Niespodziewany gość

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2015



Tytuł oryginału

The Unexpected Guest

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Korekta redakcyjna

ELŻBIETA KACZOROWSKA

Redakcja techniczna

AGATA NOWAKOWSKA-DUK

The Unexpected Guest Copyright © 1999 Agatha Christie Limited.

All rights reserved. AGATHA CHRISTIE and the Agatha Christie

Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited in the UK and/or elsewhere.

All rights reserved.

Polish edition published by Publicat S.A. MMX, MMXV (wydanie elektroniczne)

Translation by Prószyński Media.

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wydanie elektroniczne 2015

ISBN 978-83-271-5294-7

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

I

Był zimny listopadowy wieczór w Południowej Walii. Dochodziła północ. Widoczność na wąskiej i ciemnej, wysadzanej drzewami wiejskiej drodze utrudniały dodatkowo kłęby mgły. Z pobliskiego Kanału Bristolskiego dobiegało co chwila rytmiczne, melancholijne buczenie syren. Od czasu do czasu zaszczekał jakiś pies albo odezwał się posępny głos nocnego ptaka. Nieliczne zabudowania wzdłuż wąskiej lokalnej drogi oddalone były od siebie o około pół mili. Przy jednym z najciemniejszych odcinków, tuż za zakrętem, stał elegancki dom o trzech kondygnacjach, otoczony rozległym ogrodem. W tym właśnie miejscu samochód utknął przednimi kołami w przydrożnym rowie. Po kilku próbach uruchomienia pojazdu kierowca pojął, że dalszy upór na nic się nie zda, i zgasił silnik.

Upłynęło kilka minut, zanim wysiadł z samochodu i zatrzasnął drzwi. Był to postawny mężczyzna w wieku około trzydziestu pięciu lat, o rudawych włosach, ubrany w garnitur z grubego tweedu, ciemny płaszcz i kapelusz. Wyglądał na człowieka, który wiele czasu spędza na powietrzu. Przyświecając sobie latarką, ruszył ostrożnie przez trawnik w stronę domu. W połowie drogi do szklanych drzwi ogrodowych przystanął i powiódł wzrokiem po eleganckiej fasadzie budynku. Dom zdawał się pogrążony w zupełnych ciemnościach. Mężczyzna obejrzał się na drogę, po czym zdecydowanym krokiem podszedł do drzwi. Przesunął ręką po szybie i zajrzał do środka, ale nie zauważył żadnego ruchu. Zapukał raz, potem drugi, i nie doczekawszy się odpowiedzi, nacisnął klamkę. Drzwi natychmiast ustąpiły i przybysz wśliznął się do ciemnego pokoju.

Znalazłszy się w środku, przystanął znowu, starając się uchwycić jakiś ruch lub odgłos.

– Halo! – zawołał. – Jest tam kto?

W świetle latarki zobaczył porządnie umeblowany gabinet ze ścianami pełnymi książek. Pośrodku, przodem do drzwi, stał wózek inwalidzki. Siedział na nim przystojny mężczyzna w średnim wieku, z kolanami owiniętymi pledem. Wydawał się pogrążony w głębokim śnie.

– O, przepraszam – zmieszał się intruz. – Nie chciałem pana przestraszyć. Bardzo mi przykro, to wszystko przez tę przeklętą mgłę. Wjechałem do rowu i nie mam pojęcia, gdzie jestem. Ach, i zostawiłem otwarte drzwi... Raz jeszcze przepraszam. – Nie przestając się usprawiedliwiać, wrócił do drzwi, zamknął je i zaciągnął story. – Pewnie zjechałem z głównej drogi. Błądziłem ponad godzinę po tych zakazanych zaułkach...

Odpowiedzi nie było.

– Śpi pan? – spytał przybysz, podchodząc znowu do człowieka na wózku.

Nie doczekawszy się i tym razem odpowiedzi, skierował promień latarki na twarz mężczyzny i nagle zatrzymał się w pół kroku. Inwalida nadal nie otwierał oczu ani się nie poruszał. Kiedy przybysz pochylił się i dotknął jego ramienia, głowa tamtego opadła bezwładnie do przodu.

– Dobry Boże! – wykrzyknął człowiek z latarką.

Przez chwilę stał, wyraźnie nie wiedząc, co począć. Potem przesunął promień po ścianach i odnalazłszy przy drzwiach wyłącznik, podszedł tam, by go nacisnąć.

