SpektaklTekst

Z serii: Lena Rudnicka #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Spektakl
Spektakl
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,55  54,84 
Spektakl
Spektakl
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
34,95  25,86 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Axel siedział na ławce i wpatrywał się w toń jeziora. Najchętniej wskoczyłby do wody, by już nigdy nie wypłynąć na powierzchnię. Starł łzę, która zakręciła mu się w oku. Wyjął telefon i uruchomił nagranie siostry. Kolejny raz obejrzał film z samobójstwa. Czuł się z tym źle. Nie powinien na to patrzeć, a mimo to wciąż oglądał nagranie, usiłując zrozumieć, dlaczego Diana to zrobiła. Z własnej woli weszła na krzesło i zarzuciła pętlę na szyję? Axel chciał zrozumieć, co popchnęło ją do takiego kroku.

Zaczął dygotać. Włożył telefon z powrotem do kieszeni i zawahał się. Wiedział, że powinien zadzwonić na policję, ale zwyczajnie się bał. Gdyby poszedł i porozmawiał z tymi gliniarzami, wpędziłby swoją rodzinę w poważne kłopoty. Tego wolał uniknąć. Najbardziej martwił się o matkę. Była taka delikatna, dlatego obawiał się, że zupełnie się rozsypie. To, co zrobiła Diana, było dla niej ciosem.

Kiedy matka przyszła w nocy do jego pokoju, udawał, że śpi. Płacząc, szeptała do niego, że jest całym jej światem. Tylko on jej pozostał. Nie mógł pozwolić, by całkowicie się załamała. Teraz powinien jej pomóc, wspierać ją i stać się dobrym synem. Wiedział, że rodzice nie zapomną o Dianie, ale mógł chociaż spróbować zastąpić siostrę. Dzięki temu już nigdy nie nazwą go czarną owcą. Postanowił się zmienić.

Wstał i ruszył parkową alejką. Po głowie błądziła mu myśl, żeby zadzwonić na policję, ale szybko uleciała. Teraz Axel miał inne zadanie.

6

Dziewczyna stanęła pod rozłożystym drzewem, zamknęła oczy i oparła się o twardą korę. Wyjęła z plecaka półlitrową butelkę żubrówki i pociągnęła solidny łyk. Zakaszlała. Alkohol rozlał się w żołądku gorącą falą, palił w przełyk. Zawahała się, po czym upiła kolejny łyk i odłożyła butelkę do plecaka.

Od wczoraj jej myśli krążyły wokół Diany Pulido. Podziwiała ją za odwagę. Nie każdy ma odwagę odebrać sobie życie, a ona zrobiła to w pięknym stylu. Znalazła w sobie dość siły, aby przerwać to cierpienie. Była bohaterką.

Dziewczyna sprawdziła, czy statyw stoi równo i czy oko kamery skierowane jest w odpowiednie miejsce. Zajęło jej to kilka długich minut, potem jeszcze poprawiła ostrość. Chciała, by wszystko wyglądało jak najpiękniej.

Przebiegła wzrokiem tekst, upewniając się, że zna go na pamięć, i wsunęła kartkę do przegródki plecaka.

Uruchomiła nagrywanie i stanęła naprzeciwko telefonu. Wzięła głęboki oddech i wygłosiła zapamiętane przemówienie:

Życie nie kończy się śmiercią.

Życie jest drogą.

Postanowiłam odejść.

Straciłam nadzieję.

Tak będzie lepiej. Tylko wtedy będę szczęśliwa.

Chcę umrzeć.

Wdrapała się po szczeblach drabiny, odrzuciła włosy i uśmiechnęła się do widzów, ale jej uśmiech bardzo różnił się od tego, jaki w swoim filmiku zaprezentowała Diana. Był przepełniony bólem. I wahaniem. Ona wcale nie chciała się zabić, lecz nie miała innego wyjścia.

Ludzkość jest drzewem, a ludzie są liśćmi. Drzewo trwa i rośnie, chociaż liście opadają.

Założyła na szyję pętlę, sprawdziła, czy sznur jest wystarczająco mocno przywiązany do gałęzi drzewa, i pomachała do widzów.

Spuściła nogi z drabiny i kopnęła ją z całej siły. Ciężki metal opadł na zieloną trawę.

Rozległ się cichy charkot duszącego się ciała.

7

Szósta łyżeczka brązowego cukru wylądowała w kubku z logo Central Perku. Komisarz nie należała do osób prowadzących zdrowy styl życia. Marcel zastanawiał się, jakim cudem udaje się jej utrzymać szczupłą sylwetkę, skoro pochłania przy tym niezliczone ilości słodyczy i niezdrowego jedzenia. On nabawiłby się dodatkowych kilogramów już w pierwszym miesiącu stosowania takiej diety.

