitać nowo przybyłego. Jego przyjemna twarz i miłe spojrzenie od razu pociągnęły Nata.

– Czy widziałeś już ciocię Jo? – zapytał Demi takim tonem, jak gdyby był to jakiś uroczysty obrządek.

– Nikogo dotąd nie widziałem prócz tych chłopców, czekam właśnie – odparł Nat.

– Czy przysłał cię wuj Laurie? – pytał dalej Demi grzecznie, ale z powagą.

– Przysłał mnie pan Laurence.

– To jest właśnie wuj Laurie; on zawsze nam przysyła miłych chłopców.

Nat zdawał się uradowany tymi słowami i uśmiech ożywił jego wynędzniałą twarz. Nie wiedział, co by więcej powiedzieć, więc stali obaj, patrząc na siebie w przyjaznym milczeniu, dopóki nie nadeszła owa dziewczynka z lalką na rękach. Bardzo była podobna do Demiego, tylko nie tak duża; miała też okrąglejszą, różową twarzyczkę i niebieskie oczki.

– To moja siostra, Daisy – odezwał się Demi z takim naciskiem, jak gdyby przedstawiał jakiś rzadki i cenny przedmiot.

Dzieci ukłoniły się sobie i dziewczynce z radości porobiły się dołki w twarzy, gdy rzekła uprzejmie:

– Mam nadzieję, że z nami pozostaniesz. Tak się tu dobrze bawimy, prawda, Demi?

– Ma się rozumieć, że się dobrze bawimy. Ciocia Jo po to właśnie ma Plumfield.

– Rzeczywiście wygląda to na bardzo ładne miejsce – zauważył Nat, czując, że musi coś miłego odpowiedzieć tym uprzejmym osóbkom.

– To wręcz najmilsze miejsce na świecie! Prawda, Demi? – spytała Daisy, widocznie we wszystkim uważając braciszka za najwyższy autorytet.

– Zdaje mi się, że Grenlandia może być ciekawsza, bo tam są góry lodowe i cielęta morskie. Ale ja także lubię Plumfield, bardzo tu przyjemnie mieszkać – odparł Demi, którego zajmowała wówczas książka o Grenlandii. Chciał w niej pokazać i objaśnić Natowi ryciny, lecz akurat nadeszła służąca i wskazując głową na drzwi od bawialnego pokoju, rzekła:

– Dobrze stoi twoja sprawa, kawalerze, zostaniesz.

– Jak mnie to cieszy! Chodźmy do cioci Jo – powiedziała Daisy i wzięła Nata za rękę z tak opiekuńczą minką, że od razu było mu jak w domu.

Demi zagłębił się znowu w swojej ulubionej książce, podczas gdy siostrzyczka prowadziła nowego przybysza do jednego z pokoi w głębi domu, gdzie ogromnej tuszy mężczyzna swawolił z dwoma chłopczykami na sofie, a szczupła dama kończyła właśnie list, który znać było, że odczytuje powtórnie.

– Przyprowadziłam go cioci! – zawołała Daisy.

– Więc to mój nowy chłopiec? Miło mi cię widzieć i mam nadzieję że ci się spodoba u nas – rzekła pani Bhaer, przyciągając go do siebie, i delikatnie odgarnęła mu z czoła włosy, z tak macierzyńskim wyrazem twarzy, iż od razu pozyskała sieroce serduszko Nata.

Nie była wcale piękna, ale zachowała w ożywionej twarzy i w ruchach coś tak radośnie dziecinnego, wszystko te cechy tak trudne do opisania, ale oczywiste, gdy się na nią patrzyło, czyniły z niej przemiłą osobę, z którą się przyjemnie przebywa i generalnie po prostu wesołą, jak mówili o niej chłopcy. Dostrzegła lekkie drżenie warg Nata, więc przeciągnęła dłonią po jego czuprynie, a wyraz jej oczu złagodniał, ale tylko przyciągnęła go do siebie bliżej i powiedziała z uśmiechem:

– Ja jestem matka Bhaer, a ten pan to ojciec Bhaer, zaś ci mali chłopcy to nasi synkowie. Chodźcie tutaj, poznajcie Nata.

Cała trójka posłuchała jej w jednej chwili, a gruby pan, trzymając na każdym ramieniu po jednym z chłopaczków, podszedł przywitać nowego chłopca. Rob i Teddy po prostu szeroko uśmiechnęli się do niego, ale pan Bhaer potrząsnął jego dłonią i wskazując na niski stołek tuż koło ognia, odezwał się serdecznie:

– To miejsce czeka na ciebie, chłopcze. Usiądź i wysusz swoje mokre nogi.

