KosaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Wstęp

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Roz­dział 5

Roz­dział 6

Roz­dział 7

Roz­dział 8

Roz­dział 9

Roz­dział 10

Podzię­ko­wa­nia

Biblio­gra­fia

Zdję­cia

Tekst © Copy­ri­ght Roman Kosecki, 2020

Tekst © Copy­ri­ght Dariusz Faron, 2020

Tekst © Copy­ri­ght Dariusz Dobek, 2020

REDAK­CJA: Michał Zara­nek

KOREKTA: Mar­ce­lina Szew­czyk

PRO­JEKT OKŁADKI: Prze­my­sław Pio­trow­ski

FOTO­EDY­CJA: Jaro­sław Arczew­ski

KOOR­DY­NA­TOR PRO­JEKTU: Kata­rzyna Dro­sio

ZDJĘ­CIA:

OKŁADKA: Jan Roz­ma­ry­now­ski/Forum, Piotr Kucza/Foto­Pyk, Onet (2)

ŚRO­DEK: Archi­wum pry­watne Romana Kosec­kiego (39), Andrzej Iwan­czuk/REPOR­TER, Miro­sław Trem­becki/PAP, Studio69/Forum, AMA­LVY/AFP/East News, Andre Durand/AFP/East News, archi­wum TVP/Forum, Mie­czy­sław Świ­der­ski/New­spix.pl (2), Marek Żochow­ski/New­spix.pl, Euge­niusz War­miń­ski/archi­wum Legii, Teo­dor Klep­czyń­ski/New­spix.pl, Marek Biczyk, Piotr Nowak, Jacek Kozioł, Wło­dzi­mierz Sie­ra­kow­ski/400mm (3), Getty Ima­ges (2)

WYDAWCA:

Rin­gier Axel Sprin­ger Pol­ska Sp. z o.o.

ul. Doma­niew­ska 49

02-672 War­szawa

ISBN 978-83-8091-960-0

War­szawa 2020

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Choć minęło już pra­wie 50 lat, potra­fię odtwo­rzyć ten moment, jakby to było dziś. Tuż przed wej­ściem do sie­dziby klubu RKS Mir­ków mama zdjęła mnie z sio­dełka roweru, przy­po­mi­na­jąc: „Pamię­taj, żeby ład­nie się przed­sta­wić”. Nie­pew­nie pchną­łem drzwi, a po chwili ujrza­łem swo­ich pierw­szych tre­ne­rów, Woj­cie­cha Sza­łap­skiego i Hen­ryka Węcła­wiaka. Powie­dzia­łem cicho:

– Dzień dobry, nazy­wam się Roman Kosecki.

Z mojego rodzin­nego domu do klubu jest zale­d­wie kilka kilo­me­trów, ale wła­śnie tam­tego dnia wyru­szy­łem w bar­dzo daleką podróż. Od Kon­stan­cina, przez War­szawę, Stam­buł, Pam­pe­lunę, Madryt, Nan­tes, Mont­pel­lier, aż po Chi­cago. Byłem kapi­ta­nem repre­zen­ta­cji Pol­ski, strze­la­łem gole Bar­ce­lo­nie i Realowi Madryt, wystę­po­wa­łem w pół­fi­nale Ligi Mistrzów. Dzie­li­łem szat­nię z takimi pił­ka­rzami jak Kiko, Diego Sime­one czy Claude Makélélé, a za prze­ciw­ni­ków mia­łem Diego Mara­donę, Romário, Bebeto i Emi­lio Butragueño. Legen­darny Johan Cruyff mówił swego czasu, że dobrze byłoby mieć „Kosę” na Camp Nou. Spo­ty­ka­łem na swo­jej dro­dze sza­lo­nych dzia­ła­czy, od Mariana Dziu­ro­wi­cza po legen­dar­nego Jesúsa Gila w Atlético Madryt. Cza­sem bywało śmiesz­nie, innymi razy tro­chę strasz­nie. W Tur­cji naj­więk­sza gwiazda klubu gro­ziła mi, że jeśli nie będę poda­wał, to mnie zastrzeli. We Fran­cji na wła­sne oczy widzia­łem, jak pre­zes jed­nej z naj­lep­szych wów­czas dru­żyn w Euro­pie zabiera na mecz sza­mana, by ten wycza­ro­wał mu awans. Jed­nym sło­wem, naprawdę jest co wspo­mi­nać.

Przez kil­ka­na­ście lat kariery napi­sano o mnie dzie­siątki arty­ku­łów. Udzie­li­łem też setek wywia­dów, jed­nak nad­szedł dobry moment, by wresz­cie opo­wie­dzieć wszystko od A do Z. Być może zabrzmi to tro­chę pate­tycz­nie, ale chcia­łem prze­żyć to jesz­cze raz.

Zapewne dla star­szych kibi­ców auto­bio­gra­fia będzie podróżą w cza­sie, a dla młod­szych – swego rodzaju świa­dec­twem, bo należę do świata, który odcho­dzi w zapo­mnie­nie. Rze­czy, które obec­nie nie mają prawa się zda­rzyć w żad­nej repre­zen­ta­cji na świe­cie, dla nas sta­no­wiły chleb powsze­dni. Od przy­jeż­dża­nia na kadrę za wła­sne pie­nią­dze, po dłu­gie zgru­po­wa­nia w hote­lach z klu­bem go-go w piw­nicy. Przez kilka lat byłem kapi­ta­nem dru­żyny uzna­nej za prze­klętą, bo choć miała w skła­dzie świet­nych zawod­ni­ków, niczego nie osią­gnęła. Wokół „mojej” repre­zen­ta­cji Pol­ski powstało bar­dzo wiele mitów. Jedne miały sporo wspól­nego z prawdą, inne już nie­ko­niecz­nie. Pora wypro­sto­wać kilka kwe­stii.

