palkiewicz.com

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
palkiewicz.com
palkiewicz.com
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 92,80  74,24 
palkiewicz.com
palkiewicz.com
Audiobook
Czyta Gracjan Kielar
49,90  36,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

O Autorze

Wstęp

Mój dziejowy mentor

Okrucieństwo aktu ostatecznego

Wenecja — duma dawnego splendoru

O krok przed innymi

Ponad podziałami partyjnymi

Wróg poprawności politycznej

Dobrodziejstwa złotej paizy

Mity i realia Jedwabnego Szlaku

Adrenalina w rękach Stwórcy

Reprezentacyjny salon Uzbekistanu

Przegrana z lobby mającym klucz do naszego losu

Syberia inaczej

Dagestański poeta

Mazury Cud Natury

Mój Szanghaj

Polskie ślady w Baku

Wyspa Robinsonów

Magnetyzm kolonialnych hoteli

Szkoła imienia Jacka Pałkiewicza

Kazachstan na skrzyżowaniu Europy i Azji

Kultura kulinarna

Cuda medycyny chińskiej

Miejska dżungla

W poszukiwaniu rosyjskiej duszy

Sentyment do Arsenału

Kryzys męskiej tożsamości

Drażliwa fama corridy

Tajfun na pływającej żelaznej trumnie

Zauroczenie płcią piękną

Ostatni raj na ponadczasowej Bali

Kara Bogaz Goł, szokująca kopalnia

O rodakach słów kilka

Michał Boym, ambasador chińskiego cesarza

Mapy kłamią

Podróż wczoraj i dzisiaj

Dotkliwa klęska

Świat wokół nas


Redakcja

Marta Stołowska

Korekta

slownebabki.pl

Copyright © by Jacek Pałkiewicz, 2020

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2020

Wszystkie wykorzystane fotografie pochodzą z archiwum Autora.

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Barbara i Przemysław Kida

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9759-9

Skad wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

O Autorze

Jacek Pałkiewicz podsumowujący życie? Jak to w ogóle możliwe, spyta każdy, kto zna biografię, a zwłaszcza osobę wybitnego dziennikarza, podróżnika, ambasadora Polski na wszystkich kontynentach. Przecież Jacek jest synonimem energii, kreatywności, przełamywania barier. Jego matecznikiem są nieustanny ruch, podążająca jego szlakiem przygoda i nieposkromione doświadczenie. Dlatego nie wierzę w deklaracje, że chce w tej książce podsumować swoje arcybogate życie. Chodzi zapewne o co innego, o zdjęcie na chwilę z jego twarzy wizerunku specjalisty od karkołomnych wypraw i odsłonięcie tej bardziej ukrytej, choć pewnie ważniejszej strony jego osobowości. Bo Pałkiewicz to nie tylko pogromca Atlantyku i Amazonki, lecz także ponad podziałami. Stroni od politycznych deklaracji, przyjaźni się z ludźmi po obu stronach granic bardzo skłóconych państw, ceni sobie międzyludzką solidarność i braterstwo. Czy jest w tym wszystkim naiwny? Tylko w takim stopniu, w jakim bywali naiwni wielcy podróżnicy i pisarze nawiązujący przyjaźnie w najtrudniejszych miejscach i czasach. To ścieżka Ernesta Hemingwaya i Fridtjofa Nansena, ścieżka Jacka Londona i Karen Blixen. To jest świat Jacka Pałkiewicza. Jedyny prawdziwy.

Bogusław Chrabota

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Niejeden Czytelnik zapyta, dlaczego książkę, będącą bilansem mojego życia, zatytułowałem www.palkiewicz.com. Tu są nie tylko podróże, lecz także moje spojrzenie na dzisiejszy świat, który wciąż sobie przyswajam. Szedłem zawsze z duchem czasów, by nie stracić poczucia realiów. Podróżowanie uczy, że wszyscy ludzie są równi, a ponadto, że wszyscy są różni. Właśnie skończyłem ponownie czytać Opisanie świata Marco Polo i uprzytomniłem sobie, że są także braćmi, nie do końca przejrzystymi.

Jako dziennikarz zaczynałem od pisania ręcznego. Wtedy wystarczyło mieć notes i długopis, potem przeszedłem na maszynę Olivetti Lettera 22, która wcześniej została uznana za „najlepszy produkt przemysłowy ostatnich stu lat”. Nieco później dużą wygodę stanowiła maszyna do pisania z taśmą magnetyczną, bo dawała możliwość dokonywania korekty tekstu czy dowolnego łączenia jego fragmentów, a ta ustąpiła z kolei miejsca komputerowi. Pół wieku temu podstawowym źródłem informacji w moim fachu były encyklopedie uniwersalne i specjalistyczne, informatory biograficzne, kompendia statystyczne czy słowniki językowe. Od lat 80. z powodzeniem korzystałem z wycinków prasowych w „Corriere della Sera”. To było największe włoskie archiwum redakcyjne, gdzie w teczkach skrupulatnie gromadzono wciąż aktualizowane materiały pochodzące nie tylko z włoskich publikacji. Z czasem ten nośnik informacji został wyparty przez internet, z którym dzisiaj nie sposób się rozstać.

