Beniowski

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wacław Sieroszewski

Beniowski

POWIEŚĆ

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Maurycy Beniowski (1746-1786), Public domain image,

źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Móric-Benovský.jpg

This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law,

including all related and neighboring rights.

Tekst wg edycji z roku 1935. Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-694-1

Beniowski
I.

Zimne morze północne pod uderzeniami śnieżnej wichury ryczało, jak stado smoków. Prężyło ku niebu potworne przeguby siwozielonych, żylastych wełn i, dokładając popędliwie falę do fali, biegło ku ubielonym brzegom.

Z piorunowym łoskotem, z sykiem, z pryskiem, z pojękiem ciskało opienione paszczęki bałwanów daleko na miękkie spychy piachów, na chyle cyplów, na twarde, dziobate czoła skał, strzegących ziemi. Poczem cofało się z groźnym mamrotem, unosząc spodem swych skręconych burzowin prochy i głazy lądu w dalekie rodzime leje oceanu.

A na ich miejsce wstawały z odmętów nowe wzdęte otchłanie, i ryczały, i tłukły, i rwały pobrzeże.

Znikły bez śladu w tej nawalnej rozrusze krągłe, miluchne wysepki, obłe osuchy, miałko marszczone dosypiska i ławice, płytkie rewy przejrzyste – ulubione przytuliska wszelakiej morszczyzny, ziemnowodna koronka, utkana w ciche dni łagodną gładą morską na przymierze między tonią oceanu a lądem.

Znikło wszystko.

Został jeno na linji bojowej zawsze ten sam, nagi, spracowany strąd, wyniosły, długi, śniegiem omglony oraz skaczący nań z dołu z niemilknącym hukiem wał zielonawych bałwanów.

Brzeg pocięty, poszarpany szparami, spękany w wądoły, w które z bulkotem i wyciem wlewały się wirzyska. Ruina ziemi, same piargi i opoki bez krzewinki, bez trawki, bez żadnego umocnienia. Smutny wał obronny, wał samotny wiecznej walki bez wytchnienia i poparcia...

Górą nad nim niewstrzymanie sunęła przez powietrzne przestworza szalejąca śnieżyca, obojętna na wszystko, bezwzględna, potężnym ruchem dążąca wciąż naprzód, niby biały anioł śmierci, zapatrzony w jemu tylko wiadomy cel...

Jej pióra omiatały z tym samym spokojem i mocą piany fal, i łęgi dolin, i wiszary górskich łańcuchów, i szczeciny zatraconych w śniegach lasów, i przyziemne budowle miasteczka, schowanego w głębokiem ujściu rzeki.

Ta ludzka siedziba zataiła głęboko swe życie w zawianych do szczytu domostwach; na pustych ulicach jeno wiatr gwizdał w szczytach dachów i węgłach zrębów, wzdymając z dołu mroźną kurzawę i mieszając ją z wirami lecących z nieba płatków śniegu.

Mimo to, wśród ogólnego bezludzia w nakrytej czworokątną basztą bramie drewnianej twierdzy ukazały się trzy w futra otulone postacie.

Przodem szedł rosły, barczysty mężczyzna, wydający się olbrzymem, w nastroszonej bobrowej szubie; ciemną, sępią twarz okalał mu, jak przyłbica, drogi kołpak z łap czarnoburych lisów.

Stąpał miarowo z podniesioną głową i patrzał dumnie na bicze śniegowe, siekące powietrze. Za nim o pół kroku podążał w skromnej delji reniferowej, również wdzianej włosem nawierzch, mniej wspaniały dorodnością i zachowaniem się osobnik. Na jego futrzanej bermycy błyskał galon wojskowy; naostatku za nimi wlókł się prosty kozak w futrzanych butach i w kamczadalskiej do kolan „kuchlance”.

– Słyszycie, Iwanie Piotrowiczu, jak to wyje! – rzekł wojskowy, wskazując ręką w stronę ciemniejącego opodal budynku.

Wspaniały Iwan Piotrowicz zatrzymał się i posłuchał; lecz świst zamieci, plusk rzeki i ryk dalekiego morza głuszyły wszystkie inne dźwięki.

– Nic nie słyszę. Czegóż on chce?

– Nie wiem. Wrzeszczy, jak opętany, rwie na sobie pazurami ciało; na kraty, na współtowarzyszy się rzuca... Wołał, że chce widzieć wielkiego Taju! Bałem się, że sobie co zrobi... Zawszeć on rządowy zakładnik; jasak stracimy, jak zginie!

– Co taka bestja może sobie zrobić? Duch w nim mocno siedzi, a broni przecież nie ma!

