Tajemnica brakującej głowy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tajemnica brakującej głowy
Tajemnica brakującej głowy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Tajemnica brakującej głowy
Tajemnica brakującej głowy
Audiobook
Czyta Wojciech Chorąży
37,90  26,91 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE QUESTION OF THE MISSING HEAD

Copyright © 2014 by E. J. Copperman and Jeff Cohen.

All rights reserved.

Projekt okładki

Ellen Lawson

Ilustracja na okładce

James Steinberg/Gerald and Cullen Rapp

Adaptacja projektu okładki oryginalnej

Ewa Wójcik

Redaktor inicjująca

Milena Rachid-Chehab

Opieka redakcyjna

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-683-1

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dedykacja

Dla wszystkich tych, którzy są trochę inni.

Kto jest trochę inny, ten o tym wie.

OD AUTORÓW

Współpraca nad tekstem nigdy nie jest prosta, a ta książka nie była wyjątkiem. Pisarze mają ego takie samo jak wszyscy albo nawet nieco bardziej rozdęte, więc każdy z nas od czasu do czasu musiał z czegoś zrezygnować, żebyśmy mogli przedstawić historię Samuela w sposób najlepszy z możliwych. Współpraca to ponoć świetna okazja, żeby się czegoś nauczyć. Tak w każdym razie mówią.

Żaden z nas nie byłby jednak w stanie napisać tej książki w pojedynkę. E.J. pragnie więc podziękować Jeffowi za co lepsze dowcipy, które przytoczyliśmy w tej książce, a także za praktyczną wiedzę o tym, jak to jest żyć z kimś, kto ma zespół Aspergera. Jest mu niezwykle wdzięczny za wycieczki do Dunkin’ Donuts po bezkofeinową kawę mrożoną, którą czasem nawet udawało się kupić. Jeff tymczasem pragnie podziękować E.J. za przywiązanie do idei spójności fabularnej, za argumenty przemawiające za co bardziej niedorzecznym zakończeniem niektórych rozdziałów, a w szczególności za „Janet Washburn”, ponieważ ostateczna wersja jej nazwiska zrodziła się dopiero po siedmiu próbach.

Niniejsza książka zapewne nigdy by nie dotarła do czytelników, gdyby nie wielka determinacja Josha Getzlera z Hannigan Salky Getzler Agency. Autorzy daliby sobie spokój pewnie z sześć razy w trakcie pracy, ale Josh trwał przy swoim i w końcu znalazł dla tej serii wspaniałego wydawcę. Na podziękowania zasługują też Maddie Raffel i Danielle Burby, które w różnych momentach tego procesu dzielnie znosiły nasze dziwactwa.

Autorzy są dozgonnie wdzięczni Terri Bischoff z Mid­night Ink, która przeczytała historię Samuela i stwierdziła, że inni również powinni mieć taką możliwość. Z punktu widzenia autora to naprawdę cenne doświadczenie. Bardzo się cieszymy, że Terri z entuzjazmem przyjęła opowieść o dość nietypowym gościu.

Pragniemy też serdecznie podziękować Luci Hannson Zahray, czule, ale i z respektem zwanej przez społeczność miłośników i twórców kryminału „Panią Trucizną”. Luci to niezastąpione źródło wiedzy dla każdego, kto chciałby kogoś zabić, gdy więc pojawia się na spotkaniach dla miłośników kryminału, nikt nigdy się nie zgadza, żeby to ona kupowała drinki. Wszyscy się boją.

Dziękujemy również doktorowi D.P. Lyle’owi, niezastąpionemu specjaliście od zbrodni, który wie między innymi, w jakiej temperaturze wrze azot. My obaj mamy za sobą studia z dziedziny anglistyki, a więc w kwestiach naukowych musimy korzystać z cudzej wiedzy.

Jesteśmy wdzięczni każdemu, kto kiedykolwiek zetknął się z kimś takim jak Samuel – sami znamy kilka takich osób – i dostrzegł w nim człowieka, a nie inność. Samuel ma dar: potrafi wykorzystywać swoje „dziwactwa” w interesie włas­nym i innych osób. Gdybyśmy wszyscy wykazali się tylko nieznacznie większą wrażliwością wobec tych, którzy na pierwszy rzut oka się od nas różnią, to zapewne wszystkim żyłoby się lepiej.

Na koniec pragniemy podziękować Wam, ponieważ pisarz bez czytelnika to jak głos wołającego na puszczy. Cieszymy się bardzo, że zdecydowaliście się oderwać od smartfona i przeczytać tradycyjną historię, choćby w wersji elektronicznej. Piszemy, ponieważ nie wszyscy zmieszczą się wokół ogniska – no i dlatego, że w lesie można spotkać niedźwiedzia. Rób więc dalej swoje, a my postaramy się opowiedzieć coś fajnego. Co Wy na to?