Kie­dyś nazwi­sko Kosecki było gwa­ran­cją pił­kar­skiej jako­ści. Dziś, kiedy jestem już jakieś 50 kilo­gra­mów cięż­szy, a buty dawno powie­si­łem na kołku, mogę zagwa­ran­to­wać wam tylko jedno: szcze­rość. Liczę, że pod­czas lek­tury tej książki kilka razy się uśmiech­nie­cie, ale być może znajdą się i tacy, któ­rzy mocno się na mnie wku­rzą. Trudno. Jako pił­karz ni­gdy nie gry­złem się w język, teraz tym bar­dziej nie widzę powodu, by to robić. Zawsze uwa­ża­łem, że trzeba mówić, co się myśli i tak samo jest w tej książce. Nie tylko ze względu na sza­cu­nek do czy­tel­nika. Przed przy­stą­pie­niem do pracy nad auto­bio­gra­fią moja żona Jadzia powie­działa mi: „Jeśli się wybie­lisz i wykreu­jesz na świę­tego, to pocho­wam cię na Wawelu”. A ja wolę leżeć w Kon­stan­ci­nie, więc nie mam wyj­ścia…

Dzień dobry, nazy­wam się Roman Kosecki. Naj­wyż­szy czas się poznać.

Roz­dział 1

Z Kosą lepiej nie zaczy­nać

Drzwi chaty zatrza­snęły się. W naj­więk­szej izbie tło­czyło się już kil­ka­na­ście osób – sąsiad zapro­sił na mecz chyba całą wio­skę, bo jako jeden z nie­licz­nych miał tele­wi­zor. Każda para oczu wpa­trzona była w mały kwa­drat, który rzu­cał na drew­nianą pod­łogę szarą poświatę. Z otwartą buzią patrzy­łem, jak kadra Kazi­mie­rza Gór­skiego wal­czy z RFN-em na wodzie o pierw­szy w histo­rii naszej repre­zen­ta­cji finał mistrzostw świata. Jesz­cze przed bramką Gerda Müllera usły­sze­li­śmy potężny grzmot i niebo roz­darła bły­ska­wica, po któ­rej w cha­cie zro­biło się ciemno. Burza spra­wiła, że w całej oko­licy wysia­dła elek­trycz­ność i ekran z czarno-bia­łego zro­bił się czarny. Wzbu­rze­nie wszyst­kich zebra­nych było ogromne, bo tam­tego lata, w 1974 roku, cała wio­ska żyła pracą i mun­dia­lem. O tele­fo­nie komór­ko­wym czy kom­pu­te­rze nikt jesz­cze nawet nie marzył, więc przez kil­ka­dzie­siąt minut nie mie­li­śmy poję­cia, co do cho­lery dzieje się na zala­nym wodą boisku we Frank­fur­cie. Dopiero po jakimś cza­sie soł­tys przy­je­chał do chaty na rowe­rze i obwie­ścił, że prze­gra­li­śmy 0:1. Zała­ma­łem się, ale już wtedy, w wieku ośmiu lat, wie­dzia­łem, że nie będę stra­ża­kiem ani poli­cjan­tem, tylko dru­gim Grze­go­rzem Latą.

Jako młody chło­pak nie­mal każde waka­cje spę­dza­łem we wsi Łączka u dziad­ków. Czas zaj­mo­wało mi głów­nie wypa­sa­nie krów i pod­kra­da­nie jajek z kur­nika, a gdy nie można było iść na mecz do gospo­da­rza sąsied­niej chaty, bab­cia sadzała mnie obok i opo­wia­dała o wie­rze­niach sło­wiań­skich albo II woj­nie świa­to­wej. Kiedy Niemcy albo Rosja­nie wcho­dzili do wio­ski, dzia­dek ucie­kał do lasu, żeby się cho­wać z par­ty­zan­tami, a kobiety zaga­niały zwie­rzęta do zagrody. Raz moja rodzina otarła się o śmierć. Nazi­ści pozaj­mo­wali chaty gospo­da­rzy, wypę­dza­jąc miesz­kań­ców do obór. Gdy zaczęły się zbli­żać woj­ska radziec­kie, Niemcy rzu­cili się do ucieczki. Tuż przed tym, jak wyje­chali, wypro­wa­dzili bab­cię, mamę i cio­cię za dom, a jeden z żoł­nie­rzy oddał trzy strzały tuż obok ich głów. Nie mam poję­cia, dla­czego tak zro­bił, ale wiem jedno – nie­wiele zabra­kło, a w ogóle nie byłoby mnie na świe­cie.

Choć opo­wie­ści babci mro­ziły mi krew w żyłach, uwiel­bia­łem ich słu­chać. Przed snem zawsze z trójką kuzy­nów musie­li­śmy odmó­wić pacierz. Gdy nad­cho­dziła burza, bab­cia sta­wiała w oknie święte obrazy, by chro­niły nas przed nie­bez­pie­czeń­stwem. Kiedy pio­run mijał naszą chatę, powta­rzała, że ochro­nił nas Bóg. W nie­dzielę cała wio­ska spo­ty­kała się w kościele, do któ­rego jechało się bryczką przez las.