Zapaliła się lampa na biurku. Intruz położył tam latarkę i przyglądał się uważnie mężczyźnie na wózku, okrążając go ze wszystkich stron. Zauważył następne drzwi, a przy nich drugi wyłącznik. Po naciśnięciu zaświeciły się dwie lampy umieszczone na niskich stolikach. Zrobił znowu krok w stronę wózka i nagle drgnął. W kącie gabinetu, koło wbudowanego w ścianę regału z książkami, stała ładna, mniej więcej trzydziestoletnia blondynka w koktajlowej sukni z żakiecikiem. Nie odezwała się ani nie poruszyła – po prostu stała z opuszczonymi bezwładnie rękami i wydawało się, że nie śmie nawet oddychać. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem w milczeniu, aż wreszcie mężczyzna zdecydował się przemówić:


– On... On nie żyje.

Twarz kobiety była pozbawiona wszelkiego wyrazu.

– Wiem – odrzekła obojętnie.

– Pani o tym wiedziała?

– Tak.

– Został zastrzelony – zauważył mężczyzna, podchodząc ostrożnie do ciała. – Dostał w głowę. Kto...

Urwał w pół zdania, widząc, że kobieta podnosi z wolna prawą rękę, ukrytą dotąd w fałdach sukni. Trzymała w niej rewolwer. Przybysz wciągnął gwałtownie powietrze. Dopiero kiedy zrozumiał, że nic mu nie grozi, podszedł do kobiety i łagodnie odebrał jej broń.

– To pani go zastrzeliła?

– Tak – odpowiedziała po krótkim milczeniu.

Odsunął się i położył rewolwer na stoliku koło wózka. Przyglądał się przez chwilę zwłokom, po czym rozejrzał się niepewnie po pokoju.

– Telefon jest tam – odezwała się kobieta, wskazując głową biurko.

Mężczyzna wyglądał na zaskoczonego.

– Telefon? – powtórzył jak echo.

– Gdyby chciał pan zadzwonić na policję – wyjaśniła tym samym beznamiętnym tonem.

Przybysz patrzył na nią tępym wzrokiem.

– Kilka minut nie zrobi różnicy – rzekł wreszcie. – Zresztą, tak łatwo nie przebiją się przez tę mgłę. Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o... – Urwał i zerknął na ciało. – Kim on jest?

– To mój mąż. – Po namyśle dodała: – Nazywał się Richard Warwick. Ja jestem Laura Warwick.

Mężczyzna nadal nie odrywał od niej oczu.

 

– Rozumiem – mruknął w końcu. – Może pani... usiądzie?

Laura Warwick przesunęła się wolno w stronę sofy. Przybysz rozejrzał się wokoło.

– Czy podać pani drinka albo coś? – zaproponował. – To musiał być wielki wstrząs.

– Niby co? To, że zastrzeliłam męża? – spytała ironicznie.

Mężczyzna doszedł już widać do siebie, bo próbował dostroić się do jej tonu:

– Tak by się zdawało. A może to tylko tak dla sportu?

– Właśnie. Dla sportu – odparła bez zmrużenia oka, siadając na sofie. Zaintrygowany przybysz przyglądał się jej ze zmarszczonym czołem. – To rzeczywiście dobry pomysł... ten drink.

Mężczyzna zdjął kapelusz i rzuciwszy go na fotel, wziął ze stolika karafkę. Nalał brandy i wręczył kieliszek kobiecie. Kiedy wypiła, zaproponował:

– A gdyby tak opowiedziała mi pani o wszystkim?

Laura Warwick podniosła na niego wzrok.

– Czy nie lepiej zadzwonić po policję?

– Wszystko w swoim czasie. Chyba nie zaszkodzi, jeśli najpierw chwilę pogawędzimy?

Zdjął rękawiczki, wetknął je do kieszeni i zaczął rozpinać płaszcz.

Pewność siebie Laury Warwick zaczęła się załamywać.

– Ja nie... – zaczęła i urwała. – Właściwie kim pan jest? Skąd się pan tu wziął? – I nie dając mu czasu na odpowiedź, podniosła głos niemal do krzyku: – Na miłość boską, kim pan jest?

