Spotkanie w Bagdadzie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2015



Tytuł oryginału

They Came to Baghdad

Redakcja

ANNA ROJKOWSKA

Redakcja techniczna

NATALIA WIELĘGOWSKA

They Came to Baghdad Copyright © 1951 Agatha Christie Limited. All rights reserved.

AGATHA CHRISTIE and the Agatha Christie Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited in the UK and/or elsewhere.

The Agatha Christie Roundel Copyright © 2013 Agatha Christie Limited. Used by permission.

All rights reserved.

Polish edition published by Publicat S.A. MCMXCI, MMXV (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wydanie elektroniczne 2015

ISBN 978-83-271-5356-2

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Przypisy

Wszystkim moim przyjaciołom w Bagdadzie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ PIERWSZY

I

Kapitan Crosbie wyszedł z banku wyraźnie zadowolony; jak człowiek, który realizując czek przekonał się, że ma na koncie więcej, niż się spodziewał.

Kapitan Crosbie często sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie. Taki już był. Niewysoki, krępy, z różową twarzą i nastroszonym wojskowym wąsikiem. Krok miał godny, ubierał się może zbyt krzykliwie. Gawędziarz, lubiany w towarzystwie. Kawaler o pogodnym, miłym usposobieniu, ot, zwykły, niczym niewyróżniający się mężczyzna. Setki takich jak Crosbie można spotkać na Wschodzie.

Wyszedł na ulicę Bankową, gdzie, jak sama nazwa wskazuje, mieściła się większość tutejszych banków. W chłodnym gmachu banku panował półmrok i zalatywało stęchlizną. Na zapleczu terkotały maszyny do pisania, zagłuszające inne dźwięki.

Na ulicy Bankowej w ostrym słońcu wirował kurz, panował nieopisany harmider. Samochody trąbiły wściekle, przekupnie przekrzykiwali się jak szaleni. Gdzieniegdzie w małych grupkach toczyły się zacięte spory ludzi sprawiających wrażenie, jakby chcieli skoczyć sobie do gardła, a naprawdę będących za pan brat. Mężczyźni i chłopcy z tacami przemykali ulicą, sprzedając wszelkiego rodzaju towary: prawidła, cukierki, pomarańcze, banany, ręczniki, grzebienie, żyletki i Bóg wie co jeszcze. Co chwila ktoś kaszlał i spluwał. Nad tym wszystkim unosiło się wysokie, smętne zawodzenie mężczyzn prowadzących osły i konie, którzy przepychali się przez strumień pojazdów i przechodniów, nawołując: „Balek, balek”!

Była jedenasta rano w Bagdadzie.

Kapitan Crosbie zatrzymał chłopaczka pędzącego ze stertą gazet i kupił jakiś dziennik. Z ulicy Bankowej skręcił w ulicę Raszida, główną arterię miasta, ciągnącą się prawie cztery mile wzdłuż rzeki Tygrys.

Rzucił okiem na nagłówki, wsunął gazetę pod pachę, przeszedł jakieś dwieście jardów, po czym zboczył w małą uliczkę wiodącą na rozległy chan[1]. Po drugiej stronie dziedzińca znajdowały się drzwi z mosiężną tabliczką. Crosbie wszedł do środka i znalazł się w jakimś biurze.

Schludny iracki urzędnik przerwał pisanie na maszynie i wyszedł mu z uśmiechem naprzeciw.

– Witam, panie kapitanie. Czym mogę służyć?

– Pan Dakin jest u siebie? Dobrze, pójdę do niego.

Wszedł na górę po spadzistych schodach i znalazł się w brudnym korytarzu. Podszedł do drzwi znajdujących się na końcu, zapukał.

– Proszę – usłyszał w odpowiedzi.

Crosbie wszedł do pokoju. Było to wysokie pomieszczenie, skromnie umeblowane. Piec olejowy, na nim spodek z wodą, długa niska kanapa, przed nią stoliczek, dalej duże zniszczone biurko. Starannie zasłonięte okna nie wpuszczały dziennego światła, wnętrze oświetlała lampa. Za zniszczonym biurkiem siedział nie mniej zaniedbany mężczyzna o niezdecydowanej, znużonej twarzy człowieka, który wie, że nie radzi sobie z życiem, i machnął na wszystko ręką.

Obaj mężczyźni, pogodny, pewny siebie Crosbie i smętny, znużony Dakin, zmierzyli się wzrokiem.

