Pięć butelek sherry i bukiet różTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pięć butelek sherry i bukiet róż
Pięć butelek sherry i bukiet róż
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Pięć butelek sherry i bukiet róż
Audio
Pięć butelek sherry i bukiet róż
Audiobook
Czyta Robert Michalak
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Mówił pan coś? — odezwała się zza drzwi.

— Tak. To znaczy, nie — jąkałem.

Nie mogę jej tak przecież trzymać na zewnątrz. Zaraz...

— Pani Berkley! — krzyknąłem. — Jest pani tam jeszcze?

Nie wypadło to zbyt grzecznie.

— A skąd pan wie, jak się nazywam?

— Patrick mi powiedział. Proszę pani, zrobimy tak: otworzę drzwi, pani policzy do piętnastu i wejdzie. Ale nie wcześniej, na miłość boską! Ja tymczasem przejdę do pokoju i ubiorę się. Proszę wejść do salonu i czuć się jak u siebie w domu. Zgoda?

— Dobrze. Zaczynam — rzekła z udaną powagą.

Kiedy wchodziłem do salonu, pani Berkley siedziała na podłodze i bawiła się z Tiną. Wyraźnie chciała powstrzymać uśmiech, ale bezskutecznie.

— No proszę, zupełnie inaczej pan wygląda. Czy zawsze pan tak wita swoich gości? — zapytała.

— Mam nadzieję, że pierwszy i ostatni raz. Jeszcze raz przepraszam za... — Brakło mi słów.

Poczęstowałem ją kawą, pogawędziliśmy chwilę. Opowiedziałem jej o moim wczorajszym spotkaniu z panną Mason, o Patricku, o Tinie. Ona z kolei mówiła o swoim nowym domu. Odniosłem wrażenie, że nie zna jego historii. Okazało się, że przedtem mieszkała razem z mężem i kuzynką przy Kensington i już od dawna marzyła o przeprowadzce.

Po pół godzinie pożegnaliśmy się. Gdy była już przy drzwiach, na jej twarzy pojawił się znany mi już szelmowski uśmiech. Poczułem, że znowu coś jest nie tak. I słusznie.

— Dość oryginalny pomysł — zaczęła — tylko kolory dobrałabym inaczej. Nie lubię takich jaskrawych połączeń.

Patrzyła na moje nogi. Poszedłem za jej wzrokiem. Na lewej nodze miałem skarpetkę żółtą, a na prawej niebieską.

Patrick wrócił koło dwunastej. Gdy mu opowiedziałem o wydarzeniach tego poranka, niemalże popłakał się ze śmiechu.

— I mówisz, że, panie, nawet spodenek na sobie nie miałeś! — ryczał ocierając oczy.

— Ciekawe, czy byś się tak samo śmiał, gdyby to ciebie spotkało.

— Jeszcze głośniej, proszę ciebie, w takich sytuacjach tylko poczucie humoru może nas uratować.

Po obiedzie przyszedł do nas pan Brown. Był bardzo zdenerwowany. Jego córka, Nancy, przeżyła nieprzyjemną przygodę. Okazało się, że gdy wracała wczoraj do domu od koleżanki, jakiś mężczyzna wyrwał jej torebkę z ręki, popchnął ją mocno, tak że upadła i skręciła sobie nogę. Usiłowała wezwać pomocy, ale pora była późna, ulica pusta i zanim ktokolwiek się zjawił, złodziej przepadł bez śladu.

Zapytałem, czy zawiadomił policję, i nie zdziwiłem się specjalnie, gdy powiedział, że dzwonił do nich, lecz nie potrafili mu pomóc. Nic nowego. Podobne napady zdarzają się codziennie, a schwytanie sprawcy nie jest rzeczą prostą. Obiecałem, że wpadnę do niego wieczorem obejrzeć nogę Nancy.

* * *

Zbliżały się urodziny Patricka. Już od tygodnia zastanawiałem się nad prezentem. Kompletnie nic nie przychodziło mi do głowy. W zeszłym roku dostał ode mnie całego Szekspira, dwa lata temu Conrada, więc teraz musiałem zdobyć się na bardziej oryginalny pomysł.

Przez tydzień jeździłem po mieście w poszukiwaniu prezentu, ale moje codzienne wyprawy nie dały żadnego efektu. Zdesperowany, wstąpiłem do najbliższej księgarni i kupiłem Dzieła wszystkie Agathy Christie.

Gdy wróciłem do domu, Patrick czekał na mnie w kuchni.

— Proszę ciebie, Jonathan, przygotowałem wspaniałe danie. Chciałem wypróbować przed przyjęciem. A ty będziesz, panie, pierwszym degustatorem.

Podsunął mi talerz. Nieufnie wziąłem widelec i spróbowałem.

