PorywTekst

Z serii: Lena Rudnicka #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Poryw
Poryw
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,95  53,56 
Poryw
Audio
Poryw
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
34,95  25,86 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Kinga Wójcik, 2020

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Reilika Landen/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8169-898-6

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Rozdział I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Oksykodon.

Dwadzieścia miligramów.

Przez chwilę przyglądała się dwóm okrągłym kuleczkom w zagłębieniu swojej dłoni. Poruszyła barkiem i poczuła, jak przez ramię przetacza się tabun ostrych igiełek. Syknęła z bólu i popiła tabletki wodą z kranu.

Wczorajszą nieostrożność okupi bólem głowy i kacem, ale świadomość, że mogła skończyć znacznie gorzej, dołowała ją jeszcze bardziej. Leki opioidowe i alkohol stanowią fatalne połączenie, a ona wtłoczyła wczoraj do swojego krwiobiegu iście wybuchową mieszankę, której ceną mogło być życie.

Wypłukała usta, by usunąć poalkoholową woń, oparła dłonie o umywalkę i spojrzała w zakurzone lustro. Przetarła taflę ręką, by ocenić swój stan. Rzadko piła alkohol, bo następnego dnia zawsze wyglądała koszmarnie. Ten poranek nie był wyjątkiem.

Proste włosy w kolorze orzecha włoskiego opadały bezładnie na ramiona, a niektóre pasma zbiły się w jedno, tworząc sztywne strąki. Grzywka na czole rozchyliła się na boki, odsłaniając piegi tuż przy górnej linii włosów. Intensywnie zielone źrenice otaczały cienkie, czerwone żyłki, a resztki tuszu do rzęs oprószyły zapuchnięte oczy. Według zapewnień producenta wodoodporna mascara powinna trzymać dwadzieścia cztery godziny, jednak makijaż nie poradził sobie z intensywną nocą. Kolejny dowód na oszustwo wobec naiwnych konsumentów, pomyślała i przejechała dłonią po suchej skórze. Czuła, jak pot zmieszany z alkoholem wydostaje się przez pory. Wyglądała, jakby przebiegło po niej stado rozjuszonych byków.

I tak się czuła. Każdy, nawet najmniejszy mięsień dawał o sobie znać. Rozprostowała kark i rozluźniła ramiona. Mięśnie pleców zapiekły, jakby odbyła wczoraj intensywny trening. Dwa lata temu zakochała się w kick-boxingu, ale dzisiaj dawne hobby wydawało się odległym wspomnieniem. Choć ciało nie było już tak sprawne i jędrne, udało się jej utrzymać sportową sylwetkę – na brzuchu nie było grama zbędnego tłuszczu, ale codzienne pochłanianie batoników sprawiło, że piersi się zaokrągliły. Nawet nie zauważyła, kiedy przestała prosić ekspedientki o najmniejszy rozmiar stanika w sklepie. Nigdy nie zostanie drugą Pamelą Anderson, ale przynajmniej w wieku trzydziestu pięciu lat nie musi zaopatrywać się w dziale dla nastolatek.

Otworzyła drzwi i wyszła na ciasny korytarz. Kawalerka stanowiła jedno pomieszczenie, łączące sypialnię z aneksem kuchennym, i miała nie więcej niż dwadzieścia pięć metrów. Szafki z okleiną pamiętały dobre, gierkowskie czasy, a pożółkła mikrofalówka i turystyczna kuchenka na prąd były jedynymi sprzętami w niedużej wnęce.

Tekturowe pudła ustawione w rzędzie sprawiały wrażenie, jakby właściciel wprowadził się dopiero wczoraj. Pod ścianą leżał wysoki materac i kilka kartonów, obok których stał stół z Ikei i podręczna wkrętarka. Nowy lokator nie zdążył złożyć wszystkich krzeseł, a i dwa ukończone wyglądały niezbyt solidnie.

Wnętrze mieszkanie prezentowało się surowo i nieco odpychająco. Białe ściany, proszące się o odmalowanie; duże okna, typowe dla lokali w starych kamienicach, i wysokie na ponad trzy metry sufity.

Ściągnęła z krzesła czarną marynarkę i sprawdziła kieszenie, czy podczas nocnej zabawy przypadkiem czegoś nie zgubiła. Nie miała w zwyczaju nosić torebki, więc wszystkie potrzebne rzeczy upychała w kieszeni razem z telefonem, a kartę płatniczą wsuwała do etui policyjnej legitymacji.