– Skądby ją mógł mieć? W całem miasteczku niema takiego chwata, coby na długość ręki odważył się do nich zbliżyć! Oni nie pytają swój, czy nie swój, za łeb chwytają i o – balasy!... A zresztą pilnujemy; szyldwach od więzienia wciąż tam przechodzi i baczenie daje!

– Tak, taki Baczenie dawać należy! Istotnie słyszę: wyje!... Ach, gardziel miedziana!... Burzę przehuczał!...

Przeszli zawianą zaspami drogę i minęli otoczone ostrokołem więzienie, z przed którego bramy, z budki, wyskoczył zaśnieżony żołnierz i sprezentował broń.

Na tyłach, w miejscu zacisznem od wiatru, wznosił się niski budyneczek, przyparty do wysokiej palisady. Przednia jego ściana składała się z grubych pionowych dyli, rozstawionych rzadko, niby krata. Stamtąd to leciał dziki wrzask, głuszący nawet łoskot burzy.

Gdy Iwan Piotrowicz Niłow, sam naczelnik Kamczatki, z porucznikiem Norinym zatrzymali się przed tą nieszczęsną budą, wycie na chwilę ustało, natomiast w szparach między dylami pojawiły się straszne kudłate łby, chude, zapadłe twarze z gorejącemi jak głownie oczyma, wysunęły się stamtąd długie ramiona z bronzową, obwisłą jak wory skórą i zaciśniętemi, kościstemi pięściami. Niedźwiedzie charczenie i chrapliwy ryk znowu rozdarły powietrze.

– Ha, ha! To ty, krwawy bladolicy psie!... Przyszedłeś naigrawać się z mej nędzy!... Zbliż się, zbliż!... Niech palce moje uchwycą skibkę twego ciepłego ciała!... Jeszcze żyje Oruncza, jeszcze starczy mu siły, aby wyrwać ci z pod miedzianego czoła obmierzłe lodowate oczy i rozdeptać je nogami!... Chodź bliżej, chodź!... Jeżeli śmiesz!... Żyje Oruncza, jeszcze dysze, jeszcze przeklina!... Oby trąd zżarł tobie i potomstwu twemu wnętrzności!... Obyś cały był jako jedna rana, kisząca robactwem, dręczycielu!...

– Co on mówi? – spytał Niłow kozaka-tłumacza.

– Klnie, miłościwy panie!

– Powiedz mu, żeby zamilkł, bo go każę osmagać!

– Milcz, podłe stworzenie, bo Wielki Taju każe cię obić!

– Ha!... Pluję na jego bizuny!... Pluję na niego samego! Oruncza wojownik! Czyż mało mię katowałeś, oprawco!... Rodzie „szajtański”!... Bodaj mór tknął cię wraz z plemieniem twojem!... Bodajeście polegli wszyscy zaraz bez tchu aż po Ciepłe morze!... Bodaj śnieżyca zawiała niegrzebane trupy wasze, waszych dzieci i kobiet, przeklęci roznosiciele niewoli!... Bodaj psy rozwłóczyły po stepie wasze kiszki, jak wilki rozwłóczą jelita rena!

– Co on mówi? – znowu spytał Niłow.

– Grzech powtórzyć, Wasza Wysoka Szłachetność! Lepiej nie słuchać – on szaman, złośliwy czarownik, on może zauroczyć – odszepnął pobladły kozak.

Twardy uśmiech wykrzywił wąskie usta Niłowa.

– Powiedz mu, że mu daruję wszystko, że go nawet wypuszczę, jeżeli krewni jego przyniosą mi dwa... nie dwa... a... trzy „soroki” soboli... Potrzebuję przed wiosną trzech „soroków” soboli!... Będzie wolny!...

Oruncza znowu wtulił między dyle tatuowaną twarz i słuchał pilnie.

– Łżesz!... łżesz!... Obiecywałeś to samo przeszłym razem, a przecie siedzę tu, mróz i głód szarpią mię jak dawniej, choć przyniesiono ci, coś żądał!... Mrą moi rodowi, mrą dzieci!...

– Powiedziano ci przecie wtedy i powtarzam raz na zawsze, że lisy były złe, niedość czarne, że były podsmalane dymem na ogniu, że bobry były wyprzałe, sobole wczesne! – wtrącił sam od siebie kozak.

– Co on mówi? – spytał znowu Niłow.

– Mówi, że przeszłym razem...

– Dobrze, dobrze!... Pamiętam... Był spór!... Ale powiedz mu, że tym razem sporu nie będzie!... Pójdzie wolny, niech tylko przyniosą... Niech przyniosą jeno takie, żeby przystało je nosić samej carowej... Najjaśniejszej naszej Pani je poślę! Słyszysz!?