E.J. Copperman i Jeff Cohen

ROZDZIAŁ 1

Zadzwonił telefon.

Prawdopodobnie dzwonił już wcześniej dwa albo trzy razy, ale tego nie zarejestrowałem. Zdarza mi się, i to wcale nie tak rzadko, zatonąć w myślach i przeoczyć sygnały przez innych uważane za istotne.

Osobiście nie rozumiem, dlaczego dzwonek telefonu ma być ważniejszy od pytania, na które właśnie szukam odpowiedzi, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że wchodzą tu w grę względy praktyczne. Oferuję pewne usługi, więc muszę odbierać telefon, jeśli chcę mieć nowych klientów. Gdy jednak mój umysł jest akurat pochłonięty czymś znacznie ciekawszym, rejestrowanie takich rzeczy jak dzwonek przychodzi mi z trudem.

W tym momencie zastanawiałem się nad rozwiązaniem problemu, który zajmował mnie już niemal od dwóch godzin. Gdy usłyszałem dźwięk telefonu, rzuciłem okiem na wyświetlacz. Pod napisem „Taylor” widniał jeszcze numer telefonu. Sięgnąłem po słuchawkę.

– Odpowiedzi na Pytania – powiedziałem do słuchawki.

Swego czasu wyrobiłem sobie nawyk nawiązywania rozmowy telefonicznej prostym: „Tak, słucham”, względy biznesowe przemawiają jednak za tym, aby czym prędzej poinformować osobę na linii, że faktycznie dodzwoniła się tam, gdzie chciała się dodzwonić. Nowy sposób odbierania telefonu udało mi się opanować w ciągu zaledwie trzech tygodni, więc uważam, że całkiem nieźle mi poszło. Ciągle jeszcze pracuję nad tonem wypowiedzi, niektórzy twierdzą bowiem, że podczas rozmowy telefonicznej za mało moduluję głos. Ja nie bardzo rozumiem, o co im chodzi.

– Halo? – odezwał się kobiecy głos.

Nic więcej nie powiedział, co wydało mi się dziwne.

– Słucham? – zapytałem.

– Mam pytanie – powiedziała kobieta.

– Domyślam się.

Nieprzypadkowo moja agencja nazywa się Odpowiedzi na Pytania. Czasem myślę, że „typowi” ludzie ignorują to, co oczywiste, a skupiają się na nieistotnych szczegółach, które ich zdaniem umykają uwadze ludzi takich jak ja.

– Ile będę musiała zapłacić za odpowiedź?

– Tak brzmi pani pytanie? – dociekałem.

– Nie.

Również i tym razem kobieta nieoczekiwanie zamilkła.

Przyszło mi do głowy, że być może powinienem ją zachęcić do rozwinięcia tematu. Gdybym ja zadzwonił do agencji, która twierdzi, że odpowie na moje pytanie, żadnej zachęty bym nie potrzebował. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie wszyscy myślą tak samo jak ja.

– Jakie ma pani pytanie? – zagaiłem.

– No cóż, to dość skomplikowane – odparła kobieta. Zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Na podstawie numeru kierunkowego wywnioskowałem, że dzwoniła z Cranford w stanie New Jersey. To mniej więcej dwadzieścia siedem kilometrów od mojego biura. – No bo tak… Niedawno zostałam zwolniona. Robiłam zdjęcia dla „Home News Tribune”. Straciłam posadę w wyniku redukcji zatrudnienia. Teraz dużo czasu spędzam w domu i właśnie przed chwilą głowiłam się nad krzyżówką z „New York Timesa”.

Przestałem jej słuchać osiem sekund wcześniej.

– Jest pani fotografką? – zapytałem.

Fotograf mógłby mi pomóc uporać się ze sprawą, która mnie absorbowała przez cały ranek.

Kobieta – sądząc po głosie, nieco po trzydziestce – sprawiała wrażenie zaskoczonej.

– Tak – potwierdziła. – Tym się zajmuję. A ile będzie kosztować uzyskanie odpowiedzi na moje pytanie?

– Otrzyma pani odpowiedź na swoje pytanie bezpłatnie – odparłem – jeśli pofatyguje się pani do naszego biura przy Stelton Road siedemset trzydzieści pięć w Piscataway.

Rozłączyłem się. Potem przeszło mi przez myśl, że należało się pożegnać. Niestety, czasem o tym zapominam.