– Brązowy cukier nie oznacza, że można sypać go tonami – zauważył, upijając łyk niesłodkiej kawy.

– Co? – Lena zamieszała napój, po czym wsypała siódmą łyżeczkę. Napiła się i z uznaniem pokiwała głową.

– To wciąż cukier – poinformował.

– Ale zdrowszy.

Marcel chciał zaoponować, ale szybko skapitulował, bo Rudnicka wyciągnęła z szuflady dużą milkę z orzechami. Otworzyła opakowanie, odłamała rządek i wsunęła go do ust.

– Częstuj się – rzuciła, próbując uporać się z nadmiarem czekolady w ustach.

Ułamał kawałek i sięgnął po dokumenty leżące na biurku. Kolejny raz przeleciał wzrokiem tekst i spojrzał na Rudnicką.

– Podejrzane – oświadczył.

– Co jest podejrzane?

– Ten telefon i prześcieradło.

– Mhm.

Marcel podrapał się w skroń. Rudnicka czekała, aż rozwinie myśl. Chętnie słuchała jego koncepcji. Często zmuszała go do formułowania różnych teorii, ale w tym przypadku Wolski miał problem ze zwerbalizowaniem myśli.

– Ktoś wysprzątał pokój Diany – zaczął. – Ale zostawił tak oczywisty dowód jak odciski palców na telefonie i ślady na prześcieradle?

– Pewność siebie może zgubić człowieka. Szczególnie jeśli działa w stresie.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

Lena odchyliła się na fotel i splotła dłonie na brzuchu. Spojrzała na drzwi, jakby oczekiwała niespodziewanego gościa, ale nikt nie nadszedł.

– Ten, kto wyniósł ciało Diany, zadbał, żeby w jej pokoju nie znaleziono żadnych śladów. Był pewny, że w domu policja nic nie znajdzie, ale zwyczajnie zapomniał o telefonie. Silny stres zwiększa ciśnienie krwi, w której buzuje adrenalina; przyspiesza akcję serca i wyłącza zdolność logicznego myślenia.

– Nie ten ktoś – zaoponował. – Dżejdżej. To jego odciski są na komórce Diany.

– Odciski palców Jerzego Jurka na telefonie nie oznaczają, że wyniósł jej ciało.

– To oczywiste.

– Czyżby? Dla mnie to oznacza, że jego odciski są na telefonie. Koniec kropka. Nic więcej.

Marcel przygryzł wargę. Nie mieli jednoznacznego dowodu, ale wina Dżejdżeja wydawała się oczywista. Jurek był w domu Diany, widział ją jako ostatni, koleżanki wskazały, że relacje Diany z chłopakiem były podejrzane. Do tego linie papilarne na telefonie i ślady spermy na prześcieradle. Wystarczy dodać dwa do dwóch i mają sprawcę.

– Jesteś jak rozbitek na morzu – skwitowała, wkładając do ust kolejną porcję milki. Popiła kawą i dodała: – Chwytasz się wszystkiego, żeby utrzymać się na powierzchni. Nieważne, że łapiesz za lichą deskę, która po kilku mocniejszych przypływach zwyczajnie się rozsypie.

– Cóż za porównanie.

– Idealnie opisujące twoje myślenie.

– To jest dowód, Lena. – Wskazał na kartkę. – Ten telefon to dowód. Dam sobie rękę uciąć, że ślady spermy na prześcieradle też będą należały do Dżejdżeja.

– Na twoim miejscu byłabym ostrożna, bo stracisz rękę, a pamiętaj, że jedną już masz niesprawną.

– Niedługo zdejmę bandaż. – Uniósł owinięty nadgarstek.

– Przyznasz się w końcu, co zrobiłeś?

– Mówiłem. Przewróciłem się.

– Gdzie?

– Na schodach.

– Spadłeś ze schodów?

– Mhm. U mnie w kamienicy.

– Na trzeźwo?

– Jeśli spadłbym po pijaku, miałbym przynajmniej jakieś wytłumaczenie.

– Raczej kiepskie.

– Zawsze jakieś. A tak czuję się jak łamaga.

Mimowolnie się uśmiechnęła. Tylko Marcel mógł spaść ze schodów i skręcić przy tym nadgarstek. Na trzeźwo.

– Odciski na telefonie to dowód – powiedziała po chwili. – Ale nie wskazujący jednoznacznie, że Dżejdżej wyniósł ciało Diany.

– Możemy tak założyć.

– Okej, widzę, że nie odpuścisz – westchnęła. – Załóżmy więc, że Jurek wyniósł ciało Diany. Jaki miał motyw?

Na to pytanie Marcel nie miał odpowiedzi.

– Tak myślałam – rzekła. – Mnie do głowy przychodzi tylko jeden.