Oruncza długo milczał, opuściwszy kudłaty łeb.

– Słuchaj, Wielki Taju! – zagadał wreszcie już cicho. – Znikły sobole z lasów, obrzedły ich tabuny! Takich, jak ty chcesz, nie wiem czy się znajdzie dziesiątek u plemienia Ankalów. Ale powiem im. Tam jeszcze pamiętają Orunczę... Może mię nie oszukasz tym razem, bo gdybyś je skradł, listbym pisać kazał do samej carowej. Z tamtego świata przyszedłbym szukać sądu!... Przyślij jakiego korjaka-niewolnika, sługę lub odstępcę – dam mu znak! Przyślij też wódki, Wielki Taju, przyślij wódki, bo serce już nie znosi dłużej tego, co jest; złe myśli zjedzą mię wcześniej, niż głód... Stracisz zakładnika... Więc przyślij wódki bez uchyby... O to proszę!

– Ba!... Niema ani kropli w całem miasteczku!... Musisz, bracie, poczekać, aż przyjdzie okręt! – wstawił porucznik Norin.

– Jeść! – szepnęły nagle dwa inne widma z poza Orunczy i wysunęły z za balasów piszczele grabiastych łap.

– Jeść!...

Niłow odwrócił się.

– Przysłać im trochę ryb! – mruknął kozakowi przez ramię.

– Według rozkazu! – odszepnął ten, prostując się. – Jeżeli okręt żegluje teraz z Ochocka, a ostatni na to przecie czas, gdyż jeno patrzeć, jak lody zamkną drogę, to niech go Bóg i Święci Pańscy mają w swej pieczy!... Od dwóch lat już nie pamiętam takiej wichury!... Nie wiatr, lecz młot! A co będzie, co będzie, jak okręt nie przyjdzie? – gadał Niłow, owijając się szczelniej w futro.

 

– Słusznie mówi Wasza Wysoka Szlachetność: nie wiatr, lecz młot! Omało mię nie wywrócił, gdym z rana wyszedł za przydźwierze!

Zatrzymali się przed domem naczelnika, na podwórzu forteczki. Olbrzymie czarne tyny obronne z potężnych na zrąb kładzionych modrzewiowych kloców wstrzymywały tutaj napór wiatru, a płaty śniegu, lecąc, wirowały wolno, wdzięcznie, jak opadające listeczki kwiatów wiosennych.

– Bywaj zdrów, Stefanie Polikarpowiczu! – zwrócił się Niłow do porucznika, wstępując na schody ganeczku.

– A poślij tam do tego Orunczy jakiego z jeńców korjakskich!

– Według rozkazu! Czy nie uważacie jednak, Iwanie Piotrowiczu, że byłoby trochę niebezpiecznie wypuścić tego dzikusa, szczególnie teraz, gdy na północy znowu wszczyna się rozruch? Godzą się podobno Czukcze z Korjakami, zbroją, gadają, że sam Ochotin im w tem pomaga!

– Zrób, jak mówię! Niewiadomo, co będzie! Być może, że nic nie przyślą! – odrzekł Niłow, poprawiając czapkę i uśmiechając się tajemniczo.

Z tym uśmiechem zastygłym na ustach wszedł do ciemnej sieni, gdzie kozak podręczny zdjął zeń szubę i buty futrzane. Stamtąd skierował się we drzwi na lewo, do obszernej niskiej świetlicy z ciemnemi ścianami i powałą z ciosanego modrzewiu, wyłożonej kobiercami z czarnych i białych łap reniferowych, zszytych w szachownicę. Mdłe, błękitnawe światło wsączało się do izby ze dwora przez duże okna z miki przykryte z zewnątrz taflą lodową. W rogu przed pozłacanym ciemnolicym obrazem płonęła w malinowej szklanej bani na srebrnych łańcuchach nigdy nie gasnąca „lampada”. Było ciepło, pachniało kwasem chlebowym, miętą i mirrą. Pod ścianą między oknami, na mocnych krzyżakach, stał długi stół, nakryty zielonem suknem, na nim leżały rozrzucone papiery, śliczne ułamki kryształów górskich, okazałe kły morsa, dziwaczne rzeźby czukockie z kości mamutowej, oraz jakieś próbki błyszczących rud; wgórze na przybitej do ściany podstawce siedział z rozpostartemi skrzydłami wypchany orzeł kamczacki.

Obok stołu mieścił się głęboki stolec z poręczami, zasłany skórą niedźwiedzią, a pod ścianami ciągnęły się ławy również kryte futrami.