II

– Ależ proszę bardzo, już mówię. – Przygładził ręką włosy, powiódł wzrokiem wokół siebie, jakby się zastanawiał, od czego i jak zacząć. – Nazywam się Michael Starkwedder. Tak, wiem, że to rzadkie nazwisko. – Powtórzył je jeszcze raz, litera po literze. – Jestem inżynierem. Pracuję w firmie anglo-irańskiej i właśnie wróciłem do kraju po kolejnym pobycie nad Zatoką Perską. – Umilkł. Może przywoływał w pamięci Bliski Wschód albo zastanawiał się, czy warto wchodzić w szczegóły. Wreszcie wzruszył ramionami. – Przyjechałem do Walii na dwa dni, żeby się rozejrzeć po starych śmieciach. Rodzina mojej matki pochodzi z tych okolic i pomyślałem, że chętnie kupiłbym tu jakiś domek. – Pokręcił głową z uśmiechem. – No i kompletnie się zgubiłem. Błąkałem się ponad dwie godziny po tych krętych walijskich dróżkach, aż wreszcie wylądowałem w rowie! Wszędzie ta gęsta mgła. Znalazłem furtkę i po omacku dotarłem jakoś do tego domu. Myślałem, że będę mógł stąd zatelefonować, a przy odrobinie szczęścia może znajdzie się i nocleg. Nacisnąłem klamkę w ogrodowych drzwiach – i stwierdziwszy, że są otwarte, wszedłem do pokoju, gdzie natknąłem się na to – wskazał wózek z ciałem.

Laura Warwick patrzyła na niego oczami pozbawionymi wyrazu.

– Zapukał pan najpierw... kilka razy – mruknęła.

– Owszem, ale nikt nie odpowiedział.

Laura wstrzymała oddech.

– Nie, nie odpowiedziałam – odrzekła niemal szeptem.

Starkwedder obrzucił ją zaciekawionym spojrzeniem, jakby próbując zrozumieć, o co tu chodzi. Postąpił krok w stronę ciała, potem nagle zawrócił do kobiety i powtórzył, sądząc, że w ten sposób ją ośmieli:

– Jak już mówiłem, nacisnąłem klamkę, a że drzwi były otwarte, wszedłem.

Laura patrzyła w swój kieliszek. Powiedziała, jak gdyby cytując:

– „Drzwi się otwierają i wchodzi niespodziewany gość”. – Zadrżała leciutko. – W dzieciństwie zawsze przerażał mnie ten zwrot: „niespodziewany gość”. – Odrzuciła w tył głowę i wpatrując się w przybysza, wykrzyknęła z nagłą pasją: – Na co pan czeka? Proszę dzwonić i niech to się wreszcie skończy!

Starkwedder podszedł do wózka z ciałem.

– Nie tak prędko – rzekł. – Może za chwilę. Proszę mi powiedzieć, dlaczego pani go zastrzeliła?

W tonie jej odpowiedzi znów zabrzmiała nutka ironii:

– Mogę panu podać kilka znakomitych powodów. Po pierwsze, pił. Pił ponad wszelką miarę. Po drugie, był okrutny. Wprost nie do wytrzymania, nienawidziłam go od lat. – Dostrzegłszy zdziwione spojrzenie Starkweddera, rzuciła gniewnie: – Czego pan się po mnie spodziewa? Co mam powiedzieć?

– Więc nienawidziła go pani od lat – mruknął jakby do siebie, przyglądając się z namysłem zwłokom. – Ale dziś... dziś wydarzyło się coś szczególnego, prawda?

– Ma pan absolutną rację – odparła Laura z emfazą. – Rzeczywiście, dziś wieczorem coś się wydarzyło. Dlatego... wzięłam broń, którą trzymał na stoliku przy wózku, i... zastrzeliłam go. Tak po prostu. – Rzuciła mu niecierpliwe spojrzenie. – Och, na co się zda to całe gadanie? Musi pan tylko zadzwonić na policję. Nie ma innego wyjścia. – Głos jej się załamał. – Nie ma wyjścia!

Starkwedder patrzył na nią z drugiego końca pokoju.

– To nie takie proste, jak się pani wydaje.

– Dlaczego? – spytała cicho.

Szedł ku niej, mówiąc wolno i z przekonaniem:

– Niełatwo jest spełnić to, do czego mnie pani namawia. Jest pani kobietą. Bardzo piękną kobietą.

Spojrzała na niego ostro.

– I co z tego?

Głos Starkweddera brzmiał teraz niemal wesoło.

– Teoretycznie nic. Ale praktycznie bardzo dużo.

Przeniósł swój płaszcz na fotel we wnęce i wrócił do ciała.

– Ach, rozumiem, rycerskie zasady – zauważyła obojętnie Laura.

– Cóż, możemy to nazwać ciekawością, jeśli pani woli. Chciałbym wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.

– Już panu powiedziałam – odrzekła po krótkim wahaniu.