— Znakomite. Co to jest, Patrick? — zapytałem ciekawie, bo istotnie potrawa bardzo mi smakowała.

— Jak mawiają Włosi, rozumiesz, frutti di mare. Takie żyjątka. Do tego sos, przyprawy i obowiązkowo czerwone wino — powiedział dumnie.

— Zaraz, zaraz, Patrick. Czy ty powiedziałeś „przed przyjęciem”? Przed jakim przyjęciem? — szukałem potwierdzenia moich domysłów.

— Przyjęciem urodzinowym na moją cześć, proszę ciebie, rozumiesz. Już wszystko zaplanowałem.

— Kogo chcesz zaprosić? — zapytałem ciekawie.

— Przede wszystkim ciebie, tego twojego profesora...

— Richardsa? — zdziwiłem się.

— Bardzo miły staruszek, panie. Kiedy był tu ostatnim razem, przegadałem z nim chyba pół godziny o historii starożytnej. Więc ciebie, Richardsa, Brownów, bo muszę nareszcie poznać narzeczonego Nancy, a poza tym — zawiesił głos — Berkleyów i pannę Mason.

— Przecież ich prawie nie znasz.

— No właśnie. Dlatego chcę ich zaprosić. A ty nie zapomnij się ubrać, rozumiesz, i nie zrób mi wstydu — dodał z uśmiechem.

— Kiedy planujesz tę uroczystość?

— W piątek, zaraz po urodzinach. Tak będzie chyba najlepiej. Dziś jest poniedziałek, ciebie już zaprosiłem, a do innych zadzwonię. Nie, zadzwonię tylko do Richardsa, a Berkleyów i Brownów zaproszę osobiście, panie. A ty? Przyjdziesz? — zażartował.

— Zastanowię się jeszcze. Chociaż muszę przyznać, że kusi mnie twoje frutti di mare. A w czwartek ja cię zapraszam na kolację do „Virginii”. Już zamówiłem stolik.

— Pamiętałeś? — Patrick powiedział to tonem, który równie dobrze mógł wyrażać zdziwienie i radość.

— Nie, ale zajrzałem do kalendarza...

Uśmiechnął się do mnie tak, jak tylko on potrafił, jednym ze swoich najserdeczniejszych, a przy tym najbardziej porozumiewawczych uśmiechów. Cieszyłem się, że mogę mu sprawić najdrobniejszą choćby przyjemność.

— No, panie, proszę ciebie, rozumiesz, pójdę teraz do Brownów, a później do Berkleyów. Wychodzisz gdzieś czy zostajesz w domu?

— Zostaję. Jeśli chcesz, mogę pójść z tobą i tak miałem dzisiaj zamiar odwiedzić Nancy.

Zarówno jedni, jak i drudzy sąsiedzi przyjęli zaproszenie Patricka nadzwyczaj chętnie. Nie sądzone nam było wprawdzie poznać męża pięknej sąsiadki, gdyż wyjechał do Walii, lecz obie panie obiecały, że odwiedzą nas w piątek. Mąż pani Berkley miał wrócić dopiero na początku następnego tygodnia, więc jak ona sama się wyraziła, gościć będzie u nas w charakterze „słomianej wdowy”. Teraz nie pozostawało nam już nic innego do zrobienia, jak tylko poczynić niezbędne przygotowania. Spadły one głównie na barki Patricka. Ja miałem przed sobą trudny tydzień w klinice.

We czwartek ledwo zdołałem wyrwać się na czas. Przyjechałem do domu, przebrałem się błyskawicznie i poszedłem na górę do Patricka. Czekał już. Wyglądał niezwykle wytwornie, ubrany w garnitur z alpaki, jasnopopielatą koszulę i krawat utrzymany w tej samej tonacji.

— Patrick! Piękny garnitur — powiedziałem z podziwem.— Nowy?

Nigdy przedtem nie widziałem go w tym stroju.

— Jest to, rozumiesz, prezent urodzinowy dla mnie.

— Prezent? Od kogo?

— Przysłał mi go dziś, panie, niejaki mecenas Senders.

— A ja odebrałem dziś paczkę do ciebie od jakiegoś Trencha — powiedziałem niedbale. — Gdzieś ją położyłem, zaraz, chyba na dole. Pójdę i przyniosę.

Wziąłem książki z pokoju i poszedłem z powrotem na górę. Wręczyłem mu prezent.

Przez chwilę mocował się ze sznurkiem, a kiedy nareszcie uporał się z solidnym opakowaniem, wykrzyknął:

— Naprawdę, Jonathan, proszę ciebie, rozumiesz, nie mogłeś mi sprawić większej przyjemności!

Tymi samymi słowami dziękował mi za Szekspira i Conrada...

