Pani McGinty nie żyjeTekst

Z serii: Herkules Poirot #28
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2015



Tytuł oryginału

Mrs McGinty’s Dead

Redakcja

LUCYNA JACHYM

Korekta

IWONA HUCHLA

Redakcja techniczna

LOREM IPSUM

Mrs McGinty’s Dead Copyright © 1952 Agatha Christie Limited.

All rights reserved. AGATHA CHRISTIE, POIROT and the Agatha Christie

Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited

in the UK and/or elsewhere. All rights reserved.

The Agatha Christie Roundel Copyright © 2013 Agatha Christie Limited.

Used by permission. All rights reserved.

Polish edition published by Publicat S.A. MMXIV, MMXV (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Wydanie elektroniczne 2015

ISBN 978-83-271-5363-0


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


SPIS TREŚCI

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Epilog

Przypisy

Peterowi Saundersowi

z wdzięcznością za życzliwość dla autorów

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Herkules Poirot wyszedł z restauracji Vieille Grand’mère w Soho. Postawił kołnierz płaszcza z rozsądku raczej niż z konieczności, bo wieczór nie był chłodny. „Lecz w moim wieku unika się ryzyka”, miał w zwyczaju powtarzać Poirot.

W jego rozmarzonych oczach widać było senną rozkosz. Escargots de la Vieille Grand’mère[1] były wyśmienite. Prawdziwe odkrycie ta zaniedbana, niewielka restauracja. W zamyśleniu, jak dobrze najedzony pies, przesunął językiem po ustach. Wyciągnął chusteczkę z kieszeni i musnął nią bujne wąsy.

Tak, kolacja była dobra... I cóż teraz?

Przejeżdżająca taksówka zwolniła zachęcająco. Poirot zawahał się, lecz nie wykonał żadnego gestu. Po cóż jechać taksówką? I tak dotrze do domu za wcześnie, by pójść spać.

– Niestety – wyszeptał swoim wąsom – jeść można tylko trzy razy dziennie...

Nigdy nie przekonał się do popołudniowej herbatki. „Pokrzepiwszy się o piątej – powtarzał – zasiada się do kolacji bez zniecierpliwionych soków trawiennych odpowiedniej jakości. A pamiętajmy, że kolacja to najważniejszy posiłek dnia!”

Nie dla niego też przedpołudniowa kawa. Czekolada i croissants[2] na śniadanie, déjeuner w miarę możliwości o wpół do pierwszej, lecz w żadnym wypadku nie później niż o pierwszej, i wreszcie ukoronowanie dnia: le dîner[3]!

Oto najjaśniejsze chwile dnia Herkulesa Poirota. Jako osoba zawsze traktująca poważnie swój żołądek, folgował sobie na starość. Jedzenie było teraz nie tylko fizyczną przyjemnością, stało się również intelektualną przygodą, jako że wiele czasu pomiędzy posiłkami poświęcał na wyszukiwanie następnych możliwych źródeł nowych i wspaniałych potraw. La Vieille Grand’mère była wynikiem jednej z tych misji i La Vieille Grand’mère właśnie zasłużyła na najwyższą aprobatę Herkulesa Poirota.

Lecz teraz, niestety, pozostał wieczór, z którym trzeba coś zrobić.

Herkules Poirot westchnął.

Gdybyż ce cher[4] Hastings był na miejscu... – pomyślał.

Z przyjemnością poświęcił chwilę na wspomnienie o starym przyjacielu.

„Mój pierwszy przyjaciel w tym kraju – i wciąż najdroższy przyjaciel, jakiego mam. Wprawdzie często, jakże często doprowadzał mnie do irytacji, ale czyż ja to pamiętam? Nie. Pamiętam tylko jego pełne niedowierzania zdziwienie, jego usta otwarte w zachwycie nad moimi talentami – łatwość, z jaką wprowadziłem go w błąd, nie wypowiadając choćby jednego słowa nieprawdy, jego konsternację, niewiarygodne zdumienie, gdy raz już dostrzegł prawdę, która była dla mnie oczywista od samego początku. Ce cher, cher ami![5] Oto moja słabostka, od zawsze, owo pragnienie, aby się popisać. Tej to słabostki Hastings nigdy nie mógł zrozumieć. Lecz w rzeczy samej komuś o moich talentach niezbędny jest podziw dla siebie samego – a do tego konieczny jest impuls z zewnątrz. Nie potrafię, naprawdę nie potrafię siedzieć cały dzień w fotelu, rozmyślając, jak bardzo jestem godny podziwu. Konieczny tu jest czynnik ludzki. Konieczny jest – jak to się teraz mówi – a d m i r a t o r”.