– Mokre? Ściągaj natychmiast buty, za momencik znajdę ci jakieś suche rzeczy – wykrzyknęła pani Bhaer i zakrzątnęła się tak energicznie, że Nat już po chwili siedział w wygodnym foteliku, w suchych skarpetach i ciepłych bamboszach na nogach, zanim zdołał cokolwiek z siebie wykrztusić. Powiedział więc tylko:

– Dziękuję pani – a w jego głosie zabrzmiała taka wdzięczność, że oczy pani Bhaer zwilgotniały, rzuciła więc tylko coś wesołego, bo tak właśnie robiła, kiedy się czuła wzruszona.

– To są pantofle Tommy’ego Bangsa, ale ponieważ on nigdy nie pamięta, gdzie je odłożył, więc nie będzie ich miał. Są dla ciebie za duże, ale to bardzo dobrze, bo nie będziesz mógł uciec od nas zbyt szybko.

– Nie chcę stąd uciekać, proszę pani. – I Nat wyciągnął do ognia swoje brudne dłonie z westchnieniem zadowolenia.

– To dobrze. Teraz zamierzam cię dobrze przypiec przy tym kominku i spróbujemy się pozbyć tego okropnego ubrania, które masz na sobie. Od jak dawna je nosisz, mój drogi? – zapytała pani Bhaer, szukając w koszyku kawałka flaneli.

– Odkąd zima nastała. Zaziębiłem się i jakoś nie mogę przyjść do siebie.

 

– Nic dziwnego, kiedy mieszkał w wilgotnej piwnicy i chodzi w łachmanach – rzekła po cichu pani Jo do męża, który przyglądał mu się przez pewien czas doświadczonym okiem i dostrzegł, że ma zapadłe skronie, rozgorączkowane usta, ochrypły głos i uporczywy kaszel.

– Robby, idź do dozorczyni po lekarstwo od kaszlu i plaster – rzekł pan Bhaer, porozumiawszy się oczami z żoną.

Nat patrzył z pewnym niepokojom na te przygotowania, lecz zapomniał o strachu, a nawet parsknął serdecznym śmiechem, gdy pani Bhaer szepnęła z komiczną miną:

– Słyszysz, jak ten mój ladaco, Teddy, udaje kaszel? Bierze go chętka na ten syrop, bo jest zrobiony z miodem.

Gdy przyniesiono lekarstwo, malec tak się zaczął krztusić, że aż mu poczerwieniała twarzyczka; dostał więc łyżeczkę, skoro już Nat odważnie zażył swoją porcję i obwiązane miał gardło flanelą.

Po niedługiej chwili rozległ się potężny dzwon i głośne tupanie w sieni oznajmiło wieczerzę. Nieśmiały Nat struchlał na samą myśl, że znajdzie się wobec tylu nieznanych chłopców, ale pani Bhaer wzięła go za rękę, a Rob rzekł z opiekuńczą minką:

– Nie bój się, ja będę blisko ciebie.

Dwunastu chłopców: sześciu po każdej stronie, stało za krzesłami, podskakując z niecierpliwości, by już dano hasło do jedzenia; a poskramiał ich zapędy ów wysoki młodzieniec, który przedtem grał na flecie. Żaden jednak nie usiadł, póki pani Bhaer nie zajęła miejsca za urządzeniem do przygotowania herbaty, mając obok siebie z lewej strony Teddy’ego, a z prawej Nata.

– To jest nowy nasz wychowanek, Nat Blake. Po wieczerzy będziecie się mogli zapoznać. Z wolna chłopcy, z wolna!

Wszyscy wpatrzyli się w Nata, a potem zaczęli suwać krzesłami, daremnie chcąc się cicho zachować. Wprawdzie państwo Bhaer usiłowali nauczyć ich przyzwoitego zachowania się przy jedzeniu, i na ogół szło im to bardzo dobrze, gdyż wymagania ich były nielicznie i rozsądne, a chłopcy widząc, że chcą im je ułatwić i uprościć, starali się być ulegli; lecz są chwile, kiedy poskramianie wygłodniałych chłopaków staje się istotnym okrucieństwem, na przykład w sobotę wieczór po półwakacjach.