— Ależ tak, posłuchaj — ciągnął dalej — postaram się rozwiązać sam wszystkie zagadki. Poirot Sendersowi niepotrzebny, rozumiesz. Część książek znam, panie, ale czytałem je tak dawno, że i tak już nic nie pamiętam. Inne tytuły widzę po raz pierwszy w życiu. No co, założysz się ze mną, że już w połowie każdej książki będę wiedział, kto zabił?

Wyciągnąłem rękę do zakładu. Patrick przeciął. Wtedy jeszcze nie sądziłem, że gest ten nabierze niebawem symbolicznego znaczenia.

Ponieważ kolacja w „ Virginii” była dość obficie zakrapiana alkoholem, wracaliśmy do domu na tęgim rauszu. Patrick intonował piosenki bardów średniowiecznych do skomponowanej naprędce przez siebie melodii.

Gdy skręcaliśmy już w naszą ulicę — szliśmy pieszo, bo przezornie nie wziąłem samochodu — zobaczyliśmy pannę Mason. Szła dość szybko, wyraźnie się spieszyła. Odruchowo spojrzałem na zegarek. Dochodziła dziesiąta.

— Dobry wieczór — powiedzieliśmy chórem.

Dopiero teraz nas dostrzegła.

— Dobry wieczór. O, widzę, że panowie już dzisiaj świętują.

Wyraźnie starała się zamaskować lekkie zaskoczenie spowodowane zapewne niespodziewanym spotkaniem. Uśmiechnęła się jednak tak wspaniale, że Patrick natychmiast przyklęknął przed nią, nie dbając o swój nowy garnitur.

Przypuszczam, że gdybym był w stanie mniej zakłóconej równowagi i nie trzymałbym się lekko jakiegoś drzewa, najprawdopodobniej przyłączyłbym się do mojego przyjaciela.

— Pani moja, ponawiam, ponawiam, ponawiam — zaczął enigmatycznie. — Ponawiam, proszę ciebie, rozumiesz, moje zaproszenie. Zaproszenie na urodziny, ale nie powiem które.

— Właśnie — udało mi się wtrącić i nic więcej jakoś nie przychodziło mi do głowy.

— Ależ panowie, z największą przyjemnością. Pamiętam i mam już nawet prezent dla pana mecenasa. Teraz widzę, że trafiłam w dziesiątkę. Do zobaczenia jutro.

Posłała nam całusa i odeszła szybkim krokiem.

— Wstań, Patrick, już jej nie ma.

Oderwałem się od drzewa i pomogłem mu się podnieść.

— A, rzeczywiście, panie, już jej nie ma. Ale odważna kobieta, rozumiesz. Żeby tak sama, nocą... Ona wie o napadzie na... Jak jej tam...

— Nancy...

— Nancy. Właśnie.

— Nie mam pojęcia. Chodźmy. Muszę zamówić stolik w „Virginii”.

— Ale my właśnie stamtąd wracamy, rozumiesz, Jonathan.

— Tym bardziej. Chodźmy — wybełkotałem.

 

W domu bawiłem się z Tiną w berka. Patrick sędziował i podobno wygrała Tina. Nie pamiętam.

Piątek w klinice miałem koszmarny. Wypiłem litr cocacoli z lodem. Trochę mi pomogło i gdyby nie nawał zajęć — zbliżała się sesja egzaminacyjna moich studentów — byłoby całkiem dobrze. Wyszedłem jednak dopiero o szóstej. Została mi godzina na dojazd do domu, umycie się i przebranie. Skończyłem zawiązywać krawat, gdy zaterkotał pierwszy dzwonek u drzwi.

Usłyszałem donośny głos Patricka. Zapraszał Richardsa do salonu. Wyszedłem z łazienki, aby powitać profesora. Patrick przygotowywał aperitif.

— Witam szanownego profesora. Jak się pan miewa? — zacząłem może niezbyt fortunnie, gdyż widzieliśmy się nie dalej, jak dwie godziny przedtem.

Na szczęście znowu ktoś zadzwonił. Zrobiło się lekkie zamieszanie, bo weszli Brownowie, Nancy i jej narzeczony, obładowani pakunkami. Pan Brown postawił na podłodze kosz kwiatów.

Profesor, jak przystało na wybitnego naukowca, był roztargniony i dopiero w tym momencie przypomniał sobie, że też ma prezent dla solenizanta. Pogrzebał w kieszeni i wyjął niewielkie, aksamitne pudełeczko. Patrick tymczasem oglądał prezenty od Brownów. Największy jego zachwyt wzbudził upominek od Nancy — sympatyczny, mały żółw. Na szyi miał wstążeczkę z napisem: „Wszystkiego najlepszego — życzy Baltazar”. Postawiony na podłodze zamknął się natychmiast w żółto-czarnej skorupie. Chyba zasnął.