Pocho­dzę z pro­stej rodziny – mama pra­co­wała w fabryce papieru w Kon­stan­ci­nie, ojciec był mura­rzem. Oboje ostro zasu­wali, żeby zaro­bić na chleb, więc czę­sto musia­łem radzić sobie sam. Gdy byłem szkra­bem, odwo­żono mnie do żłobka w ponie­dzia­łek, a odbie­rano w sobotę. Jak już tro­chę pod­ro­słem, naj­czę­ściej spę­dza­łem dzień na boisku. Byłem bun­tow­ni­kiem od naj­młod­szych lat. Starsi chłopcy ze szkoły brali mnie do dru­żyny, bo szybko zorien­to­wali się, że młody Kosecki to kawał pił­ka­rza. Za to nauczy­ciele spo­strze­gli, że młody Kosecki czę­sto spóź­nia się na lek­cje, bo ma do dogra­nia mecz na prze­rwie.

 

Nie szu­ka­łem awan­tur, ale cza­sem zda­rzało się pójść na solo. Wal­czyło się zawsze do pierw­szej krwi albo do słowa „basta” – jeśli je wypo­wie­dzia­łeś, twój prze­ciw­nik dosta­wał sygnał, że się pod­da­jesz. Ni­gdy go nie uży­wa­łem, wola­łem już dostać. Dzięki takiej posta­wie wyra­bia­łem sobie sza­cu­nek. Star­szy­zna cza­sem chciała sta­nąć w mojej obro­nie, ale nie korzy­sta­łem z tego, że mam plecy. Pamię­tam jed­nego cwa­niaczka, który szu­kał guza. Zaczął mnie popy­chać, aż w końcu zna­la­złem się pod murem. Facet nie wie­dział, że „Kosy” lepiej nie zacze­piać. Zanim się zorien­to­wał, dostał strzała i padł. Sia­dłem na nim okra­kiem i okła­da­łem go jakiś czas. Dosta­łem jakie­goś szału. Kto wie, jak to by się skoń­czyło, gdyby nie odcią­gnęli mnie nauczy­ciele. Co cie­kawe, ja i ten gość póź­niej zosta­li­śmy naj­lep­szymi kole­gami. Mamę wezwano wtedy z pracy, ale roze­szło się po kościach. Ojciec budo­wał dom dyrek­tora mojej szkoły. Jak przy­szło co do czego, dyrek­tor zawsze mówił nauczy­cie­lom, że ten Romek to zdolny chło­pak jest, a spóź­nie­niami i spo­ra­dycz­nymi bój­kami nie ma się co przej­mo­wać.

W domu na ścia­nie wisiała dys­cy­plina – drew­niany kij ze skó­rza­nym rze­my­kiem. Wystar­czyło, by mama uda­wała, że po nią sięga, żebym się uspo­koił. Zda­rzało się, że goniła mnie z tą dys­cy­pliną, ale wtedy ucie­ka­łem na dach i cze­ka­łem, aż jej przej­dzie. Zada­nia domowe robi­łem oczy­wi­ście dwie minuty przed lek­cją na kola­nie. Po kla­sów­kach modli­łem się, żeby unik­nąć dwójki, ale dawa­łem radę i ni­gdy nie kiblo­wa­łem. Raz po spraw­dzia­nie kolega zaczął pła­kać. Pytam go, co się stało, a on, że dostał czwórkę z plu­sem, a chciał piątkę. Powie­dzia­łem mu, że, za prze­pro­sze­niem, jest jakiś popie­przony. Nie chciało mi się tłu­ma­czyć, że liczy się to, ile bra­mek wal­ną­łeś na boisku szkol­nym, a nie jakie masz cyferki w dzien­niku.

W wieku pięt­na­stu lat debiu­to­wa­łem w senio­rach RKS-u Mir­ków na czwar­tym pozio­mie roz­gryw­ko­wym. Nawia­sem mówiąc – jeśli myśli­cie, że naj­waż­niej­szą osobą w klu­bie jest pre­zes albo tre­ner, grubo się myli­cie. Naj­waż­niej­szy jest maga­zy­nier. W Mir­ko­wie tę funk­cję peł­nił pan Pyzio, u któ­rego mia­łem spore chody. Zwy­kle nie chciał wyda­wać zawod­ni­kom sprzętu. Nie­raz wyska­ki­wał wku­rzony z klu­bo­wego budynku i rzu­cał w innych pękiem klu­czy. A tym­cza­sem gdy moje korki roz­pa­dły się ze sta­ro­ści, pan Pyzio zapro­sił mnie do maga­zynu i wydał nowiut­kie pol­sporty. Zawsze mogłem do niego wpaść po nowe spodenki czy koszulkę.

W Mir­ko­wie mie­li­śmy fajną ekipę. Andrzej Zagoń­czyk naprawdę dawał radę, wystę­po­wał mię­dzy innymi w dru­giej dru­ży­nie Legii War­szawa. Wło­dek Pabi­siak poszedł póź­niej do Polo­nii. Janek Świą­tek spo­koj­nie mógł grać w pierw­szej lidze, ale jakoś mu nie wyszło. Był jesz­cze Janek Grab­ski, naj­więk­szy gaduła w dru­ży­nie.

Kie­dyś przed meczem sie­dzimy w szatni, a Janek do nas:

– Chło­paki, dzi­siaj na luzie wygry­wamy, sędziuje mój kum­pel.

W dzie­sią­tej minu­cie ten kum­pel poka­zał mu czer­woną kartkę, a my dosta­li­śmy w dupę. Cóż, bywa.