– Jaki?

– Że jest dewiantem seksualnym i zabrał zwłoki, żeby sobie poużywać.

Lekkość w głosie Rudnickiej sprawiła, że Wolskiemu przeszedł po plecach nieprzyjemny dreszcz.

– Motyw zdecydowanie naciągany – podsumowała. – Poczekajmy na wyniki DNA spermy z prześcieradła, chociaż przypuszczam, że potwierdzi się twoja teza, że sperma należy do Dżejdżeja.

Marcel chciał odpowiedzieć, ale do gabinetu weszła rudowłosa technik. Podparła się pod boki i zmarszczyła brwi.

– Ja haruję za troje, a wy kawkę sobie popijacie – powiedziała z udawaną złością, a potem uśmiechnęła się i podała Lenie teczkę. – Mam coś dla was.

– Co to jest? – spytała komisarz, rzucając teczkę na biurko. Nawet nie spojrzała na zawartość.

– Gdybyś zajrzała do środka, nie musiałabyś pytać.

– Super, ale wolę dowiedzieć się tego od ciebie i nie marnować czasu.

Liz rozłożyła ręce.

– Chłopaki sprawdzili komputer naszej samobójczyni – powiedziała. – Ostatnie wyszukiwania w Google to między innymi: śmierć przez powieszenie albo czas zgonu w przypadku powieszenia…

– Nic odkrywczego – przerwała jej komisarz. – Gdybym chciała się pohuśtać na sznurku, też poprosiłabym o radę wujka Google’a. Wolałabym się dobrze przygotować, żeby uniknąć sytuacji, że lina pęknie i wszystko pójdzie na marne.

– No tak. – Liz wyglądała na zaintrygowaną. – Znaleźliśmy też coś na kształt pamiętnika, w którym Diana robiła różne zapiski.

– Pamiętnika? – Lena zerknęła na teczkę.

– Wydrukowałam treść.

– Jest tu coś ciekawego?

– Zależy, czego oczekujesz.

Rudnicka ściągnęła gumkę i przekartkowała plik. Rozdzieliła połowę i podała Wolskiemu.

– Więc czeka nas fascynująca lektura – bąknęła.

Po wyjściu Liz policjanci skupili się na lekturze wspomnień dziewczyny. Posługiwała się prostym językiem, używała krótkich zdań i – co najważniejsze – datowała wpisy. Na wszelki wypadek technicy sprawdzili zgodność utworzenia dokumentu z datą napisaną przez Dianę, ale wszystkie okazały się prawidłowe.

 

Lena nie znalazła w tekście nic szczególnego. Dziewczyna pisała, co robiła danego dnia, dokąd poszła po szkole, że posprzeczały się z Roksaną Antolak, ale już następnego dnia się pogodziły. Opisywała pogodę, książki, jakie przeczytała, i programy, które oglądała danego dnia.

– Zobacz. – Marcel podał jedną z kartek. Lena przebiegła wzrokiem po tekście, marszcząc brwi.

Poznałam kogoś. Jest cudowny. Poznaliśmy się jak w filmie romantycznym. Padał deszcz, a on stał na przystanku z parasolką w ręku. Spytał, czy chciałabym się schować. Chciałam. O Boże, chciałam! Pachniał deszczem i wodą kolońską. Chciałabym wdychać ten zapach codziennie!

– Poznali się miesiąc temu – odczytała Lena.

Marcel podał jej następną kartkę.

Boję się. Internet nie jest bezpiecznym miejscem. Słowo pisane przetrwa tylko na kartkach papieru.

– To ostatni zapis – poinformował Wolski, składając dokumenty w jeden plik. Postukał nimi o blat i położył przed Leną.

– Słowo pisane przetrwa tylko na kartkach papieru – powtórzyła. – Więc przeniosła swoje rozważania na papier.

– Pisała pamiętnik.

– Którego nie znaleźliśmy w jej pokoju.

– Nic dziwnego. Jeśli zapisała w nim coś, co naprowadziłoby nas na porywacza zwłok, ten pewnie zabrał dziennik.

– Porywacza zwłok? – Uniosła brwi.

– Tak nazwały go media.

No tak, skwitowała w duchu, nie oglądała telewizji, więc mogła się jedynie domyślać, jaką burzę w opinii publicznej wywołała sprawa Diany Pulido. Niech mówią o sprawie nawet w CNN, byle nie przeszkadzali w prowadzeniu śledztwa.

Marcel wyjął telefon, wpisał hasło: „porywacz zwłok, łódź” i kliknął w pierwszy nagłówek.