Patrick ulokował gości, podał im drinki i otworzył pudełeczko profesora. Zawierało piękną zapalniczkę.

Właśnie chciał ją wypróbować, gdy przyszli nowi goście: panna Mason i pani Berkley, ale jakże zmieniona. Zamiast długich, czarnych loków miała gładką, niemalże chłopięcą fryzurę. Wyglądała równie ładnie, a nawet trochę młodziej. Obie podeszły do Patricka i wręczyły mu prezenty i kwiaty. Panna Mason przyniosła butelkę szampana i teraz zrozumiałem jej wczorajsze aluzje. Pani Berkley podała mu natomiast płytę z najnowszym wykonaniem Dziewiątej symfonii Beethovena.

Tina, zwabiona hałasem, przerwała drzemkę w kuchni i przybiegła do salonu.

— Masz kumpla, Tina, panie, tylko go nie zjedz, rozumiesz.

— On ma bardzo twardą skorupę. Na pewno nic mu nie zrobi — odezwał się narzeczony Nancy.

— Pan jest, proszę ciebie, biologiem? — zapytał Patrick.

— Nie, on się zajmuje chemią — wyręczyła chłopaka Nancy.

— Tak, ale traktuję chemię jako hobby. Chciałbym studiować matematykę. To prawdziwa królowa wszelkich nauk. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości — zakończył chłopak.

— Może i ma pan rację — wtrącił profesor Richards. — Każdy z nas kiedyś twierdził, że obrany kierunek studiów powinien być naszą gwiazdą przewodnią. Wielu jednak bardzo szybko zmienia zainteresowania. Gdy byłem młody, chciałem zostać archeologiem. Jak widać, niewiele mam teraz wspólnego z wykopaliskami. Oby pan wytrwał, młody człowieku, oby pan wytrwał.

Rozmowa potoczyła się dalej, a ja podszedłem do panny Mason.

— Chciałem panią przeprosić za nasze może zbyt swobodne zachowanie wczorajszego wieczoru. Wracaliśmy właśnie...

— Alice, nic mi nie mówiłaś, że spotkałaś pana doktora — usłyszałem głos pani Berkley, która niespodziewanie pojawiła się obok nas.

Panna Mason zmieszała się lekko, ale szybko pokryła konsternację uśmiechem.

— Mam swoje sekrety, Weroniko, jak każdy. Poza tym...

— Poza tym, chciała pani powiedzieć, spotkanie nie pozostawiło na pani najlepszego wrażenia. Nie mam szczęścia do obu pań. Najpierw pani...

— O, Weroniko, ty też nic mi nie opowiadałaś. Spotkałaś pana Trencha już przedtem?

Tak jak przypuszczałem, pani Berkley uśmiechnęła się do mnie.

— Widzi pani — zwróciłem się do panny Mason — mówiłem, że nie mam szczęścia do pań. Nasze spotkanie, to znaczy pani Berkley i moje, również nie było — szukałem słów — zbyt...

— Typowe — dokończyła za mnie pani Berkley i znowu się roześmiała.

Patrick zbliżył się do nas.

— Zapraszam na kolację, panie, proszę ciebie, nie wiem, czy wszystko udało mi się tak jak chciałem, ale proszę, panie zechcą spróbować.

— Popisowe danie Patricka — wyjaśniłem. — O ile dobrze pamiętam, frutti di mare.

— Naprawdę? — wykrzyknęła en tuzjastycznie pani Berkley. — Moja ulubiona potrawa! Jak przyrządza pan sos? zwróciła się do Patricka.

Wziął ją pod rękę i odeszli w stronę stołu, pochłonięci rozmową na tematy kulinarne.

Zostałem sam na sam z panną Mason.

— Proszę — zwrociłem się do niej. — Pani pozwoli do stołu.

Kolacja okazała się wyśmienita, a największą sensację wzbudził ogromny, piętrowy tort, który zamówiłem dla Patricka natychmiast potem, kiedy powiedział mi o przyjęciu.

Mój przyjaciel sam bawił się znakomicie i był naprawdę duszą towarzystwa. Przy stole opowiedział całą serię bardzo zabawnych anegdot, które słyszałem po raz pierwszy w życiu, przez cały czas prawił wszystkim paniom komplementy, zabawiał profesora rozmową na temat historii sztuki antycznej, panu Brownowi udzielił kilku porad ogrodniczych — jednym słowem, nikt nie mógł się nudzić ani przez chwilę.

Gdy skończyliśmy kolację, Patrick zaproponował kilka gier towarzyskich, a pomysł ten został skwapliwie przyjęty przez wszystkich. Graliśmy w dwadzieścia pytań, w „sytuacje”, w loteryjkę i w inteligencję. Potem Patrick, profesor Richards, pani Berkley i pani Brown zasiedli do brydża. Zabawiałem pozostałych gości rozmową i po pół godzinie poczułem się tak zmęczony, że musiałem wyjść do ogrodu, aby odetchnąć świeżym powietrzem.