Podróż z Cranford do mojego biura zajmuje dwadzieścia dwie minuty. Pozostawało mi więc tylko czekać.

Agencja Odpowiedzi na Pytania działała od trzech miesięcy. W tym czasie miałem okazję obsłużyć zaledwie kilku klientów. Reklamowałem się w internecie, ale użytkownicy większości serwisów społecznościowych i usługowych, na których zamieszczałem ogłoszenia, poszukują głównie odpowiedzi na pytania dotyczące seksu – a ja akurat w tej dziedzinie nie jestem w stanie im pomóc. Trzech czy czterech klientów udało mi się pozyskać dzięki niewielkiemu ogłoszeniu zamieszczonemu w „New York Timesie” na stronach poświęconych sztuce (taniej niż w innych sekcjach), powoli jednak doszedłem do wniosku, że być może skuteczniejsze będą ogłoszenia w gazecie lokalnej.

Tak się jednak niefortunnie składa, że sam czytam „New York Timesa” i żadnych innych źródeł tradycyjnych nie uznaję, musiałem więc zapytać matkę, jakie gazety z okolicy powinniśmy brać pod uwagę.

Matka wspierała moje przedsięwzięcie. Chyba się cieszyła, że postanowiłem robić coś poza przeszukiwaniem internetu w zaciszu mojego mieszkanka na strychu. Muszę przyznać, że udzielanie odpowiedzi na pytania innych ludzi stało się dla mnie źródłem inspiracji w tych moich poszukiwaniach.

Wstałem, ponieważ od dwudziestu trzech minut tkwiłem w siedzącej pozycji, a obiecałem sobie podejmować aktywność fizyczną trzy razy na godzinę. Telefon wybił mnie z rytmu. Przeszedłem się po biurze, napinając mięśnie ud i unosząc ramiona nad głowę. To ważne, aby od czasu do czasu nieco przyspieszyć tętno i pobudzić przepływ krwi.

Pomieszczenie było względnie duże, a przynajmniej takie robiło wrażenie – ponieważ było niemal całkowicie puste. Wynająłem na biuro lokal, w którym kiedyś mieściła się pizzeria San Remo. Właściciel postanowił zakończyć karierę w branży gastronomicznej i przenieść się do tego właśnie miasta we Włoszech. Ponieważ nie zamierzał dalej prowadzić działalności, nie zabrał ze sobą sprzętu. W głębi pomieszczenia nadal stał zimny piec do wypiekania pizzy i automat do napojów, do którego zamawiałem zieloną herbatę i wodę źródlaną. Mniej więcej raz w tygodniu dostarczał mi je mężczyzna imieniem Les.

 

Po szóstym okrążeniu wokół biura, czyli pokonaniu mniej więcej pięciuset metrów, wyjąłem z kieszeni szarych spodni pięć ćwierćdolarówek, żeby kupić sobie butelkę wody z własnej maszyny. Pięćdziesiąt centów z tej sumy spodziewałem się odzyskać, gdy Les przyjedzie odebrać pieniądze z automatu.

Usiadłem przy biurku i wpatrywałem się w zegarek na ekranie mojego maca pro. Od rozmowy minęło dwadzieścia siedem minut.

Kobieta się spóźniała.

Byłem tak rozkojarzony, że nie kontrolowałem tempa opróżniania butelki. Wypicie całej zawartości zajęło mi tylko cztery minuty. Uznałem, że to niedobrze, ponieważ następną mogę kupić dopiero za dwadzieścia minut. Możliwe, że będę musiał skorzystać z toalety wcześniej, niż planowałem, co również wytrąciło mnie z równowagi. Pokonanie drogi z Cranford zajmuje zaledwie dwadzieścia dwie minuty.

Może po drodze miał miejsce jakiś wypadek? A może wybrała nieoptymalną trasę? Być może należało jej podać szczegółowe informacje na temat dojazdu podczas rozmowy telefonicznej. Nie przyszło mi do głowy, że ktoś może nie wiedzieć, jak dojechać do biura, do którego dzwoni.

A może ona się rozmyśliła. Czy powinienem do niej zadzwonić? Bardzo chciałem, żeby pojawiła się jak najszybciej.

Zrezygnowałem z dzwonienia pod numer, który pojawił mi się na wyświetlaczu podczas naszej rozmowy. Dawniej bez wahania bym to zrobił, ale matka mnie przekonała, że ludzie czasem źle reagują, gdy ktoś nieznajomy wydzwania do nich albo ich nachodzi. Powiedziała, że to się nazywa „nękanie”. Dla mnie to były po prostu próby nawiązania kontaktu.