Niłow śliznął się wzrokiem po tych znanych szczegółach, przeciągnął się, aż mu w stawach trzasło, i ziewnął.

– Ej, matko!... – zawołał. – A jak tam z obiadem?

Skrzypnęły drzwi i z sąsiedniego pokoju weszła niewiasta niższego wzrostu od naczelnika, Niłowa, ale niemniej od niego dorodna. W miarę jak szła, drżała podłoga pod jej stopami, obutemi w miękkie futrzane pantofle, i drżały do taktu jej wyniosłe jak dwa pagórki piersi, otulone niebieskim kaftanikiem, podbitym gronostajami. Szczyt białej, okrągłej jak księżyc twarzy, tuż ponad czarnemi brwiami opasywał szeroki naczółek, suto haftowany kolorowym jedwabiem, srebrem, złotem i perłami; agatowe oczy patrzały na męża z pod gęstych rzęs z tłumionym niepokojem, ale usta, duże, wilgotne pełne były uśmiechu.

– Bądź cierpliwy chwileczkę, Iwanie Piotrowiczu, kazałam zapiec w kulebiace świeżego łososia z tych, co przywiózł Czernych z Kamczackiego jeziora... Zaraz dojdzie, a i na... okrasę może się coś znajdzie!...

Niłow spojrzał pytająco na żonę.

– Skąd zaś?... Niema kropeleczki w całem miasteczku... Wszystkie składy kazałem przeszukać!...

– A widzisz!... Ja swoim babskim rozumem więcej, niż ty, carski gubernator, dokazałam... Mam cały gąsiorek!

Niłow zmarszczył brwi.

– Czyżby kto ośmielił się zataić?...

– Gdzie zaś!... Któżby tam ośmielił się wojować z tobą, opierać się twoim rozkazom, Iwanie Piotrowiczu... Tutaj nie mają doprawdy kropelki! Należało skądinąd wydobyć. Użyłam wybiegu. Wiedziałam, że protojerej Niżniekamczacki chowa zawsze w wielkiej tajności choć jedną kwartówkę na niespodziany domowy wypadek, bo w nic tak nie wierzy, jak w ten dekokt. Uprosiłam więc jego córkę, żonę tutejszego diakona Protopopowa, aby posłała do ojca wiadomość, jakoby mąż jej leży chory obłożnie i że doktory każą mu ciało wódką namaścić, inaczej śmierć go czeka... I przysłał stary sknera małą butelczynę przez kupca Kazarinowa. Jest, mam ją!

Posępne rysy Niłowa rozjaśniły się.

– Czemuś nie powiedziała?

– Chciałam ci radość niespodzianą uczynić. Wiem, jak bardzo teraz wesołości potrzebujesz, jak troskasz się o sprawy urzędowe!...

– Ech!... Bo jak okręt nie przyjdzie, nie wiem jak wyżywię załogę. Mąki zostało zaledwie kilkanaście worów, soli dawno już niema. Połów ryb był lichy a duża część suszonej od deszczów pogniła. Zewszechstron skargi, prośby, niedobór jasaku. Rychło czekać buntów w całym kraju... Ochotin znowu u brzegów się pojawił. W głowie się mąci od zawrotu tych spraw!

– Daj pokój! Chodź, wypocznij i posil się... Słyszę, że Nastka już się w jadalni krząta!...

– A czy nie zaprosić Nowosiłowa, jak uważasz, stara, co?

– Na taką kruszynę!? Bój się Boga!... Sam zdrów wypij, ulżyj swojej tęsknocie!...

Twarz Niłowa rozjaśniła się ostatecznie; rozczesał palcami brodę i, chyląc głowę, przeszedł przez niskie drzwi, przeciął następnie ciemną sionkę i znalazł się w obszernej, przylegającej do kuchni jadalni.

Też same ciemne, ciosane modrzewiowe ściany, rozświecone lodowemi oknami, ciemna, niska powała, ławy wokoło, a pośrodku mocny szeroki stół na krzyżakach. Niłow siadł w rogu pod świętym obrazem przed zastawą z cynowych mis, ze srebrnych konwi i pozłacanych czarek i z błogim uśmiechem nalał sobie kielich drogocennego płynu. Podczas gdy drżącą ręką niósł go do ust, żona i starsza córka, do matki podobna, ale smukła i śliczna czarnowłosa dziewczyna, usługiwały mu z obu stron, podając dymiące półmiski, krając chleb, podsuwając sztućce i naczynia, albo biały ręcznik, wyszyty czerwono na rogach. Syn wyrostek w kozackim kubraku stał w kącie i patrzał w milczeniu na ojca, a z poza jego pleców dwie młodsze siostrzyczki wysuwały ostrożnie jasne głowy.