Szybko się zaakli­ma­ty­zo­wa­łem w szatni, bo chło­paki zoba­czyły, że „Kosa” coś potrafi. Pamię­tam, jak gra­li­śmy z rezer­wami Legii na głów­nej pły­cie przy Łazien­kow­skiej. Mecz zakoń­czył się wyni­kiem 3:3, a ja wal­ną­łem hat tricka, przed­sta­wia­jąc się klu­bowi w naj­lep­szy moż­liwy spo­sób. „Dzień dobry, Romek jestem, dziś ukłu­łem trzy razy, a kie­dyś będę u was grał”. Już wtedy dotarły do mnie pogło­ski, że dzia­ła­cze Woj­sko­wych zapy­tali po meczu o gów­nia­rza z Mir­kowa. Wie­dzia­łem jed­nak, że nie jestem jesz­cze gotowy na Legię. W wieku sie­dem­na­stu lat prze­nio­słem się do wystę­pu­ją­cego na trze­cim pozio­mie roz­gry­wek Ursusa War­szawa.

Zanim się zorien­to­wa­łem, sie­dzia­łem w pociągu w dre­sie z orzeł­kiem na piersi, jadąc do Kijowa na swój pierw­szy mię­dzy­na­ro­dowy tur­niej. W 1984 roku zna­la­złem się w kadrze junior­skiej repre­zen­ta­cji Pol­ski, która przy­wio­zła z mistrzostw Europy do lat 18 brą­zowe medale. Wielu zawod­ni­ków tam­tej dru­żyny bły­snęło póź­niej na ligo­wych boiskach, a nie­któ­rzy poro­bili mię­dzy­na­ro­dowe kariery.

Naszym lide­rem był Andrzej Rudy. Świetną robotę wyko­ny­wali też Jacek Zio­ber, Mirek Dre­szer, Darek Wój­to­wicz czy Darek Mar­ci­niak. Jestem prze­ko­nany, że ten ostatni skoń­czyłby w topo­wym euro­pej­skim klu­bie, gdyby nie uto­pił talentu w alko­holu. Wszy­scy mie­li­śmy po sie­dem­na­ście, osiem­na­ście lat, a Mar­ci­niak grał jak senior. Mię­dzy innymi dzięki niemu wygra­li­śmy wszyst­kie mecze gru­powe – z Wło­chami, Buł­ga­rią i Danią. Buł­ga­rzy z Chri­sto Sto­icz­ko­wem na czele popła­kali się po meczu z nami, bo ode­bra­li­śmy im szansę na awans. Mokre policzki miał też nasz lekarz, Cze­sław Mał­kie­wicz. Przed tur­nie­jem zało­żył się z nami, że jeśli wej­dziemy do pół­fi­nału, wyką­pie się w hote­lo­wej fon­tan­nie. Dotrzy­mał słowa.

Na boisku na pewno pre­zen­to­wa­li­śmy się dużo lepiej niż poza nim. Tre­no­wa­li­śmy w stro­jach po dru­ży­nie koszy­ka­rzy, a prócz tego dosta­li­śmy popie­late gar­ni­tury bez kra­wa­tów i… czer­wone adi­dasy. Wyobra­ża­cie to sobie? Jak zoba­czy­li­śmy z Andrze­jem Rudym nasz galowy zestaw, od razu zapo­wie­dzie­li­śmy, że w życiu tego nie zało­żymy, bo wio­cha na cały Kijów. Już na pero­nie ludzie patrzyli, co to za cyr­kowcy przy­je­chali z Pol­ski. Jed­no­cze­śnie wie­dzie­li­śmy, że prze­cież nie szata zdobi czło­wieka. Pew­nego dnia prze­pro­wa­dzi­li­śmy z Rudym akcję dwój­kową – pozna­li­śmy prze­piękne rosyj­skie dziew­czyny i ruszy­li­śmy z nimi na mia­sto. Do hotelu Ros­sija wra­ca­li­śmy w czwórkę – tyle że nie z dziew­czy­nami, lecz z dwoma taj­nia­kami. Przez cały wyjazd pil­no­wali naszej repre­zen­ta­cji, a pięć minut po przy­jeź­dzie do Kijowa ode­brali nam pasz­porty. Tamta randka nie do końca się udała…

Jeśli cho­dzi o poza­bo­iskową sku­tecz­ność i kon­takty dam­sko-męskie, kró­lem strzel­ców całej imprezy został Darek Wój­to­wicz. Tym bar­dziej że gol strze­lony na wyjeź­dzie liczy się podwój­nie. Otóż przy­dzie­lono nam prze­piękną tłu­maczkę. Tatiana, Irina, Ana­sta­zja, czy jak jej tam było na imię, zako­chała się w Darku na zabój. Tyle tylko, że była córką wysoko posta­wio­nego ofi­cera. Śmia­li­śmy się więc, że jak coś będzie nie cha­ra­szo, to chłop ma prze­rą­bane. Do dziś pamię­tam, jak stała na lot­ni­sku i pła­kała za Wój­to­wiczem, gdy wyla­ty­wa­li­śmy do Pol­ski.