– Policja do tej pory nie odnalazła zwłok nastolatki, która dokonała makabrycznego aktu samobójstwa, transmitując wszystko za pośrednictwem kanału YouTube – odczytał. – Porywacz zwłok wciąż na wolności. Rodzice dziewczyny proszą o pomoc każdego, kto dysponuje wiedzą, gdzie mogły zostać ukryte zwłoki ich córki. Gotowi są wyznaczyć nagrodę.

– Nagrodę? – prychnęła. – Pies im zaginął czy zwłoki córki?

Lena zaklęła pod nosem, wstała i zaparzyła kolejny kubek kawy.

– To najgłupsze, co mogli zrobić – oświadczyła, obserwując, jak napój powoli spływa do kubka. – Zaraz zaroi się od przypadkowych świadków, którzy będą dzwonić dzień i noc, próbując przekonać, że widzieli sprawcę, albo wiedzą, gdzie jest ciało Diany. Oczywiście ujawnią informację, dopiero gdy dostaną kasę. A policja ma obowiązek sprawdzić każdy trop. Ja pierdolę.

Marcel przygryzł wargę. Początkowo sądził, że obecność dziennikarzy może przynieść sprawie korzyść, ale może Lena miała rację?

– O cholera. – Przesunął palec po ekranie, kliknął w odpowiedni nagłówek, po czym pokazał ekran Lenie. – Organizują konferencję.

Wyrwała mu komórkę. Szybko odczytała treść artykułu, sięgnęła po swoją i podeszła do okna, przyciskając aparat do ucha.

Hanna Pulido odebrała natychmiast. Marcel przez kilka długich minut słuchał, jak Rudnicka próbuje przekonać matkę Diany do zmiany decyzji. Komisarz nie przebierała w słowach, ale najwyraźniej tamta wolała działać na własną rękę. Twierdziła, że musi coś zrobić, nie może bezczynnie siedzieć, a dziennikarze pomogą w odnalezieniu jej córki.

– Kurwa mać! – Rudnicka rzuciła telefon na biurko. Przejechał po blacie i spadł na ziemię. – O której ta konferencja?

– O dwudziestej.

– Do gry wkraczają pismaki. Słabo. Zaraz zacznie się wytykanie policji błędów, jałowe dyskusje w studiach telewizyjnych o tym, czego nie zrobili, a powinni zrobić policjanci prowadzący śledztwo.

– Nie mamy na to wpływu.

Wymamrotała pod nosem kilka soczystych przekleństw i schyliła się po dzwoniący telefon. Marcel obserwował twarz Leny. Z każdym słowem wypowiadanym przez rozmówcę po drugiej stronie wyglądała na coraz bardziej zaintrygowaną.

– Sprawdzili dom Dżejdżeja – poinformowała, gdy skończyła rozmowę. – Znaleziono sznur podobny do tego, na którym powiesiła się Diana.

– Bingo! – Marcel klasnął w dłonie. A więc jego teoria zaczyna się potwierdzać.

– I trochę fety.

– Czego?

– Amfetaminy.

– Dżejdżej handlował prochami?

– A co myślałeś?

Gdy na działkach powiedział, że ma z kimś kosę, nietrudno się było domyślić, że chłopak ma sporo za uszami. Rudnicka zakładała początkowo, że chodziło o trawkę, chociaż amfetamina też pasowała do Jerzego Jurka. Przypuszczała, że był jedynie pionkiem rozprowadzającym towar dla większego gracza. Ale dla niej nie miało to znaczenia. Gdyby od niej zależało, puściłaby chłopaka wolno i zapomniała o sprawie.

– Może podtykał dragi Dianie? – podsunął Marcel.

– Trzeba sprawdzić, czy jest czysty. Nie każdy diler ćpa. Ćpający dilerzy są dosyć ryzykowni, bo większość towaru sami wciągną. Nikt zdrowo myślący nie zatrudni ćpuna do rozprowadzania towaru.

– Nie chcę wiedzieć, skąd to wiesz.

– A ja nie chcę wiedzieć, że ty tego nie wiesz. Mieszkałam kiedyś na Bałutach – dodała, jakby to wszystko wyjaśniało.

Marcel wolał nie drążyć tematu.

– Jeśli znaleźli u niego sznur… – zaczął, ale nie zdążył dokończyć, bo do gabinetu zajrzał dyżurny.

– Lena, macie zgłoszenie – oznajmił. – Powiesiła się kolejna dziewczyna.

8

Dziewczynę znalazł przechodzień wyprowadzający na spacer nakrapianego wyżła. Spuścił psa ze smyczy, a ten pogalopował prosto pod rozłożyste drzewo, na którym huśtało się ciało nastolatki. Ratownicy zdążyli ściągnąć samobójczynię i podjąć próbę przywrócenia jej życia. Razem z ratownikami przyjechał najbliższy patrol policji, który wysłał wiadomość dyżurnemu z komendy przy Sienkiewicza, ten zaś powiadomił komisarz Rudnicką.