W parę godzin potem, gdy już zmierzch zamienił się w noc, ogniami zapłonął dom naczelnikowski. W sionce pod blaszanym kapturem wylotu gorzał dymno smolniak; w czerwonym blasku jego uwijały się figury żołnierzy w pełnym rynsztunku, w kosmatych bermycach, z białemi pasami ładownic i torb, krzyżującemi się na piersiach, opiętych w szare mundury.

Błyskały krwawo bagnety, stukały o podłogę kolby karabinów i brzmiała urywana komenda:

– Baczność!... formuj się!... Raz, dwa!

W otwartych drzwiach świetlicy siedział w głębokim stolcu, wysianym skórą niedzwiedzią, naczelnik Niłow i nogą wybijał takt, za nim stał porucznik Norin.

– Raz, dwa!...

Z czerwonej twarzy naczelnika nie schodził błogi uśmiech...

– Zuchy!... A teraz: śpiewać!

Po-śliz-nęła się z pagórka...

Oj, luli – la!...

Pośliznęła się z pagórka

Młoda leśniczowa córka...

Oj, luli – la!...

Trafił sęczek się na drodze...

Oj, luli – la!...

Trafił sęczek się na drodze,

Rozdarł odzienie niebodze!...

Oj, luli – la!...

– Oj luli-la!... – wtórował ochrypłym głosem naczelnik, kiwając głową i ręką do taktu.

A po drugiej stronie sieni w „teremie” pani Niłowowa odpędzała od zamkniętych drzwi przysłuchujące się gwarowi dzieci:

– Idźcie, idźcie!... Wynoście się do sypialni!... Nie potrza wam słuchać sołdackich pieśni!... Nie ciekawe!...

– Ach, nianiu, nianiu, jak ja tego nie lubię!... Wprost nienawidzę!... – szeptała Nastka Niłowówna, przypadając do piersi siwej, zawiędłej sługi w ciemnym mnisim czepcu.

– Nie słuchaj, nie słuchaj, gołąbko moja!

– Już ja wiem, jak to się skończy, już ja wiem!... Będą znowu którego z nich bili!... Och, och, mój Boże!...

– Cóż robić, Nastazja Iwanówna, taki żołnierski los... Skazańcy oni! Za wszystkich, za całą grzeszną Rassieję dźwigają krzyż... Nie dopuszczaj ty sobie do głowy żadnych podobnych myśli, kukułeczko luba... nie dopuszczaj!... Nie przyszedł jeszcze twój czas, królewno moja, nie przyszedł, abyś się troskała! Chodź do kuchni, zagotuję wody, zaparzę ci pachnącej maliny, opowiem bajkę o zamorskiem panięciu, o cudzoziemskim księciu, co nosił szaty z blasku miesiąca tkane, co miał złote kędziory i oczy gwiaździste, co sto smoków pobił, co świat zwojował a jeździł na koniu Cefalu... Chodźcie i wy, pisklęta, posłuchajcie nowej historji, wyczytanej dla mnie umyślnie ze starej książki przez pana Chruszczowa... Chodźcie!... – wołała na młodsze dzieci.

II.

Po trzydniowej nawałnicy nastał nagle, jak tu się często zdarzało, dzień pogodny, cichy i słoneczny.

Nad gędźbiącem wciąż jeszcze morzem słał się lekki, zwiewny opar, na wygładzonej rzece pojawiły się korowody płynących z góry kier i sadź lodowa z szelestem lgnęła do brzegów podmywanych prądem. W głębi lądu poza zatraconem w śnieżnych całunach i zaspach miasteczkiem zalśniło cudnie w słońcu wyniosłe, zębate półkole niepokalanej białości gór, pocięte błękitnemi cieniami. Powyłaziły z ukrycia psy i dzieci, powychodzili z domów mieszkańcy z łopatami i, wesoło hukając, jęli odkopywać przyźby i znowu torować sobie drogi na świat, do ludzi.

Strumienie dymów popłynęły z niskich korninów ku blademu lazurowi nieba. Skrzypiąc, powlokły się ulicami sanie, zaprzężone w psy, po drwa do lasu; kamczadale oraz niewolnicy w wytartych włochatych „kuchlankach” biegli za nimi, pokrzykując.

Dumnie stąpając, przeszli w drogich szubach urzędnicy i wojskowi w stronę czarnej twierdzy.