Ogólnie rzecz biorąc, moja matka w różnych sprawach ma lepsze rozeznanie niż ja.

Kolejnych dziesięć minut dłużyło się niemiłosiernie i cierpliwość mi się kończyła. Albo ta kobieta była skrajnie nieuprzejma, albo zrobiłem coś, co ją odwiodło od zamiaru przybycia do mojego biura. Musiałbym dokładnie sobie przypomnieć wszystkie kwestie naszej rozmowy. Na tej podstawie mógłbym stwierdzić, czy powiedziałem coś, co mogło jej wydać się dziwne.

Za trzy dziewiąta na parkingu przed moim biurem zaparkowała niebieska sześcioletnia kia spectra. Właściciele terenu przydzielili każdemu z najemców po cztery miejsca parkingowe. Poza tym wyznaczyli też wymaganą prawem liczbę miejsc dla niepełnosprawnych. Ruch w interesie był tu jednak niewielki, więc zaparkowanie samochodu nie stanowiło problemu. Tak mi powiedziała matka, gdy któregoś ranka przywiozła mnie do biura.

Kobieta, na oko trzydziestojednoletnia, wysiadła z auta. Przez chwilę przyglądała się mojej witrynie. Szyld z napisem ODPOWIEDZI NA PYTANIA wymalowałem na sporych rozmiarów płótnie i wywiesiłem w oknie. Umieszczenie czegoś podobnego nad drzwiami wymagałoby zbyt dużych starań. Na klientów z ulicy raczej nie liczyłem, uznałem więc, że luksus w postaci profesjonalnego szyldu musi poczekać na lepsze czasy.

Kobieta odwróciła się, żeby zamknąć drzwi samochodu. Zawahała się przy tym. Rozważałem, czy wyjść do niej i zaprosić ją do środka, ale obawiałem się, że to podpada pod „nękanie”. Nie było też pewności, czy to jest ta sama osoba, która do mnie dzwoniła. Ta chyba nie miała przy sobie aparatu fotograficznego.

Wreszcie nad drzwiami zabrzęczał dzwonek. Ona jednak nie tyle weszła, ile zajrzała do środka.

– Dzień dobry? – zagadnęła pytającym tonem. Ten sam głos słyszałem wcześniej w słuchawce.

– Od naszej rozmowy upłynęło trzydzieści osiem minut – powiedziałem. – Podróż samochodem z Cranford zajmuje dwadzieścia dwie minuty. Spóźniła się pani.

Brwi kobiety uniosły się, a potem opadły. Już wcześniej widziałem coś takiego. Ludzie robią tak, gdy moja wypowiedź ich zaskakuje.

– Wzięłam prysznic – wyjaśniła.

Zbyt krótko ją znałem, by nawiązywać do Beatlesów – tym bardziej że matka mnie przed tym ostrzegła. Mówiła, że ludzie mogą uznać moją fascynację tym zespołem za nieco dziwną, a nawet „obsesyjną”. A przecież ja po prostu lubię gromadzić informacje na tematy, które mnie interesują. Gdybym znał tę kobietę nieco lepiej, pewnie wspomniałbym o piosence A Day in the Life, w której jest mowa o porannych przygotowaniach do wyjścia z domu.

– Pani Taylor? – zapytałem.

Zerknęła w kierunku drzwi. Być może miała ochotę wyjść.

– Nie, Taylor to nazwisko mojego męża. Czy trafiłam do Odpowiedzi na Pytania? – odparła, a ja potrzebowałem paru sekund, żeby się zorientować, że ona nie stwierdza faktu, tylko zadaje mi pytanie.

– Tak – odpowiedziałem.

Kobieta chwilę się zastanawiała, a potem wzięła głęboki oddech.

– Nazywam się Janet Washburn – powiedziała. – Skąd pan wie, że przyjechałam z Cranford?

– Z połączenia przychodzącego – odparłem. – Zorientowałem się po numerze kierunkowym.

Nagle sobie uświadomiłem, że nie utrzymuję z nią kontaktu wzrokowego – spoglądałem raz po raz to na ekran komputera, to na drzwi – postanowiłem zatem naprawić ten błąd.

– Sprawdził pan w komputerze mój numer kierunkowy? – zapytała.

Była średniego wzrostu, miała brązowe oczy i jasne włosy. Raczej ich nie farbowała, ale nie mogłem tego wykluczyć.

Potrząsnąłem głową.

– Znam kierunkowe na pamięć.

– Zna pan wszystkie numery kierunkowe w okolicy?

Ludzi to często zaskakuje. Dla mnie to przejaw pewnych szczególnych uzdolnień, tak samo jak umiejętność żonglowania. Żonglować nie umiem, ale jeśli się postaram, potrafię zapamiętywać schematy matematyczne.