Po świet­nej fazie gru­po­wej w Kijo­wie prze­nie­śli­śmy się do Moskwy. Cho­dzi­li­śmy na coś w rodzaju mar­ketu przy placu Czer­wo­nym, gdzie sprze­da­wano sprzęty gospo­dar­cze, o jakich w Pol­sce można było w dobie komu­ni­zmu tylko poma­rzyć. Naj­więk­szym zain­te­re­so­wa­niem cie­szyły się żelazka. Gdy w tam­tych cza­sach jechało się do Związku Radziec­kiego, zakła­dało się kilka par dżin­sów, żeby potem sprze­dać je za ruble. Sły­sza­łem kie­dyś nawet histo­rię, jak jedna z repre­zen­ta­cji mło­dzie­żo­wych leciała na tur­niej do Tasz­kientu i miała mię­dzy­lą­do­wa­nie oraz noc­leg w Moskwie. Zamiast od razu ruszyć do hotelu, auto­kar pod­je­chał pod amba­sadę. Tre­ner wyty­po­wał kilku chło­pa­ków, któ­rzy po chwili wró­cili z ogrom­nymi worami. Cała dru­żyna była prze­ko­nana, że przy­nie­śli sprzęt pił­kar­ski, ale patrzą, a tam kil­ka­set par dżin­sów na han­del. Selek­cjo­ner powie­dział, że mają wszystko sprze­dać i nie może znik­nąć ani jedna para!

Z ręką na sercu – nie pamię­tam podob­nych akcji z junior­skich mistrzostw Europy 1984. Nie zapo­mnę nato­miast chyba naj­go­rzej zapla­no­wa­nego prze­mytu w histo­rii repre­zen­ta­cji Pol­ski. Z kadrą do lat 21 pole­cie­li­śmy do Gre­cji. Pierw­szego wie­czora sia­damy w pokoju i każdy zaczyna się chwa­lić, co przy­wiózł na han­del. W pew­nym momen­cie jeden z kole­gów poka­zuje tubkę po paście do zębów i wyciąga z niej plik bank­no­tów. Wszy­scy w szoku.

– Ty to masz łeb, stary! W ten spo­sób pie­nią­dze prze­my­cić…

– Nie, chło­paki, to bony do Peweksu są. Sprze­dam na pniu!

– Ty debilu! Prze­cież w Gre­cji nie ma Pewek­sów!

Facet nie ode­zwał się do końca zgru­po­wa­nia.

W Moskwie nasz piękny sen prze­rwali Węgrzy, któ­rzy ograli nas w pół­fi­nale 2:0. Na otar­cie łez poko­na­li­śmy Irlan­dię 2:1 i zaję­li­śmy trze­cie miej­sce. Ale żad­nej fety nie było – po naszym ostat­nim meczu wszedł do szatni jakiś facet i powie­dział, że przy­nosi medale. Posta­wił tacę i sobie poszedł. Widocz­nie ze wzglę­dów poli­tycz­nych orga­ni­za­to­rzy uznali, że nie wypada, by Polacy świę­to­wali na mura­wie miej­sce na podium. Na fina­łowy mecz gospo­da­rzy z Węgrami przy­szło 70 tysięcy, co zro­biło na nas wiel­kie wra­że­nie. Gdy przy sta­nie 2:2 Madziar strze­lał decy­du­ją­cego kar­nego, wszy­scy ludzie na sta­dio­nie gwiz­dali. Gość wytrzy­mał pre­sję i złoto odje­chało Sowie­tom do Węgier. Trzy minuty po ostat­nim gwizdku sędziego sta­dion był już pusty. Kibice Sbor­nej wra­cali do domu z poczu­ciem zawodu, a ja z prze­ko­na­niem, że moja kariera zaczyna nabie­rać roz­pędu.

Kto wie, jak poto­czy­łyby się nasze losy, gdyby nie zabrano nam szansy przed­sta­wie­nia się szer­szemu audy­to­rium. Jako trze­cia dru­żyna Europy uzy­ska­li­śmy auto­ma­tyczny awans na mistrzo­stwa świata do lat 20. Wtedy jed­nak dał się nam we znaki PZPN. Dzia­ła­cze poską­pili 100 dola­rów wpi­so­wego, a gdy w końcu zde­cy­do­wali się nas zgło­sić, było już za późno. Zamiast nas poje­chali Buł­ga­rzy. I tym razem to my mogli­śmy pła­kać.

Tuż po powro­cie z mistrzostw cze­kał mnie egza­min koń­czący szkołę zawo­dową, który dawał tytuł mecha­nika sil­ni­ków spa­li­no­wych. Przy­stę­po­wa­łem do niego „zie­lony”, ale wszy­scy już wie­dzieli, że jestem pił­ka­rzem. Nauczy­ciele wycho­wa­nia fizycz­nego mocno lob­bo­wali, by nie stała mi się krzywda. Na egza­minie teo­re­tycz­nym komi­sja zebrała się spe­cjal­nie dla mnie i dała mi pyta­nia… razem z odpo­wie­dziami. Część teo­re­tyczna też oka­zała się farsą.

Zapro­wa­dzono mnie przed cią­gnik.

– Pro­szę powie­dzieć, co to za część.

– Filtr powie­trza.

– Nie, panie Kosecki. Filtr oleju.

Komi­sja wie­działa już, że dalej nie ma sensu brnąć. „Wie pan co? Zro­bimy tak: pan ten cią­gnik umyje na zali­cze­nie”. Lśnił czy­sto­ścią, więc nie było mowy, żeby mnie oblali.