Tytuł książki nawiązuje zatem do tych przemian, ale jest też zaproszeniem do zajrzenia na stronę www.palkiewicz.com, ilustrującą pasmo porywających doświadczeń w krajach zarówno Pierwszego, jak i Trzeciego Świata oraz atencję dla ginących kultur i zwyczajów, a także spotkania z ludźmi, których trudno zapomnieć.

Na dalszych kartkach książki snuję chłodne refleksje nad nieodwracalnymi zmianami w naszej kulturze, nad surowymi prawami dżungli, które zawładnęły współczesnym człowiekiem, i wreszcie nad życiowym bilansem oraz schyłkiem pewnej epoki. Większą część życia spędziłem we Włoszech, które stały się moim drugim domem. Cieszę się tam powszechnym szacunkiem, przy czym nigdy nie opuszczała mnie świadomość polskości. Z czasem udzieliło mi się poczucie europejskiej tożsamości. Żywiłem szacunek dla Europy, „soli Ziemi”, i bardzo na nią liczyłem. Nie taję jednak, że musiałem przymknąć oko na nieskrywany przez Europę zachodnią dystans, poczucie wyższości i przewagi cywilizacyjnej czy przynajmniej protekcjonalność względem dawnego obozu socjalistycznego. Tak było nie tylko kiedyś, dziś jest podobnie i, co muszę podkreślić, taka mieszanka supremacji i pobłażliwości, zwykle zarezerwowana dla imigrantów z Trzeciego Świata, wciąż gnieździ się w głowach zachodnich prominentów działających w strukturach Unii Europejskiej. Obecnie coraz częściej mówi się o końcu Europy, która szczególnie po wybuchu pandemii koronawirusa okazała swoją niewiarygodną słabość.

Na dziś, niezależnie od rozczarowania pogrążonym w chaosie i tkwiącym na rozdrożu Starym Kontynentem, z jego ultranowoczesną tożsamością, rozlewającym się islamem, degradacją narodowych norm, marginalizującą rolą religii i zanikiem tradycji — obrazem odległym od mojego modelu Europy — jeszcze wciąż czuję się dumnym i lojalnym Europejczykiem z nadwiślańskimi korzeniami.

 

Książka przypomina też o moich wędrówkach. Podróżniczy chrzest przeszedłem w odległym 1972 roku w Indochinach, chociaż wcześniej miałem okazję podziwiać i rodzime perły przyrody, spływając Kanałem Augustowskim z biegiem Krutyni, czy klucząc w Bieszczadach lub w Biebrzańskim Parku Narodowym. Notesy zapisane w przywołanym okresie wciąż jeszcze wydają mi się napęczniałe od atramentu. Od tamtej pory przemierzyłem bezlik dróg i ścieżek pośród szczytów Bhutanu, pól ryżowych na Bali i tajemniczych świątyń Angkoru, wtedy jeszcze nieodkrytych dla turystyki. Poznałem Dajaków — legendarnych „łowców głów” na Borneo, jak też dyskryminowaną przez rząd komunistyczny w Hanoi, wyizolowaną, żyjącą na zamkniętym dla obcych Centralnym Płaskowyżu, zaprzeszłą grupę etniczną Jarai. Odwiedziłem palarnię opium w Laosie i sale hazardowe w Makau, jadłem koniki polne w Birmie i psie mięso w Wietnamie. Rzutem na taśmę trafiłem do jeszcze autentycznej Papui Zachodniej, jednego z ostatnich sanktuariów pierwotnego świata, dziś należącego już do muzeum historii naturalnej. Chory na malarię, zderzyłem się w osadzie Mabulu z wewnętrznie rozdartymi i dotkniętymi marazmem Korowajami, którzy zapomnieli o beztroskim, szczęśliwym życiu. Uwięzieni w pół drogi, krążyli ospale po wiosce w dziurawych T-shirtach, brudnych szortach i czapkach narciarskich, wystawiając na sprzedaż swoje życie codzienne, praktyczne umiejętności oraz kulturę — niestety, pozbawioną już wartości. Nad Górnym Orinoko w Wenezueli stanąłem oko w oko z Janomami, plemieniem, które nie miało wcześniej kontaktu z białym człowiekiem. Na archipelagu andamańskim widziałem arcyagresywnych Jarawa, strzelających z łuków do nachodzących ich terytorium intruzów. Wreszcie nad rzeką Madre de Dios zetknąłem się ze złowrogimi Huapakores, strażnikami Paititi, legendarnego Eldorado. Poznałem jeszcze dawny Związek Sowiecki i otwartość rosyjskiej duszy, cwałowałem na trojkach jak za czasów Gogola, a na Czukotce objadałem się kawiorem i grillowanym jesiotrem, bo nic innego do jedzenia tam nie było.