– Nie – odparłem. – Znam wszystkie numery kierunkowe w kraju, a teraz uczę się numerów z Europy Zachodniej.

Chyba zrobiło to na niej wrażenie. Usta układały jej się tak, jakby chciała coś powiedzieć, po chwili jednak zmieniały kształt, a żadne słowa z nich nie popłynęły.

– Kim… pan jest? – zapytała przy trzeciej próbie.

Z tym pytaniem umiem sobie poradzić.

– Pani pozwoli, że się przedstawię – powiedziałem, wyciągając do niej dłoń. – Nazywam się Samuel Hoenig.

Uścisnęła moją dłoń, choć z wahaniem.

– Miło mi pana poznać. A mówią do pana Sam?

Nie zrozumiałem pytania.

– Kto taki?

– No nie wiem… Pańscy przyjaciele.

Potrząsnąłem głową.

– Jestem Samuel.

Uznałem za zbędne informować ją, że mam bardzo niewielu przyjaciół.

Pani Washburn skinęła głową.

– Mam pytanie.

– Nie ma pani aparatu – powiedziałem, zastanawiając się, czy skłamała, mówiąc, że jest fotografką.

Znów uniosła brwi, ale tym razem szybciej.

– Zostawiłam go w samochodzie.

– Tam się nie przyda – powiedziałem. – Proszę go przynieść.

Spojrzała na mnie ze zdumieniem, ale poszła i wyjęła aparat z bagażnika. Wróciła do biura i stanęła mniej więcej metr od biurka, jakby się obawiała, że rzucę się na nią jak głodny tygrys.

Zanim zdążyłem wyjaśnić, czego od niej oczekuję, pani Washburn zapytała:

– Przepraszam, że pytam, ale czy pan ma zespół Aspergera?

Cholera. Zorientowała się.

ROZDZIAŁ 2

Nie wstydzę się mojego aspergera. Dlaczego miałbym się wstydzić? Dzięki niemu mam pewne cechy osobowości, które oceniam jako bardzo przydatne. Wolę jednak sam informować o tym ludzi. Gdy ktoś mnie o to pyta, jak przed chwilą Janet Washburn, tracę grunt pod nogami.

Asperger to teoretycznie „zaburzenie” ze spektrum autyzmu, choć dla mnie zaledwie cecha osobowości. Ludzie, którzy go nie mają – ale też część z tych, którzy go mają – uznają go za pewnego rodzaju defekt, utrudniający komunikację lub nawiązywanie relacji z innymi. Ściślej rzecz biorąc, uważają tych z aspergerem za dziwaków.

Moim zdaniem większość „typowych” ludzi jest dziwna, podczas gdy ja się zachowuję racjonalnie. Niestety, jest nas stosunkowo niewielu, więc nie tworzymy większości, no i nie wszyscy zachowujemy się identycznie. Sześć osób z zespołem Aspergera niekoniecznie dogada się ze sobą lepiej niż z pozostałymi ludźmi.

– Przepraszam – powiedziała pani Washburn, gdy nie zareagowałem. – Nie chciałam wprawić pana w zakłopotanie.

Oto jest najlepszy przykład z góry przyjmowanego założenia! Pani Washburn uznała, że skoro nie jestem taki jak ona, oznacza to, że mam zastrzeżenia co do swojej osobowości, a w związku z tym odczuwam zakłopotanie.

– Nie – odparłem. – Po prostu mnie pani zaskoczyła. Tak, mam zespół Aspergera. Jestem zaskoczony, że tak szybko się pani zorientowała.

Kobieta sprawiała wrażenie zadowolonej, jakby właśnie usłyszała komplement.

– Pracowałam kiedyś jako nauczyciel pomocniczy – powiedziała. – Mieliśmy szkolenie poświęcone zaburzeniom ze spektrum autyzmu, żebyśmy potrafili je rozpoznawać i pomóc dzieciom podczas zajęć.

U mnie zespół Aspergera stwierdzono, gdy miałem szesnaście lat. Nie miałem możliwości skorzystać z licznych terapii i technik, które obecnie stosuje się w pracy z młodszymi dziećmi. Moja matka prosiła dyrekcję liceum o zapewnienie mi wsparcia, ale nic nie wskórała. Sama więc opłacała konsultacje z doktorem Mancuso. Przez lata toczyła batalię prawną z systemem szkolnym, ale nic nie osiągnęła.

– Jak szybką ma pani migawkę w aparacie? – zapytałem, wykorzystując pretekst do zmiany tematu. – Chciałbym wykonać zdjęcia ciała w ruchu.