Potem znowu nastała senna, leniwa cisza. Mijał krótki dzień, co zaledwie rozbłysnął, już się zataczał. Znowu wśród zamrożonych śniegów zaświeciły krwawe plamki ogni w okienkach chałup...

Mieszkańcy po wczesnej kolacji układali się już byli do snu, gdy od morza, od przystani Czekawki, przybiegł prawie bez tchu nieletni syn dozorcy składów rządowych z papierem do samego naczelnika i przyniósł wieść, że dawno oczekiwany statek zawinął nareszcie do portu.

Rozgorzały natychmiast przygaszone ognie i zaroiło się na ulicach. Wszystko biegło w kierunku twierdzy, ale brama była już zamknięta i szyldwach nie puszczał nikogo. Opowiadano więc sobie dziwa zasłyszane przelotnie o niebezpieczeństwach, jakie przebyła załoga statku w czasie burzy, o strzaskanym wielkim maszcie, o zranionym kapitanie okrętu, o zmytych w morze majtkach, o nadchodzącej już dla wszystkich ostatniej godzinie i niespodziewanym zbawcy, który się nagle pojawił, niewiadomo skąd...

– Wszystko urządził... Maszt na miejsce postawił... Ducha w ludzi tchnął... Żagle napiął... w taką wichurę... Statek do steru przywrócił... Co dlań burza?... On po wałach niebosiężnych płynął, jak my po drobnej świeży!...

– Wiozą go!... Przestępcą, powiadają, jest!... A kto zacz – niewiadomo: może sam zatajony dla wszystkich Wielki Książę, a może i Ktoś większy... – szeptali znacząco mężczyźni.

– Czy młody?... – pytały kobiety.

– Ech, wy, sikory!... Zaraz was świerzbi!... Zobaczycie jutro!

– Brodę ma białą do pasa, a nogi jak krab!...

– Gdy jednem okiem patrzy w niebo, drugiem ziemię świdruje albo za sobą widzi!... żartowali.

Kiedy nazajutrz porucznik Norin, wysłany z sześciu kozakami po pocztę i wygnańców, wszedł do więziennej izby na przystani, zauważył odrazu w kupce powstałych na jego przybycie mężczyzn wysmukłego, zgrabnego młodzieńca z czarnym podkręconym wąsem, w przystojne odzianego szaty. Domyślił się, że to ten właśnie, o którym krążyła legenda, i przystąpił doń z pewną nieśmiałością:

– Czy to ty zwiesz się Beniowski?

– Tak, to ja!...

– A ktoś ty?...

Beniowski błysnął oczami i milczał przez chwilę.

– Żołnierz jestem. Niegdyś jenerał, dzisiaj niewolnik!... – odszepnął wreszcie cicho.

Norin cofnął się i wyprostował bezwiednie i już go więcej nie pytał, nawet nie patrzał nań; kazał wszystkim zbierać rzeczy i siadać do łodzi, aby odpłynąć do miasta, do „Bolszija Ostroga”.

– Czy tam zostaniemy? – spytał Beniowski.

– Niewiadomo. Tam wam powiedzą, co z wami zrobią! Tego nie wie nikt, ino ten papier!...

Uśmiechnął się i pokazał zesłańcom kopertę, zapieczętowaną wielką woskową pieczęcią.

Wsiedli do trzech czółen, po dwóch wygnańców i po dwóch kozaków do każdego, i wolno, kołysząc się w chybotliwych stateczkach i omijając gęsto płynące kry, pomknęli wgórę rzeki. O parę stajań przecięły im drogę cztery bajdary, pełne ludzi odzianych w futra, wywrócone włosiem do góry.

 

– Co słychać na świecie?... Skąd jedziecie!? – krzyczeli im zoddala, gdyż kozacy nie puszczali ich blisko, wołając: – Poszli precz!... Nie wolno z przestępcami rozmawiać!...

– A oni kto są?...

– Oni też są zesłańcy!...

Łodzie nie oddalały się bynajmniej; przeciwnie, gdy pierwszy gniew i żarliwość straży przygasły, zbliżyły się nawet i płynęły chwilami burta o burtę.

– Kto jesteście i skąd?

– Baturin, pułkownik.

– Czy nie z gwardji czasami?

– Z gwardji! A co?

– Znam cię, służyłem z tobą!... Serebrennikow Mikołaj, kapitan? Nie poznajesz mię?... Ha, ha!... Pewnie, żem się zmienił!

– Więcej tu się takich znajdzie!...

– Stiepanow Hipolit, kapitan...

– Sofronow, sekretarz gubernjalny...

– Skądżeś się między wojskowymi wziął?...

– Ha!... Los!... Nie ja wziąłem się, aie mnie wzięli!...

– Chwat!...