– Witam, Crosbie – powiedział Dakin. – Wrócił pan z Kirkuku?

Tamten skinął głową. Starannie zamknął za sobą drzwi. Te odrapane drzwi, z których złaziła farba, miały jedną nieoczekiwaną zaletę: były doskonale dopasowane, bez najmniejszej szczeliny na dole.

Dźwiękoszczelne.

Kiedy się zamknęły, zachowanie obu mężczyzn uległo pewnej zmianie. Kapitan Crosbie stał się mniej energiczny i pewny siebie. Dakin zaś mniej się garbił i nie wyglądał już tak niezdecydowanie. Gdyby ktoś przysłuchiwał się ich rozmowie, byłby zdziwiony, że to Dakin jest zwierzchnikiem.

– Coś nowego, sir? – spytał Crosbie.

– Tak – westchnął Dakin. Miał przed sobą jakiś papier. Wskazał na dwa inne listy i powiedział:

– To się odbędzie w Bagdadzie.

Następnie zapalił zapałkę, przyłożył ogień do papieru i przyglądał się, jak płonie. Kiedy papier się zwęglił, dmuchnął ostrożnie i popiół rozprószył się wokoło.

– Tak – powtórzył. – Wyznaczono Bagdad. Na dwudziestego w przyszłym miesiącu. Mamy „zachować ścisłą tajność”.

– Na suku[2] mówi się o tym już od trzech dni – stwierdził sucho Crosbie.

Przez twarz wysokiego mężczyzny przemknął charakterystyczny dla niego znużony uśmiech.

– Ściśle tajne! Nie ma rzeczy ściśle tajnych na Wschodzie, nieprawdaż, Crosbie?

– Nie ma, sir. Jeśli chce pan znać moje zdanie, to nigdzie nie ma rzeczy ściśle tajnych. W czasie wojny fryzjer w Londynie wiedział często więcej od naczelnego dowództwa.

 

– To nie ma takiego znaczenia w tej sprawie. Jeśli spotkanie ma się odbyć w Bagdadzie, to wkrótce trzeba to podać do wiadomości publicznej. I wtedy dopiero się zacznie, zwłaszcza dla nas.

– Myśli pan, że w ogóle do tego dojdzie? – spytał Crosbie sceptycznie. – Czy wujek Joe – to pozbawione respektu określenie odnosiło się do przywódcy Wielkiego Mocarstwa Europejskiego – rzeczywiście zamierza przyjechać?

– Chyba tym razem tak, Crosbie – powiedział Dakin z namysłem. – Tak, chyba tak. I jeśli spotkanie przebiegnie... przebiegnie bez zakłóceń... cóż, to mogłoby być ratunkiem dla... wszystkiego. Jeśli tylko można osiągnąć porozumienie... – urwał.

Twarz Crosbie’ego wciąż wyrażała sceptycyzm.

– Czy... proszę mi wybaczyć, sir, czy to w ogóle możliwe?

– W takim sensie, jak pan to rozumie, Crosbie, zapewne nie! Jeśli chodziłoby tylko o zbliżenie dwóch ludzi reprezentujących całkowicie odmienne ideologie, prawdopodobnie cała sprawa skończyłaby się tak jak zwykle: jeszcze większą nieufnością, jeszcze większym antagonizmem. Ale jest trzeci element. Jeśli ta niesamowita opowieść Carmichaela jest prawdziwa...

Nie dokończył zdania.

– Nie wierzę w nią, sir. Jest stanowczo zbyt niesamowita!

Dakin milczał przez chwilę. Widział wyraźnie szczerą, zatroskaną twarz, słyszał cichy, bezbarwny głos, opowiadający niemieszczącą się w głowie historię. I pomyślał dokładnie tak jak wtedy: „Albo mój najlepszy, najbardziej godny zaufania człowiek zwariował, albo to wszystko prawda...”.

Po chwili odezwał się tym samym cichym, melancholijnym głosem:

– Carmichael wierzył w to. Jego odkrycia potwierdziły przypuszczenia. Chciał tam jechać, żeby znaleźć coś więcej, mieć dowody. Nie wiem, czy to było rozsądne z mojej strony, ale go puściłem. Jeżeli nie wróci, zostanie tylko moja wersja relacji Carmichaela, która z kolei jest wersją tego, co ktoś jemu opowiedział. Czy to wystarczy? Bardzo wątpię. Jest to, jak sam pan mówi, tak niesamowita historia... Ale jeśli Carmichael we własnej osobie znajdzie się tutaj, w Bagdadzie, dwudziestego, i opowie swą własną wersję, jako naoczny świadek, i przedstawi dowody...