Na szczęście wszystko było na swoim miejscu, zarzuciła więc marynarkę na ramiona, wsunęła stopy w buty i ostrożnie ominęła wyrwaną klepkę w podłodze, kierując się w stronę wyjścia. Mimowolnie się zatrzymała, by omieść pokój wzrokiem.

Mężczyzna spał na materacu, a jego szerokie, nieprzesadnie umięśnione plecy unosiły się w górę i w dół. Oddychał spokojnie, zapominając, że gości w swoim domu nieznajomą kobietę. Z łatwością mogłaby go okraść. Albo zabić. Gdyby starannie zatarła ślady, nikt nie powiązałby jej z morderstwem. Na klatce starej kamienicy nie wisiała żadna kamera, więc namierzenie ewentualnego sprawcy wiązałoby się ze sporymi trudnościami.

Poznali się wczoraj w irlandzkim pubie, w klimacie amerykańskiego baru o zapachu beczkowego piwa. Przy akompaniamencie granej na żywo muzyki i przy talerzu ze średnio wysmażonym stekiem można było zasmakować tradycyjnego guinnessa, co stanowiło miłą odskocznię od wielkomiejskiego nadęcia i wysoko zadartych głów, patrzących znad muli we francuskim winie.

Kiedy popijała ulubiony gin z tonikiem, podszedł do niej pewien mężczyzna. Oceniła go na nieco ponad dwadzieścia pięć lat, ale biorąc pod uwagę, że sama zbliżała się do magicznej liczby z czwórką z przodu, chłopak jawił się bardziej jako niedojrzały młodzieniec aniżeli pełnokrwisty mężczyzna, w jakich zazwyczaj gustowała. Jego zagubiony wzrok kazał sądzić, że szukał towarzystwa, niekoniecznie na jedną noc. Oboje jednak wlali w siebie wystarczająco dużo, by stracić kontrolę nad dalszym przebiegiem wydarzeń. Nie przypominała sobie, kiedy podjęli decyzję o zmianie lokalizacji na kawalerkę, ale wszystkie wcześniejsze obiekcje, łącznie z dzielącą ich różnicą wieku, ulotniły się w momencie, gdy zamknęli za sobą drzwi irlandzkiego pubu.

Seks był zaskakująco dobry. Wielokrotnie przekonała się, że technika u młodych zazwyczaj kuleje, ale widocznie wczorajszy egzemplarz posiadał wyjątkowy talent albo wybrał się na ekranizację Sztuki kochania Michaliny Wisłockiej i miał w tym względzie sporo do zaoferowania.

Przebłysk trzeźwości zakwitł nagle, kiedy przekroczyli próg mieszkania, jednak wyparował równie szybko, jak się pojawił. Liczące prawie siedemset tysięcy mieszkańców miasto nie było dziewięciomilionowym Londynem, ale i tak ryzyko kolejnego spotkania oscylowało wokół jednego procentu. Jeśli przyjdzie im się kiedyś spotkać, wybrnie z tej sytuacji tak jak zazwyczaj – uda, że nic nie pamięta.

Poza tym to ona była górą. Znała adres i personalia nocnej zdobyczy. Głupi dzieciak okazał się na tyle nierozsądny, że podał nie tylko prawdziwe imię i nazwisko, ale także opowiedział historię swojego niedługiego życia.

Po kilku latach mieszkania w Warszawie wrócił do rodzinnego miasta. Koledzy ze szkolnej ławy założyli rodziny lub rozjechali się do innych miejscowości, więc zwyczajnie szukał towarzystwa.

No cóż, pomyślała, niech szuka dalej. Żaden z niej materiał na przyjaciółkę. Funkcjonowanie w grupie zawsze przychodziło jej z trudem i nawet w podstawówce nie ufała nikomu na tyle, by nazywać go swoim przyjacielem. W tym aspekcie była zdecydowaną samotniczką, a jej introwertyczna natura kazała odcinać się od nierentownych relacji. Kontakty z drugą osobą opierały się na obopólnych korzyściach, a ona należała do osób, które zdecydowanie nie lubiły dzielić się swoimi przemyśleniami i uczuciami. Zresztą, kierowała się w życiu żelazną zasadą, której nigdy nie łamała – przelotne znajomości kończyły się rankiem, gdy zamykała za sobą drzwi cudzego mieszkania.