– Jakiego ciała? – zapytała.

– Mojego.

Pani Washburn przez chwilę przyglądała mi się podejrzliwie. Zanotowałem sobie w pamięci, żeby później zapytać o to matkę. Nie przypominam sobie, żebym powiedział albo zrobił coś, co mogłoby wywołać tego typu reakcję u drugiej osoby.

– A co będzie pan robił? – zapytała po chwili.

– No właśnie…

Uniosłem palec i podszedłem do biurka. Schyliłem się i sięgnąłem po kij baseballowy, który rano położyłem na podłodze. Uniosłem go w górę, żeby jej zaprezentować.

– Spokojnie, Reggie – powiedziała i cofnęła się o krok.

– Mam na imię Samuel – przypomniałem jej. Jednocześ­nie zauważyłem, że ona nie odrywa wzroku od kija baseballowego. (Sporo musiałem ćwiczyć, żeby się nauczyć dostrzegać takie rzeczy). Zapewne miała więc na myśli słynnego baseballistę Reggiego Jacksona. – Pomyślała pani, że ją tym uderzę?

– Staram się sobie powtarzać, że pan tego nie zrobi.

Dziwne to… Przecież ludzie nie uderzają kijami baseballowymi innych ludzi. Uderzają nimi piłki.

– Oczywiście, że nie – zapewniłem. – Chciałem, żeby sfotografowała pani mój zamach kijem.

Znów dziwnie na mnie spojrzała.

– Po co?

– To jest właśnie interesująca sprawa – powiedziałem. – Niech pani przyjdzie zobaczyć. – Wskazałem gestem ekran komputera, a pani Washburn, po krótkiej chwili wahania, podeszła do biurka i spojrzała na monitor. – Na pewno pani wie, że jest nowy Yankee Stadium?

– Ten, który zastąpił Dom wzniesiony przez Rutha? Ma pan na myśli tę podkręconą wersję, która powstała na gruzach osiemdziesięciosześcioletniej katedry baseballu? To pudło na kapelusze, w którym działa Hard Rock Cafe? Ten Yankee Stadium?

Odwołując się do stereotypów, można popełnić błąd. Całe lata mi to zajęło, zanim w końcu dzięki kolejnym doświadczeniom zrozumiałem, że najpierw trzeba zgromadzić fakty, a dopiero potem na ich podstawie wyciągać wnioski. Większość kobiet nie interesuje się dyscyplinami sportu takimi jak baseball, ale od tej zasady są wyjątki. Można formułować założenia na podstawie prawdopodobieństwa, nie jest to jednak wiarygodna metoda wnioskowania.

– Dobrze – powiedziałem. – W takim razie prawdopodobnie pani wie, że przez osiemdziesiąt pięć lat istnienia stadionu nigdy nikomu nie udało się podczas meczu wybić piłki poza trybuny.

– Ten stadion istniał przez osiemdziesiąt sześć lat – odparła pani Washburn. – Tak, wiem. Wiem również, że średnia uderzeń Mickeya Mantle’a wynosi dwieście dziewięćdziesiąt osiem. Ale jaki to ma związek ze zdjęciem, na którym pan bierze zamach kijem?

Przyznam, że słuchając jej odpowiedzi, zacząłem się zastanawiać, czy ona aby nie wykazuje „szczególnego zainteresowania” Jankesami – tak samo jak ja procedurami policyjnymi, Beatlesami i baseballem w ogóle.

 

– Jeden z moich klientów zadał mi pytanie dotyczące stadionu – odparłem. – Rozważa pomysł, czyby się założyć, że w związku z nieznaczną modyfikacją lokalizacji obiektu zmieniły się prądy powietrza i to dlatego w ciągu pierwszych dwudziestu lat istnienia nowego stadionu uda się wybić piłkę poza trybuny. Chodzi o duży zakład.

Kobieta zmrużyła oczy.

– No i?

– No i się zastanawiałem, jak to wygląda z perspektywy naukowej. Doszedłem do wniosku, że mój klient się myli. Tyle że to jest ten typ człowieka, który nie wierzy w statystyki. Woli dowody o charakterze wizualnym. Chciałbym mu przedstawić zdjęcia, na których wykonuję zamach kijem. Załadowałbym je do komputerowej symulacji budynku, żeby w ten sposób wykazać, że prądy powietrza, choć co prawda w przypadku niektórych stadionów umożliwiają wybicie piłki poza trybuny, jednak tutaj nie mają znaczenia z uwagi na rozmiary obiektu.

Pani Washburn wyraźnie się rozluźniła. Skinęła głową na dowód, że rozumie, o co mi chodzi.