„Niechże się te drogie dzieciska choć w jeden dzień nakrzyczą, nawrzeszczą, naswawolą do syta. Cóż warte święto bez swobody i figli? Trzeba im sprawiać tę uciechę przynajmniej raz w tygodniu”. Tak zwykła mawiać pani Bhaer, gdy się surowe osoby dziwiły, że w przyzwoitym niegdyś Plumfield są dozwolone takie rozrywki jak na przykład ślizganie się z poręczy i rzucanie w siebie poduszkami.

Czasem się zdawało, że cały dom się zawali; nigdy jednak do tego nie doszło, bo ojciec Bhaer umiał jednym słowem nakazać ciszę i chłopcy wiedzieli, że nie mogą nadużywać swobody. Tak więc pomimo wielu złowrogich wróżb szkoła kwitła i w niewidoczny sposób uczono dzieci dobrego zachowania się i moralności.

Nat bardzo był temu rad, że go zasłaniają wysokie dzbanki i że siedzi między Tommym a panią, która mu napełnia ciągle talerz i kubek.

– Kim jest ten chłopiec obok dziewczynki, na drugim końcu stołu? – szepnął Nat do sąsiada, korzystając z ogólnego śmiechu.

– Demi Brooke, siostrzeniec pani Bhaer.

– To musi być miły chłopak.

– O, bardzo! Dużo umie i przepada za czytaniem.

– A ten tłusty obok niego?

– To Nadziany; na imię ma George, aleśmy go tak przezwali, bo bardzo dużo je. Ten chłopaczek siedzący przy ojcu Bhaer to jego synek Rob. A ten wysoki, to Franz, jego siostrzeniec. On nas trochę uczy i pilnuje.

– Wszak to ten sam co gra na flecie? – zapytał Nat, gdy Tommy umilkł, a to z przyczyny, że wpakował sobie do ust całe pieczone jabłko.

Tommy skinął głową, prędko przełknął jabłko, a potem rzekł:

– Owszem, gra! Czasem tańczymy i gimnastykujemy się przy jego muzyce. Ja znów lubię grać na bębnie i chciałbym się tego uczyć.

– Co do mnie, wolę skrzypce; bo i ja także umiem grać! – powiedział Nat, któremu ten miły mu temat rozwiązał usta.

– Umiesz!? – zawołał Tommy, robiąc wielkie oczy sponad kubka. – Pan Bhaer kupił właśnie stare skrzypce i z pewnością pozwoli ci ich używać, ile razy zechcesz.

– Naprawdę? Ach, jakby to było dobrze, bo widzisz, póki ojciec żył, chodziłem po domach grywać na skrzypcach z nim i jeszcze z drugim muzykiem.

– Czy to było przyjemne zatrudnienie? – zapytał ciekawie Tommy.

– Gdzież tam, okropne! Tak było mroźno w zimę, a tak gorąco w lecie! Bywałem często strasznie zmęczony, a w dodatku trzeba było znosić głód i złe obejście.

Tu Nat umilkł i odgryzł porządny kawał piernika, jak gdyby dla upewnienia się, że te ciężkie czasy już minęły, a potem dodał rzewnie:

– Ale ja kocham skrzypki i tęskno mi do nich. Nicolo zabrał je po śmierci ojca i nie chciał mnie dłużej trzymać, bo jestem słabego zdrowia.

– Jeżeli dobrze grasz, to wezmą cię do orkiestry, zobaczysz!

– To wy tu macie orkiestrę? – zapytał Nat i oczy mu zabłysły.

– Ma się rozumieć, i jaką ładną! Składa się z samych tutejszych chłopców. Urządzamy koncerty i tym podobne rzeczy. Przekonasz się, co się tu będzie dziać jutro wieczorem. – Po tych słowach mile łechcących ciekawość Tommy wziął się z powrotem do wieczerzy, Nat zaś wpadł w błogą zadumę nad pełnym talerzem.

Pani Bhaer słyszała tę ich rozmowę, chociaż się zdawało, że cała zajęta jest nalewaniem w kubki i dozorowaniem małego Teddy’ego, który był tak śpiący, że włożył sobie łyżeczkę w oczko, kiwał główką jakby czerwona makówka i nareszcie usnął na dobre, oparłszy policzek na pulchnym ciastku, w miejscu poduszki.

Umyślnie umieściła pani Bhaer Nata przy Tommym, bo jego otwarte i łatwe obejście było zawsze pociągające dla nieśmiałych chłopców. Nat widocznie uległ także temu wpływowi, zwierzył mu się bowiem z różnych drobiazgów podczas wieczerzy, a pani Bhaer przysłuchując się, lepiej poznała jego charakter, niż gdyby się sama wdała z nim w rozmowę.