Ursus, do któ­rego tra­fi­łem, miał dobrego spon­sora – fabrykę cią­gni­ków – oraz jasny cel, jakim był awans do dru­giej ligi. W moim pierw­szym sezo­nie ta sztuka się nie udała. Kiedy wra­ca­li­śmy z ostat­niego meczu sezonu w Lip­nie, jeden z kole­gów – jak się póź­niej oka­zało, na moje nie­szczę­ście – zna­lazł w auto­ka­rze skrzynkę szam­pa­nów o wdzięcz­nej nazwie Pom­pa­dour. Myśla­łem, że wszystko kon­tro­luję, ale nagle zapa­dła ciem­ność. Na domiar złego oka­zało się, że do sie­dziby Ursusa przy­je­chali jacyś dzia­ła­cze z Nie­miec. Widok pija­nego Kosec­kiego raczej by im się nie spodo­bał. Kole­dzy dora­dzili, bym scho­wał się w pobli­skich krza­kach. Tak też zro­bi­łem, mimo że na pewno doga­dał­bym się z Niem­cami. Po Pom­pa­dourze byłem prze­ko­nany, że płyn­nie mówię w tym języku. Na tym sprawa się nie zakoń­czyła, bo następ­nego dnia pre­zes zapro­sił mnie do gabi­netu:

– Czego się napi­jesz, Romeczku? Kawki, her­batki? A może szam­pana polać? – szy­dził Marek Pie­truszka. A kole­dzy z szatni jesz­cze przez jakiś czas nazy­wali mnie „Pom­pa­dour”. Wymy­ślili mi też ksywkę „Taha­mata”. Według nich mia­łem przy­po­mi­nać tego holen­der­skiego skrzy­dło­wego. Tak samo jak ja był niski i szybki, ale w odróż­nie­niu od niego nie mam indo­ne­zyj­skich korzeni. Chyba że o czymś nie wiem.

Całe szczę­ście z rywa­lami na boisku radzi­łem sobie dużo lepiej niż z Pom­pa­do­urem. Byłem nie­sa­mo­wi­cie pewny sie­bie. Przed meczem z Lechią Gdańsk ubz­du­ra­łem sobie, że wyjdę na boisko w bia­łych tramp­ko­kor­kach. Od razu dostrze­głem na sobie spoj­rze­nia lechi­stów, któ­rzy ewi­dent­nie pomy­śleli, że jakiś dzi­wo­ląg zabłą­dził przy­pad­kiem na boisko. Zwy­czaj­nie mnie wyśmiali, ale tak się jakoś zło­żyło, że wygra­li­śmy 1:0 po moim golu. Po meczu zawie­si­łem sobie tramp­ko­korki na ramio­nach i powie­dzia­łem tak, by mnie usły­szeli:

– Następ­nym razem opier­dolę ich na bosaka!

Kilku zawod­ni­ków Lechii od razu się zagrzało i ruszyło do bitki, ale skoń­czyło się tylko na wyzwi­skach.

Byłem prze­ko­nany, że mogę wal­nąć na bosaka całą ligę. Jak to zwy­kle bywa w takich przy­pad­kach, życie szybko spro­wa­dziło mnie na zie­mię. Pod­czas jed­nego z meczów nagle poczu­łem potworny ból w krę­go­słu­pie. Upa­dłem i nie mogłem się ruszyć. Znie­siono mnie z boiska, ale moje pro­blemy tak naprawdę dopiero się zaczy­nały. Dole­gli­wość nie mijała, a gdy zoba­czy­łem w moczu krew, zda­łem sobie sprawę, że sytu­acja jest naprawdę poważna. Mijały tygo­dnie, lecz nikt nie potra­fił powie­dzieć, co mi dolega. Leża­łem w szpi­talu przy Woj­sko­wej Aka­de­mii Medycz­nej w Łodzi, a póź­niej tra­fi­łem do War­szawy na Sza­se­rów. Stało się tak głów­nie dzięki pomocy dok­tora Sta­ni­sława Machow­skiego i Legii, która już wtedy się mną inte­re­so­wała. Wyko­nano mi sze­reg badań, ale cią­gle nie widać było roz­wią­za­nia, więc jak tonący zaczą­łem chwy­tać się brzy­twy. Naj­pierw wymy­śli­łem, że pójdę do wróżki. Wsze­dłem przez jakąś zasłonkę i zoba­czy­łem kobietę przy­po­mi­na­jącą cza­row­nicę. Bra­ko­wało jej tylko kruka na ramie­niu. Wywró­żyła mi, że kie­dyś na pewno wyzdro­wieję. „No, dzię­kuję bar­dzo, tyle to wiem bez wróżki”.

 

Musia­łem szu­kać cze­goś innego. Z pomocą przy­szli dzia­ła­cze Ursusa: Piotr Jasiń­ski i Paweł Rakow­ski. Stwier­dzili, że musimy prędko wsia­dać do samo­chodu, bo zna­leźli cudo­twórcę, który mnie wyle­czy. Zawieźli mnie do Lipiec Rey­mon­tow­skich, gdzie przyj­mo­wał słynny na całą Pol­skę zna­chor Jan Duda. Zaje­cha­li­śmy mer­ce­de­sem do wio­chy zabi­tej dechami i weszli­śmy do jakiejś chaty. Nie­długo póź­niej przy­szedł mój wyba­wi­ciel – mię­dzy uzdra­wia­niem pacjen­tów musiał prze­pa­lo­wać krowy i teraz wra­cał z pola. Gdy zoba­czy­łem 60-let­niego potęż­nego faceta w gumia­kach, który za chwilę ma robić coś z moim cia­łem, pomy­śla­łem: „To się nie ma prawa udać”. Z dru­giej strony nasłu­cha­łem się histo­rii o ludziach, któ­rzy przy­jeż­dżali do niego na wóz­kach inwa­lidz­kich, a wycho­dzili o wła­snych siłach. Pomy­śla­łem, że zary­zy­kuję, bo i tak nie mam nic do stra­ce­nia. Duda posa­dził mnie na krze­śle, obej­rzał zdję­cie rent­ge­now­skie, owi­nął mnie ban­da­żem i zaczął nasta­wiać mi plecy.