Gdy Lena dotarła na miejsce, przesłuchała mężczyznę z psem, po czym kazała ratownikom odsłonić ciało nastolatki. Marcel, nienawykły do oglądania zwłok, odwrócił głowę i się cofnął, ale Rudnicka popchnęła go do przodu. Burknęła, by wziął się w garść. Zawstydzony zmusił się, by spojrzeć dziewczynie w twarz. Wyglądała, jakby spała. Jakby ucięła sobie drzemkę. Wisielcza bruzda wywołana przez ucisk sznura szpeciła skórę na szyi. I to właśnie pasek ciemnej skóry przyciągnął uwagę komisarz. Przykucnęła nad ciałem i przygryzła wargę, mrużąc oczy. Marcel znał ten wzrok.

Przełknął gęstą ślinę i ponownie zerknął na leżącą dziewczynę. Szukał drobiazgu, który umknął jego uwadze, ale po chwili w gardle narosło coś, co za kilka sekund prawdopodobnie znalazłoby się na trawniku obok ciała. Odwrócił głowę.

– Wygląda na starszą od Diany – rzekła Lena. – Ale niewiele. Osiemnaście, maksymalnie dwadzieścia lat. Spójrz tutaj. – Wskazała na ślad wokół szyi. – To nie było jej pierwsze spotkanie ze sznurem.

Marcel oparł dłonie na kolanach, wstrzymując odruch wymiotny. W tym momencie wiele by dał, żeby zmienić zawód. Mógłby nabijać batoniki na kasie w sklepie, remontować mieszkania albo zatrudnić się w korporacji i całymi dniami przesiadywać przy biurku, wypełniając dokumenty. Wolałby robić wszystko, byleby tylko nie oglądać martwych nastolatek.

– Miała za sobą próbę samobójczą – ciągnęła. Wolski dopiero teraz zrozumiał, o czym mówi komisarz. Obok świeżej bruzdy widniała druga. Lekko wyblakła pręga, będąca pozostałością przeszłości. – Nieudaną, jak widać.

Podeszła do plecaka, założyła lateksowe rękawiczki, przejrzała zawartość i wyjęła dowód osobisty.

– Natalia Sztompke – przeczytała. – Dziewiętnaście lat. – Wyjęła zapisaną odręcznie kartkę i przebiegła wzrokiem tekst. – Przemówienie Diany.

– Naśladowczyni? – zapytał Marcel.

– Najprawdopodobniej.

– Zły znak – zawyrokował. – Jeśli dziewczyna, która publicznie popełniła samobójstwo, staje się idolką nastolatek, to źle wróży.

Jeśli Diana Pulido zapoczątkuję falę samobójstw w Polsce, istniało ryzyko, że śledztwo przejmie Komenda Główna, a na taki obrót spraw Lena nie mogła pozwolić. Nie odda śledztwa garniakom z Warszawy.

– Muszę mieć ten filmik – powiedziała. Wyciągnęła komórkę i wystukała krótką wiadomość. Marcel przypuszczał, że za kilka minut chłopaki z komendy prześlą komisarz nagranie samobójstwa Natalii Sztompke. Lena przeanalizuje go sekunda po sekundzie. Liczył, że nie będzie zmuszony oglądać filmu razem z nią.

– Kto wyłączył transmisję? – spytał.

– Mundurowy.

– Ale tym razem nadawała live z konta na Instagramie?

– Tak.

Diana wrzuciła film na YouTube’a.

– Czy ta różnica ma jakieś znaczenie? – zapytał.

– Nie wiem, może nie miała konta na YouTubie, więc wybrała Instagram – odparła. – Co nie zmienia faktu, że sprawa nabiera tempa i robi się coraz bardziej medialna.

Ratownicy medyczni zakryli ciało Natalii Sztompke i przenieśli ją do ambulansu. Marcel zadrżał na myśl, że najprawdopodobniej razem z Leną będą zmuszeni powiadomić rodzinę o śmierci córki.

– Mieszkała przy Pogranicznej – poinformowała Lena, jakby wiedziała, co zajmuje myśli sierżanta. Zmarszczyła czoło, a Wolski się uśmiechnął, bo o tym samym pomyśleli.

– Myślisz, że się znały?

Ulica Pograniczna dochodziła do Czechosłowackiej, która należała do osiedla Stoki. Diana mieszkała na Mileszkach, ale oba osiedla leżały na obrzeżach miasta i sąsiadowały ze sobą. Nie można więc wykluczyć, że dziewczyny miały ze sobą kontakt. To nie mógł być zbieg okoliczności.