Pogoda była w dalszym ciągu wspaniała, świecił księżyc, ale mnie wcale nie udzielił się ten romantyczny nastrój. Skręciłem za dom, gdzie Patrick już w ubiegłym roku postawił małą ławeczkę. Rozparłem się wygodnie i chciałem właśnie zapalić papierosa, gdy przy rogu werandy zamajaczyła niewyraźna postać. Rozpoznałem panią Berkley. Poczułem się trochę nieswojo, bo znowu przypomniało mi się nasze niefortunne spotkanie. Pocieszałem się, że nikogo poza nami w ogrodzie nie ma i ewentualne docinki ze strony pięknej sąsiadki pozostaną bez świadków.

Pani Berkley jednak nie wyglądała na rozbawioną. Usiadła obok mnie i powiedziała, że ma już dosyć brydża.

— Właściwie chciałam z panem porozmawiać, doktorze. Widzi pan, trochę mi głupio, ale... Widzi pan nie mam żadnych bliższych znajomych, a chodzi mi zwłaszcza o mężczyzn.

Zrobiło mi się niewyraźnie.

— Tak, chodzi mi o mężczyznę.

Spojrzała na mnie. Musiałem mieć idiotyczną minę, bo po raz któryś tego wieczora wybuchnęła śmiechem.

— O Boże, doktorze! Doprawdy nie miałam nic takiego na myśli!

— Nic jakiego? — wpadłem jej w słowo.

— No, jeden zero dla pana. Ale teraz poważnie. Jak pan zauważył, zmieniłam fryzurę. Mój mąż jeszcze nic o tym nie wie. Czy pan myśli, że będzie zły?

Wydawała się być szczerze zmartwiona.

— Ależ wygląda pani cudownie, prześlicznie — urwałem, bo chciałem, aby mój trochę może zbyt spontaniczny zachwyt nie został źle zrozumiany przez panią Berkley.

— Naprawdę pan tak uważa? Nie jestem już taka młoda i pomyślałam sobie, że taka fryzura...

— Bez przesady, nie ma pani więcej niż... niż dwadzieścia dwa lata.

— Miły pan jest — powiedziała z dziewczęcym prawie uśmiechem i przysiągłbym, że zarumieniła się lekko. — Dziesięć lat temu nie pomyliłby się pan nawet o miesiąc.

Milczeliśmy chwilę.

— Mam nadzieję, że nie wziął pan poważnie moich dowcipów. Czasami przesadzam, więc...

— Nie, skądże, trzeba przyznać, że ma pani wielkie poczucie humoru. Bardzo to cenne.

— Tylko dzięki temu jako tako się trzymam — stwierdziła poważnie.

— Jak to?

— Nie warto psuć sobie humoru. Lepiej wracajmy. Goście pana Sendersa gotowi są Bóg wie czego się domyślać.

Skierowaliśmy się wolno w kierunku domu. Prawdę mówiąc, wołałbym pozostać w ogrodzie, zwłaszcza w jej towarzystwie. Była znakomitym kompanem do rozmowy.

Wydawało mi się, że ona również nie pałała zbyt wielką chęcią powrotu. Szła bardzo wolno, wpatrzona w ziemię, zamyślona. Miałem ochotę ją zatrzymać, ale zabrakło mi może odwagi...

Milczeliśmy wciąż i w pewnym momencie poczułem się głupio. W duchu błogosławiłem jej propozycję.

— Już pana uwalniam, doktorze. Ulżyło?

Wpadła w swój charakterystyczny sposób bycia.

— Szczerze? — zapytałem i rzeczywiście byłem gotów dać szczerą odpowiedź.

— Tylko szczerze, doktorze.

— Dobrze. Więc rzeczywiście mi ulżyło. Od pewnego czasu trochę niezręcznie czuję się w towarzystwie kobiet. Może kiedyś pani wytłumaczę dlaczego. Niech pani siebie za to nie wini, proszę. Czy rozumie pani coś z tego, co powiedziałem?

— Myślę, że tak. Chyba tak.

Znów zapanowało milczenie.

— Zaproponuję coś panu. Proszę przyrzec, że spełni pan moją prośbę. Przyrzeka pan? — spytała nagle ze sztucznym ożywieniem.

— Zaryzykuję — odparłem.

— Zapraszam pana jutro na koniak. Umówimy się gdzieś w mieście. Zgoda? — zakończyła.

— Nastraszyła mnie pani. Myślałem, że rozkaże mi pani obrabować bank lub coś w podobnym stylu. Koniak? Z największą przyjemnością. Jestem na pani rozkazy. A prawdę mówiąc, sam miałem ochotę to pani zaproponować.