Herkules Poirot westchnął. Skręcił w Shaftsbury Avenue.

Czy powinien przejść przez ulicę, podążyć na Leicester Square i spędzić wieczór w kinie? Lekko marszcząc brwi, pokręcił głową. Filmy zwykle go irytowały brakiem spójności wątków – nawet obraz przez niektórych przyjmowany z wielkim entuzjazmem zazwyczaj nie wydawał się Herkulesowi Poirotowi niczym więcej jak pokazaniem sytuacji i przedmiotów w taki sposób, aby wyglądały zupełnie inaczej niż w rzeczywistości.

Herkules Poirot doszedł do wniosku, że wszystko jest teraz zbyt artystyczne. Nie było już miejsca na zamiłowanie do porządku i metodyczności, które sam cenił tak bardzo. A rzadko kto doceniał subtelność. W modzie były brutalność i prymitywna przemoc, a dla Poirota – byłego funkcjonariusza policji – przemoc była nudna. W przeszłości napatrzył się na prymitywną przemoc, która była raczej regułą niż wyjątkiem. Dla niego była nużąca i pozbawiona inteligencji.

Bo tak naprawdę – pomyślał, kierując swe kroki w stronę domu – nie pasuję do współczesnego świata. I jestem, jakkolwiek w ponadprzeciętny sposób, takim samym niewolnikiem jak inni. Moja praca zniewoliła mnie tak, jak praca zniewala ich. Gdy nadchodzi pora wypoczynku, nie mają czym jej wypełnić. Emerytowany finansista zaczyna grać w golfa, sklepikarz sadzi kwiaty w ogrodzie, a ja? Ja jem. I znowu dochodzimy do tego samego. J e ś ć m o ż n a t y l k o t r z y r a z y d z i e n n i e. A co zrobić z czasem pomiędzy posiłkami?

 

Minął gazeciarza i rzucił okiem na plakat.

Koniec procesu w sprawie McGinty. Jest wyrok.

Nie wywołało to jego zainteresowania. Przypomniał sobie niewyraźnie krótkie artykuły w gazetach. Nie było to interesujące morderstwo. Jakaś nieszczęsna stara kobieta zabita ciosem w głowę dla kilku funtów. Jeszcze jeden przykład bezsensownej, prymitywnej przemocy typowej dla naszych czasów.

Poirot skręcił w dziedziniec kamienicy. Jak zawsze, serce wezbrało zadowoleniem. Był dumny ze swego domu. Wspaniały, symetryczny budynek. Winda zawiozła go na trzecie piętro, gdzie miał wielkie, luksusowe mieszkanie błyszczące chromem, z kanciastymi fotelami i bezlitośnie prostokątnymi ozdobami. Z czystym sumieniem mógł powiedzieć, że w całym mieszkaniu nie ma ani jednej falistej linii.

Gdy otworzył drzwi i wszedł do kwadratowego białego holu, cicho wyszedł mu naprzeciw służący, George.

– Dobry wieczór. Czeka jakiś... pan.

Zręcznie odebrał płaszcz od Poirota.

– Ach tak. – Poirot usłyszał krótkie wahanie przed słowem p a n. Trudno było o większego snoba niż George.

– Jak się nazywa?

– Niejaki pan Spence.

– Spence. – W owej chwili nazwisko to nic nie mówiło Poirotowi, choć wiedział, że powinno.

Zatrzymał się na chwilę przed lustrem, aby doprowadzić wąsy do stanu doskonałości, po czym otworzył drzwi do salonu i wszedł. Mężczyzna siedzący w jednym z kanciastych foteli wstał.

– Dobry wieczór, panie Poirot, mam nadzieję, że mnie pan pamięta. To było dawno... Komisarz Spence.

– Ależ naturalnie. – Poirot wymienił z nim serdeczny uścisk dłoni.

Komisarz Spence z Kilchester. Bardzo interesujący przypadek, który... Dawno temu, jak powiedział Spence.

Poirot zaproponował gościowi coś do picia. Grenadine[6]? Crème de menthe[7]? Benedictine[8]? Crème de cacao[9]?...

W tym momencie do pokoju wszedł George z tacą, na której były butelka whisky i syfon.

– Chyba że wolałby pan piwo? – spytał gościa ściszonym głosem.

Duża czerwona twarz komisarza Spence’a się rozjaśniła.