Kultura i zasady savoir-vivre’u nakazywały podziękować za miłą noc i możliwość noclegu, ale dobre wychowanie znajdowało się na ostatnim miejscu listy zasad obowiązujących po przelotnym seksie. Nie oglądając się za siebie, wyszła na zewnątrz.

Chłodne, marcowe powietrze rozwiało przetłuszczone włosy. Ściągnęła gumkę z nadgarstka i zebrała je w kok na czubku głowy, a następnie rozejrzała się wokół.

Ulica Piotrkowska właśnie budziła się do życia. Niegdyś główna arteria komunikacyjna miasta Łodzi, dzisiaj była swoistym centrum kultury i rozrywki. Ponadczterokilometrową promenadę zaliczano do najdłuższych alei handlowych w Europie. Dawniejszy łódzki bigiel, dziś pieszczotliwie nazywany Pietryną, stał się wizytówką miasta, wokół której wyrosły kolorowe puby, eleganckie restauracje i biznesowe kompleksy.

Przyklejone do siebie niczym syjamskie bliźniaki dziewiętnastowieczne kamienice otaczały deptak z obu stron, hipnotyzując przechodniów niekwestionowanym wdziękiem. Zdawały się żywe, jakby tłoczyły tlen, którym oddychali mieszkańcy. Wielkie, miejskie płuca z finezyjnymi ślimakami na murach przyciągały uwagę, jak gdyby próbowały za wszelką cenę udowodnić swoją wartość. Było w nich coś magicznego, co sprawiało, że albo ktoś zakocha się w tym mieście od pierwszego wejrzenia, albo je znienawidzi i nigdy więcej nie postawi stopy na łódzkich nizinach.

Ruszyła wzdłuż Piotrkowskiej i skierowała się w stronę pasażu Rubinsteina. Przeszła aleją Gwiazd, ominęła mosiężne figury wmurowane w chodnikowe płyty i poszukała wzrokiem taksówki. Zacisnęła usta, bo jak na złość nie wypatrzyła żadnego wolnego kierowcy. Zaklęła pod nosem i przystanęła w półkroku, zastanawiając się nad porannym spacerem do domu.

Właściciele kawiarni przygotowywali się do otworzenia lokali dla gości, a do sklepu obok podjechała dostawa świeżego pieczywa. Korpulentny kierowca wysunął tacę z podpieczonymi bochnami chleba i wniósł ją dostojnie, jakby wypieki stanowiły strawę dla samej królowej angielskiej. Kilkoro ludzi, ziewając, spacerowało z psami wzdłuż chodnika. Biały, kudłaty piesek, przypominający wyrośniętą świnkę morską, spojrzał w jej stronę i popędził przed siebie. Zatrzymał się dopiero, kiedy automatyczna smycz szarpnęła wątły korpus do tyłu. Kudłacz rzucił zaspanemu właścicielowi pełne wyrzutu spojrzenie i z nosem przy ziemi podreptał w stronę ulicznego kosza.

 

Przeszła przez jezdnię i dostrzegła w oddali starego mercedesa z napisem „Taxi”. Kierowca dusił silnik, dociskając pedał gazu, uchylił okno i spojrzał pytająco.

– Wolny pan? – zapytała.

Mężczyzna gestem zaprosił do środka.

– Dokąd jedziemy?

Odwrócił się, a jego długi kucyk srebrnych włosów przeciął powietrze, rozsiewając, i tak już mocno wyczuwalny, zapach samochodowego odświeżacza. Zielona beczułka huśtała się przy lusterku, uwalniając cukierkową woń.

– Na Tymienieckiego, do Scheiblera – powiedziała, przełykając ślinę. Przesadnie słodki bukiet poruszył w nozdrzach strunę, która sprawiła, że momentalnie ją zemdliło. – Byle szybko – dodała.

– Proszę pani, gwarantuję, że szybko można robić wiele rzeczy, ale na pewno nie przebijać się przez poranne korki – odparł kierowca, pocierając drugi podbródek.

Wycofał samochód. Autem zabujało, a jej do gardła podeszła żółć, zostawiając w przełyku kwaśny posmak.

– Do pracy na pierwszą zmianę? – spytał.

– A która godzina?

– Po szóstej trzydzieści.