Przyjęcie zakończyło się o trzeciej nad ranem. Zaraz po naszej rozmowie pani Berkley i panna Mason wyszły. Reszta bawiła się za wszystkie czasy.

Następnego dnia była sobota i spałem do południa. Patrick również. Wstałem o pierwszej, umyłem się, wypiłem kawę. Przypomniało mi się spotkanie z panią Berkley. Usadowiłem się w salonie i wykręciłem numer jej telefonu.

Była w domu i zdaje się, że ją obudziłem. Umówiliśmy się na siódmą w „Adam & Eve”. Nie znałem tego lokalu, więc zaproponowałem, że pojedziemy tam razem, ale pani Berkley wolała spotkać się na miejscu. Przed naszym spotkaniem miała zamiar odwiedzić koleżankę i wprost od niej przyjechać do knajpki, która znajdowała się gdzieś w City. Obiecałem, że będę punktualnie, pożegnałem się i dokończyłem skromnego tego ranka śniadania.

Patrick zwlókł się z łóżka koło czwartej. Miał ciężkiego kaca i wyglądał okropnie. Jęczał przy każdym ruchu, a cichutki szmerek pazurów Tiny, delikatnie stąpającej po parkiecie salonu, doprowadzał go do szału. Nie jadł śniadania, wypił tylko kawę i nie miał już siły, by mi za nią podziękować. Posiedział chwilę w fotelu, gapiąc się bezmyślnie na Baltazara, a potem poszedł spać dalej. Znałem ten stan i serdecznie mu współczułem.

Obijałem się bez celu po całym domu udając, że robię porządki, w rezultacie czego powstał jeszcze większy bałagan. Zwłaszcza w moim gabinecie, gdzie przez trzy lata zebrały się tony papieru.

Punkt szósta wyjechałem do City. Zabrałem z sobą mapę i mniej więcej znałem już drogę. Za kwadrans siódma byłem na miejscu.

„Adam & Eve” okazał się bardzo przytulnym i drogim, jak przypuszczałem, barem. Rozglądałem się za wolnymi miejscami, gdy dostrzegł mnie kelner. Podszedł natychmiast i usadził w rogu salki, tuż przy szatni. Miejsce było niezbyt dobre.

O siódmej do lokalu weszła pani Berkley. Kelner, który mnie usadzał, uśmiechnął się na jej widok, powitał jak dobrą znajomą i wdał się w krótką rozmowę. Pani Berkley dostrzegła mnie, pomachała ręką, a kelner w ukłonie podszedł do mnie po raz wtóry.

— Bardzo szanownego pana przepraszam, ale nie wiedziałem, że pan doktor jest umówiony z panią — powiedział wskazując wzrokiem panią Berkley, która zniknęła w wytwornej loży przeznaczonej widocznie tylko dla specjalnych gości. — Pan pozwoli za mną — zakończył wciąż w ukłonie.

Proszę, proszę — pomyślałem. — Pani Berkley jest tu stałą bywalczynią. I kelner już mnie poznał... No, no.

— Witam pana, doktorze. Przepraszam, powinnam była uprzedzić, że mam tutaj lożę. Gapa ze mnie. Andreas — zwróciła się do kelnera czekającego dyskretnie na uboczu — zaczniemy od tego, co zawsze.

Zna szefa sali i zwraca się do niego po imieniu. Coraz lepiej.

— Tak jest, proszę pani. W tej chwili. Dwa razy?

— Tak, Andreas. Dwa razy. Robię wybór za pana — to było już do mnie.— Nie gniewa się pan? Ale raffignac jest wspaniały. Dziwi pana, że znam tutejsze specjalności... Bywałam tu kiedyś z mężem. Teraz czasami z przyjaciółmi, chociaż nie mam ich zbyt wielu.

Jak duch pojawił się Andreas. Postawił przed nami dwie duże kawy z gęstą śmietanką i dwa kieliszki. Na tacy, którą trzymał z wielką wprawą, ujrzałem wiklinowy koszyk, a w nim omszałą butelkę.

 

— Raffignac rocznik 1900. Według życzenia pani.

Postawił butelkę i znikł równie nagle, jak się pojawił.

Zgłupiałem zupełnie. Coraz ciekawiej, koniak, który gości tylko na królewskim stole, a i to bardzo rzadko.

— Zna się pan na koniakach? Kiedyś miałam takie hobby. A raffignac pochodzi z moich własnych kolekcji. Sądził pan, że go tu sprzedają?

Roześmiała się i twarz jej nabrała życia, nowych barw, oczy stały się większe i bardziej wyraziste.

— Milczy pan i pewnie czeka, co powiem. Nic z tego, mój panie. Pan mnie musi zabawiać. Napijemy się? Pana zdrowie. I za naszą znajomość.