– Poproszę o piwo – powiedział.

George po raz kolejny zadziwił Poirota swymi umiejętnościami. On sam nie miał pojęcia, że w domu jest piwo, i nie mógł zrozumieć, że ktoś przedkładałby je nad słodki likier.

Gdy Spence otrzymał już kufel ze spienioną zawartością, Poirot nalał sobie kieliszeczek błyszczącego zielenią crème de menthe.

– Naprawdę czarujące, że mnie pan odnalazł – rzekł. – Czarujące. Przybył pan z?...

– Z Kilchester. Za pół roku przechodzę na emeryturę. Prawdę mówiąc, miałem przejść na emeryturę już półtora roku temu, ale prosili mnie, żebym został, to zostałem.

– To rozsądne – rzekł Poirot z naciskiem. – Bardzo rozsądne.

– Czyżby? Sam nie wiem. Być może.

– Tak, tak, postąpił pan rozsądnie – powtórzył Poirot. – Długie godziny ennui[10]. Nie ma pan pojęcia.

– Ależ skąd, czeka mnie mnóstwo roboty na emeryturze. Przeprowadziliśmy się w zeszłym roku. Duży ogród, karygodnie zaniedbany. Jeszcze nie miałem czasu porządnie się nim zająć.

– Ach tak, jest pan jednym z tych, którzy zajmują się ogrodem. Co do mnie, kiedyś przeniosłem się na wieś i postanowiłem hodować cukinie. Nie udało się, nie mam do tego dyspozycji.

– Szkoda, że nie widział pan moich cukinii w zeszłym roku – ożywił się Spence. – Kolosalne! A róże. Uwielbiam róże. Chcę...

Zamilkł.

– Nie o tym chciałem porozmawiać.

– Ależ nie, przyszedł pan, aby spotkać się ze starym znajomym. To bardzo miłe, jestem wdzięczny.

– Niestety, chodzi o coś więcej, panie Poirot. Będę z panem szczery. Chcę pana o coś prosić.

Poirot wyszeptał ostrożnie:

– Zapewne kredyt hipoteczny? Chciałby pan prosić o pożyczkę...

Spence przerwał mu głosem przejętym grozą:

– Wielki Boże, nie chodzi o p i e n i ą d z e! Nic w tym rodzaju.

Poirot z gracją wykonał dłonią elegancki gest przeprosin.

– Proszę o wybaczenie.

– Powiem panu od razu – przyszedłem z bardzo zuchwałą prośbą. Nie będę zdziwiony, jeżeli udzieli mi pan surowej reprymendy, zanim mnie stąd wyrzuci.

– Nie będzie żadnej reprymendy – rzekł Poirot. – Proszę dalej.

– Chodzi o sprawę McGinty. Czytał pan może o tym?

Poirot pokręcił głową.

– Tylko powierzchownie. Pani McGinty – stara kobieta w sklepie czy też w domu. Nie żyje, to wiem. Jak umarła?

Spence wbił w niego wzrok.

– Boże! – powiedział. – To mi coś przypomina. Nadzwyczajne. Aż do tej chwili nie przyszło mi to do głowy.

– Słucham pana?

– Nic takiego. Niewinna zabawa. Bawiliśmy się w to w dzieciństwie. Ustawialiśmy się w rzędzie, po kolei odpowiadaliśmy na pytanie: Pani McGinty nie żyje! Umarła? A jak? Klęcząc na kolanie, o, właśnie tak. A potem następne pytanie: Pani McGinty nie żyje! Umarła? A jak? Z wyciągniętą ręką, o, właśnie tak. I tak każde z nas klęczało ze sztywno wyciągniętą ręką. A potem było to! Pani McGinty nie żyje! Umarła? A jak? O, właśnie tak! I łup, ten na początku rzędu padał na bok i wszyscy przewracaliśmy się jak kostki domina! – na to wspomnienie Spence roześmiał się na całe gardło. – Tak było, teraz to sobie przypomniałem!

Poirot czekał cierpliwie. Była to jedna z tych chwil, kiedy zdawał sobie sprawę, że nawet spędziwszy połowę życia w tym kraju, nie potrafi zrozumieć Anglików. W dzieciństwie sam bawił się w cache-cache[11], ale nie czuł potrzeby, żeby o tym mówić ani nawet żeby o tym myśleć.

Gdy minęło rozbawienie Spence’a, Poirot powtórzył lekko znużonym tonem:

– Więc, jak umarła?

Rozbawienie zniknęło z twarzy komisarza. Nagle na powrót był sobą.