Zastygłem w bezruchu wobec ogromu Wielkiego Kanionu Kolorado, wielokrotnie przerastającego zdolność mojej percepcji, nie byłem w stanie oderwać wzroku od spowitych gęstą warstwą chmur Ruwenzori, tajemniczych Gór Księżycowych, zachwyciło mnie niezrównane piękno pustyni Namib, tak jak i region wierzeń i mitów — Himalaje. Dane mi było cieszyć oko takim urokiem Czarnego Lądu, który dzisiaj zobaczyć można tylko w filmie Pożegnanie z Afryką.

Niesamowitego przeżycia dostarczył mi widok naturalnego kanału Casiquiare, łączącego dwa ogromne systemy rzeczne: Orinoko z Amazonką. Wspomniałem wtedy Aleksandra von Humboldta, który swoim autorytetem uwiarygodnił istnienie kuriozalnej bifurkacji, niemającej na naszej planecie równie imponującego odpowiednika. Przy samotnym i łatwo rozpoznawalnym bloku granitowym Piedra de Culimacari, gdzie słynny badacz niemiecki ustalał swoje położenie za pomocą astronomicznych obserwacji, stałem podekscytowany tym, że podążam jego śladami.

Moje drogi wiele razy przecinały się z gościńcami, po których wędrował prekursor epoki odkryć geograficznych Marco Polo, mój mentor. Jego postać będzie powracać niejednokrotnie na stronach tej książki. Oglądałem te same obiekty albo to, co po siedmiuset latach z nich zostało. Dzięki tym eksploracjom jego opowieści były dla mnie wciąż żywymi relacjami. Cieszę się, że zdążyłem poznać dawną Azję, widziałem, jak upływający czas odcisnął na tym kontynencie swoje niszczące piętno.

Większość zespołów świątynnych i miast garnizonowych czy buddyjskich stup została pochłonięta przez pustynie, nie przetrwała wojen, grabieży, burz i srogich zim albo padła ofiarą ludzkich zaniedbań. W miejsce wydeptanych ścieżek karawanowych powstały drogi asfaltowe i trasy kolejowe, a dwugarbne wielbłądy zostały zastąpione ciężkimi tirami zmierzającymi do celu za pomocą nawigacji satelitarnej. Karawanseraje ustąpiły miejsca klimatyzowanym hotelom. Na bazarach nie wymienia się już jedwabiu, tylko sprzedaje firmowe T-shirty, a palarnie opium wyrugowała sieć McDonald’s.

Na szczęście do naszych czasów zachowały się liczne ślady dawnych epok, żywe świadectwo wielkości minionych kultur.

Zapraszam na niepowtarzalną podróż.

PS Drogi Czytelniku, proszę, daruj mi, jeśli natkniesz się na mało eleganckie powtórzenie przeze mnie jakiegoś epizodu, który już wcześniej gdzieś przeczytałeś.

Mój dziejowy mentor

Kiedyś w ukrytym zakątku jednej z sal Muzeum Correr w Wenecji, pośród niebiańskich i ziemskich globusów oraz płócien z epoki Republiki Weneckiej, dojrzałem drewnianą rzeźbę pokrytą złotymi płytkami. Ten chiński eksponat, który prawdopodobnie dotarł do Wenecji w XVIII wieku, był kopią bożka czczonego w Świątyni Geniuszy w Kantonie, ostatni pozostały ślad lokalnej sztuki, ponieważ świątynia doszczętnie spłonęła. Figura przedstawiała siedzącego na krześle mężczyznę co prawda o wschodnich rysach twarzy, ale zupełnie nieprzypominającego Chińczyka ze względu na europejski melonik, płaszcz, brodę i wąsy w zachodnim stylu. W rękach złożonych na znak szczęścia w pozie medytacyjnej trzymał owoc granatu. Reprezentował bogatą i wpływową osobę, prawdopodobnie — jak głosiła informacyjna tabliczka — wędrownego kupca Marco Polo.