Wypiliśmy po małym łyku. Koniak był znakomity. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek pił coś równie dobrego.

— Dlaczego mnie pani tu zaprosiła? Żeby napić się ze mną koniaku?

— A nawet jeżeli tak, czy nie odpowiada to panu?

— Nie, skądże. Wybaczy pani, nie miałem nic złego na myśli.

— Niech pan nie przeprasza, doktorze. Odpowiedź na pana pytanie jest prostsza, niż pan sądzi. Nie miałam ochoty na kolejny samotny wieczór. Nic ponadto.

— Samotny wieczór? Taka kobieta jak pani?

— Pan nie traktuje mnie poważnie.

— A powinienem? — zażartowałem.

— Pan sądzi, że jestem rozpieszczoną, rozkapryszoną kobietką, która sama nie wie, czego chce — stwierdziła raczej, niż zapytała.

— Przez myśl mi to nie przeszło.

Nie chciałem angażować się zbyt poważnie w tę rozmowę i dlatego celowo utrzymywałem ją w półżartobliwym tonie. Podświadomie wyczuwałem, że może ona przerodzić się w zwierzenia, których nie chciałem.

Siedzieliśmy długo, koniaku stopniowo ubywało i jak w podobnych przypadkach bywa, stopniowo zacierała się granica między rzeczywistością a ulotnym jedynie wrażeniem. Straciłem humor, pani Berkley również. Coraz częściej wkradał się w naszą rozmowę smutek, wspomnienia i łzy...

Pani Berkley wpadła jakby w swoisty trans, którego nie śmiałem przerwać. Mówiła wolno, spokojnie, lecz nietrudno było dostrzec, jak jest jej ciężko. Hamowała wzruszenie.

— ...bardzo się zmienił od czasu, kiedy był studentem. Tak... Napijemy się, doktorze. A przedtem? To była prawdziwa miłość, nigdy ani przedtem, ani potem tak nikogo nie kochałam. Josepha też nie. Joseph był wtedy pewnego rodzaju remedium. Zawsze dostępny, realny... No i wolny, młody, u progu kariery. Wiktor był inny. I żonaty. Wiedziałam, że choćby kochał mnie do końca życia, nigdy nie opuści żony i trzyletniego wówczas synka. Uważał, że powinien wywiązać się z podjętych wcześniej zobowiązań, nawet moim i swoim kosztem. Nie, nie oszukiwał mnie, nie był banalny ani stereotypowy, nie obiecywał rozwodu. Chciał, aby decyzje moje były świadome, aby nie opierały się na fałszywych podstawach. No cóż, Wiktor zginął w katastrofie lotniczej... Niech pan nie patrzy tak na mnie, doktorze. Wiem, że jestem straszny mazgaj. Tak... Po jego śmierci wpadłam w kompletną depresję. W dwa lata później pojawił się Joseph. On się strasznie zmienił, strasznie. Praca, praca, jeszcze raz praca. Ani dom, ani ja, ani Alice, nie istnieje nic. Same awantury, czy to między mną a nim, czy to między nim a Alice. Nie cierpi jej i nie mam pojęcia dlaczego. Jest jego kuzynką, jeszcze zanim ożenił się ze mną, prowadziła mu dom, nie ma oprócz nas nikogo. Zawsze mnie dziwiło, że nie wyszła za mąż. Jest tak atrakcyjną kobietą. Eh, same smutki... Nie ułożyło mi się jakoś. Brata też mam... Chyba mnie nienawidzi, a ja nie mam pojęcia za co. Ma na imię Rod, jest moim przyrodnim bratem. Z pierwszego małżeństwa matki. Zazdrościł mi spadku. Kilku funtów, trochę taniej biżuterii... Charakter zwariowany, chociaż teraz się ustatkował. Kiedyś o mało nie podpalił domu rodziców. Matka wysłała go do internatu i pewnie się obraził. Ale jest zdolny. Wykłada na uniwersytecie. Nie utrzymujemy ze sobą kontaktów. Ostatni raz widziałam go przypadkowo w kinie, a przedtem... chyba na swoim własnym ślubie... Cichy to był ślub, skromny... Było dosłownie parę osób... Alice, Rod, Grace, Steve... ach, pan ich nie zna. Grace jest bliską znajomą Josepha, poznali się na studiach i wiem, że on bardzo się nią kiedyś interesował. Czy powiedziałam „wiem”? Źle się wyraziłam. Joseph nigdy nie rozmawiał ze mną na ten temat, ale takie rzeczy łatwo wyczuć. Tak zwana kobieca intuicja. Nawet teraz... nie, zresztą nieważne. Bardzo lubię Grace. Mogę nawet powiedzieć, że zaprzyjaźniłyśmy się przez te lata. Często u nas bywa. Zdaje się, że wspomniałam też o Stevie? Jest wujem Josepha, to znaczy, dokładnie mówiąc, bratem jego ojca. Steve nigdy nie wybaczył Josephowi grzechów młodości. Twierdzi, że Joseph skrócił swemu ojcu życie o dobrych parę lat. A wuj był bardzo przywiązany do swego brata... Obaj nieskazitelnie wychowani, wykształceni, świetnie się rozumieli. A Joseph? On jako młody chłopak był takim samym utrapieniem dla wszystkich jak mój brat Rod. Karty, wyścigi, alkohol i dziewczyny... tak chyba można podsumować jego ówczesne zainteresowania. Matka Josepha, która już wtedy miała poważne kłopoty ze zdrowiem, płakała podobno całymi dniami, a ojciec zapadł na serce... Steve mi opowiadał... Żadne z jego rodziców nie doczekało dnia, w którym syn otrzymał dyplom uniwersytetu. Joseph studiował w Londynie. Gdy rozpoczął studia, wuj ani przez chwilę nie wierzył, że potrafi się na nich utrzymać. Ale mylił się. Joseph ustatkował się, choć przedtem niczyje interwencje nie odnosiły żadnego skutku. Wuja ignorował, ignoruje go zresztą do tej pory i mówi o nim per „ten zdziwaczały stary kawaler”. Nie ma racji. Steve jest bardzo interesującym człowiekiem. I wielkim erudytą. Z wykształcenia jest historykiem sztuki, ale więcej czasu poświęca towarzystwom biologicznym i akademiom niż muzeum, w którym pracuje ponad czterdzieści lat... Widzę, że nic pan z tego nie rozumie, doktorze. No, oczywiście, zapomniałam o najważniejszym. Wuj ma niesamowite hobby, niech pan sobie wyobrazi, że interesują go zwierzęta afrykańskie. Kiedyś kolekcjonował też broń, ale to było dawno i teraz cały swój wolny czas poświęca zwierzakom. Nie ma drugiego takiego maniaka w całym Królestwie, zapewniam pana, doktorze. Książki, filmy, fotografie, eksponaty, a nawet żywe okazy można zobaczyć dosłownie w każdym kącie jego mieszkania. Niektóre są takie śmieszne, naprawdę. Wuj może o nich mówić bez ustanku. Kiedyś na przykład chyba ponad godzinę opowiadał mi o jakiejś platannie, z taką miną, jakby to był co najmniej ósmy cud świata, a dopiero na końcu dowiedziałam się, że to najzwyklejsza w świecie żaba. Gdyby wuj mnie teraz usłyszał, obraziłby się na pewno. Tłumaczył mi, na czym polega różnica, ale ja już wszystko zapomniałam... Przepadam za wujem. Przypomina mi trochę pana Patricka, wie pan, doktorze?