– Z Czechosłowackiej na Mileszki jeździ autobus – odparła Lena, wyciągając dłoń w stronę Marcela. Podał jej paczkę westów. Zapaliła papierosa i dodała: – Teoretycznie to spora odległość, ale w gruncie rzeczy jazda autobusem trwa piętnaście minut. Stoki i Mileszki to specyficzne osiedla.

– Co masz na myśli?

– No spójrz. – Rozłożyła ręce. – Zawsze kiedy tu jestem, mam wrażenie, że dojechałam na koniec świata.

– Mnie się tu podoba. Miła odskocznia od miejskiego zgiełku.

Lena uniosła brwi, zaciągając się papierosem. Nie widziała nic interesującego w miejscu, którego główną atrakcją są podmokłe pola i łąki, a do najbliższego sklepu trzeba iść piętnaście minut piechotą.

– Nie dziwię się – odburknęła. – Akurat tutejszy klimat idealnie do ciebie pasuje.

Z papierosem w ustach podeszła do leżącego na ziemi telefonu dziewczyny. Przejrzała go, kręcąc z dezaprobatą głową.

– Nic tu nie ma – oświadczyła. – Oprócz nagrania filmu Diany. Ściągnęła go z netu i przerzuciła na telefon.

– Ciekawe, czy teraz ktoś ściągnie filmik Natalii Sztompke?

– I popełni samobójstwo?

– Mhm.

– Oby nie.

Lena nie miała zwyczaju przejmować się sprawami, które prowadziła. Gdyby podczas wielu lat pracy w policji zamartwiała się każdym trupem, jakiego przyszło jej znaleźć, pewnie już dawno rzuciłaby tę robotę. Jednak w sprawie odbierających sobie życie nastolatek było coś niepokojącego. Miały przed sobą przyszłość, a mimo to wybrały śmierć. Choć Lena nie przyznałaby się do tego Marcelowi, sprawa Diany i Natalii mocno ją poruszyła.

– Chodźmy – powiedziała. – Pojedziemy do rodziny Sztompke.

Marcel z ociąganiem wsiadł do samochodu. Zastanawiał się, jak zareagują rodzice Natalii Sztompke. Kim są? I kim była dziewiętnastolatka, która odebrała sobie życie?

Ulica Pograniczna okazała się wybrukowaną kocimi łbami alejką, po obu jej stronach ciągnęły się rzędy drzew. Marcel nigdy nie był w tej części miasta. Okolica wyglądała na spokojną, ale patrząc na pozabijane deskami okna i pordzewiałe ogrodzenia, nie miał czego żałować. Pomimo pięknej pogody i prażącego z nieba słońca panujący w tym miejscu klimat był nieco przytłaczający.

Natalia Sztompke mieszkała w wielorodzinnej kamienicy z czerwonej cegły. Kawałek zakurzonego podwórka, ogrodzenie z metalowej siatki i wątpliwej jakości brama. Policjanci stanęli przed głównymi drzwiami. Były otwarte na oścież. Z wnętrza ulatywała woń starych murów zmieszana z zapachem smażonego tłuszczu. Dźwięk obijanych talerzy i szczekanie psa.

– Może załapiemy się na obiad – mruknęła Rudnicka, wchodząc na ganek. Kiedy jeszcze pełniła służbę na ulicy, często odwiedzała podobne miejsca. Dałaby sobie rękę uciąć, że przynajmniej jedno mieszkanie tej kamienicy zajmuje degenerat, do którego miejscowy patrol zagląda co najmniej raz w tygodniu.

Odnaleźli właściwe mieszkanie. Drzwi uchyliła kobieta w średnim wieku. Z wnętrza buchnął zapach smażonych kotletów. Wpuściła funkcjonariuszy do środka, zaprowadziła ich do mikroskopijnej kuchni i usiadła po drugiej stronie stołu. Była zdezorientowana wizytą stróżów prawa. Roześmiane dziecięce głosy kazały sądzić, że rodzina nie ma pojęcia, co się stało z Natalią. Kobieta nie wiedziała, że jej dziecko nie żyje. Jedno z wielu, bo oprócz trzyletniego chłopczyka pałętającego się pod nogami w pokoju obok siedziały trzy dziewczynki, w podobnym wieku. Aldona Sztompke musiała rodzić rok po roku.

 

Chłopczyk owinął się wokół łydki matki i głośnym pojękiwaniem domagał się jedzenia. Podała mu butelkę i odesłała do sąsiedniego pokoju.

– Pani Sztompke, czy zastaliśmy pani męża? – zapytał Marcel.

– Nie, nie. Jest w pracy. – Jej oczy rozszerzyły się ze strachu. Przypominały dwa węgle wetknięte w oczodoły. – Coś z Bogdanem? Coś mu się stało? Miał wypadek? – Zakryła dłonią usta. – O Boże!

– Spokojnie – zaoponował. – Nie chodzi o pani męża.