– Dowody? – przerwał gwałtownie Crosbie.

Dakin skinął głową.

– Tak, ma dowody.

– Skąd pan wie?

– Szyfr. Wiadomość dotarła przez Salah Hassana. I zacytował starannie: „Biały wielbłąd z ładunkiem owsa przechodzi przez przełęcz”.

Urwał i po chwili mówił dalej:

– A więc Carmichael zdobył to, po co pojechał, ale podejrzewano go od samego początku. Są na jego tropie. Pójdą za nim wszędzie i, co o wiele niebezpieczniejsze, będą na niego czekać, tutaj. Najpierw na granicy. A jeśli przejdzie granicę, wtedy kordon otoczy ambasady i konsulaty. Niech pan posłucha.

Poszperał w papierach na biurku i przeczytał na głos:

– Anglik podróżujący samochodem z Persji do Iraku zastrzelony, prawdopodobnie napad bandycki. Kupiec kurdyjski powracający z gór schwytany w zasadzkę, zabity. Inny Kurd, Abdul Hassan, podejrzany o przemyt papierosów, zastrzelony przez policję. Zwłoki mężczyzny, zidentyfikowane później jako armeńskiego kierowcy ciężarówek, znalezione na szosie Rowanduz. Wszyscy, niech pan zauważy, mają podobny rysopis. Wzrost, waga, włosy, budowa pasują do Carmichaela. Oni nie zdają się na los. Szukają go. Kiedy znajdzie się w Iraku, niebezpieczeństwo będzie jeszcze większe. Ogrodnik w ambasadzie, służący w konsulacie, urzędnik na lotnisku, cle, stacji kolejowej... hotele pod obserwacją... Kordon, i to zwarty.

Crosbie uniósł brwi.

– Sądzi pan, że to ma aż taki zasięg?

– Nie ma żadnych złudzeń. Nawet u nas są przecieki. I to jest najgorsze. Skąd mam mieć pewność, że nasz plan ściągnięcia bezpiecznie Carmichaela do Iraku nie jest już w ręku nieprzyjaciela? Zna pan przecież podstawową zasadę: mieć swojego człowieka w obozie przeciwnika.

– Czy jest ktoś... kogo pan podejrzewa?

Dakin powoli pokręcił głową.

Crosbie westchnął.

– A tymczasem – spytał – gramy dalej?

– Tak.

– A co z Croftonem Lee?

– Ma przyjechać do Bagdadu.

– Wszyscy przyjeżdżają do Bagdadu – powiedział Crosbie. – Nawet wujek Joe, pańskim zdaniem, sir. Ale jeżeli cokolwiek stanie się prezydentowi w czasie jego pobytu tutaj, bomba pójdzie w górę z całym impetem.

– Nic się nie może stać – odparł Dakin. – To należy do nas. Dopilnować, żeby nic się nie stało.

Kiedy Crosbie wyszedł, Dakin wciąż jeszcze siedział pochylony nad biurkiem. Wymamrotał pod nosem:

– Przyjeżdżają do Bagdadu...

Na bibule narysował koło, pod nim napisał: „Bagdad”, potem w różnych punktach naszkicował wielbłąda, samolot, parowiec, małą dymiącą lokomotywę – zbiegające się na okręgu. Następnie w rogu narysował pajęczynę. W środku pajęczyny napisał: „Anna Scheele”. Pod spodem postawił wielki znak zapytania.

Po czym wziął kapelusz i wyszedł z biura. Na ulicy Raszida ktoś pokazał na niego i zapytał, co to za jeden.

– Ten? Och, to Dakin. Z koncernu naftowego. Fajny facet, ale nic mu się nie udaje. Oferma. Podobno pije. Tacy jak on nigdy do niczego nie dojdą. W tej części świata, żeby coś osiągnąć, trzeba mieć ikrę.

II

– Czy ma pani sprawozdania z udziałów Krugenhorfa, panno Scheele?

– Tak, proszę pana.

Panna Scheele, osoba chłodna i sprawna, podała szefowi dokumenty.

Pan Morganthal czytał je, mrucząc pod nosem.

– Chyba wszystko w porządku.

– Z całą pewnością, proszę pana.

– Jest tu Schwartz?

– Czeka w drugim biurze.

– Proszę go zaraz do mnie sprowadzić.