Moja wyobraźnia w dzieciństwie rozwijała się w wyniku pasjonującej literatury stymulującej romantyczny zachwyt awanturniczą aurą. W domowej bibliotece obok Jacka Londona, Arkadego Fiedlera, Louisa Roberta Stevensona, Daniela Defoe, Ferdynanda Ossedowskiego, na honorowym miejscu stało Opisanie świata Marco Polo, uniwersalna ikona przygody i odkryć geograficznych, która przez sześć wieków była obiektem powszechnej fascynacji. Publikacja ta stała się średniowiecznym bestsellerem. Przez długie lata stanowiła istotne kompendium wiedzy na temat życia w krajach azjatyckich i do dziś wzbudza tęsknotę za tym, co jeszcze nieodkryte. Stała się źródłem inspiracji dla wielu późniejszych podróżników i geografów, gotowych na przekór niezliczonym przeszkodom wyruszać na dalekie bezdroża, poza Słupy Heraklesa.

Ja też nie pozostałem obojętny na jej urok. Uległem wszechpotężnej fascynacji sławą weneckiego podróżnika, która z czasem przerodziła się w prawdziwą obsesję — osobliwą, zrodzoną w moim umyśle iluzję, wypełnioną barwami, zapachami, bajeczną scenografią. Te intrygujące doświadczenia w enigmatycznym świecie, o którym można mieć co najwyżej mgliste pojęcie, każdy na swój sposób adaptuje w wyobraźni, budując, podobnie jak i ja, własną legendę.

Pokusa zetknięcia z nieprzetartymi szlakami, tęsknota za tym, co było i nigdy nie wróci, bezustannie zaprzątała mój umysł. Dziś przyznaję, że jestem całkowicie usatysfakcjonowany, bo przyszło mi odkrywać stare światy niejednokrotnie przedstawiane przez kupca Marco Polo.

Czuję się jego dozgonnym dłużnikiem. Wyruszyłem na szlak życiowej przygody dzięki inspiracji człowieka, który stulecia temu, jako osiemnastolatek, z ojcem i wujem wybrał się na kupiecką wyprawę do owianej tajemnicą Azji, zapełnionej mitycznymi jednorożcami, ludźmi bez ust, potworami i krwiożerczymi plemionami.

A teraz, kiedy najważniejsze eksploracje mam już za sobą, chcę podzielić się z Czytelnikami emocjami, które towarzyszyły tym podróżom, i obrazami zatrzymanymi w czasie. Na stronach tej książki kolejny raz wyruszam na drogi, które częstokroć krzyżowały się z legendarną siecią Jedwabnego Szlaku.

Dziękuję Ci, Marco!

Okrucieństwo aktu ostatecznego

Niczym grom z jasnego nieba dotarło do mnie, że przekroczyłem conradowską „smugę cienia” i wkroczyłem w czwartą ćwiartkę życia. Ze zgrozą odkryłem, że moja metryka jest potwornie zakurzona i nadszarpnięta zębem czasu. Biały niegdyś dokument, z powodu utlenienia zawartej w nim ligniny, zżółkł po latach. Przesuwające się szybko wskazówki zegara są znakiem a zarazem przestrogą, że czas pędzi nieubłaganie. Kiedyś zrywanie kolejnej kartki z kalendarza nie wywoływało u mnie żadnych refleksji. Ot, zwykła, codzienna czynność, która dziś działa mi na nerwy. Odnoszę wrażenie, że każdy rok jest krótszy od poprzedniego. Nie będę się oszukiwać, moja pora minęła. Trzeba zrobić miejsce dla młodszego pokolenia.

Nikt chyba nie chce przegrać swojego życia. A jednak tak wielu uświadamia sobie to dopiero wtedy, kiedy nasze dni są policzone, tyle że wówczas jest już za późno, żeby spełnić marzenia i zrealizować plany. Ja mam tę satysfakcję, że nie zmarnowałem wspaniałego daru, jakim jest życie.

W dniu moich siedemdziesiątych urodzin czułem się podobnie jak wtedy, gdy stuknęła mi sześćdziesiątka. Teraz, kiedy skończyłem 77 lat, też nie zauważyłem jakiejś zasadniczej różnicy, choć zaprzyjaźnieni lekarze sugerują, abym przyhamował. Jerzy Stążka twierdzi, że sztywnieją mi naczynia krwionośne, Marta Mroczek, że szwankuje pamięć, Krzysztof Pych jest zdania, że powinienem obniżyć PSA, Dariusz Sarti wyraża opinię, że kruszeją kości, zaś Jacek Chwiałkowski dopatrzył się u mnie arytmii serca, a Leszek Walasik powtarza, że organizm staje się bardziej podatny na choroby. Kardiolog Piotr Grylas, który nadto zna się na wirusologii, upomina mnie, bym przestrzegał zaleceń dotyczących koronawirusa. Wspiera mnie, dodając odwagi, jedynie Jan Śliwiński, specjalista od medycyny holistycznej, który żywi przekonanie, że kiedy szwankuje fizyczne zdrowie, wystarczy przywrócić do równowagi umysł, duszę i emocje. A z tym powinienem sobie poradzić.