– Niech pan ćwi­czy krę­go­słup.

– Jak mam ćwi­czyć, skoro mnie boli?

– Ojciec nasy­pie 20 kg pia­chu do worka, położy panu na brzuch, a pan niech głę­boko oddy­cha.

Nie wiem, co dokład­nie zro­bił z moim krę­go­słu­pem Duda. Może po pro­stu nagle uwie­rzy­łem, że jed­nak mogę wyzdro­wieć. Wyko­ny­wa­łem opi­sane przez zna­chora ćwi­cze­nia i po jakimś cza­sie ból fak­tycz­nie ustą­pił. Nie pytaj­cie mnie, jak to moż­liwe, do dziś nie mam zie­lo­nego poję­cia.

Po pół­rocz­nej prze­rwie mogłem wró­cić na boisko, ale musia­łem zadać sobie pyta­nie: co dalej? W moim dru­gim roku awan­so­wa­li­śmy, jed­nak przy­goda Ursusa z zaple­czem eks­tra­klasy nie potrwała długo. Po sezo­nie spa­dli­śmy do trze­ciej ligi.

Wymy­śli­łem więc sobie, że zostanę pił­ka­rzem Widzewa. Wsia­dłem do pociągu i poje­cha­łem do Łodzi, żeby zapu­kać do gabi­netu twórcy potęgi tego klubu, Ludwika Sobo­lew­skiego. Dosta­łem cynk, że mnie chcą, ale pod­czas roz­mowy usły­sza­łem, że jesz­cze muszę się ograć i że za wcze­śnie na Widzew.

Nie mia­łem do Sobo­lew­skiego żalu, rozumia­łem go. Wró­ci­łem do War­szawy z niczym, ale wie­dzia­łem już, że chcę zmie­nić oto­cze­nie. Gdy więc w 1987 roku zgło­siła się po mnie dru­go­li­gowa Gwar­dia War­szawa, nie waha­łem się ani chwili.

Tam po raz pierw­szy prze­ko­na­łem się, co tak naprawdę zna­czy twarda ręka tre­nera. Zespół pro­wa­dził Hen­ryk Szcze­pań­ski nazy­wany przez szat­nię „Burzą”. Szko­le­nio­wiec kie­ro­wał się głów­nie dwiema zasa­dami:

1. Pił­karz ni­gdy nie ma kon­tu­zji.

2. Jak mówi, że ma, to prze­sa­dza albo kła­mie.

Pamię­tam, jak jeden z zawod­ni­ków zgło­sił mu kie­dyś uraz.

– Tre­ne­rze, strasz­nie boli mnie noga, nie dam rady grać.

– Co ty pie­przysz?! Wyle­czymy cię. Bez­po­śred­nio przed snem nałóż sobie na nogę sma­lec z gęsi i daj na to gazę z dena­tu­ra­tem.

Facet rano wstał, zoba­czył czer­woną plamę i pomy­ślał, że zaraz mu ta noga odpad­nie. A „Burza” oczy­wi­ście wysta­wił go od pierw­szej minuty. Gość ani sło­wem nie zająk­nął się o kon­tu­zji.

Oglą­da­li­ście film „Być jak Kazi­mierz Deyna”? Na początku jest tam scena, w któ­rej tre­ner woła do sie­bie mło­dych pił­ka­rzy i tłu­ma­czy im krótko swoją filo­zo­fię: „U mnie się zapier­dala. Kto nie zapier­dala, ten nie gra”. U Szcze­pań­skiego wyglą­dało to podob­nie. Lubił powta­rzać mło­dym zawod­ni­kom: „Albo będziesz pił­ka­rzem, albo mamin­syn­kiem”.

Obo­wiąz­ko­wym punk­tem przy­go­to­wa­nia do roz­gry­wek był zimowy obóz w górach, na któ­rym non stop zapie­prza­li­śmy. Pew­nego dnia tre­ning kon­dy­cyjny pole­gał na tym, że wbie­ga­li­śmy na bar­dzo wyso­kie wznie­sie­nie. „Burza” był na górze, a jego ówcze­sny asy­stent Miro­sław Jabłoń­ski mie­rzył na dole tętno zawod­ni­kom. Jeden z nich, ledwo żywy, wyraź­nie miał dość. Jabłoń­ski przy­ło­żył palce do szyi deli­kwenta i wyszło, że facet ma tętno w oko­li­cach dwu­stu. Dał znać „Burzy”, że pił­karz musi na razie spa­so­wać. A pierw­szy tre­ner:

– E, daj spo­kój. Nic mu nie jest. Niech zapie­prza na górę! Stoi i oddy­cha, więc może biec.

Tre­ningi u „Burzy” były takie, że nie­któ­rzy mieli dość nawet zbie­ga­nia z góry. Wymy­śli­li­śmy, że będziemy zjeż­dżać na dupach, ale jeden kolega nadział się na wysta­jący spod śniegu kołek. Pory­so­wał sobie tyłek i od tam­tej pory już zawsze zbie­gał.