Panna Scheele nacisnęła jeden z sześciu dzwonków.

– Będę panu potrzebna?

– Nie, nie sądzę, panno Scheele.

Anna Scheele wysunęła się bezszelestnie z pokoju.

Była pozbawioną wdzięku platynową blondynką. Miała jasne, lniane włosy ściągnięte w zgrabny węzeł na karku. Nosiła silne okulary, spod których spoglądały bystre, jasnoniebieskie oczy. Jej twarz o czystych, drobnych rysach była całkowicie bez wyrazu. Wszystko, do czego doszła, zdobyła sprawnością, a nie wdziękiem. Miała niebywałą pamięć, potrafiła zapamiętać rzeczy najbardziej skomplikowane, cytowała nazwiska, daty i cyfry bez korzystania z jakichkolwiek notatek. To ona sterowała olbrzymim zespołem firmy, a robiła to tak zręcznie, że wszystko funkcjonowało jak w dobrze naoliwionej maszynie. Była chodzącą dyskrecją, zawsze pełna energii, którą potrafiła trzymać w ryzach i kontrolować.

Otto Morganthal, stojący na czele międzynarodowej firmy bankowej Morganthal, Brown and Shipperke, zdawał sobie świetnie sprawę, że tego, co zawdzięcza Annie Scheele, nie może wyrazić za pomocą żadnych pieniędzy. Miał do niej bezwzględne zaufanie. Jej pamięć, doświadczenie, trafność sądu, jej zrównoważony chłodny umysł – były bezcenne. Płacił jej wysoką pensję i zapłaciłby bez wahania więcej, gdyby o to poprosiła.

Była wprowadzona nie tylko w tajniki interesów firmy, ale również w jego życie prywatne. Kiedy spytał ją o zdanie, jak ma postąpić w sprawie drugiej żony, doradziła mu rozwód i wskazała dokładną sumę alimentów. Nie okazała współczucia ani ciekawości. Nie była, jego zdaniem, taką kobietą. Nie sądził, by w ogóle kierowała się uczuciami i nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby zastanowić się, co właściwie ona sobie myśli. Bardzo by się zdziwił, gdyby ktoś mu powiedział, że w ogóle coś sobie myśli – wyjąwszy sprawy Otto Morganthala oraz firmy Morganthal, Brown and Shipperke.

Był więc zupełnie zbity z tropu, kiedy szykując się do wyjścia z pracy powiedziała:

– Chciałam prosić o trzytygodniowy urlop, jeśli to możliwe. Od przyszłego wtorku.

Patrząc na nią, odparł niezręcznie:

– To wielce dla nas kłopotliwe... nie wyobrażam sobie...

– Nie sądzę, żeby to był jakiś problem, proszę pana. Panna Wygate świetnie się we wszystkim orientuje. Zostawię jej notatki i wszelkie dyspozycje. Pan Cornwall może się zająć fuzją z Ascherem.

– Chyba nie jest pani chora czy coś takiego? – spytał, znowu niezręcznie, Morganthal.

Nie mógł sobie wyobrazić panny Scheele chorej. Nawet zarazki szanowały Annę Scheele i ją oszczędzały.

– Ależ nie. Chcę pojechać do Londynu do siostry.

– Do siostry? – Nie wiedział, że ma siostrę. Nigdy nie myślał o pannie Scheele jak o osobie posiadającej krewnych czy rodzinę. Nigdy nie wspomniała, że ma bliskich. I oto teraz mówi zwyczajnie o jakiejś siostrze w Londynie. Ubiegłej jesieni byli razem w Londynie, ale słowem nie napomknęła o siostrze.

– Nie wiedziałem, że ma pani siostrę w Anglii – powiedział z wyrzutem.

Panna Scheele lekko się uśmiechnęła.

– Tak, mam. Wyszła za mąż za Anglika związanego z British Museum. Musi przejść poważną operację. Chce, żebym była razem z nią. Chciałabym pojechać.

Morganthal zorientował się, że jest zdecydowana. Mruknął:

– No dobrze, dobrze. Niech pani wraca jak najszybciej. Rynek nigdy nie był tak chwiejny. Wszystko przez ten przeklęty komunizm. Cały kraj jest nim przesiąknięty. Wojna może wybuchnąć lada chwila. Czasami myślę, że to jedyne wyjście. A teraz jeszcze prezydent wybiera się na tę idiotyczną konferencję do Bagdadu. W moim przekonaniu to jakaś pułapka. Chcą go wpuścić w zasadzkę. Bagdad! Akurat to miasto ze wszystkich miejsc na ziemi!