– Ktoś ją uderzył w tył głowy ostrym, ciężkim narzędziem. Jej oszczędności, około trzydziestu funtów, zniknęły, a pokój został splądrowany. Mieszkała sama w małym domu, nie licząc sublokatora, mężczyzny o nazwisku Bentley. James Bentley.

– Rozumiem, Bentley.

– Nie było włamania. Żadnych śladów majstrowania przy oknach czy zamkach. Bentley był w trudnej sytuacji, stracił pracę i od dwóch miesięcy zalegał z czynszem. Pieniądze znaleziono pod kamieniem za domem. Na rękawie płaszcza Bentleya były ślady krwi i włos – ta sama grupa krwi i pasujący włos. Zeznał, że nie zbliżał się do ciała, więc nie mogły się tam znaleźć przez przypadek.

– Kto ją znalazł?

– Piekarz przywiózł chleb. Tego dnia miał dostać pieniądze. Otworzył mu James Bentley i powiedział, że pukał do drzwi sypialni pani McGinty, ale nie odpowiedziała. Piekarzowi przyszło do głowy, że mogło jej się stać coś złego. Sprowadzili sąsiadkę, żeby poszła na górę i sprawdziła. Pani McGinty nie było w sypialni, łóżko było zasłane, ale pokój był splądrowany, nawet wyrwano deski w podłodze. Wtedy wpadli na pomysł, żeby zajrzeć do saloniku. Była tam, leżała na podłodze, a sąsiadka narobiła strasznego krzyku. Wtedy oczywiście zadzwonili na policję.

– I ostatecznie Bentley został aresztowany i postawiony przed sądem?

– Tak. Rozprawa odbyła się wczoraj. Czysta formalność. Dziś rano ława obradowała tylko dwadzieścia minut. Werdykt: winny. Skazany na śmierć.

Poirot pokiwał głową.

– I wtedy, po ogłoszeniu wyroku, wsiadł pan do pociągu, przyjechał do Londynu i przyszedł do mnie. Dlaczego?

Komisarz Spence wpatrywał się w kufel. Powoli przesuwał palec kolistym ruchem po jego krawędzi.

– Bo uważam, że on tego nie zrobił... – rzekł.

Rozdział 2

Zapadła chwila ciszy.

– Przyszedł pan do mnie...

Poirot nie dokończył zdania.

Komisarz Spence podniósł wzrok. Jego twarz nabrała intensywniejszego koloru. Była to typowa twarz człowieka ze wsi, bez wyrazu, opanowana, o bystrych, lecz uczciwych oczach. Była to twarz człowieka o jasno określonych zasadach, który wiedział, na co go stać, i nie miał wątpliwości, co jest dobre, a co złe.

– Od dawna jestem w policji – powiedział. – Doświadczyłem tego, tamtego i owego. Potrafię ocenić człowieka lepiej niż inni. W czasie służby miałem do czynienia z morderstwami – niektóre przypadki były proste, inne mniej. Jeden z nich p a n zna, panie Poirot...

Poirot pokiwał głową.

– Trudny był. Gdyby nie pan, nie doszlibyśmy do prawdy. Ale doszliśmy, bez żadnych wątpliwości. To samo dotyczy spraw, których pan nie zna. Na przykład Whistler, ten dostał za swoje – i zasłużył na to. I byli ci dwaj, którzy zastrzelili starego Gutermana. Był Verall i jego arszenik. Tranterowi się upiekło, ale to był on, bez wątpienia. Pani Courtland – ta to miała szczęście. Jej mąż to stary zboczeniec i dlatego przysięgli ją uniewinnili. Nie ma tu mowy o sprawiedliwości, zagrały emocje. Czasem to się zdarza i trzeba się z tym pogodzić. Czasem nie ma wystarczających dowodów – czasem są emocje, czasem mordercy udaje się przekabacić przysięgłych – nie zdarza się to często, ale bywa. Czasem to sprawa sprytnego adwokata, albo prokurator przyjmie złą taktykę. No cóż, widziałem wiele takich spraw, ale... ale...

Spence pokiwał grubym palcem.

– Nie widziałem, nigdy, przez cały ten czas, żeby powieszono niewinnego człowieka za coś, czego nie zrobił. I to jest coś, panie Poirot, czego n i e c h c ę widzieć.

– Nie – powtórzył – n i e w Anglii!

Poirot wpatrywał się w niego intensywnie.

– A teraz obawia się pan, że coś takiego może pan zobaczyć. Ale dlaczego?...