Starkwedder okrążał wolno fotel z ciałem męża Laury, jakby zafascynowany widokiem.

– Podała mi pani nagie fakty, ale nic poza tym.

– I jeszcze znakomity motyw. Nie ma nic więcej do powiedzenia. Zresztą, czy musi mi pan wierzyć? Mogłam wymyślić pierwszą lepszą historyjkę. Ma pan tylko moje słowo, że Richard był potworem, że pił, że zatruł mi życie... że go nienawidziłam.

– Z tym ostatnim zgadzam się bez zastrzeżeń. W końcu mam jakieś dowody. – Podszedł do sofy i spojrzał z góry na siedzącą Laurę. – Tak czy owak, to nieco drastyczne, prawda? Powiada pani, że nienawidziła męża od lat. Więc czemu go pani nie opuściła? To chyba znacznie prostsze.

– Ja... – szepnęła Laura z wahaniem – nie mam żadnych własnych pieniędzy.

– Ależ droga pani, wystarczyłoby udowodnić, że jest pijakiem, że się nad panią znęca i tak dalej! Z miejsca dostałaby pani rozwód czy separację, a na dodatek alimenty, czy jak to nazywają.

Umilkł i czekał na odpowiedź, ale Laura widocznie uznała ją za zbyt trudną. Wstała i, odwrócona tyłem do niego, poszła odstawić kieliszek.

– Ma pani dzieci?

– Nie... Dzięki Bogu, nie.

– No więc czemu go pani nie zostawiła?

Laura zwróciła ku niemu twarz, na której malowało się zmieszanie.

– Bo... Widzi pan, teraz mogę odziedziczyć jego pieniądze.

– Ależ nie! Prawo zabrania mordercy ciągnięcia zysków ze zbrodni. – Zrobił krok w jej stronę. – A pani myślała... – Urwał. – Co właściwie pani myślała?

– Nie wiem, o co panu chodzi.

– Przecież nie jest pani głupia. Nawet gdyby odziedziczyła pani jego pieniądze, co by pani z tego przyszło, skoro dostałaby pani dożywocie? – I usadowiwszy się wygodnie w fotelu, dodał: – Przypuśćmy, że nie zapukałbym do tych drzwi. Co by pani zrobiła?

– Czy to ważne?

– Może i nie, po prostu jestem ciekaw. Co by pani powiedziała, gdybym nie wtargnął tu i nie złapał pani na gorącym uczynku? Że to był wypadek? Czy też samobójstwo?

– Sama nie wiem – odrzekła Laura obojętnie. Wróciła na sofę i usiadła tak, żeby Starkwedder nie widział jej twarzy. – Nie mam pojęcia. Już mówiłam, nie miałam czasu zebrać myśli.

– No tak. Może i tak... Nie sądzę, żeby to była zbrodnia z premedytacją. Raczej zabójstwo w afekcie. Musiał pani czymś dopiec. Co to było?

– To nieważne.

– Co powiedział? – nie ustępował Starkwedder. – No, słucham!

Laura patrzyła mu spokojnie w oczy.

– Tego nie wyznam nikomu.

Starkwedder stanął za sofą.

– Będą o to pytać w sądzie.

– Nie odpowiem – powtórzyła z uporem. – Nie zmuszą mnie do tego.

– Ależ adwokat musi wiedzieć! – Pochylił się nad oparciem i, wpatrując się w nią z przejęciem, ciągnął: – To może wszystko zmienić!

Laura zwróciła ku niemu udręczoną twarz.

– Nie rozumie pan? Nie ma żadnej nadziei. Jestem przygotowana na najgorsze.

– Co?! Tylko dlatego, że wszedłem przez te drzwi? Gdybym się tu nie zjawił...

– Ale się pan zjawił.

– No tak. A pani wciąż swoje... Czy naprawdę tak pani myśli?

Nie odpowiedziała.

– Proszę. – Poczęstował ją papierosem i sam zapalił. – A teraz cofnijmy się nieco w czasie. Więc nienawidziła pani męża, a dziś wieczorem on powiedział coś, co przepełniło kielich. Złapała pani broń, która leżała obok... – Urwał i spojrzał na rewolwer. – Dlaczego właściwie trzymał broń pod ręką? To dość niezwykłe.

– Ach... Widzi pan, on lubił strzelać do kotów.

– Co takiego?! Do kotów?

– No cóż, chyba będę musiała to i owo wyjaśnić – rzekła z rezygnacją Laura.