– Przecież będzie pod odpowiednią ochroną – powiedziała uspokajająco panna Scheele.

– W zeszłym roku szach Iranu. Bernadotte w Palestynie. To szaleństwo, istne szaleństwo.

– Ale w końcu – dodał Morganthal ponuro – cały świat jest zwariowany.

ROZDZIAŁ DRUGI

Victoria Jones siedziała na ławce w FitzJames Gardens. Była całkowicie pochłonięta rozmyślaniem, a właściwie moralizowaniem; rozstrzygała bowiem kwestię, jakie straty może ponieść człowiek, jeśli wykorzysta swój talent w nieodpowiednim momencie.

Victoria, tak jak większość ludzi, posiadała zalety i wady. Jej dobre strony to wielkoduszność, dobre serce i odwaga. Miała w sobie naturalną skłonność do ryzyka, co może być uznane za zaletę lub wadę, zależnie od punktu widzenia; nasz wiek na przykład ceni sobie wysoko takie wartości jak spokój i bezpieczeństwo. Zasadniczą jej wadą była skłonność do kłamstw w każdej dosłownie sytuacji. Nie mogła oprzeć się urojeniom i przedkładała je zawsze nad rzeczywistość. W kłamstwie wykazywała płynność, łatwość i artystyczny wręcz zapał. Jeśli spóźniała się na spotkanie (co często miało miejsce), nie zadowalała się wybąkaniem jakiejś wymówki w rodzaju: „stanął mi zegarek” (co się zdarzało) czy: „nie mogłam się doczekać autobusu”. Wolała wdać się w kłamliwe wyjaśnienia, że słoń zbiegł z zoo i zatarasował jezdnię, albo że była świadkiem przerażającego włamania do sklepu i pomagała policji. Dla Victorii świat, w którym tygrysy czaiłyby się na Strandzie, a niebezpieczni bandyci szaleliby na Tooting, byłby naprawdę wspaniały.

Była smukłą dziewczyną o wdzięcznej postaci i świetnych nogach. Twarz miała szczerą, rysy drobne i czyste. Była w niej jednak pewna przewrotność. Ta „buźka z gumy” – jak nazwał ją jeden z wielbicieli – umiała na zawołanie wykrzywić twarz i zdumiewająco przedrzeźniać każdego.

I ten właśnie talent wpędził Victorię w obecne tarapaty. Zatrudniona jako maszynistka u pana Greenholtza w firmie Greenholtz, Simmons and Lederbetter na Graysholme Street, W.C.2, Victoria zabijała poranną nudę zabawiając trzy inne maszynistki i gońca przedstawianiem pani Greenholtz odwiedzającej męża w biurze. Czuła się bezpiecznie, przekonana, że pan Greenholtz udał się do swych ajentów, i dawała upust fantazji.

– Dlaczego nie zgadzasz się na tę kozetkę Knole’a, tatuśku? – mówiła Victoria wysokim płaczliwym głosem. – Pani Dievtakis kupiła sobie stalowoniebieską. Twierdzisz, że nas nie stać? W takim razie dlaczego zapraszasz tę blondynkę na kolację i dancingi, co? Myślisz, że nie wiem? Ale jak ty chodzisz z blondyną, to ja będę miała kozetkę, i wszystko w śliwkowym kolorze, i złote poduszki. A kiedy mówisz, że idziesz na służbową kolację, robisz z siebie durnia... tak... i wracasz ze szminką na koszuli. Więc będę miała kozetkę Knole’a i zamówię sobie futrzaną pelerynkę... przepiękną pelerynkę... zupełnie jak z norek, ale nie prawdziwe norki, i kupię ją bardzo tanio, świetny zakup...

Nagły spadek zainteresowania publiczności, która początkowo siedziała jak w transie, a teraz, jak zmówiona, szybko podjęła pracę, kazał Victorii przerwać przedstawienie. Ujrzała pana Greenholtza, który stał w drzwiach z wbitym w nią wzrokiem.

 

Victoria, której nic innego nie przyszło do głowy, krzyknęła tylko: „Och!”.

Pan Greenholtz chrząknął.

Zrzucił płaszcz, skierował się do swego gabinetu i trzasnął drzwiami. Prawie natychmiast rozległ się dzwonek, dwa krótkie i jeden długi sygnał – wzywał Victorię.