Spence mu przerwał.

– Wiem, co pan powie. Odpowiem, zanim pan zapyta. Przydzielono mi tę sprawę. Miałem zebrać dowody. Zabrałem się do tego bardzo starannie. Ustaliłem fakty, wszystkie, jakie mogłem. Wszystkie te fakty wskazywały na jedno – na jedną osobę. Kiedy miałem już wszystkie dowody, przekazałem je przełożonym. Potem nie miałem już na nic wpływu. Sprawę przejął prokurator i była ona w jego rękach. Wniósł oskarżenie – nie miał innego wyjścia, biorąc pod uwagę materiał dowodowy. Tak więc James Bentley został aresztowany, postawiony przed sądem, osądzony i uznany za winnego. Nie mogło być inaczej, biorąc pod uwagę dowody. A ława przysięgłych zajmuje się dowodami. Jestem pewny, że nie mieli żadnych wątpliwości. Myślę, że byli przekonani o j e g o winie.

– Ale pan nie?

Komisarz Spence westchnął. W zamyśleniu potarł podbródek wielką dłonią.

– Nie wiem. To znaczy, nie potrafię podać powodu – żadnego konkretnego powodu. Przypuszczam, że przysięgli widzieli w nim mordercę – ja nie – ale ja znam się na mordercach o wiele lepiej niż oni.

– Oczywiście, pan jest tu fachowcem.

– Wie pan, choćby to, że się n i e p o p i s y w a ł. Wcale. A z doświadczenia wiem, że zazwyczaj tak jest. Zawsze są strasznie z siebie zadowoleni. Zawsze im się wydaje, że damy się nabrać, że są tacy sprytni. I nawet kiedy siedzą już na ławie oskarżonych, wciąż w jakiś dziwaczny sposób mają z tego wielką frajdę. Są w centrum zainteresowania, wszystko kręci się wokół nich. Grają główną rolę... może po raz pierwszy w życiu. Każdy z nich jest taki... wie pan... no... z u c h w a ł y!

Spence z naciskiem wypowiedział ostatnie słowo.

– Rozumie pan, co chcę powiedzieć?

– Rozumiem bardzo dobrze. A ten James Bentley... Sugeruje pan, że z nim było inaczej?

– Tak, był... po prostu przerażony. Od samego początku. Dla niektórych ludzi to oznacza, że jest winny. Ale nie dla mnie.

– Rozumiem. Jaki on jest?

– Lat trzydzieści osiem, średniego wzrostu, ziemista cera, nosi okulary...

Poirot mu przerwał.

– Nie, nie chodzi mi o rysopis. Jaką jest osobą?

– Ach, o to chodzi. – Komisarz Spence się zamyślił. – Nieciekawy. Napięty. Nie patrzy w oczy. Popatruje spode łba. Najgorszy możliwy rodzaj zachowania z punktu widzenia ławy przysięgłych. Czasem kulił się ze strachu, a czasem był arogancki. Bezsensowna fanfaronada.

Zamilkł, po czym dodał swobodnym tonem:

– Tak naprawdę nieśmiały. Miałem takiego kuzyna. W trudnej sytuacji tacy jak on zawsze wyskoczą z jakimś głupim kłamstwem, w które nikt nie uwierzy, mimo najlepszych chęci.

– Pański James Bentley nie wydaje się atrakcyjną postacią.

– Bo nie jest. Trudno go polubić. Ale to nie jest powód, żeby go powiesić.

 

– Uważa pan, że go powieszą?

– Oczywiście. Adwokat może wniesie apelację – ale nawet jeżeli, nie będzie miał solidnych podstaw... może jakieś proceduralne zaniedbanie, ale nie widzę tu żadnej szansy powodzenia.

– Czy miał dobrego obrońcę?

– Dostał adwokata z urzędu, młodego Graybrooka. Bardzo sumienny, zrobił, co mógł.

– A więc Bentley miał uczciwy proces i został uznany za winnego przez swych bliźnich.

– Zgadza się. Dobra, normalna ława przysięgłych. Siedmiu mężczyzn i pięć kobiet – przyzwoici, sensowni ludzie. Sędzią był stary Stanisdale. Skrupulatnie bezstronny, bez żadnych uprzedzeń.

– A więc, zgodnie z prawem tego kraju, James Bentley nie może nikomu niczego zarzucić.

– Chyba że powieszą go za coś, czego nie zrobił, wtedy tak.

– Bardzo słuszna uwaga.