– Mogę zaproponować panu lepsze rozwiązanie – powiedziała. – Nagram krótki filmik, na którym zarejestruję cały ruch. Pan będzie mógł później wybrać do swojej symulacji przydatne klatki.

– A jakiej jakości będzie ten film? – zapytałem.

– HD – powiedziała pani Washburn.

– Świetnie.

Przez kilka minut zastanawialiśmy się, pod jakim kątem najlepiej wykonać zdjęcia. Pani Washburn zaproponowała, żebym ustawił się przy frontowym oknie. Wyjaśniła, że wtedy będzie mogła cyfrowo wyciąć moją postać z tła, a w pobliżu okna jest najwięcej naturalnego światła, dzięki czemu obraz nie będzie zasadniczo różnić się od reszty kadru.

Nagrała pięć uderzeń. Ja starałem się uderzać z góry, jak pałkarz, który próbuje posłać piłkę daleko i wysoko. Po piątej próbie wspólnie uznaliśmy materiał za zadowalający.

Zgraliśmy film na mojego maca pro i właśnie mieliśmy go obejrzeć, gdy otworzyły się frontowe drzwi, rozbrzmiał dzwonek i do biura wkroczył około pięćdziesięcioletni mężczyzna. Jego wyrazu twarzy nie rozpoznałem – nozdrza miał rozszerzone, a górną wargę cofniętą – ale wydał mi się mało pozytywny.

– To nie są Odpowiedzi na Pytania – powiedział, chyba sam do siebie.

Również tym razem potrzebowałem długiej chwili, żeby mu odpowiedzieć, ponieważ oczywiście się mylił: przecież znajdował się w biurze Odpowiedzi na Pytania. Zanim jednak zdążyłem się odezwać, pani Washburn zrobiła krok naprzód.

– Ależ są. Czy szuka pan Odpowiedzi na Pytania?

To pytanie wydało mi się dziwne. Po cóż ten człowiek miałby wchodzić do biura, skoro nie spodziewał się tu znaleźć mojej agencji? On jednak tylko zmarszczył brwi.

– Tak, mam problem i szukam rozwiązania – oznajmił.

– Ale my nie rozwiązujemy problemów – powiedziałem. Tę samą rozmowę przeprowadziłem już z kilkoma innymi osobami przy kilku innych okazjach. – My odpowiadamy na pytania.

To matka mi zasugerowała, że powinienem mówić „my” zamiast „ja”. Powiedziała, że wzmocnię wrażenie profesjonalizmu firmy, gdy zasugeruję współpracę z grupą ekspertów. Osobiście uważałem, że to nieuczciwe, ale postanowiłem – jak to mam w zwyczaju – zaufać jej osądom.

Mężczyzna zbierał się w sobie. Na jego łysej głowie wystąpiły kropelki potu. Denerwował się. A może miał gorączkę? Obstawiałbym jednak, że się denerwował.

– Poleciła mi pana moja znajoma, Ellen Crenshaw – wyjaśnił, podchodząc do mnie. – Jestem doktor Marshall Ackerman.

Powitałem go w wyuczony sposób.

– Pan pozwoli, że się przedstawię – powiedziałem, wyciągając rękę. – Nazywam się Samuel Hoenig.

– Tak – odparł.

Sprawiał wrażenie rozczarowanego faktem, że jestem tym, kim jestem. Choć widywałem już wcześniej podobne reakcje, nie przestawały mnie zdumiewać.

– Pamiętam panią Crenshaw – przyznałem, licząc na to, że w ten sposób trochę go uspokoję. – O ile sobie przypominam, dopytywała, gdzie mogłaby szukać zaginionego węża boa.

Pani Washburn szerzej otworzyła oczy.

Rzeczywiście pamiętałem panią Crenshaw. Nasza współpraca okazała się w praktyce nieco skomplikowana, ponieważ jej zależało nie tyle na odnalezieniu węża, ile na uzyskaniu odszkodowania. Ja tymczasem pokrzyżowałem jej szyki, gdyż odnalazłem zgubę.

– Tak – powtórzył Ackerman. – Ellen wspominała, że jest pan skuteczny i dyskretny.

– Miała nietypowe pytanie – powiedziałem. – A skąd pan zna panią Crenshaw?

– Kilka lat temu pracowaliśmy razem w radzie pewnej fundacji – odparł Ackerman. – Od tamtej pory się przyjaźnimy. Kilka tygodni temu wspomniała o panu w trakcie rozmowy. Z uznaniem wypowiadała się o pańskich metodach, choć nadmieniła, że są nieco… nadzwyczajne.