Pan Laurence w swoim liście tak się wyraził o Nacie:

Droga Jo, posyłam ci chłopca z rzędu tych, co ci najlepiej przypadają do serca: jest on sierotą, chory i bez opieki. Dotąd był ulicznym grajkiem i napotkałem go w piwnicy, gdzie opłakiwał stratę ojca i skrzypiec. Zdaje mi się, że w nim jest dobry materiał i że możemy go wyratować wspólnymi siłami. Skoro ty wyleczysz jego nędzne ciało, a Fritz rozwinie zaniedbany umysł, wówczas ja się nim zajmę i zbadam, czy to geniusz, czy tylko utalentowany chłopiec, który będzie sam mógł zapracować sobie na chleb. Przyjmijcie go na próbę, przez wzgląd na waszego Teddy’ego.

– Ma się rozumieć, że go przyjmiemy! – zawołała pani Bhaer, a zobaczywszy Nata, pomyślała od razu, że czy jest geniuszem czy nie, jako opuszczony, niedojrzały chłopiec potrzebuje tego właśnie, co ona dawać lubi: to jest ognisko domowe i macierzyńską opiekę. Oboje z mężem przyglądali mu się z ukosa i pomimo obdartej odzieży, niezgrabnego obejścia i brudnej twarzy, z wielu rzeczy im się podobał. Był to szczupły, blady chłopczyk lat dwunastu; miał niebieskie oczy i czoło kształtne pod szorstkimi i zaniedbanymi włosami. Nieśmiała twarz bywała chwilami tak zalękniona, jak gdyby się spodziewał ostrych słów lub uderzenia; usta mu drgały, jeśli ktoś mile na niego spojrzał, a oczy patrzyły wdzięcznie za każde łagodne słowo. „Niech sobie grywa biedaczek, choćby całymi dniami” – pomyślała pani Bhaer, spostrzegłszy jego radość na wzmiankę o orkiestrze.

Po wieczerzy zatem, gdy się chłopcy rozproszyli, pani Jo ukazała się ze skrzypcami w rękach i porozumiawszy się krótko z mężem, przystąpiła do Nata, który z kącika przyglądał się wszystkiemu z żywą ciekawością.

– Zagraj co, mój drogi. Potrzebujemy skrzypiec do orkiestry, możesz się więc nam bardzo przydać.

Zamiast się ociągać przez nieśmiałość, jak się spodziewała, czym prędzej ujął skrzypce i dotykał ich z taką ostrożnością, że widać było, jak namiętnie miłuje muzykę.

– Będę się starał zagrać jak najlepiej – rzekł i natychmiast pociągnął smyczkiem po strunach, jak gdyby pilno mu było usłyszeć znowu drogie sobie tony.

Wielka była wrzawa w pokoju, lecz Nat jakby był głuchy na wszelkie dźwięki, prócz tych, które sam wydobywał, grał z cicha dla siebie, przejęty rozkosznym uczuciem. Była to tylko jedna z tych prostych murzyńskich pieśni wykonywanych zazwyczaj przez ulicznych grajków; ale tak się podobała chłopcom, że przestali swawolić, wsłuchując się z zadziwieniem. Z wolna przysuwali się coraz bliżej; pan Bhaer przystąpił także i badawczo śledził młodego muzyka, który grał bez końca, zapomniawszy o otoczeniu. Oczy mu błyszczały, twarzyczka pałała, palce drgały, podczas gdy obejmował czule skrzypki i przemawiał do serc swym ulubionym językiem.

Serdeczny poklask wynagrodził go sowiciej, niżby tego dokazał rzęsisty deszcz grosików, skoro umilkł i rozejrzał się dokoła, mówiąc niejako:

„Starałem się zagrać jak najlepiej, żeby wam sprawić przyjemność”.

– Prześlicznie grasz! – zawołał Tommy, który uważał się już za jego opiekuna.

– Będziesz pierwszym skrzypkiem w naszej orkiestrze – dodał Franz z uśmiechem.

Pani Bhaer szepnęła do męża:

– Teddy ma rację, w tym dziecku jest coś niezwykłego.

Profesor skinął na to głową i klepiąc Nata przyjaźnie po ramieniu, rzekł:

– Dobrze się wywiązałeś, mój synu. Teraz poprosimy cię o przygrywkę do śpiewu.