– A jego proces to m o j a sprawa – to ja ustaliłem fakty i wyciągnąłem wnioski i na podstawie tych faktów został skazany. Nie podoba mi się to, panie Poirot, wcale mi się to nie podoba.

Herkules Poirot wpatrywał się przez chwilę w zaczerwienioną, wzburzoną twarz komisarza Spence’a.

– Eh bien[12] – rzekł. – Co pan proponuje?

Spence zmieszał się wyraźnie.

– Domyślam się, że doskonale pan wie, co będzie dalej. Sprawa Bentleya jest zamknięta. Przydzielono mi już inną – defraudacja. Muszę dziś pojechać do Szkocji. Nie mam swobody działania.

– I sądzi pan, że ja... mam?

Spence pokiwał głową jakby zawstydzony.

– Tak jest. Pomyśli pan, że mam tupet. Ale nic innego nie przyszło mi do głowy. Zrobiłem wtedy wszystko, co mogłem, rozważyłem każdą możliwość. I do niczego nie doszedłem. Nie sądzę, żebym był w stanie do czegokolwiek dojść. Ale kto wie, może z panem będzie inaczej. Widzi pan rzeczy – proszę wybaczyć, że tak mówię – w dziwaczny sposób. Być może w tym przypadku właśnie tak należy je widzieć. Bo jeżeli James Bentley jej nie zabił, zrobił to ktoś inny. Sama nie przyłożyła sobie w głowę. Być może uda się panu znaleźć coś, co ja przeoczyłem. Nie ma powodu, żeby pan się tym zajął. Wiem, że to bezczelność proponować panu coś takiego. Ale jest tak, jak jest. Przyjechałem do pana, ponieważ tylko to przyszło mi do głowy. Ale jeżeli nie chce pan robić sobie kłopotu – a nie ma powodu, żeby...

Poirot mu przerwał.

– Ależ oczywiście, że są powody. Mam czas, zbyt wiele wolnego czasu. A pan mnie zaintrygował – tak, bardzo mnie pan zaintrygował. To jest wyzwanie dla małych szarych komórek w moim mózgu. I również przez wzgląd na pana. Wyobrażam sobie pana za sześć miesięcy w ogrodzie, zapewne sadzącego różane krzewy, i widzę, jak sadzi je pan bez towarzyszącego temu uczucia szczęścia, które powinien pan odczuwać, ponieważ w pańskim umyśle kryje się nieprzyjemne wrażenie, wspomnienie, które usiłuje pan odepchnąć, a nie chcę, żeby pan to czuł, przyjacielu. I na koniec – Poirot wyprostował się w fotelu i energicznie pokiwał głową – chodzi również o zasady. Jeżeli ktoś nie popełnił morderstwa, nie zasłużył na szubienicę. – Zamilkł, po czym dodał: – Lecz gdyby się okazało, że jednak ją zabił?

– Wtedy będę niezmiernie wdzięczny za zyskanie pewności.

– Co dwie głowy, to nie jedna, prawda? Voilà[13], wszystko ustalone. Śpieszę zająć się tą sprawą. Jasne jest, że nie ma czasu do stracenia. Ślad już wystygł. Pani McGinty zginęła – kiedy?

– W listopadzie, dwudziestego drugiego.

– Przejdźmy więc do rzeczy.

– Mam ze sobą notatki dotyczące tej sprawy. Przekażę je panu.

– Dobrze. Na razie jednak potrzebne nam są tylko nagie fakty. Jeśli James Bentley nie zabił pani McGinty, kto to zrobił?

Spence wzruszył ramionami i rzekł zmęczonym tonem:

– Nie wiem, kto mógłby to zrobić.

– Ta odpowiedź jednak nas nie satysfakcjonuje. Skoro każde morderstwo musi mieć motyw, jaki mógłby być motyw w przypadku pani McGinty? Zawiść, zemsta, zazdrość, strach, pieniądze? Skupmy się na ostatnim i najprostszym. Kto skorzystał na jej śmierci?

– Właściwie nikt. Na koncie w kasie oszczędnościowej miała dwieście funtów. Przypadną jej siostrzenicy.

– Dwieście funtów to niewiele, choć w pewnych okolicznościach mogłoby wystarczyć. Zastanówmy się nad siostrzenicą. Przepraszam, przyjacielu, jeżeli wchodzę w pańskie kompetencje. Wiem, że pan również to rozważał, ale musimy razem jeszcze raz przebyć tę drogę.

Spence pokiwał dużą głową.