– To po ciebie, Jonesey – zauważyła niedbale koleżanka Victorii z błyskiem radości w oku, która zwykle towarzyszy niepowodzeniom bliźniego. Pozostałe maszynistki dzieliły to uczucie, wykrzykując: „Dostanie ci się, Jones” i: „Będą kłopoty, Jonesey”. Wstrętny goniec przejechał tylko palcem po gardle i wydał ponury jęk.

Victoria wzięła notes, ołówek i pomknęła do pana Greenholtza, zbierając po drodze resztki pewności siebie.

– Pan mnie wzywał? – bąknęła, patrząc na niego niewinnie.

Pan Greenholtz miętosił trzyfuntowe banknoty i szukał po kieszeniach drobnych.

– A, jest pani – zauważył. – Mam pani dość, młoda damo. Co pani na to, żebym wypłacił pani tygodniowe pobory i wyrzucił panią, tak jak pani stoi, bez wymówienia?

Victoria (która była sierotą) już otworzyła usta, by wytłumaczyć, jak to krytyczny stan matki przechodzącej ciężką operację doprowadził ją do ogłupienia i jak to ze swojej skromnej pensji musi utrzymać rodzinę, ale spotkawszy nieprzyjazne spojrzenie pana Greenholtza, zmieniła zamiar i zamknęła usta.

– Całkowicie się z panem zgadzam – odparła miłym, ciepłym głosem. – Ma pan zupełną rację.

Pan Greenholtz wyraźnie osłupiał. Nie był przyzwyczajony, by jego zwolnienia z pracy przyjmowano z takim entuzjazmem i zrozumieniem. By ukryć lekkie zmieszanie, przebierał w monetach leżących na biurku. Znowu zaczął szperać po kieszeniach.

– Brakuje dziewięciu pensów – zauważył ponuro.

– Drobiazg – rzekła uprzejmie Victoria. – Będzie pan miał na kino albo na cukierki.

– Chyba też nie mam żadnych znaczków.

– Nie szkodzi. Nie piszę listów.

– Mógłbym pani dosłać – stwierdził pan Greenholtz bez przekonania.

– Proszę się nie kłopotać. A co z referencjami?

Pan Greenholtz znów zawrzał gniewem.

– Dlaczego, u diabła, miałbym dawać pani referencje? – zapytał z wściekłością.

– Taki jest obyczaj – odparła Victoria.

Pan Greenholtz przysunął do siebie kartkę papieru i nagryzmolił parę słów. Cisnął jej kartkę.

– To pani wystarczy?

Panna Jones pracowała w mojej firmie przez dwa miesiące jako stenotypistka. Stenografuje niedokładnie i robi błędy. Została zwolniona z powodu trwonienia czasu.

Victoria skrzywiła się.

– Trudno to nazwać rekomendacją – zauważyła.

– Bo też i nie miała to być rekomendacja.

– Powinien pan co najmniej stwierdzić – powiedziała Victoria – że jestem uczciwa, rozsądna i że można na mnie polegać. Bo tak jest. Mógłby pan jeszcze dodać, że jestem dyskretna.

– Dyskretna? – zakrzyknął pan Greenholtz.

Wytrzymała jego spojrzenie z niewinną minką.

Mając w pamięci rozmaite listy pisane przez Victorię, pan Greenholtz doszedł do wniosku, że nawet człowiek głęboko urażony musi zachować przezorność.

Sięgnął po kartkę, podarł ją i sporządził nowe pisemko.

Panna Jones pracowała w mojej firmie przez dwa miesiące jako stenotypistka. Została zwolniona z powodu redukcji personelu.

– A teraz?

– Mogło być lepiej – powiedziała Victoria. – Ale ujdzie.

Oto dlaczego Victoria, zaopatrzona w tygodniową pensję (bez dziewięciu pensów), siedziała rozmyślając na ławce w FitzJames Gardens. Był to trójkątny plac, na którym posadzono byle jakie krzaki wokół kościoła i nad którym górował jakiś wielki magazyn.

Victoria zazwyczaj (jeśli nie padało) kupowała sobie w barze jedną kanapkę z serem i jedną z sałatą i pomidorem, po czym zjadała swój niewyszukany lunch w tej niby-wiejskiej scenerii.