Była to najzaszczytniejsza, najszczęśliwsza chwila w życiu biednego chłopca, gdy zaprowadzono go do fortepianu, na honorowe miejsce, po czym dzieci go otoczyły i nie zwracając uwagi na jego nędzną odzież, patrzyły z poszanowaniem, czekając, by zagrał.

Ponieważ znalazła się znana mu pieśń, więc po kilku próbach zjednoczyły się głosy, a skrzypce, flet i fortepian towarzyszyły tak potężnemu chórowi chłopców, że się aż trząsł stary dach. To wszystko tak wzruszyło biednego Nata, że gdy ostatnia nuta ucichła, twarzyczka zaczęła mu drgać, skrzypce wypadły z rąk, i obróciwszy się do ściany, rozpłakał się jak dziecko.

– Co ci jest, mój drogi? – zapytała pani Bhaer, która podążając za innymi w śpiewie, powstrzymywała zarazem Roba, żeby nie tupał do taktu.

– Wszyscy są dla mnie tacy dobrzy i tak tu pięknie, że nie mogłem się powstrzymać – odpowiedział Natt, łkając, i rozkaszlał się okropnie.

– Chodź ze mną, mój drogi; musisz się położyć i wypocząć. Jesteś znużony, więc tu zbyt hałaśliwie dla ciebie – szepnęła pani Bhaer i zabrawszy go do swego pokoju, dała mu się wypłakać w cichości.

Skoro się uspokoił i zaczął z wolna zwierzać jej ze swych utrapień, słuchała ze łzami, chociaż wszystkie jego niedole były już jej znane.

– Teraz, moje dziecko, masz ojca, matkę i ognisko domowe, więc przestań myśleć o tych smutnych czasach. Staraj się być zdrowy, wesoły i ufaj, że odtąd będziemy cię zasłaniać wszelkimi siłami od cierpień. Umyślnie otworzyliśmy ten zakład, aby w nim błogo upływało życie chłopcom i żeby się uczyli radzić sobie i być pożytecznymi ludźmi. Mam nadzieję, że dopną tego celu. Co się tyczy muzyki, to będziesz jej miał do woli, ale najpierw musisz się wzmocnić. Chodź teraz do dozorczyni, żeby cię wykąpała, a jutro ułożymy razem jakiś ładny plan.

Nat mocno ściskał jej rękę i nie mogąc zdobyć się na słowa, dziękował spojrzeniem. Wprowadziła go do obszernego pokoju, gdzie krzątała się gruba Niemka z twarzą tak okrągłą i wesołą, że wyglądała jak słońce, którego promienie wyobrażała szeroka falbanka u czepka.

– To jest pani Nursley Hummel, dozorczyni, przyrządzi ci dobrą kąpiel, obetnie włosy i posłuży we wszystkim. Łazienka jest tam oto. Co sobotę wieczór kąpiemy najpierw małych chłopców i pakujemy ich do łóżek, a tymczasem starsi kończą śpiewać. No, Robby, wskakuj.

Mówiąc to wszystko, rozebrała pani Bhaer synka i zanurzyła go w długiej wanience, w pokoiku przyległym do dziecięcej sypialni.

Były tam dwie wanny prócz miednic, tusz i szafliczków do moczenia nóg. Nat, rozkoszując się w wodzie, patrzył na dwie kobiety, jak myły kilku małych chłopaków, ubierały ich w nocną bieliznę i kładły do łóżek. Ma się rozumieć, że się nie obeszło bez psot, którymi wszystkich rozśmieszali, póki ich sen nie zmorzył. Nata również dozorczyni umyła, następnie obwinąwszy w kołdrę, posadziła przy kominku i obcinała mu właśnie włosy, kiedy kolejni chłopcy wpadli do łazienki, robiąc wrzawę i plusk, niczym gromada rozswawolonych wielorybów.

– Nat będzie tu dziś spał, bo jak złapie go kaszel w nocy, to mu dasz napić się ziółek z siemienia lnianego – rzekła pani Bhaer, krzątająca się jak kokosz pośród licznego stada ruchliwych kacząt.