– Oczywiście, wzięliśmy siostrzenicę pod uwagę. Ma trzydzieści osiem lat, mężatka. Mąż pracuje na budowach, malarz. Porządny człowiek, stała praca, bystry, niegłupi. Ona jest miłą, jeszcze młodą kobietą, trochę gadatliwą, sprawiała wrażenie, że na swój sposób lubiła ciotkę. Żadne z nich nie potrzebowało pilnie dwustu funtów, choć jestem pewny, że ucieszyli się, gdy je dostali.

– A co z domem? Również go dostaną?

– Dom był wynajmowany. Zgodnie z prawem właściciel nie mógł się jej pozbyć. Ale nie sądzę, żeby po jej śmierci siostrzenica mogła go przejąć – zresztą, ani ona, ani jej mąż tego nie chcieli. Mają dla siebie mały, nowoczesny dom komunalny, z którego są wyjątkowo dumni. – Spence westchnął. – Przyjrzałem się im obojgu bardzo dokładnie, jak pan rozumie, ale nie znalazłem żadnego punktu zaczepienia.

– Bien. Porozmawiajmy teraz o samej pani McGinty. Proszę mi ją opisać – ale proszę o coś więcej niż wygląd.

Spence uśmiechnął się szeroko.

– Nie chce pan policyjnego rysopisu? No cóż, miała sześćdziesiąt cztery lata. Wdowa. Mąż pracował w dziale odzieżowym w domu handlowym Hodgesa w Kilchester. Umarł prawie siedem lat temu. Zapalenie płuc. Od tamtego czasu pani McGinty zatrudniała się u różnych rodzin w okolicy. Prace domowe. Broadhinny to mała wioska, gdzie ostatnio zaczęli osiedlać się ludzie z zewnątrz. Jeden czy dwóch emerytów, wspólnik z firmy konstrukcyjnej, lekarz, ludzie tego typu. Ma dobre połączenie autobusowe i kolejowe z Kilchester i Cullenquay, które, jak przypuszczam, pan wie, jest dużym letnim kurortem leżącym w odległości zaledwie ośmiu mil od Broadhinny. Miejscowość jest całkiem ładna i zachowała wiejski charakter – leży ćwierć mili w bok od głównej drogi łączącej Drymouth i Kilchester.

Poirot skinął głową.

– Dom pani McGinty był jednym z czterech tworzących właściwą wioskę. Są jeszcze poczta i sklep, w pozostałych domach mieszkają robotnicy rolni.

– Ktoś u niej mieszkał?

– Tak. Przed śmiercią męża wynajmowali pokoje letnikom, ale po jego śmierci zdecydowała się na jednego stałego sublokatora. James Bentley mieszkał tam od kilku miesięcy.

– A więc dochodzimy do... Jamesa Bentleya?

– Ostatnio pracował w agencji nieruchomości w Kilchester. Przedtem mieszkał z matką w Cullenquay. Była schorowana, opiekował się nią i rzadko wychodził z domu. Kiedy umarła, skończyła się jej renta. Sprzedał dom i znalazł pracę. Jest dobrze wykształcony, ale nie ma specjalnych kwalifikacji ani talentów i jak powiedziałem, jest nieciekawym człowiekiem. Trudno było mu coś znaleźć. W końcu dostał pracę w Breather & Scuttle, podrzędna firma. Przypuszczam, że nie był specjalnie kompetentny czy sprawny. Zwalniali ludzi i padło na niego. Nie mógł znaleźć nic innego i skończyły mu się pieniądze. Zwykle płacił pani McGinty za pokój co miesiąc. Robiła mu śniadania i kolacje i brała za to trzy funty tygodniowo – całkiem rozsądnie w tych okolicznościach. Od dwóch miesięcy zalegał z czynszem i nie miał za co żyć. Nie miał pracy, a pani McGinty nalegała na zapłatę.

– I wiedział, że ma w domu trzydzieści funtów? A swoją drogą, dlaczego trzymała je w domu, skoro miała konto w kasie oszczędnościowej?

– Nie miała zaufania do rządu. Powtarzała, że mają już jej dwieście funtów i więcej nie dostaną. Trzymała je tam, gdzie miała do nich dostęp w każdej chwili. Powiedziała to jednej czy dwóm osobom. Leżały pod poluzowaną deską w podłodze sypialni – bardzo oczywiste miejsce. James Bentley przyznał, że wiedział o tym.

– To bardzo uprzejme z jego strony. Czy siostrzenica i jej mąż również o tym wiedzieli?

– Oczywiście.