Była już zupełnie spokojna i znowu się uśmiechała. Opowiadanie o wuju Stevie i jego zwierzętach wpłynęło na nią znakomicie. Widocznie rzeczywiście bardzo lubi tego człowieka — przemknęło mi przez myśl. Podejmę temat, może to całkowicie poprawi jej nastrój.

— Oby kiedyś była okazja, żeby mogli się poznać — odezwałem się po raz pierwszy od bardzo długiego już czasu. — Na pewno przypadną sobie do gustu. Patrick uwielbia tak zwanych „ciekawych” ludzi. Mówi, że tak rzadko ma okazję ich spotykać. Specjalnie zresztą często to powtarza, żeby mi dogryźć. Twierdzi, że świata nie widzę poza swoją kliniką, pacjentami, studentami i szpargałami, bo właśnie tak określa czasopisma i książki z literatury fachowej, które czytuję. Nie interesują go zupełnie takie problemy, jak na przykład przeszczepy czy neurochirurgia, bo mówi, że „co ma być, to i tak będzie i wszystko w rękach Boga, a nie takiego konowała jak ty, panie, proszę ciebie, rozumiesz”.

Widocznie potrafiłem go dobrze naśladować, bo pani Berkley roześmiała się wreszcie.

— Oczywiście nie mówi tego poważnie — ciągnąłem. — Bardzo szanuje moją pracę, a jeśli coś szczególnie mi się powiedzie, jest po prostu dumny ze mnie, choć za nic w świecie nie powie tego głośno. Potrafi jednak okazać to tak, że nie potrzeba żadnych słów. Przygotowuje, „tak bez okazji, panie, proszę ciebie”, specjalną kolację, a że gotuje znakomicie, sprawia tym sobie i mnie tylko przyjemność. Chodzi potem dumny jak paw, jest w kapitalnym humorze, podśpiewuje... Czasami jednak ma szatańskie pomysły.