– Nie?

Wolski zaczerpnął głęboki oddech, jakby miało mu to dodać odwagi. Bezskutecznie. Był bezradny. Nie potrafił wydusić słowa. Jak można powiedzieć matce, że jej córka parędziesiąt minut temu odebrała sobie życie? Odetchnął z ulgą, gdy wyręczyła go Rudnicka.

– Pani córka Natalia popełniła samobójstwo.

Aldona Sztompke zadrżała, jakby uderzył w nią podmuch zimnego powietrza. Po jej twarzy przemknął cień. Czoło przecięło kilka bruzd, a kąciki ust wyginały się w górę i w dół. Sens słów wypowiedzianych przez Lenę docierał do niej powoli. W końcu uśmiechnęła się, jakby komisarz opowiedziała dobry żart.

– Powiesiła się – dodała Rudnicka. Powinna dodać formułkę o obowiązkowej identyfikacji zwłok, ale w porę się powstrzymała.

– Powiesiła się?

Niedowierzanie, zwątpienie, nieufność – wszystkie te uczucia odmalowane na jednej twarzy. Twarzy matki, która dowiedziała się, że jej dziecko nie żyje.

– To niemożliwe – powiedziała kobieta. Nie płakała, jej oczy pozostały suche i puste. – Dlaczego?

Matka Natalii zada dzisiaj wiele pytań. Sobie, mężowi, nieżyjącej córce. Rudnicka mogła udzielić odpowiedzi na większość z nich, ale nie na zwykłe „dlaczego?”.

– Pani Sztompke – zaczęła. – Córka miała za sobą nieudaną próbę samobójczą, prawda?

– Tak. – Krótkie skinienie głową.

– Kiedy to się stało?

– Jakiś czas temu, nie pamiętam.

– Wie pani, dlaczego córka…

– Wymyślała jakieś niestworzone rzeczy – przerwała kobieta. – Mówiła, że nie wytrzyma dłużej z tym piętnem.

– Jakim piętnem?

– Nie powiedziała.

– Nie próbowała pani pytać?

– Próbowałam, ale jakbym rzucała grochem o ścianę.

Kolejne tajemnice. Niedobrze.

– Czy córka była pod opieką psychologa? – zapytał Marcel.

– Tak, chodziła do doktor Kryńskiej, do CKD.

Centralny Szpital Kliniczny na Pomorskiej.

– Rozumiem, że sytuacja jest dla pani trudna – mówił Wolski. – Ale w jakich okolicznościach Natalia próbowała odebrać sobie życie poprzednim razem?

– U nas, za komórkami… – Kobieta urwała, zakrywając dłonią usta. Z pokoju obok dobiegł radosny, dziecięcy śmiech.

– Czy mówi coś pani nazwisko Diany Pulido?

– To ta dziewczyna, która się powiesiła w internecie?

Wolski potwierdził.

– Słyszałam o niej w telewizji. Mieszkała niedaleko.

– Znała ją pani?

– Ja? Skąd? Dlaczego pan pyta?

– A pani córka znała Dianę?

Mięśnie na twarzy kobiety zastygły, jakby utraciła kontrolę nad własnym ciałem. Wykrzywiła usta w grymasie. Z jej oczu popłynęły łzy. Wstała, sięgając po rolkę papierowego ręcznika.

– Ja… – zaczęła. – Boże, powinnam się domyślić!

Lena spojrzała na Marcela.

– Oglądałyśmy wspólnie program informacyjny o Dianie – dodała, pociągając nosem. – Natalia mówiła, że Diana zrobiła coś niesamowitego. Kiedy zapytałam, dlaczego tak sądzi, odparła, że ona też marzy o śmierci, o której będzie mówiła cała Polska! Matko, powinnam się domyślić, że Natalia coś kombinuje! Już próbowała się zabić! Myślałam, że ma to za sobą! Zaczęła chodzić na kółko teatralne, uśmiechała się, była radosna! Jak mogłam być tak głupia?!

– Czy w ostatnich dniach Natalia inaczej się zachowywała? – spytał Marcel.

– Nie! Właśnie że nie! Sądziłam, że wszystko jest na dobrej drodze i wyszła z dołka! Podejrzewałam, że ma depresję, ale Natalia nie potwierdziła mojej diagnozy. Była pełnoletnia i zabroniła lekarzowi udzielać nam informacji!

– Miała jakąś przyjaciółkę, której mogłaby się zwierzyć?

– Nie. W ogóle nie miała koleżanek.

– Prowadziła pamiętnik?

– Nic o tym nie wiem.

– Jeśli znajdzie pani jej zapiski, proszę nas powiadomić.

Rudnicka wstała, włożyła ręce do kieszeni spodni i spojrzała w przybrudzone okno. Odkryła punkt styczny pomiędzy obiema dziewczynami.