III

Starkwedder patrzył na nią, z lekka oszołomiony.

– A więc?

Laura wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić:

– Richard polował kiedyś na grubego zwierza. Zresztą, poznaliśmy się właśnie w Kenii. Był wówczas zupełnie innym człowiekiem, a może krył się ze swymi wadami, eksponując zalety. Bo wie pan, on miał zalety, był wielkoduszny, odważny... Do szaleństwa odważny. I cieszył się wielkim powodzeniem u kobiet.

Zerknęła nagle na Starkweddera, jakby po raz pierwszy uświadomiła sobie jego obecność. Odwzajemniając to spojrzenie, podał jej ogień, potem zapalił swojego papierosa.

– Proszę mówić dalej.

– Pobraliśmy się wkrótce po pierwszym spotkaniu. Dwa lata później zdarzył się straszny wypadek: Richard został poturbowany przez lwa. Szczęśliwie uszedł z życiem, ale od tej pory był kaleką; nie mógł chodzić. – Odchyliła się do tyłu, wyraźnie rozluźniona. Starkwedder usiadł naprzeciwko niej na taborecie. Zaciągnęła się papierosem i wydmuchnęła kłąb dymu. – Mówi się, że nieszczęścia dodatnio wpływają na charakter, ale w jego wypadku tak się nie stało. Przeciwnie, doszły do głosu najgorsze cechy: mściwość, skłonności sadystyczne... Poza tym, coraz więcej pił. Zatruwał życie wszystkim domownikom, a my musieliśmy to znosić, gdyż... och, sam pan wie, co się wtedy mówi: „Co za smutne życie dla biednego kaleki” i tak dalej. Oczywiście, popełniliśmy błąd, nie trzeba było pozwolić tak się zadręczać, teraz to widzę. Umacnialiśmy go tylko w przekonaniu, że jest na innych prawach i może robić, co mu się podoba, bez żadnych konsekwencji. – Podeszła do stolika przy fotelu i strząsnęła popiół do popielniczki. – A że przez całe życie najbardziej lubił strzelać, więc kiedy zamieszkaliśmy w tym domu, Angell (to jego osobisty służący i zarazem pielęgniarz) przynosił mu późnym wieczorem brandy i strzelbę, otwierał drzwi do ogrodu i Richard godzinami wpatrywał się w ciemność, czatując na błysk kocich oczu, dzikiego królika czy zbłąkanego psa. Oczywiście, ostatnio króliki zdarzały się bardzo rzadko, bo wyzdychały od tej zarazy... myksomatozy czy jakoś tak, ale kotów ustrzelił dość dużo. – Znów zaciągnęła się papierosem. – Zresztą, strzelał do nich i w dzień. Do ptaków także.

– I sąsiedzi się nie skarżyli?

– Jasne, że się skarżyli – odparła, wracając na sofę. – Mieszkamy tu raptem dwa lata. Przyjechaliśmy ze wschodniego wybrzeża, z Norfolk, gdzie ofiarą Richarda padł niejeden domowy ulubieniec. Dlatego właśnie postanowiliśmy się przenieść. Ten dom jest położony na odludziu, mamy tylko jednego sąsiada w promieniu kilku mil. Ale jest tu pełno wiewiórek, ptaków, no i bezpańskich kotów. – Zrobiła krótką przerwę. – Największy kłopot mieliśmy w Norfolk z powodu pewnej kobiety, która zbierała zapisy na lokalny festyn. Kiedy odchodziła, Richard strzelał za nią raz z jednej strony, raz z drugiej, a potem pękał ze śmiechu. Opowiadał, że skakała jak zając, a jej tłusty zad trząsł się niczym galareta. Niestety, poszła poskarżyć się na policji i wynikła koszmarna awantura.

– Wyobrażam sobie – zauważył sucho Starkwedder.

– Ale Richardowi i tak się upiekło. Oczywiście miał pozwolenie na cały ten swój arsenał i zapewnił policjantów, że strzela wyłącznie do królików, a ta Butterfield to po prostu nerwowa stara panna, której coś się ubrdało. Richard zawsze potrafił wmówić ludziom, co chciał; z policją też poradził sobie bez kłopotu.

Starkwedder wstał z taboretu i podszedł do ciała Richarda Warwicka.

– Pani mąż miał cokolwiek wypaczone poczucie humoru – zauważył cierpko, zerkając na stolik obok wózka. – Rozumiem, o co pani chodzi. Że trzymanie pod ręką broni należało do stałych punktów wieczoru. Ale chyba dziś nie spodziewał się żadnego łupu. Przy takiej mgle?