– To jeszcze nie skończyłam poprzedniej zmiany.

Kierowca cmoknął przeciągle, spoglądając w lusterko.

– A szef wie, że pani się urwała? – zapytał. – Pracuje pani w hotelu? Moja żona też jest pokojówką. Jak koleżanka przyjdzie wcześniej, to czasem uda się jej wyjść przed czasem.

Dlaczego akurat pokojówką? pomyślała, a taksówkarz jakby odczytał jej myśli.

– O tej porze często rozwożę pracownice hoteli, bo kończą nocne zmiany po szóstej. Chociaż pani na pokojówkę nie wygląda, bardziej na menedżerkę, ale jak to mówią – nie wolno oceniać książki po okładce, nieprawdaż?

Zerknęła na swoje luźne dżinsy i zaplamiony ginem biały podkoszulek. Ciekawe, odkąd menedżerki z samego rana śmierdzą procentami?

– Dzisiaj w pogodzie zapowiadali deszcz – ciągnął kierowca. – A pani zobaczy, jakie słońce od rana!

Westchnęła z irytacją. Taksówkarzy łączyła jedna, specyficzna cecha – męczące gawędziarstwo. Jakby zabawianie pasażera rozmową wpisywano im jako główny punkt umowy o pracę, o który dbali ze szczególną pasją. Nie spotkała jeszcze kierowcy, który nie zagadywałby jej choćby na tematy aury. W momencie trzaśnięcia drzwiami każdy z nich rozpoczynał niezobowiązujący small talk, który przy poalkoholowym bólu głowy okazywał się nie do zniesienia.

Wjechali w aleję Piłsudskiego. W wysokich biurowcach dzień już dawno się zaczął. Ważniacy w garniturach wysiadali z czarnych audi i pospiesznym krokiem pokonywali ostatnie metry dzielące ich od korporacyjnego świata.

Duży SUV wyprzedził mercedesa, ale nie zdążył umknąć przed zmianą świateł. Taksówkarz zatrzymał się tuż za nim. Nieopodal, na mieniącym się kolorami tęczy centralnym przystanku przesiadkowym, tłoczyło się kilka osób. Starsza pani przebierała nogami, ściskając w rękach torbę na zakupy. Zapewne jechała na rynek. Starsi ludzie z upodobaniem załatwiali sprawunki w porze największego ruchu, jak gdyby wszyscy naraz postanowili zapełniać i tak już zatłoczone tramwaje. Nastąpiła sprawna wymiana pasażerska. Z niskopodłogowego pojazdu wyskoczyła grupka podróżnych, a ich miejsce zajęli kolejni.

Taksówka ruszyła i po niespełna dziesięciu minutach skręciła w osiedle Księży Młyn. Samochód jechał powoli wybrukowaną kocimi łbami uliczką. Stare przędzalnie Karola Scheiblera zamajaczyły w oddali. Czas w tym miejscu się zatrzymał. Ceglaste mury nie zdawały sobie sprawy, że ciężkie maszyny do produkcji bawełny zastąpiono eleganckimi loftami.

Dawne robotnicze osiedle, założone w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, skrywało w sobie wiele tajemnic. Rodowici mieszkańcy Księżego Młyna mówili o nim: miasto w mieście. I rzeczywiście dawne budynki przemysłowe tworzyły wielki kompleks założony przez przedsiębiorcę niemieckiego pochodzenia – Karola Scheiblera. Na przełomie wieków słynny fabrykant, wiodący prym na bawełnianym rynku Królestwa Polskiego, otworzył pierwszą w pełni zmechanizowaną przędzalnię. Teren wokół fabryki się rozrastał, a dziś w miejsce dawnego imperium wyrosły drogie apartamenty.

Gdy człowiek przechadzał się pośród starych budynków, zdawało mu się, że zaraz usłyszy stukot końskich kopyt, że zza rogu wyjedzie wóz po brzegi wypełniony słomą, zza drzew wyłonią się kończący zmianę robotnicy i uchylą kaszkietu, kłaniając się każdej mijanej damie. Klimat ponadstupięćdziesięcioletnich budynków pozostał żywy nie tylko w pamięci mieszkańców. Wydawało się, że unosi się nad głowami łodzian i przypomina o świetnej przeszłości.