Zdaję sobie sprawę, że w pokoleniu moich rodziców ten, kto dożył sześćdziesiątki, uchodził za sędziwego. Kiedy się urodziłem, przeciętna długość życia mężczyzny w Polsce wynosiła 56 lat. Dzisiaj dzięki rosnącemu dobrobytowi, wysokiemu poziomowi higieny i rozwojowi medycyny żyje on 19 lat dłużej. Statystyczne wyliczenia są jednak nieco oszukańcze, bo okazuje się, że na tę wspaniałą średnią wpływają sukcesy medycyny w przedłużaniu życia bardzo chorych noworodków i starszych ludzi. Gerontolodzy twierdzą, że starość zaczyna się w wieku 60-65 lat. Ten próg ma jednak charakter subiektywny, tak jak w moim przypadku, bo nie czuję się sędziwym starcem. Tak czy owak, polską średnią długość życia już przekroczyłem, dziękując Bogu, że dał mi zdrowie i siłę.

I chociaż wciąż jestem młody duchem i tak spostrzegam otaczający świat, to nic nie zmieni tej gorzkiej prawdy, że barwny film mojego życia zmierza do finału. A ta świadomość zmusza do głębszej refleksji nad przemijaniem, do bilansu, rachunku sumienia i pytania o sens tego wszystkiego.

Bywają więc chwile, kiedy ogarnia mnie lęk. Wprawdzie wszyscy czegoś się boimy: chorób, utraty pracy albo bankructwa firmy, to jednak strach przed śmiercią ma wymiar szczególny, bo dotyczy tego, co nieuchronne. To strach przed aktem ostatecznym, „wyprawą w tajemne”, o której nic nie wiemy. Tam, po drugiej stronie, w zetknięciu z absolutem nie mogę liczyć na fart.

W melancholijną zadumę i przygnębienie wprawia mnie też powszechna afirmacja młodości, urody i tężyzny fizycznej. Sędziwy wiek zaczyna być postrzegany jako ułomność czy wręcz osobista klęska. W świecie zdominowanym przez kult ciała zniedołężniały człowiek z cieknącą strużką śliny częściej wywołuje zdegustowanie niż współczucie. Nie dopuszczam do siebie myśli, że kiedyś byłbym zmuszony pokazać się publicznie w takim stanie. Po prostu godność osobista i poczucie własnej wartości nie pozwoliłyby mi strawić okazywanego niesmaku czy litości ze strony innych.

Czas jest bezlitosny. Moja serdeczna przyjaciółka, podziwiana gwiazda polskiego kina, wyznała mi przez telefon, że już przestała się spotykać ze znajomymi, bo jest sfrustrowana i z ogromnym trudem akceptuje coraz większą siatkę głębokich zmarszczek i niedołęstwo. W sytuacji, kiedy społeczeństwo promuje sukces i wygląd zewnętrzny, odstawiając starego człowieka na boczny tor, nie zamierza rozczarować i zawieść oczekiwań wielbicieli swoim katastrofalnym wizerunkiem.

Sytuacja graniczna nie daje wyboru, pogodziłem się z samym sobą. W związku z obniżeniem sprawności fizycznej musiałem przewartościować życiowe cele i zadania, zrezygnować z niektórych form aktywności. Co gorsza, dotarło do mnie, że wszystkie mądrości ze sztuki przetrwania, których przez długie lata wpajałem kursantom, twierdząc, że pokonywanie własnych ograniczeń to tylko sprawa psychiki, w pewnym wieku nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości. Dziś widzę, że do głosu w tej kwestii dochodzą, decydujące o naszym życiu, prawa fizjologii i biologii człowieka, a tam te granice są jasno wytyczone. Z odwiecznymi prawami natury nikt jeszcze nie wygrał.