– Zwyczajne usługi znajdzie pan wszędzie – wtrąciła pani Washburn. Na jej twarzy malował się wyraz rozdrażnienia. – Jeśli zależy panu na nadzwyczajnych usługach, trafił pan pod dobry adres.

Bardzo przychylnie wypowiedziała się na mój temat, zważywszy, że jeszcze nie odpowiedziałem na jej pytanie. Deklaracja okazała się jednak nader pomocna.

– Pani wybaczy – zaczął Ackerman – ale mam do pana Hoeniga prywatną sprawę.

Zachowywał się jak człowiek, który przywykł do podporządkowywania innych swojej woli.

Zauważyłem u siebie lekkie wzburzenie. Nie spodobało mi się to, że Ackerman próbuje odprawić panią Washburn, która tak skutecznie zachwalała moje usługi.

– Może pan śmiało mówić przy pani Washburn – zapewniłem. – Wśród moich współpracowników nie ma nikogo, kto byłby bardziej godny zaufania niż ona.

To nie była nieprawda. Pracowałem przecież z panią Washburn, zanim zjawił się Ackerman, a ponieważ nie miałem żadnych innych współpracowników, to nie miałem też żadnego, który byłby bardziej godny zaufania niż ona. Pani Washburn była też oczywiście najmniej godnym zaufania ze wszystkich moich współpracowników, ale nie widziałem powodu, żeby o tym wspominać.

Na te słowa pani Washburn chrząknęła, spojrzała mi prosto w oczy (ja celowo odwróciłem wzrok) i skinęła głową. Moim zdaniem próbowała w ten sposób wyrazić uznanie.

– Zachowamy w ścisłej tajemnicy wszystko, co od pana usłyszymy – dodała, a ja przytaknąłem. – Zechce pan spocząć?

Wskazała mu krzesło przy biurku. Ackerman usiadł. Ja zostałem po drugiej stronie blatu. Odnotowałem sobie w głowie, żeby przynieść z domu jeszcze jedno krzesło, ponieważ pani Washburn nie miała na czym usiąść. Stała przy biurku, opierając się na kiju baseballowym. Zastanawiałem się, czy powinienem jej zaproponować moje krzesło, czy też odebrałaby to jako seksistowski gest. Trudno mi było to stwierdzić.

– Zacznę może od tego, co mnie sprowadza – powiedział Ackerman. – Jestem dyrektorem Instytutu Krioniki Garden State.

Zgłębiałem ten temat nie dalej jak cztery dni temu. Zainteresowałem się nim po przeczytaniu w „New York Timesie” artykułu o podobnej instytucji w Kalifornii.

– Czyli zajmuje się pan zamrażaniem ciał ludzi, którzy umierali z nadzieją na to, że kiedyś uda się przywrócić im życie i wyleczyć. Zgadza się?

– Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy podzielają nasze zapatrywania na sens tych poczynań – odparł Ackerman.

– Ja nie wypowiadam się ani za, ani przeciw – zapewniłem. – Moim zdaniem nauka na razie nie wypowiedziała się w tej kwestii jednoznacznie. Chciałem się po prostu upewnić, czy dobrze rozumiem istotę pańskiej działalności.

Ackerman skinął głową, jakby pragnął w ten sposób wyrazić uznanie dla mojego rozeznania w temacie.

– Tak, tym właśnie się zajmujemy – potwierdził. – Dajemy ludziom szansę na nowe życie w momencie, gdy nauka osiągnie odpowiedni stopień rozwoju.

– Pobiera pan z tego tytułu opłatę, zwaną opłatą za przechowywanie. Bezterminowo, do czasu zaistnienia odpowiednich okoliczności. Zgadza się?

Chyba popełniłem błąd, siadając za biurkiem. Moją uwagę przykuwało teraz bowiem zdjęcie Yankee Stadium, wyświetlone na ekranie. Zacząłem myśleć o mojej prezentacji dla klienta hazardzisty, Josepha Teradina. Przeszło mi przez myśl, że rozmieszczenie reklam na nowym stadionie mogło nieznacznie wpłynąć na tor lotu piłki. Prawdopodobnie jednak nie miało to większego znaczenia dla tego pytania.

– Owszem, pobieramy opłatę – przyznał Ackerman. – Nie jesteśmy organizacją dobroczynną, a rząd w żadnym stopniu nie finansuje naszych badań. Trudno byłoby od nas oczekiwać, że weźmiemy na siebie koszty przechowywania ludzi w należytych warunkach przez wiele lat, dziesięcioleci, a nawet wieków. Środki wyczerpałyby nam się już po miesiącu.