Nieśmiertelni

Tekst
Z serii: Nielegalni #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nieśmiertelni
Nieśmiertelni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,98  63,98 
Nieśmiertelni
Nieśmiertelni
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
39,99  28,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ożeż ty! – pomyślał z wściekłością. Taki mi, Radeczku, prezent robisz na zakończenie służby… Niedoczekanie twoje!

Szli między drzewami, powoli, dostojnie, krok za krokiem, równo w nogę, wpatrzeni w swoje buty, jak w kondukcie pogrzebowym. Popowski trzymał ręce złożone za plecami, a Lebiedź – w kieszeniach kożucha. Z ust i nosa ulatywała im regularnymi strumieniami biała para, a śnieg skrzypiał pod nogami. Wyglądali jak dwaj literaci rozprawiający o upadku starej cywilizacji albo szerokości strumienia świadomości, a nie szpiedzy omawiający swoją ostatnią operację.

– „Kalinka”? Co to? – zapytał Popowski, by jak najszybciej uciec myślami od Wolskiego.

– Kola zataił przed nami, że jego syn Carl, który ukończył szkołę marynarki, jest oficerem szwedzkiego wywiadu i na dodatek prowadzi agenturę w obwodzie kaliningradzkim i naszej Flocie Bałtyckiej.

– Pewnie chciał go kryć. To zrozumiałe.

– I tak do tego podeszliśmy. Przeprowadziliśmy kilka kombinacji sprawdzeniowych pod Kolę, ale nie było żadnych zastrzeżeń, nic podejrzanego. Od tego czasu ograniczyliśmy jego aktywny udział w naszych operacjach. Ludzie z GRU z łatwością wyłapali całą agenturę prowadzoną przez Carla, obrócili ich i karmili Szwedów i Zachód spreparowanymi informacjami. Wojskowi przy naszej pomocy prowadzili wieloletnią operację inspiracyjną i dezinformacyjną. Wyniki były doskonałe… no i… – Lebiedź niespodziewanie przerwał.

– Czekaliśmy, aż Kola umrze… na serce – dokończył Michaił, a generał pokiwał głową. – A potem mieliśmy złożyć synowi propozycję nie do odrzucenia? Dobra kombinacja. Jak wyszła?

– Właściwie nie wyszła. Kola przeżył i zdezerterował. Szwedzi ukryli go i ciągną z niego informacje, a oficjalnie poinformowali, że zginął. Myśleli, że damy się nabrać. Moskit pilnował sprawy i okazało się, że Szwedzi na szczęście nie zorientowali się w całej kombinacji „Kalinka”. W tej nieudanej akcji pod Sztokholmem zginął nasz oficer, Tatar. Znałeś go przecież, to syn mojego przyjaciela, rezydenta z Pekinu. Drugi na szczęście się uratował. – Generał zatrzymał się niespodziewanie. – Jego też znasz – oznajmił z uśmiechem i ruszył dalej. – To chorąży Andriej Trubow, ten z polskiej wyprawy, kiedy zaginął nam Batyszkin, i bohater z promu…

– Tak, tak… Tatar był moim kolegą. A Trubowa znam, oczywiście. Pracował też z Jurą Kosowem, który zginął w Groznym. – Popowski był wyraźnie poruszony, ale najbardziej wspomnieniem Batyszkina, bo to też była niewidoczna, lecz bolesna rana, jaką zadał mu Wolski. – Tak, tak… to on gołymi rękami ujął tego czeczeńskiego terrorystę na promie, jednego z rodzeństwa Bogajewów… tak się nazywali, o ile dobrze pamiętam. Wyjątkowy kozak z tego Trubowa, dziwny człowiek… nazywają go Jagan, a niektórzy Nexus. Mówią, że jest nieśmiertelny, bo śmierć za nim nie nadąża.

– He, he… – zaśmiał się generał. – Słyszałem. To po prostu dobry żołnierz. I tyle.