 

Dodatkowo skomplikował mi życie Covid-19, jak zdefiniowano nieznany wirus. Ten niewidzialny wróg, wobec którego świat pozostaje bezradny, wybrał moją grupę wiekową jako pierwszą do posłania w krainę cieni. Każde opuszczenie domu i wyjście na ulicę dla ludzi w moim wieku to rzucenie wyzwania przypadkowi i przeznaczeniu, które naraża nas na igranie ze śmiercią. To jak gra w rosyjską ruletkę, gdy po załadowaniu jednego pocisku do rewolweru i zakręceniu obrotowym bębenkiem przykłada się lufę rewolweru do własnej skroni i po naciśnięciu spustu ze zgrozą czeka, czy iglica głośno szczęknie o pustą komorę. Skrajnych emocji doświadczyłem już w życiu tyle, że kolejnych wolałbym uniknąć.

Coraz częściej wszelkim moim refleksjom nad przemijaniem towarzyszy pytanie: Co będzie potem?. Chrześcijańska wiara zakłada cztery ostateczne wątki — śmierć, sąd Boży, niebo albo piekło. Trochę się pocieszam, że dzień Sądu Ostatecznego będę mógł liczyć na protekcję ze strony bliskich mi osobiście świętego Jana Pawła II i błogosławionego kardynała Stefana Wyszyńskiego. Staram się też pamiętać o Jezusie Chrystusie, który po swoim zmartwychwstaniu powiedział: „Kto we mnie wierzy, choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki”. To w jakimś stopniu pomaga.

A jaka jest moja wiara? Na pewno niedoskonała, trochę postrzępiona, ale z pewnością żywa. Wychowałem się w katolickiej, praktykującej rodzinie. Byłem ministrantem, w każdą niedzielę odświętnie ubrany w białą komżę, długie spodnie, w wypastowanych butach służyłem do mszy. Byłem z tego dumny, chociaż ministrancka posługa wymagała nieraz wielu wyrzeczeń czy bardzo wczesnego wstawania na poranne nabożeństwa. Początki były stresujące i nie ustrzegłem się gaf. Zdarzyło się, że użyłem dzwonków albo za wcześnie, albo za późno, dezorientując w ten sposób uczestniczących we mszy wiernych. Raz, o mały włos nie wywołałem pożaru, bo za mocno rozbujałem zawieszony na łańcuszku trybularz, z którego wysypały się na dywan rozżarzone brykieciki. Któregoś dnia wypiliśmy razem z kolegą trochę mszalnego wina, z czego potem trzeba się było wyspowiadać. Służba ministrancka nauczyła mnie obowiązkowości i wyboru stosownych form rozrywki. Gdy coś w domu przeskrobałem, mama zawsze przypominała, że służę Panu Bogu i dlatego powinienem być zawsze wzorem.

Dzisiaj, na skutek nieustannej gonitwy, czuję, że moja wiara uległa spłyceniu, chociaż nie przestaję żywić zaufania do Stwórcy. Przeszkadza mi jednak skostniała struktura Kościoła w Polsce. Obrzęd, kult i msza to za mało, by przyciągnąć wiernych i kontynuować dzieło ewangelizacji. Młodzi ludzie bardzo krytycznie odnoszą się do księży, odchodzą od nich, nie znajdując z nimi wspólnego języka. „Przedstawiany przez nich Bóg Ojciec jest kimś obcym, odległym. Relacje między kapłanem a osobą świecką tradycyjnie są u nas zimne, co jest nie do pomyślenia na misjach, gdzie mówimy o Bogu w sposób najprostszy” — definiują problem misjonarze. Ale księża w parafiach wciąż są sceptycznie nastawieni do ewangelizacji w rozumieniu afrykańskim. Tam na liturgicznych spotkaniach ludzie modlą się i zwracają do Wszechmogącego w atmosferze radości, śpiewając i tańcząc. Tu zaś jakże często kapłani kojarzeni są z życiem ponad stan, wystawnymi siedzibami, luksusowymi autami, skandalami, pedofilią. Kler stracił wolę ewangelicznego ubóstwa i stał się za bardzo ociężały, żeby iść za Chrystusem.