 

– Ach, on zawsze kładł tu broń, każdego wieczora, jak dziecko ulubioną zabawkę. Czasem strzelał po ścianach, tworząc określone wzory. O, na przykład tam, proszę spojrzeć. – Wskazała na ogrodowe drzwi. – Tam, na lewo, za zasłoną.

Starkwedder podszedł tam i podniósł zasłonę po lewej stronie, odsłaniając boazerię ozdobioną wzorem z dziur po kulach.

– Wielkie nieba, to przecież jego inicjały: R.W. Nadzwyczajne! – Opuścił zasłonę i odwrócił się tyłem do Laury. – Muszę przyznać, że miał dobre oko. Hm... tak. Niebezpiecznie mieszkać z takim pod jednym dachem.

– Owszem – przyznała Laura dobitnie. – Zerwała się z miejsca z niemal histeryczną gwałtownością i podeszła do przybysza. – Musimy w kółko o tym gadać? – spytała z rozpaczą w głosie. – Po co odkładać to, od czego i tak nie da się uciec? Nie rozumie pan, że trzeba zatelefonować na policję? Nie ma pan wyjścia. O wiele miłosierniej będzie zrobić to od razu. A może ja mam zadzwonić? O to panu chodzi? W porządku, zajmę się tym sama.

Ruszyła szybko do telefonu, ale gdy podnosiła słuchawkę, Starkwedder przytrzymał jej rękę.

– Najpierw musimy porozmawiać – oświadczył.

– Porozmawialiśmy już. Zresztą i tak nie ma o czym.

– Owszem, jest. Może jestem głupi, ale musimy znaleźć jakieś wyjście.

– Wyjście? Dla mnie? – spytała Laura z niedowierzaniem.

– Tak. Dla pani. – Odszedł kilka kroków, a potem odwrócił się twarzą do niej. – Czy jest pani dostatecznie odważna? Potrafi pani skłamać w razie potrzeby? Przekonywająco skłamać?

Laura patrzyła na niego ze zdumieniem.

– Jest pan szalony – wykrztusiła.

– Możliwe – zgodził się Starkwedder.

– Sam pan nie wie, co robi – rzekła kręcąc z zakłopotaniem głową.

– Przeciwnie, wiem doskonale. Robię z siebie wspólnika po fakcie.

– Ale dlaczego? Dlaczego?

Starkwedder przyjrzał się jej uważnie.

– No właśnie, dlaczego? – powtórzył, po czym wolno i dobitnie odpowiedział: – Z bardzo prostego powodu. Jest pani piękną kobietą i nie mogę znieść myśli, że mieliby panią zamknąć na resztę życia w więzieniu. Dla mnie to tak samo straszne jak śmierć na stryczku. A sytuacja nie przedstawia się korzystnie. O ewentualnej prowokacji świadczyć może tylko pani słowo, słowo, którego za żadne skarby nie chce pani wypowiedzieć. Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że sąd uzna panią za winną.

Laura patrzyła na niego z niezachwianym spokojem.

– Pan mnie nie zna. Wszystko, co powiedziałam, może okazać się kłamstwem.

– Owszem. Pewnie jestem frajerem, ale wierzę pani.

Spuściła wzrok i opadła na taboret, tyłem do Starkweddera. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem nagle odwróciła się do niego z błyskiem nadziei w oczach. Patrząc na niego pytająco, prawie niezauważalnie skinęła głową.

– Tak – rzekła. – Potrafię skłamać w razie potrzeby.

– Świetnie! – ucieszył się Starkwedder. – A teraz do rzeczy, i to szybko. – Podszedł do stolika przy wózku i strząsnął popiół do popielniczki. – Po pierwsze: kto jeszcze jest w domu? Kto tu mieszka?

Po chwili wahania Laura zaczęła mówić:

– Matka Richarda. Poza tym Benny... to znaczy, panna Bennett, ale nazywamy ją Benny – coś pośredniego między gospodynią a sekretarką. To dawna pielęgniarka ze szpitala, jest u nas od lat, bardzo oddana Richardowi. I Angell, chyba już o nim wspomniałam, osobisty służący, czasem pielęgniarz. Robił wszystko, co trzeba.

– Jest jeszcze ktoś ze służby?

– Nie, na stałe nie ma nikogo, tylko dochodzący. – Umilkła na chwilę. – Och! Zapomniałam o Janie.

– Jan? – rzucił ostro Starkwedder. – Któż to taki?