Doszli do końca sadu i zatrzymali się pod ścianą gęstego świerkowego lasu. Tu ścieżka się urywała. Postali chwilę i jak na komendę zawrócili. W oddali na tle zimowego krajobrazu widniała mała, ciemna bryła domu pokrytego czerwonym dachem. Ruszyli w jego kierunku w tym samym tempie i tym samym uroczystym krokiem.

– Pojedziesz pilnie do Sztokholmu, ale wcześniej spotkasz się z tym Trubowem i złożysz mu pewną propozycję. Zaraz ci wyjaśnię, o co chodzi, ale o szczegółach poinformuje cię jutro Mikitin. – Zauważywszy zdziwione spojrzenie Popowskiego, generał wyjaśnił pospiesznie: – Tak, tak… on jest moim szefem sztabu w tej operacji, a ty masz być jednym z dowódców dywizji uderzeniowych. Posłuchaj, o co chodzi…

20

Z Polhemsgatan na Götgatan przejechali błyskawicznie, ale przez następne piętnaście minut krążyli wokół domu, bo nie mogli znaleźć wolnego miejsca. Wielkie pryzmy śniegu blokowały ulice i zaparkować było nie lada sztuką. Żeby nie tracić niepotrzebnie czasu, ustalili w końcu, że Linda pójdzie do sklepu Coop zrobić zakupy na kolację, a Gunnar zaparkuje samochód i zaczeka na nią w domu.

– Barek z alkoholami widać już od drzwi wejściowych, a lód tam gdzie zawsze – rzuciła, wręczając mu klucze i zatrzaskując drzwi. Zdążyła jeszcze puścić do niego oko.

Gunnar od razu znalazł wolne miejsce i już po kilku minutach siedział rozparty na środku jasnozielonej kanapy z fotelem.

W dłoni trzymał szklaneczkę whisky. Wlał sobie potężną porcję na trzy palce, z jedną kostką lodu, i zastanawiał się teraz, czy aby dobrze zrobił. Wcale nie był pewien, czy ma ochotę się napić, bo nie tylko zapomniał, jak alkohol smakuje, ale przede wszystkim – jak działa. Lód rozpuścił się, a whisky nabrała temperatury jego dłoni.

W przedpokoju zachrzęścił zamek w drzwiach i pojawiła się Linda z zakupami, więc Gunnar zdecydowanym ruchem wychylił zawartość szklaneczki i od razu poczuł, jak zapala mu się krtań, ogień leci do żołądka i natychmiast wraca ze łzami do oczu.

– Wziąłeś sobie? – doszedł go głos Lindy, która właśnie zdejmowała kurtkę i buty.

– Tak – odparł przez ściśnięte gardło.

– Nalej i mnie szklaneczkę i chodź do kuchni. Zrobimy kolację, dobrze? Kupiłam łososia. – Jej głos przesunął się z przedpokoju do kuchni.

Wytarł łzy z policzków i z przyjemnością stwierdził, że zaczął lepiej widzieć, kolory stały się wyrazistsze i spadł ciężki głaz, który od dawna zalegał mu na piersi.

– Co ci nalać?! – zawołał.

– To samo co sobie.

Uzupełnił swoją szklaneczkę na dwa palce i tyle nalał też Lindzie. Kiedy się wyprostował, na moment pociemniało mu w oczach, więc dwukrotnie zaczerpnął głęboko powietrza i obraz wrócił do normy.

– Nic się u was nie zmieniło – stwierdził Gunnar, wchodząc do kuchni. – Ostatni raz byłem tu chyba ponad dwa lata temu. – Postawił szklaneczkę Lindy na bufecie, a sam usiadł na krześle.

– Zobacz, jaki ładny. – Linda uniosła potężny, dwukilogramowy filet łososia ze skórą. – Zrobię go na soli… po norwesku. Będzie najszybciej. Dobrze?

– Oczywiście.

– Ziemniaki z koprem i ogórki z octem… Co ty na to? – Wrzuciła filet do zmywaka i puściła zimną wodę. – Olaf zaraz przyjdzie – dodała. – Ale my nie będziemy na niego czekać. – Wzięła szklaneczkę z bufetu. – Żeby nam się udało!