Przechodząc przez żelazną bramę, ukłoniła się rosłemu ochroniarzowi. Odpowiedział skinieniem głowy, któremu towarzyszył szeroki uśmiech. Od incydentu z bronią emerytowany policjant traktował ją ze szczególnym szacunkiem. Kilka miesięcy temu zobaczył zwisającą przy spodniach kaburę ze służbowym glockiem i podjął brutalną próbę aresztowania potencjalnej przestępczyni. Legitymacja policyjna skutecznie pohamowała zapędy ochroniarza, który najpierw zmierzył się z umiejętnościami policjantki, nabytymi podczas treningów kick-boxingu.

Przystanęła i spojrzała w kierunku schodów, ale zniechęciła ją wizja wspinaczki. Skapitulowała, przywołała windę i jednocześnie definitywnie rozstała się z noworocznym postanowieniem o zwiększeniu aktywności fizycznej.

Pchnęła dwuskrzydłowe drzwi i weszła do mieszkania. Uśmiechnęła się w duchu. W porównaniu z lichą kawalerką wielki apartament uderzał przepychem, ale pomimo tej okazałości nie czuła się tutaj jak w domu. Wręcz przeciwnie, czasem miała wrażenie, że jest tu jedynie gościem, który wpada na chwilę, w przelocie pomiędzy kolejnymi punktami w życiu.

Wzięła długi, gorący prysznic; nabalsamowała suchą skórę i spryskała się eleganckimi i drogimi perfumami. Gdyby była koneserką kosztownych przyjemności, pewnie zachwyciłaby się mocną, orientalną nutą. Nie przywiązywała jednak do tego wagi, ponieważ cel zabiegu był inny – musiała pozbyć się zapachu innego mężczyzny. Wysuszyła włosy, doprowadziła się do stanu względnej używalności, bo jak mawiała jej babcia – nieważne, jak kobieta się czuje, ważne, jak wygląda. Szybko stwierdziła, że podkład nie sprostał zadaniu. Cienie pod oczami przebijały przez beżowy fluid, a pomoc lekkiego pudru też okazała się daremna. Przyjrzała się sobie w lustrze i wzruszyła ramionami. Trudno. Ludzie, którzy zawsze wyglądają perfekcyjnie, nie istnieją. Oczywiście, oprócz modelek na rozkładówkach czasopism. One zawsze prezentują najwyższą formę.

Wyszła na korytarz i przeszła boso po zimnej, marmurowej posadzce, starając się nie patrzeć na obrazy wiszące na ścianach. Dla niej były zwykłymi bohomazami, które ludzie szumnie nazywają sztuką. Trzy czarne plamy poprzecinane czerwonymi kreskami, za które nie dałaby nawet złotówki.

Królewski styl, w jakim zostało urządzone mieszkanie, nagle wydał się jej odpychający. Nie przepadała za łączeniem klasyki z nowoczesnością, tyle tylko że jej zdanie straciło znaczenie, kiedy próg apartamentu przestąpił architekt wnętrz. Ona urządziłaby pomieszczenia bardziej przytulnie. Dla niej liczył się nastrój tworzony przez odpowiednie oświetlenie i miłe drobiazgi, ale w tym wypadku główną rolę odgrywała cena i wystawność. Zgodziła się na przedstawione propozycje i nie marudziła, gdy firma meblarska wnosiła tapicerowane fotele rodem z brytyjskich seriali o majętnych lordach. Przecież i tak była w domu tylko gościem.

– Dzień dobry, kochanie.

Spojrzała na męża. Siedział przy stole i sączył espresso z mikroskopijnej filiżanki. Przez te wszystkie wspólne lata wciąż zastanawiała się, jak można pić kawę z tak małego naczynia. Ona preferowała duże kubki, najlepiej wielkości porządnego wiadra, a to idiotyczne espresso wypiłaby jednym łykiem.

– Cześć.

– Znowu zostałaś w pracy na noc – powiedział, rysując palcem po tablecie. – Rozmawialiśmy na ten temat, a ty ciągle się przepracowujesz. – Zmarszczył czoło i zawiesił palec w powietrzu, przebiegając wzrokiem po tekście. Po kilku sekundach poprawił splot jedwabnego krawata i zerknął na żonę. – Lena, mówię poważnie. Powinnaś się oszczędzać.

– Byłeś u fryzjera?