Co innego reprezentują tchnący autentyzmem swego powołania, twardo stąpający po ziemi misjonarze. „My nie przyjechaliśmy, aby nawracać — tłumaczył mi ojciec Krystian Traczyk, nestor polskich werbistów w Zimbabwe. — Nie burzymy świata tubylców, chcemy go oprzeć na Ewangelii, miłości i pojednaniu. Chcemy szerzyć wiarę wśród ludności żyjącej bez jasno wytyczonej drogi, ufającej dawnym wierzeniom we wszechpotężne bóstwa, które rzekomo chronią ich domostwa od wszelkich złych wpływów”. Ponadto poświęcają dużo czasu na ożywienie działalności społecznej i charytatywnej. Budują przedszkola, szkoły, internaty, ośrodki zdrowia i domy opieki nad niepełnosprawnymi dziećmi i starcami, zajmują się sierotami czy chorymi na AIDS. Parafianie darzą ich powszechnym szacunkiem. Mają odwagę mówić o sprawach trudnych i ważnych dla człowieka innym językiem niż konserwatywni polscy księża. Maciej Malicki jako świeży absolwent seminarium w Pieniężnie, wylądował w Harare, stolicy Zimbabwe. Widząc oczekującego na niego jedynego Europejczyka ubranego w dżinsy i T-shirt, zwrócił się: „Szczęść Boże, ojcze!”. „Spierd..., nie jestem twoim ojcem” — usłyszał w odpowiedzi. Ale tacy są misjonarze, jak trzeba to zaklną i walną w stół, nawet jeśli to niezbyt ewangeliczne. W Timbuktu usłyszałem od pewnego Włocha, poznanego przy piwie w obskurnym barze, historyjkę o przyjacielu misjonarzu, u którego był w gościnie. Któregoś dnia wrócił do domu pod nieobecność gospodarza i natknął się na gosposię. Zajmowała się właśnie praniem i przez zmoczoną bluzkę przebijały sutki zuchwale sterczących piersi. Kiedy w przypływie lubieżności objął ją od tyłu, dziewczyna, nie odwracając się, rzuciła spokojnym tonem: „Nie teraz. Nie teraz, don Giuseppe. Najpierw skończę pranie”.

O tych ludziach napisałem kiedyś z podziwem, że za życia zasługują na pomnik. Właśnie dla nich z wielką satysfakcją prowadzę od kilku lat wykłady w warszawskim Centrum Misyjnym, gdzie uczę przyszłych misjonarzy sztuki przetrwania, bo dla nich survival będzie chlebem powszednim.

Zdecydowanie spokojniej niż większość ludzi podchodzę do procesu starzenia się i niechybnej konfrontacji z tym, co nieuniknione. Być może dlatego, że utkwiła mi w pamięci lekcja w szkole survivalowej w Kioto. Na jednej z nich zrozumiałem, że poczucie przemijania można przemienić w coś trwałego. W Kraju Wschodzącego Słońca ludzie obchodzą święto kwitnących wiśni, tłumnie zbierając się w parkach i ogrodach, by razem podziwiać rozkwitające przez krótki czas drzewa, zanim zwiędną ich kwiaty. To właśnie ta ulotność i nietrwałość każą się cieszyć chwilą, życiem tu i teraz, pomagając też osiągnąć spokój i pogodę ducha.

Każda podróż ma swój kres, tak też i moje życie pewnego dnia dobiegnie końca. Wędrowałem dosłownie i w przenośni niczym władca Itaki z eposu Homera. Odyseusz, symbol losu współczesnego człowieka, odzwierciedla parabolę ludzkiego życia, a także wyprawę w głąb samego siebie. Ta wzbudzająca zachwyt nad urokiem otaczającego świata peregrynacja stała się dla mnie również źródłem refleksji na temat dobra i zła, miłości i nienawiści, życia i śmierci, odwiecznego ludzkiego losu, jego przemijania, kruchości, nicości.

Jestem zadowolony, bo nie zmarnowałem życia. Nie zważając na przeciwności losu, parłem do przodu. Delektuję się poczuciem znakomicie przeżytego czasu i radości ze zrealizowania swoich celów i marzeń. Podejmowałem karkołomne wyzwania, poznawałem nieprzyjazne krainy oraz żyjących tam osobliwych tubylców. Odnosiłem sukcesy tam, gdzie inni musieli się poddać. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że jestem dumny z moich osiągnięć i zaszczytów, które z tej racji mi przypadły. Jestem osobą spełnioną, nad wyraz uprzywilejowaną, która wygrała los na loterii. Zawsze robiłem to, co sprawiało mi przyjemność. A jednak mimo fascynującego życia, czuję żal, że to już „koniec wędrówki”, bo tyle jeszcze rzeczy chciałbym zrobić.

Osobliwe, głębokie wzruszenie ogarnęło mnie u łoża śmierci Wojciecha Jaruzelskiego. Okazało się, że byłem ostatnią osobą, która z nim rozmawiała. Dzień po mojej wizycie w szpitalu jego stan zdrowia gwałtownie się pogorszył. Nastąpił wylew krwi do mózgu. Córka, która go odwiedziła, nie miała już z nim kontaktu. Zastałem go wycieńczonego powikłaniami po chemioterapii i krążeniowymi zapaściami, podłączonego do kroplówki i cewnika, zależnego wyłącznie od opieki pielęgniarek. Z wyrazistych niegdyś oczu zniknął blask. Twarz z kilkudniowym zarostem była blada i zapadła. Przywitał mnie słabym, przytłumionym głosem.