Laura spojrzała na niego z zakłopotaniem.

– Przyrodni młodszy brat Richarda – wyznała niechętnie. – Mieszka z nami.

Starkwedder podszedł bliżej.

– Proszę wyrażać się jasno. Co z tym Janem? Czego nie chce mi pani powiedzieć?

Po chwili wahania zaczęła, ważąc każde słowo:

– Jan... to kochany chłopak. Bardzo miły, wrażliwy, tylko... trochę się różni od innych. Mówią, że jest nieco opóźniony w rozwoju.

– Ach, rozumiem. Lubi go pani, prawda?

– Lubię – przyznała Laura. – Bardzo go lubię. I właśnie dlatego nie mogłam się zdecydować na porzucenie męża. Bo gdyby Richard miał wolną rękę, z pewnością odesłałby Jana do zakładu dla upośledzonych umysłowo.

Starkwedder okrążał w zadumie wózek z ciałem.

– Rozumiem – mruknął. – Czy tym właśnie pani groził? Że jeśli pani odejdzie, to on odda chłopca do zakładu?

– Tak. Gdybym... gdybym tylko uwierzyła, że potrafię zarobić na utrzymanie swoje i Jana... Ale bałam się, że nie dam rady. Zresztą, Richard był prawnym opiekunem brata.

– Czy był dla niego dobry?

– Czasem tak.

– A czasem nie?

– Dość często wspominał, że go odda do zakładu. Tłumaczył mu: „Będą tam dobrzy dla ciebie, braciszku. Zaopiekują się tobą, jak należy. A Laura na pewno będzie cię odwiedzać parę razy w roku”. Lubił doprowadzać go do ostateczności, lubił, żeby Jan go prosił, żeby się przed nim płaszczył, a wtedy on odchylał się do tyłu i wybuchał gromkim śmiechem.

– Rozumiem – powtórzył Starkwedder, obserwując ją uważnie. – Rozumiem.

Laura zerwała się z taboretu i poszła zgasić papierosa. – Nie musi pan mi wierzyć! – wykrzyknęła. – Nie musi pan wierzyć w ani jedno słowo! Wszystko to mogłam zmyślić!

– Powiedziałem już, że zaryzykuję. A ta... jak jej tam? Bennett... Benny... Jaka ona jest? Bystra?

– Jest bardzo sprawna i pojętna.

Starkwedder pstryknął palcami.

– Coś mi przyszło do głowy. Jak to się stało, że nikt nie usłyszał strzału?

– Cóż, matka Richarda to starsza osoba, prawie nie słyszy. Pokój Benny jest na drugim końcu domu, Angell ma w ogóle oddzielne mieszkanie za obitymi suknem drzwiami. A Jan wprawdzie sypia nad tym pokojem, ale wcześnie się kładzie i ma mocny sen.

– Więc wszystko świetnie się składa – zauważył Starkwedder.

Laura wyglądała na zaintrygowaną.

– Co pan sugeruje? Żebyśmy upozorowali samobójstwo?

Obrócił się w stronę ciała.

– Nie, to beznadziejne. – Podszedł do wózka i przyglądał się przez chwilę zwłokom. – Był praworęczny, prawda?

– Tak.

– No właśnie. Nie mógł więc strzelić do siebie pod tym kątem. – Wskazał na lewą skroń Warwicka. – Poza tym nie ma śladu osmalenia. – Zastanawiał się nad czymś przez chwilę. – Nie, strzał musiał paść z pewnej odległości. To wyklucza samobójstwo, ale... nie wypadek. Tak, zważywszy na wszystko, mógł to być wypadek.

Po dłuższym namyśle pokazał, o co mu chodzi.

– Powiedzmy, że przyszedłem tu dziś wieczorem... Zresztą, przecież tak było. Wtargnąłem przez te drzwi... – Podszedł do wyjścia na taras i udał, że wślizguje się do pokoju. – Richard wziął mnie za złodzieja i zaczął do mnie mierzyć z rewolweru. Cóż, to całkiem prawdopodobne, z tego, co mi pani opowiadała o jego zwyczajach. No więc podchodzę do niego... – Starkwedder ruszył szybko w stronę wózka – zabieram mu broń...

– I w trakcie szamotaniny pada strzał, tak? – wtrąciła Laura z błyskiem w oku.