– A więc teraz powróciliśmy do pierwszego pytania, które panu zadałem. Jak umarła pani McGinty?

– Zginęła dwudziestego drugiego listopada. Lekarz określił moment śmierci na czas między siódmą a dziesiątą wieczorem. Zjadła kolację – wędzony śledź i chleb z margaryną, a wszyscy zgodnie twierdzą, że jadała kolację mniej więcej o wpół do siódmej. Jeżeli postąpiła tak również interesującego nas wieczoru, procesy trawienne wskazują, że została zabita około wpół do dziewiątej lub o dziewiątej. James Bentley zeznał, że owego wieczoru spacerował od piętnaście po siódmej do dziewiątej. Wychodził na spacer prawie co wieczór po zapadnięciu zmroku. Zgodnie z tym, co sam powiedział, wrócił około dziewiątej – miał swój klucz – i poszedł od razu na górę do swego pokoju. Pani McGinty zainstalowała w pokojach umywalki dla letników. Poczytał przez pół godziny i poszedł spać. Nie słyszał ani nie widział nic niezwykłego. Następnego ranka zszedł na dół i zaglądnął do kuchni, lecz nie było tam nikogo i ani śladu przygotowań do śniadania. Twierdził, że po krótkim wahaniu zapukał do drzwi pokoju pani McGinty, ale nie doczekał się reakcji.

Pomyślał, że zaspała, ale nie chciał już więcej pukać. Wtedy przyszedł piekarz i James Bentley poszedł na górę, zastukał znowu, a potem, jak już panu mówiłem, piekarz poszedł do sąsiadów i przyprowadził niejaką panią Elliot, która na koniec znalazła ciało i dostała napadu histerii. Pani McGinty leżała na podłodze w saloniku. Ktoś uderzył ją w tył głowy czymś w rodzaju tłuczka do mięsa z bardzo ostrą krawędzią. Zginęła na miejscu. Ktoś powyciągał szuflady i porozrzucał rzeczy. Podważył poluzowaną deskę w podłodze i opróżnił k r y j ó w k ę. Okna i okiennice były zamknięte od środka. Na zewnątrz nie było śladu majstrowania przy oknach i próby włamania.

– A więc – rzekł Poirot – albo zabił ją James Bentley, albo ona sama wpuściła zabójcę, gdy Bentley był poza domem?

– Zgadza się. Nie był to napad ani włamanie. A teraz, kogo pani McGinty wpuściłaby do domu? Sąsiadkę, siostrzenicę lub jej męża. Nikogo innego. Wyeliminowaliśmy sąsiadów. Siostrzenica i jej mąż byli owego wieczoru w kinie. Jest możliwe – teoretycznie – że któreś z nich wymknęło się z kina, przejechało na rowerze trzy mile, zabiło ją, ukryło pieniądze i wróciło do kina niezauważone. Rozważyliśmy tę możliwość, ale nie znaleźliśmy żadnego potwierdzenia. A nawet jeżeli to prawda, to po cóż ukrywać pieniądze za domem? Trudno byłoby je potem stamtąd zabrać. Nie lepiej byłoby je ukryć gdzieś po drodze z powrotem? O nie, jedyny powód, żeby je tam schować...

Poirot dokończył zdanie za niego:

– To ten, że zabójca mieszkał pod tym samym dachem, ale nie chciał ukrywać ich w swoim pokoju czy też gdziekolwiek wewnątrz domu. Czyli James Bentley.

– Zgadza się. Wszędzie i zawsze dochodzimy do Jamesa Bentleya. No i ta krew na mankiecie.

– Jak to wyjaśnił?

– Powiedział, że poprzedniego dnia otarł się o coś w sklepie mięsnym. Bzdura! To nie była zwierzęca krew.

– Czy trzymał się tej wersji?

– Ależ skąd. W czasie rozprawy opowiedział zupełnie inną historię. Widzi pan, na mankiecie był również włos – włos poplamiony krwią, identyczny z włosami pani McGinty. Trzeba było to wyjaśnić. Wtedy przyznał, że wszedł do pokoju poprzedniego wieczoru po powrocie ze spaceru. Powiedział, że zapukał, wszedł i zobaczył ją na podłodze, martwą. Pochylił się i dotknął jej, jak powiedział, żeby się upewnić. I wtedy stracił głowę. Stwierdził, że zawsze bał się widoku krwi. Półprzytomny poszedł do swojego pokoju i praktycznie rzecz biorąc, zemdlał. Rano nie miał siły przyznać się, że wie, co się stało.