Tego dnia, przeżuwając w zamyśleniu kanapki, mówiła sobie, zresztą nie po raz pierwszy, że wszystko należy robić w odpowiednim czasie i miejscu, a biuro zdecydowanie nie jest odpowiednim miejscem na przedrzeźnianie żony szefa. W przyszłości musi okiełznąć swą wybujałą fantazję; co za licho podkusiło ją, by popisywać się w nudnym biurze? W każdym razie uwolniła się od firmy Greenholtz, Simmons and Lederbetter, a perspektywa otrzymania zajęcia w innym miejscu napełniała ją miłym uczuciem oczekiwania. Victoria zawsze była wniebowzięta, kiedy miała podjąć nową pracę. Nigdy nie wiadomo – myślała sobie – co się człowiekowi przydarzy.

Kiedy wyrzuciła resztki chleba trzem czatującym wróblom, które natychmiast zaczęły gwałtownie wyrywać sobie okruszyny, zdała sobie nagle sprawę, że na drugim końcu ławki siedzi jakiś chłopak. Zauważyła go już wcześniej kątem oka, ale mając zajętą głowę świetnymi planami na przyszłość, nie przyjrzała mu się dokładnie. To, co widziała teraz (zezując z boku), bardzo jej się podobało. Był to przystojny chłopak, z jasnymi włosami niczym cherubin, silnie zarysowaną brodą i niezwykle błękitnymi oczami, które, jak się jej zdawało, wpatrywały się w nią od jakiegoś czasu z ukrytym podziwem.

Victoria nie miała żadnych zastrzeżeń do zawierania znajomości w miejscach publicznych. Uważała się za doskonałą znawczynię ludzi, potrafiącą odróżnić wszelkie objawy zuchwałości ze strony nieżonatych mężczyzn.

Uśmiechnęła się szeroko, a chłopak odpowiedział na jej uśmiech jak pociągnięta za sznurek marionetka.

– Dzień dobry – odezwał się. – Ładnie tutaj. Często tu przychodzisz?

– Właściwie codziennie.

– Co za pech, że nigdy przedtem tu nie zaszedłem. To był twój lunch?

– Tak.

– Za mało jesz. Umarłbym z głodu po marnych dwóch kanapkach. A gdybyśmy tak poszli na kiełbasę do baru na Tottenham Court Road?

– Nie, dziękuję. Najadłam się. Nie mogłabym już nic przełknąć.

Oczekiwała, że powie: „Może innym razem”, ale nie powiedział. Westchnął tylko i dodał:

– Mam na imię Edward, a ty?

– Victoria.

– Na cześć dworca kolejowego?

– Victoria nie jest tylko nazwą dworca – sprostowała. – Jest jeszcze królowa Victoria.

– No tak. Jak masz na nazwisko?

– Jones.

– Victoria Jones – powiedział Edward, sprawdzając, jak to brzmi. Pokręcił głową. – Nie pasuje mi.

– Masz rację – powiedziała żywo Victoria. – Gdybym miała na imię Jenny, brzmiałoby fajnie: Jenny Jones. Ale Victoria wymaga czegoś z większą klasą. Na przykład Victoria Sackville-West. Coś takiego. To musi wibrować w ustach.

– Można coś doczepić do nazwiska Jones – stwierdził Edward pocieszająco.

– Bedford Jones.

– Carisbrooke Jones

– St. Clair Jones.

– Lonsdale Jones.

Edward przerwał tę miłą zabawę, spoglądając na zegarek i wydając okrzyk zgrozy.

– Muszę lecieć do mojego przeklętego szefa... a ty?

– Jestem bez pracy. Dzisiaj wyleciałam.

– Och, to okropne – powiedział Edward z prawdziwą troską.

– Zaoszczędź sobie współczucia, bo wcale się nie martwię. Po pierwsze, bez problemu znajdę coś innego, a poza tym, nieźle się uśmiałam.

I Victoria zatrzymała jeszcze trochę Edwarda, relacjonując barwnie, ku jego wielkiemu ubawieniu, poranną scenę w biurze i odgrywając ponownie panią Greenholtz.

– Jesteś naprawdę cudowna, Victorio – powiedział. – Powinnaś grać na scenie.

Przyjęła komplement z pełnym zadowolenia uśmiechem i zauważyła, że Edward musi lecieć, bo inaczej i jego wyleją.

– Tak, a ja, w przeciwieństwie do ciebie, nie znajdę tak łatwo innej pracy. Być dobrą stenotypistką, to jest coś! – stwierdził Edward z zazdrością w głosie.