– Któż jeszcze?

– Kapitan Panow?...

– Czy nie Paweł Afanasicz, ożeniony z Morozową?...

– Właśnie!... Kto pyta?...

– Swojak twój! Łobaczow!...

– Grysza, tyżeś to!... Ot, gdzie los zgotował nam spotkanie!

– Wola Boga!...

– A gdzież Beniowski?...

– Ten tam z czarnemi wąsami!...

– Cuda o nim opowiadają!...

– Głowacz!... Chłop łebski!...

– Ach, gdyby was zostawiono w naszem mieście!...

– To nas mogą wysłać jeszcze dalej?

– A no tak!... Mogą was wywieźć do Niżnie-Kamczacka, do Wierchnie-Ostroga... na wyspy... Mogą osiedlić po ułusach!...

– Czy tam gorzej?...

– Rozumie się, że gorzej, chociaż i tu nie słodko... Głód, nędza, ucisk... Pracy żadnej, zarobków żadnych... pomocy znikąd!... Są tacy, co nieomal dwa tygodnie w miesiącu głodują... Szczęśliwy, który co dnia ciepłą strawę do gęby kładzie... Brud, robactwo... Chałupy, jak psie budy...

– Taka was gromada i życia sobie nie umiecie urządzić?... – zauważył głośno Beniowski.

– Ba, gromada!... Istotnie gromada, ale ten po wodę, a ten do łasa... Każdy swoją ino linję gnie, chce przewodzić! A są tacy, co rade idą przeciw wszystkim... Są zaprzańcy i judasze... Żyjemy we wsi zesłańczej pomieszani ze złodziejaszkami i rozbójnikami i władze obchodzą się z nami porówno...

– Źle!...

– Dość, dość!... Ruszajcie już!... Widać miasto!... Doniesie kto naczelnikowi!... Będzie mi wymawiał! – wolał na wygnańców Norin. – Powiedziałem, że dość!... Hej, chłopcy, odpędźcie ich... Wiosłami po łbach!

– Już, już!... Jedziemy!... Bywajcie zdrowi... Starajcie się, żeby was zostawiono w mieście!... Pamiętajcie!

Mała flotylla rozdzieliła się; kozacy żywiej popędzili wiosłami łodzie, a starzy wygnańcy pozwolili czarnym prądom unieść swoje napowrót wdół rzeki.

– Winblath, co powiesz na to?... – spytał Beniowski towarzysza po polsku. – Zdaje się, że i ty znalazłeś jakiegoś krewniaka.

– Nie krewniaka, ale rodaka... Julu Brondorp, Szwed... Cóż, kiedy czuję, że nas tu nie zostawią!...

– Ach, ty kruku!... Nie zostawią zapewne, jak sami... nie zostaniemy!

Wysadzono ich na ląd i poprowadzono do otoczonego palisadą więzienia, co stało naprzeciw wejścia do twierdzy. Tu długo musieli czekać przed bramą, zanim oficer wrócił od naczelnika i straż załatwiła wszystkie formalności.

Gdy znaleźli się nareszcie sami w ciemnej, cuchnącej celi, słabo oświetlonej płomykiem tranowego kaganka, pułkownik Baturin przysiadł na rogu pryczy i zakrył ręką chudą, ascetyczną twarz.

– Ha! Więc i tutaj mogą nas rozłączyć! A wtedy co?

– Cicho, w korytarzu ktoś siedzi!... zauważył Stiepanow. – Zaraz się dowiem.

Nachylił badylastą figurę i wsunął długi nos w wybite we drzwiach okienko.

– Kto tam wzdycha? Przyjacielu, kto jesteś?

Zamiast odpowiedzi cicho zadźwięczały łańcuchy.

– Jakiś więzień nieszczęsny!... Hola, odezwij się... My też jesteśmy ludzie ścigani przez los... Jeżeli w naszej mocy dopomóc ci, uczynimy to; jeżeli ty możesz nam okazać usługę, zbliż się...

– Nie mogę, jestem przykuty... mam kunę na szyi... ale jeżeli serca wasze są dostępne litości, błagam was imieniem Boga, przyślijcie mi jutro przez straż trochę chleba... i kropelkę wódki... – odrzekł głuchy, jakby z dna studni wychodzący głos.

– Zacóż cię każą tak srogo, człowieku?

– Nie wiem. Oskarżyli mię fałszywie źli sąsiedzi, nieprzyjaciele, zawistni współzawodnicy oskarżyli mię o sprzyjanie... Ochotinowi... Byłem poborcą podatków na wyspach Kurylskich, a zwę się Antoni Kuzniecow...