I nie był to pamiętnik.

9

Damian Lewicki uprzątnął stos dokumentów z biurka i pogwizdując pod nosem, wsunął papiery do szuflady. Przekręcił kluczyk i umieścił w górnej kieszonce koszuli. Rozejrzał się, czy wszystko jest na swoim miejscu, i opuścił biuro.

– Panie Damianku, pan już wychodzi?

Posłał sprzątaczce uśmiech i postukał w tarczę zegarka.

– Dochodzi wpół do piątej – wyjaśnił. – Dzisiaj nie mam już zajęć.

– A pewnie. – Kobieta machnęła ręką. – Panu należy się odpoczynek jak żadnemu innemu!

Znów się uśmiechnął. Na pochwały najwygodniej było odpowiadać uśmiechem. Pani Grażynka zdecydowanie wyolbrzymiała sprawę. Uważała go za kogoś więcej niż za zwykłego wychowawcę z domu kultury. Próbował wytłumaczyć jej, że nie robi nic specjalnego, ale odkąd wziął pod swoje skrzydła grupkę autystycznych dzieci, pani Grażynka traktowała go jak bohatera. Niesłusznie, on po prostu robił to, co kochał. Pracował z dziećmi, pomagał im, starał się, by żyły normalnie.

– Panie Damianku, a jak dzieciaczki się sprawują? – zaszczebiotała sprzątaczka.

Potrząsnął głową, otrząsając się z zamyślenia.

– Nie jest łatwo – przyznał. – Ale w ich przypadku najlepiej sprawdza się metoda małych kroków. Takich dzieci nie można zmuszać. Najważniejsze, żeby same zapragnęły kontaktu z człowiekiem.

– Ma pan rację. – Poklepała go po ramieniu, po czym zniknęła we wnęce na końcu korytarza. Wróciła z plastikowym pudełeczkiem w ręku. – Upiekłam szarlotkę. Wiem, że pan lubi.

– Nie, naprawdę. – Uniósł dłonie. – Nie mogę tego przyjąć. Wystarczająco mnie pani rozpieszcza.

– Och, proszę. Chciałabym się panu odwdzięczyć. Tyle dobrego robi pan dla tych biednych dzieci.

Z rezygnacją opuścił ręce i przyjął pakunek.

– Dobrze, ale robię to tylko dlatego, że uwielbiam pani wypieki – powiedział. – Myślała pani nad otworzeniem własnej cukierni? Nie żartuję. Pani ciasta są przepyszne.

– Pan Lewicki? – Głos dobiegł od strony schodów. Damian obrócił się i zobaczył dwie postacie idące w jego kierunku. – Policja, Wydział Kryminalny.

– Słucham?

– Policja? – zdziwiła się pani Grażynka. – A w jakiej sprawie?

– Pan Lewicki? – powtórzyła kobieta.

– Tak, o co chodzi?

– Musimy porozmawiać.

Damian zmierzył policjantów wzrokiem. Zbyt dużo słyszał o przestępcach podszywających się pod stróżów prawa. Zazwyczaj dotyczyło to starszych osób, ale ostrożności nigdy za wiele.

– Proszę pokazać legitymację – zażądał stanowczym tonem.

Kobieta machnęła dokumentem w taki sposób, że nawet najwprawniejsze oko nie byłoby w stanie niczego dojrzeć. Damian nie miał tyle odwagi, by poprosić o okazanie dokumentów po raz drugi.

– Halo, halo! – zawołała sprzątaczka. – O co chodzi? Dlaczego nachodzicie pana Damiana? To porządny człowiek!

– Pani się nie wtrąca.

Sprzątaczka odchyliła głowę, jakby policjantka wymierzyła jej policzek. Chciała zaprotestować, ale Damian uspokoił ją, obejmując ramieniem.

– Spokojnie, panie Grażynko. Porozmawiam z państwem. Przecież to zwykła rozmowa, prawda? – Spojrzał na komisarz.

– Zobaczymy.

Otworzył biuro i zaprosił policjantów do środka.

– Przepraszam za bałagan – powiedział. – Zajmuję pokój razem z trzema koleżankami, więc trudno utrzymać porządek.

Lena rozejrzała się wokół. Cztery biurka, parę regałów i usychający kwiatek z pożółkłymi liśćmi. Na stole, przy którym usiadł Damian Lewicki, panował idealny porządek.

– O co chodzi? – spytał, marszcząc brwi.

Rudnicka usiadła naprzeciwko i przyjrzała się rozmówcy. Około czterdziestki, czarne włosy, ciemna oprawa oczu i zawadiacki uśmieszek na twarzy.

– Prowadzi pan kółko teatralne? – zapytał Marcel.

Inne książki tego autora