– Tak – zgodził się Starkwedder, ale zaraz się poprawił: – Nie, to na nic. Jak już mówiłem, policja zaraz zauważy, że strzelano z większej odległości. – Namyślał się jeszcze przez parę sekund. – No dobra, powiedzmy, że mu tę broń zabrałem. – Lecz zaraz potrząsnął głową i machnął ręką z rezygnacją. – Nie, nie. Gdybym tak postąpił, to po diabła bym potem strzelał? Nie, obawiam się, że to za trudne. – Westchnął. – No więc zostańmy przy morderstwie. Czystym i prostym morderstwie. Ale dokonanym przez kogoś z zewnątrz. Przez osobę lub osoby nieznane.

Wrócił do oszklonych drzwi i przytrzymując zasłonę, wyjrzał na dwór, jakby w poszukiwaniu natchnienia.

– Może jakiś prawdziwy włamywacz? – podsunęła mu Laura usłużnie.

Starkwedder rozważał to przez chwilę.

– Cóż – rzekł wreszcie – może i tak, ale to chyba dość naciągane. – I po chwili dodał: – A co z wrogami? Brzmi to dość patetycznie, ale z tego, co mi pani mówiła, on mógł mieć wrogów, czyż nie?

– Taak – odrzekła niepewnie Laura. – Przypuszczam, że ich miał, ale...

– Teraz nie czas na „ale” – przerwał jej Starkwedder, gasząc papierosa w popielniczce na stoliku. Potem podszedł do sofy i stanął za plecami siedzącej tam Laury. – Proszę mi opowiedzieć wszystko o jego wrogach. Numer jeden to przypuszczalnie owa kobieta... no wie pani, ta z trzęsącym się tyłkiem, ta, którą straszył strzałami. Ale nie sądzę, aby była morderczynią. Zresztą, na pewno wciąż mieszka w Norfolk i trudno sobie wyobrazić, żeby kupiła zniżkowy powrotny do Walii tylko po to, żeby wygarnąć do pani męża. Kto jeszcze? Komu nadepnął na odcisk?

Laura miała niepewną minę. Wstała, obróciła się w kółko i zaczęła rozpinać żakiet.

– Cóż... – rzekła z wahaniem. – Rok temu był pewien ogrodnik. Richard wyrzucił go i odmówił wydania referencji. Ten człowiek miał wielkie pretensje, groził...

– Kto to był? Ktoś z tych okolic?

– Tak, pochodził z Llanfechan, około czterech mil stąd.

Zdjęła żakiet i położyła go na poręczy sofy. Starkwedder się skrzywił.

– Nie robiłbym sobie wielkich nadziei. Założę się, że facet ma solidne alibi, typu „nie ruszałem się z domu”. A nawet jeśli nie ma albo tylko żona może je poświadczyć, przecież Bogu ducha winnego człowieka nie wmieszamy w sprawę o morderstwo. To na nic, nam potrzeba kogoś z zamierzchłej przeszłości, kogo nie tak łatwo odnaleźć.

Laura krążyła z wolna po pokoju, próbując się skoncentrować.

– A może ktoś z czasów polowań na lwy i tygrysy? – ciągnął Starkwedder. – Kenia, Afryka Południowa, Indie? Jakaś zapadła dziura, gdzie policja nie może wszystkiego sprawdzić od ręki?

– Niech no tylko pomyślę... Nic sobie nie przypominam! A Richard opowiadał tyle różnych historii...

– Nie mamy nawet pod ręką żadnego rekwizytu. Wie pani, jakiś sikhijski turban, beztrosko zarzucony na karafkę, nóż Mau Mau albo zatruta strzała... – Przycisnął dłonie do czoła. – Niech to diabli, przecież trzeba nam tylko kogoś urażonego, kogoś, komu Richard nieźle dokopał... Myślże, kobieto! Myśl!

– Ja... nie mogę myśleć – odparła Laura łamiącym się ze zdenerwowania głosem.

– Przecież opowiadała mi pani, jaki to był człowiek. Wielkie nieba, musiało się coś zdarzyć, jakieś wypadki czy co...

Laura nie przestawała chodzić. Rozpaczliwie próbowała coś sobie przypomnieć.

– Nikt mu nie groził? Mam na myśli groźby karalne.

Laura zatrzymała się w pół kroku.

– Mam! Przypomniałam sobie. To człowiek, któremu Richard przejechał dziecko!

IV

Starkwedder wytrzeszczył oczy.

– Richard przejechał dziecko? Kiedy to było?

– Jakieś dwa lata temu. Mieszkaliśmy wtedy w Norfolk. Ojciec dziecka z całą pewnością się odgrażał.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?