– Wczoraj, ale chyba coś źle przyciął – stwierdził, dotykając wygolonych boków. Na jego skroniach pojawiła się już pierwsza siwizna, ale nadal miał urokliwy błysk w oku. Kiedyś podsłuchała, jak pewna kobieta nazwała go szpakowatym mężczyzną, i uznała, że to określenie idealnie pasuje do jej męża.

– Mnie się podoba.

– Nie zmieniaj tematu, Lena. – Westchnął. – Odpuść, bo nie każda sprawa potrzebuje twojej osobistej interwencji.

– Krzysztof, proszę cię.

Uśmiechnął się. Żona była pracoholiczką i choć miał nadzieję, że sytuacja sprzed sześciu miesięcy zmieni jej nastawienie, ona wciąż harowała za troje. Musiał się z tym pogodzić.

– Czas na wiadomości? – spytał.

– Dawaj.

– Więc tak: premier przyznał nagrody swoim ministrom. Wzbudziło to wiele kontrowersji. – Zastanowił się. – Wiesz w ogóle, że mamy nowy rząd?

– Obiło mi się o uszy.

– No więc przyznał te nagrody. Dość wysokie, po kilkadziesiąt tysięcy.

– Nuda. Dalej.

– Zawaliła się kamienica w Poznaniu. Kilka ofiar śmiertelnych, prawdopodobnie wybuch gazu. Rozdali też Oscary, ale polski film niestety przepadł.

– Nie wiedziałam, że dostał nominację. Dalej.

– Polscy lekkoatleci zdobyli kilka medali na mistrzostwach.

– To dobra nowina – skwitowała, nalewając do kubka solidną porcję czarnej kawy. Spojrzała tęsknie w stronę lodówki, ale wciąż czuła posmak trawionego ginu, więc wolała nie ryzykować.

– Na dzisiaj to tyle – powiedział Krzysztof. – Nic więcej się nie wydarzyło.

– Co tak słabo?

Zamknął tablet w skórzanym etui, odłożył na blat i pociągnął łyk espresso.

– Wiem, że wolałabyś strzelaninę w Stanach albo krwawe jatki, ale na szczęście nie codziennie dochodzi do bestialskich morderstw.

Uśmiechnął się na wspomnienie poranka, kiedy czytał żonie relację ze strzelaniny w amerykańskiej szkole. Interesowały ją wyłącznie sprawy kryminalne. Do sportowych ani politycznych newsów nie przywiązywała wagi.

Przegląd informacji z kraju i ze świata stanowił ich mały rytuał. Krzysztof każdego ranka pełnił rolę prywatnego prezentera wiadomości. Oglądanie telewizji Lena uważała za stratę czasu, radia nie słuchała, nigdy nie widział jej z powieścią czy gazetą w ręku. Czasem zdawało mu się, że czytała wyłącznie akta prowadzonej aktualnie sprawy, ewentualnie wielotomowe pozycje naukowe.

– Podobno co pięć sekund na świecie umiera dziewięcioro ludzi – rzuciła. – Wyobrażasz to sobie?

– Skarbie, nie przy śniadaniu.

– Przecież nie jesz śniadania.

– Piję kawę.

– Sączysz – odparła, przewracając oczami.

Wsunął palec wskazujący w małe uszko ceramicznej filiżanki i upił łyk.

– Zbieram się do pracy – powiedział po chwili, odkładając filiżankę do zmywarki. Opłukał dłonie, wytarł w czystą ściereczkę, którą ponownie złożył w kostkę i umieścił na szczycie wieży ze śnieżnobiałych szmatek.

– Podrzucisz mnie? – zapytała.

– Nie wzięłaś samochodu?

Wzruszyła ramionami, przeszła na korytarz, wsunęła stopy w czarne trapery i owinęła szyję kraciastym szalikiem.

– Chyba nie piłaś? – spytał, a jego niebieskie tęczówki zwęziły się nieufnie.

– Nie jestem idiotką.

– Dlaczego więc nie wróciłaś samochodem?

– Przyjechałam taksówką.

Nie była to odpowiedź na pytanie, ale na szczęście Krzysztofa zadowoliło zdawkowe wytłumaczenie.

– Wszystko w porządku?

– Tak, nie przejmuj się – odparła, patrząc mężowi prosto w oczy.

Objął ją ramieniem i delikatnie pocałował w czoło.

– Martwię się o ciebie, bo cię kocham.

Nie odpowiedziała.