– A któż jest ów Ochotin, powód twych cierpień?...

Znowu usłyszeli brzęk łańcuchów.

– Nie wiem... nie znam go... nic nie wiem... sił nie mam... nic, nic nie wiem... Nie znam go... do... niczego... się... nie przyznaję!... – rozległ się wreszcie po dłuższem milczeniu ochrypły, nawpół do jęku, nawpół do szczekania podobny szept.

– Odłóżmy do jutra badanie; teraz sami musimy się naradzić. Zbliżcie się, abyśmy mogli rozmawiać pocichu!... – zaszeptał Baturin.

Usiedli wkółko i, pochyliwszy ku sobie głowy, gwarzyli.

– Widzi mi się, że sprawa Hoffmana i naszego figla z listem do Ochockiego gubernatora wcześniej, czy później się wyda. Hoffman przed śmiercią widocznie się wygadał, może nawet cały nasz plan rządowi odkrył. Nawet, gdyby szczęśliwym trafem nie wypłynęło narazie podrobienie listu, to nas mogą przez samo podejrzenie aresztować, badać, a następnie wysłać do kątów, skąd o połączonem działaniu mowy niema! A w pojedynkę nikt stąd nie uciecze!... mówi Baturin.

– Chodzi więc niby o to, żeby nie dać się wysłać?... He? Cóż więc: będziemy się bronić czy jak!?... Co?... Trzeba mówić otwarcie!... – spytał posępnie Panow.

– Jeżeli jest wyraźny na to rozkaz, to doprawdy nie widzę, jak możemy wykonaniu przeszkodzić! – zauważył Stiepanow.

– Wszystko zależy od tutejszego naczelnika, w każdym razie on może nas zostawić w mieście do wiosny... dla wypoczynku!... Musimy się o to postarać! – zauważył Sofronow.

– Ba, nic więcej ponadto nie potrzeba! dorzucił gorąco Baturin. – Żaden okręt tutaj już teraz nie przyjdzie. Wszyscy to mówią. Komunikacji morskiej z Ochockiem w zimie niema; droga lądowa trwa coś trzy miesiące. Mielibyśmy więc dosyć czasu do rozejrzenia się na miejscu i obmyślenia środków zaradczych...

– Słusznie!... – zgodził się Panow. – Moglibyśmy zdobyć broń, przecież tu pewnie polują...

– W tem sęk, jak trafić do naczelnika! Chyba, że ty go oczarujesz, Beniowski!?

Wszyscy zwrócili oczy na młodego mężczyznę. Ten uśmiechnął się smutno.

– Radbym z całej duszy, przyjaciele, ale pojęcia nie mam co to za persona. Ci nasi bracia, co tu siedzą już od kilku lat, nic do rzeczy mi nie wyznali. Zresztą może zachowali wstrzemięźliwość, nie wiedząc, kto zacz jesteśmy. Słuszna... Lecz te ich przezwiska naczelnika: despot, ciemiężyciel, okrutnik, nie są żadną wskazówką. Każdy na tym urzędzie względem nas musi być taki, inaczej rychło go napędzą... W srogich tu prawach ogólnych istota!... Lecz nie o to narazie chodzi!... Mylnie szukać u person podobnych cnoty, sprawiedliwości, albo innych dobrotliwych dowcipów i na nich swoje fortele budować... Tak sądzę, że oprzeć się należy na jakowemś ich upodobaniu, na skłonności ich przyrodzenia. Ale jakiej?... Nie mamy najmniejszego po temu pozoru, ani spraw miejscowych poznania! Musimy bez rozsądnej kalkulacji gotować się na wszelką okoliczność i brać, co ona przyniesie. A głównie wlot zgadując, zamierzenia jeden u drugiego, pomagać sobie wzajem niegnuśliwie... Socjeta wszelka nawet stadu wilków, daje wzmocnione rekursa, takoż pozwala przez mnogość swej wiolencji z płynnej rozmaitości okólnego żywota wcześniej, czy później wyłowić odpowiednie fortele! Dlatego, przyjaciele, proponuję położyć się niezwłocznie spać, abyśmy jutro, dobrze wywczasowani, odzyskali czujność słuchu, bystrość oczu, żywość myśli, zdolne wszystko postrzec, wszystko rozważyć i korzystać bez pośpiechu z wszelkiego przypadku...

Oracja była przyjęta przychylnie i wygnańcy, ległszy pokotem na pryczy, usiłowali usnąć.

– Ach, Beniowski, Beniowski!... Dokąd ty nas znowu prowadzisz? Ty nas poprowadzisz wprost na szafot!... – szeptał po polsku Winblath.