— To są już moje ostatnie chwile — wyznał jak człowiek stojący na krawędzi, który chciałby się oprzeć na obecności drugiego człowieka i jego otwarciu na ból przemijania. — Tej nocy śniło mi się, że umarłem i znalazłem się w jakiejś pustce, w której jednak odbierałem wrażenia z otoczenia. O tym odejściu myślę ze spokojem, bo wszystko ma swój kres — mówił z godnością i zadziwiającą pogodą ducha. — Bywało, że zazdrościłem ludziom wierzącym moralnej przystani, komfortu emocjonalnego, bo przecież jestem ochrzczony, wyrastałem w patriotycznej i katolickiej atmosferze. Noszę imię na cześć dziadka, syberyjskiego zesłańca. Uczyłem się w gimnazjum prowadzonym przez księży marianów na warszawskich Bielanach, w którym kształciło się wielu znamienitych Polaków. Tam też, jako harcerz, składałem przyrzeczenie służyć Bogu i Ojczyźnie. Mój ateistyczny światopogląd ukształtował się pod wpływem przeżyć na zsyłce w Syberii i indoktrynacji w czasie zawieruchy wojennej. Całe życie byłem daleki od Kościoła i religii.

Po dłuższej przerwie generał kontynuował:

— Czuję się wyjątkowo osamotniony. Jednak niełatwo jest w ostatnich cwilach życia przełamać się, żałować za grzechy i okazać skruchę w obliczu Sądu Ostatecznego. Chociaż wyraźnie czuję, że jestem bliski tego kroku.

Te rozterki generała sprawiły, że przypomniałem mu, jak wielu ateistów, nie mogąc znieść lęku i samotności, tuż przed śmiercią przystąpiło do sakramentu pokuty i przyjęło ostatnie namaszczenie.

Odniosłem wrażenie, że gest pojednania z Bogiem jest niemałym problemem dla lojalnego komunisty, który musiałby zaprzeczyć własnym poglądom i wartościom. Myśl o nawróceniu mogłaby wiązać się z uznaniem się za pokonanego. To nie tylko skrupuły sumienia, chwila słabości i zachwianie niezłomnego charakteru, ale i obawa, że ktoś będzie mógł mu zarzucić tchórzostwo, bo oto zatwardziały niewierny pokajał się, uznał słuszność katolickiej racji. W dniu pogrzebu generała kanclerz Kurii Polowej Wojska Polskiego ksiądz Jan Dohnalik poinformował, że właśnie po mojej wizycie generał poprosił kapelana wojskowego o spowiedź i pozostałe sakramenty.

To ostatnie spotkanie z Wojciechem Jaruzelskim nastroiło mnie refleksyjnie i sprawiło, że z nieco innej perspektywy spojrzałem na własną przeszłość.

Dzieciństwo spędziłem w prowincjonalnym miasteczku na Mazurach. Tam też ukształtował się mój charakter. Harcerstwo nauczyło mnie szacunku i podziwu dla natury, a pochłaniane książki rozbudziły głód świata. Zafascynowany powieściowymi bohaterami, wędrowałem ich śladami, wodząc palcem po wielkim podświetlanym globusie. Nauczyłem się na pamięć całego atlasu geograficznego i śniłem o własnych wyprawach. W PRL-u zwykli ludzie nie mieli szans na wyjazd za granicę, ale ja nie rezygnowałem z prawa do wolności. Zachłanność świata popchnęła mnie do nielegalnego pokonania drutów kolczastych żelaznej kurtyny. Wylądowałem we Włoszech, tam założyłem rodzinę. Zaczynałem od zera. Z czasem nazwisko Pałkiewicz czy Palki, jak mówią Włosi, pojawiło się obok dwóch innych Polaków, Jana Pawła II i „Zibi” Bońka. Pracowałem w wiodącej gazecie „Corriere della Sera”, zwróciłem na siebie uwagę szkołą survivalową, pojawiły się sukcesy na polu eksploracyjnym. Samotnie pokonałem Atlantyk w roli dobrowolnego rozbitka. Teoretycznie dwa razy zaistniałem w księdze „Guinness World Record”: jako pierwszy człowiek, który samotnie pokonał ocean łodzią ratunkową, oraz ten, który pływał w charakterze drugiego oficera pokładowego na statkach handlowych, nie mając za sobą żadnej szkoły morskiej. Piszę „teoretycznie”, bo do oficjalnego zarejestrowania rekordu powinno się wnieść dosyć istotną opłatę do kasy tej instytucji. Nie zrobiłem tego, bo tak odnotowane rekordy mają dla mnie wyłącznie aspekt komercyjny.