 

Dozorczyni chętnie ubrała zaraz Nata we flanelową piżamę, podała mu jakiś napój ciepły i słodki, a potem umieściła w przyległym pokoju, gdzie stały cztery łóżka. Leżał tam sobie spokojnie jak mumia, czując, że mu już nic nie brakuje do przyjemności i wygody. Ochędóstwo sprawiało mu nowe i rozkoszne wrażenie: flanelowa piżama był ubraniem nieznanym w jego świecie; ziółka ciepłe tak mile łagodziły kaszel, jak serdeczne słowa rozgrzewały osierocone serce; a uczucie, że obchodzi kogoś, czyniło z tego skromnego pokoju prawdziwe niebo. Przymykał często oczy, żeby się przekonać, czy to nie jest złudny sen, który się rozwieje, skoro je otworzy, i przejęty miłymi wrażeniami nie mógł usnąć, tym bardziej że niezadługo pewien miejscowy zwyczaj uderzył jego zdumiony, lecz trzeźwy wzrok.

Gdy się uciszyło pluskanie, nagle zaczęły poduszki fruwać na wszystkie strony, a podrzucały je białe szatanki, wyskakując hałaśliwie z łóżek. Bitwa toczyła się w kilku pokojach, w sieni, a nawet niekiedy dostawała się do sypialni dziecięcej, gdzie schronił się niejeden pokrzywdzony rycerz. Nikt nie zwracał jednak uwagi na te wybryki, nikt się im nie dziwił ani ich zakazywał. Dozorczyni rozwieszała ręczniki, a pani Bhaer przeglądała czystą bieliznę, tak spokojnie, jak gdyby panował zupełny porządek. Co więcej, wypędziła nawet jednego zuchwalca z pokoju poduszką, którą znienacka cisnął na nią.

– Czy oni sobie nie zrobią krzywdy? – zapytał Nat, zanosząc się od śmiechu.

– Bądź spokojny; co sobotę wieczór wolno im bić się poduszkami. Tak czy siak powłoczki jutro będą zmieniane, więc mnie to bynajmniej nie gniewa, że się chłopcy rozgrzewają po kąpieli – rzekła pani Bhaer, dobierając skarpetki do pary.

– Jakaż to miła szkoła! – zawołał Nat.

– Dziwaczna – odparła pani Bhaer ze śmiechem – ale jak widzisz, nie męczy się tu dzieci surowością ani zbyteczną nauką. Z początku zakazywałam tego figlowania w nocnych strojach; ale gdy się to na nic zdało, weszliśmy w taki układ: co sobotę w wieczór wolno im ciskać w siebie poduszkami, ale za to w inne dni muszą kłaść się spokojnie. Zrobiłam próbę i powiodła się; jak nie dotrzymają kiedy słowa, nie ma swawoli; w przeciwnym razie odwracam zwierciadła, stawiam lampy w bezpiecznych miejscach, po czym mogą figlować do woli.

– To śliczny pomysł! – rzekł Nat. Brała go chętka także wziąć udział w tej bitwie, ale nie śmiejąc się z tym odezwać pierwszego wieczoru, z daleka się tylko przyglądał ożywionej zabawie.

Tommy Bangs stanął na czele napastników, Demi zaś bronił swego pokoju z szaleńczą odwagą i szybko za sobą układał poduszki, w miarę jak były ciskane, więc nareszcie pozbawieni amunicji, rzucili się chłopcy, by ją odebrać. Nie obeszło się bez kilku drobnych wypadków, ale nikt nie zwracał uwagi na to; każdy dawał i odbierał głośne razy z niezmąconą wesołością, a poduszki latały jakby grube płaty śniegu. Na koniec pani Bhaer, spojrzawszy na zegarek, zawołała:

– Dosyć tego! Dalej, do łóżek! Który z was nie usłucha, dostanie karę!

– Jakaż to kara? – zapytał Nat, zaciekawiony, co się stanie z przestępcą, który nie ulegnie tej ochmistrzyni dziwacznej wprawdzie, ale przejętej dobrem powszechnym.

– Kolejnym razem nie weźmie udziału w zabawie – odpowiedziała pani Bhaer. – Daję pięć minut na uspokojenie się, po czym gaszę światło i wymagam porządku. To są honorowi chłopcy, więc dotrzymują słowa.

I rzeczywiście: jak się nagle zaczęła bitwa, tak się skończyła. Nastąpiło już tylko parę pożegnalnych strzałów i okrzyków, Demi rzucił siódmą poduszką za uciekającym nieprzyjacielem, po czym ład został przywrócony. Po tej sobotniej swawoli nastała już cisza, którą przerywał tylko gdzieniegdzie chichot lub szept przytłumiony, a matka Bhaer po ucałowaniu nowego wychowanka zostawiła go błogim snom o życiu w Plumfield.