– Tak naprawdę to wcale nie jestem dobrą stenotypistką – przyznała szczerze Victoria. – Ale na szczęście dzisiaj nawet najbardziej kiepska stenotypistka znajdzie sobie jaką taką pracę, w każdym razie w szkolnictwie czy towarzystwie dobroczynnym, nie mogą przyzwoicie zapłacić, więc biorą takie jak ja. Najbardziej mi odpowiada praca w jakimś towarzystwie naukowym. Te wszystkie naukowe nazwy i określenia są tak straszne, że jeśli człowiek nie wie, jak je napisać, to żaden wstyd, bo nikt tego nie potrafi. A co ty robisz? Chyba jesteś po służbie wojskowej. Służyłeś w RAF-ie?

– Zgadłaś.

– Jako pilot bojowy?

– Znów zgadłaś. Są w stosunku do nas bardzo przyzwoici, starają się nam znaleźć pracę i tak dalej, ale, widzisz, cały kłopot w tym, że inteligencja nie jest naszą mocną stroną. W RAF-ie to niepotrzebne. Posadzili mnie za biurkiem, z kupą papierków i cyfr, i jeszcze kazali mi myśleć, a ja po prostu odpadłem. To wszystko zresztą nie miało żadnego sensu. Ale tak to jest. Głupio ci, kiedy widzisz, że jesteś absolutnie do niczego.

Victoria pokiwała głową ze współczuciem. Edward mówił dalej z goryczą:

– Ludzie na marginesie. Wyłączeni. W czasie wojny było wszystko w porządku... spisywaliśmy się nieźle... ja na przykład dostałem odznaczenie DFC[3]... ale teraz... równie dobrze mógłbym nie istnieć.

– Musi przecież być...

Nie dokończyła. Nie potrafiła wyrazić słowami swego przekonania, że dla przymiotów przynoszących kiedyś odznaczenia powinno znaleźć się jakieś miejsce w świecie lat pięćdziesiątych.

– To mnie trochę przybiło – powiedział Edward. – Fakt, że się do niczego nie nadaję. No, muszę lecieć... ale... czy byłabyś zła... czy nie uznasz tego za bezczelność... gdybym...

Victoria szeroko otworzyła oczy ze zdumienia, gdy Edward, jąkając się i czerwieniejąc, wskazywał na aparat fotograficzny.

– Tak bardzo chciałbym mieć twoje zdjęcie. Widzisz, jutro jadę do Bagdadu.

– Do Bagdadu? – zawołała Victoria z wyraźnym rozczarowaniem.

– Tak. Naprawdę wolałbym nie jechać... teraz. Jeszcze dziś rano byłem szczęśliwy... Znalazłem sobie tę pracę... żeby się stąd ulotnić.

– Co to za praca?

– Dość okropna. Kultura... poezja, tego rodzaju rzeczy. Moim szefem jest doktor Rathbone; medale, wyróżnienia; chodzące uduchowienie; patrzy na ciebie przez pince-nez. Jego pasją jest wzlot duchowy, rozpowszechnia po świecie te swoje ideały. Otwiera księgarnie na końcu świata – teraz w Bagdadzie. Ma tłumaczenia dzieł Szekspira i Miltona na arabski, kurdyjski, perski i armeński, wszystko pod ręką. To głupota, moim zdaniem, bo British Council wszędzie robi dokładnie to samo. No, ale tak już jest. Żyję z tego, więc nie powinienem narzekać.

– Co ty właściwie robisz?

– Na dobrą sprawę, jestem chłopcem do wszystkiego. Kupuję bilety, wypełniam kwestionariusze paszportowe, sprawdzam paczki z tymi okropnymi dziełkami poetyckimi, biegam tu, tam i siam. A kiedy już jesteśmy na miejscu, moim zadaniem jest bratać ze sobą, to jeden z chlubnych celów młodzieży, ludzi wszystkich narodów, by w jedności wznosili się na wyżyny ducha... – Edward stawał się coraz bardziej melancholijny.

– Prawdę mówiąc, to wszystko jest dość upiorne.

Victoria nie była w stanie dodać mu otuchy.

– Sama widzisz – powiedział Edward. – Jeśli nie masz mi za złe... jedno z profilu i jedno en face... ach... wspaniale...

Rozległy się dwa pstryknięcia i Victoria chętnie zamruczałaby jak kotka z zadowolenia, jak każda młoda kobieta, która wie, że zrobiła wrażenie na atrakcyjnym przedstawicielu odmiennej płci.