Ni­gdy nie zapo­mnę też, jak któ­re­goś dnia obozu poszli­śmy na sto­łówkę, żeby zjeść obiad. Chło­paki w minutę opróż­niły tale­rze z ogór­kową, po czym od razu popro­sili kucharkę o dokładkę. Zanim wło­ży­łem łyżkę do zupy, oni ata­ko­wali już drugą por­cję. I trze­cią. Czwartą…

– Spró­buj, Romek, świetna ta zupa.

No to spró­bo­wa­łem i do dziś nie wiem, czy to była ogór­kowa z dodat­kiem wódki, czy wódka z dodat­kiem ogór­ko­wej.

– Chło­paki, prze­cież można było nor­mal­nie w poko­jach roz­lać…

– No co ty, naj­pierw obiad trzeba zjeść.

Dla zain­te­re­so­wa­nych podaję prze­pis na ogór­kową, która tak posma­ko­wała kole­gom. Skład­niki: sześć ogór­ków kiszo­nych, jedna mar­chewka, 300 g ziem­nia­ków, litr wódki. Spo­sób przy­go­to­wa­nia: ugo­to­wać ogór­kową i dolać wódki.

Dru­żyna rozu­miała się świet­nie poza boiskiem, ale – co naj­waż­niej­sze – także pod­czas meczów. Pierw­szą rundę zakoń­czy­łem co prawda z jedną zdo­bytą bramką, jed­nak w swoim dru­gim sezo­nie tra­fi­łem do siatki 11 razy, poma­ga­jąc zespo­łowi w utrzy­ma­niu się. Witold Kompa czy Robert Cheł­stow­ski, z któ­rymi się trzy­ma­łem, dogry­wali mi zna­ko­mite piłki na skrzy­dło. W tam­tym okre­sie mało który obrońca dru­giej ligi mógł mnie zatrzy­mać. Pusz­cza­łem sobie piłkę na kilka metrów. Cza­sem wybie­ga­łem nawet na bież­nię, która ota­czała murawę, a i tak wyprze­dza­łem prze­ciw­ni­ków. Czu­łem, że jestem w gazie. Obronę trzy­mał nam Janusz Klim­czew­ski, pseu­do­nim Mesel. Facet przez całe życie sto­so­wał na boisku zasadę: piłka może przejść, ale zawod­nik nie. Gdy uro­dziło mu się dziecko i zor­ga­ni­zo­wał u sie­bie pęp­kowe, tro­chę popły­nę­li­śmy. Ojciec Janu­sza, na co dzień czło­nek Kapeli Czer­nia­kow­skiej, przy­szedł do domu, jak impreza już się skoń­czyła.

– Wró­ci­łem z ulicy, a tu nie ma dla kogo grać, bo wszy­scy leżą!

Jak już jeste­śmy przy tej impre­zie, naj­wyż­sza pora, żebym prze­pro­sił Janu­sza za stół. Zanim pospa­da­li­śmy z krze­seł, zaczę­li­śmy ostro dys­ku­to­wać. Nie pamię­tam już nawet, na jaki temat. W każ­dym razie chcia­łem uspo­koić atmos­ferę. Wzią­łem z kuchni nóż, wbi­łem w śro­dek stołu i krzyk­ną­łem: Cisza! Janusz zbladł.

– Poje­bało cię, Kosa? Żona mnie zabije. Dobrze, że jest jesz­cze w szpi­talu po poro­dzie.

Cóż, może tro­chę mnie ponio­sło, ale fak­tycz­nie zro­biło się wtedy cicho.

Były oczy­wi­ście rze­czy, które nie funk­cjo­no­wały w Gwar­dii, jak powinny. Jeden z pro­ble­mów sta­no­wiła niska fre­kwen­cja na sta­dio­nie. Raz się zdzi­wi­łem, bo przy­szła więk­sza grupa, tak samo ubrana i w dodatku w oto­cze­niu mili­cjan­tów. Strze­li­łem gola i pod­bie­głem do nich, żeby razem się cie­szyć, ale szybko się zorien­to­wa­łem, że nie podzie­lają mojej rado­ści. Oka­zało się, że to grupa więź­niów z zakładu kar­nego, która przy­szła na mecz w ramach reso­cja­li­za­cji.

Cza­sem na sta­dio­nach widzi się trans­pa­renty: „Pozdro­wie­nia do wię­zie­nia!”. Na obiek­cie Gwar­dii nie trzeba było ich wie­szać – wię­zie­nie przy­cho­dziło do nas. Na jed­nym meczu wśród kibi­ców-ska­zań­ców zna­lazł się facet, który pocho­dził z miej­sco­wo­ści naszych rywali. Gdy stra­ci­li­śmy gola, wysko­czył do góry z rado­ści i od razu został spa­ło­wany przez mili­cjan­tów.

Jeśli pod jakimś wzglę­dem nie paso­wa­łem do Gwar­dii, to chyba tylko… ide­olo­gicz­nym. Był to prze­cież klub Mili­cji Oby­wa­tel­skiej, a jako młody chło­pak sym­pa­ty­zo­wa­łem z Soli­dar­no­ścią i spe­cjal­nie się z tym nie kry­łem. Kiedy zain­te­re­so­wała się mną repre­zen­ta­cja, przy­je­chała do klubu tele­wi­zja, żeby zro­bić ze mną wywiad. Powie­dzia­łem, że wspie­ram Lecha Wałęsę i że chcę pokoju na ziemi, a nie bomb ato­mo­wych. Na drugi dzień byłem już na dywa­niku w pokoju pre­zesa klubu.