– Oby! – odparł i wypili trochę, ale Gunnar więcej.

Na piekarniku Husqvarna świeciły się dwie czerwone lampki. Linda stała tyłem i płukała łososia. Selander mimo woli zatrzymał wzrok na jej pupie w opiętych dżinsach i pomyślał, że nigdy dotąd nie zauważył, że Linda ma tak atrakcyjne kształty. Przez chwilę, kiedy była zajęta myciem ziemniaków i ogórków, mógł bezpiecznie sycić się tym widokiem, wczytując się w mały napis na kieszonce – „LeeCooper”.

Nooo… nie… one to czują! – pomyślał z rozbawieniem. Cóż za niezwykły zmysł mają kobiety, że czują, gdy ktoś ich dotyka wzrokiem… Ciekawe, czy łatwiej wyłapują spojrzenia kobiet, czy mężczyzn. Zaraz się odwróci. No, Linda!

I jak na komendę Linda odwróciła się, uśmiechnęła, wytarła ręce w ścierkę i podniosła do góry szklaneczkę.

No kurczę, zupełnie zapomniałem o tym miłym ubocznym efekcie spożywania alkoholu, powiedział do siebie Gunnar i pokręcił głową, uśmiechnął się pogodnie i też uniósł szklaneczkę.

Linda z radością dostrzegła w nim odrodzonego dawnego Gunnara. Wydawało jej się, jakby nagle odmłodniał, odżył, a widok był wyjątkowy, bo wszyscy przywykli już do jego ponurego oblicza naznaczonego cierpieniem. Odebrała ten uśmiech jako znak woli i siły życia, wypracowany przy znaczącym udziale whisky.

– Dlaczego Hasan zgodził się jechać na tę robotę do Iranu? – zapytał niespodziewanie i dla Lindy było jasne, że chce z nią porozmawiać, zanim wróci Olaf. – Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, to dla mnie nie jest jasne. Nawet Harriet tego nie wie. Nawet jej nie powiedział, po co tam jedzie. Nie uważasz, że to dziwne?

– Dlaczego? – odpowiedziała pytaniem. – Nie mógł, bo to była i jest tajna operacja. A poza tym nie chciał jej pewnie denerwować. Ja bym tak zrobiła. A ty? – zapytała nieopatrznie, bo zapomniała, jak złe relacje ma Gunnar ze swoją byłą żoną.

Zaśmiał się.

– Kerstin dopłaciłaby, żebym tylko wyjechał do Iranu.

– Hasan ma silny pociąg do walki, w sensie psychicznym i fizycznym. To typ fightera – odparła Linda. – I nie chodzi tu tylko o szukanie wroga, z którym mógłby się zetrzeć. Moim zdaniem traktował życie trochę jak sport, ale zaczął się zmieniać, kiedy poznał Harriet. Jak jednak widać, nie zdążył się zmienić.

– Pobożny muzułmanin?

– Daj spokój. – Linda pokręciła głową. – W życiu nie słyszałam, żeby odwoływał się do Boga… A zresztą nikt nawet nie wie, czy jest szyitą, czy sunnitą. Pije czasami alkohol, ale nie je wieprzowiny. No… i ma wyjątkowo wrogi stosunek do terrorystów i w ogóle wszystkich nawiedzonych ekstremistów.

– To wciąż za mało – rzucił pewnym głosem i po chwili zastanowienia dodał z lekkim powątpiewaniem: – Chociaż czy to takie ważne…

– Gunnar – przerwała mu w pół zdania. – Hasan ma trzydzieści cztery lata i we wszystkich szwedzkich służbach był jedynym kandydatem, który mógł i chciał podjąć się tego zadania. Farsi i arabski to jego języki ojczyste i choć słabo zna Iran, to tylko on mógł się wtopić w to środowisko.

– Dlaczego orły z KSI wykluczają, że to Ibis zdradził Hasana i wydał go Irańczykom? – zapytał i wychylił resztkę whisky.

– Nie wiem. Myślisz, że mógł być podwójnym agentem? – Linda z ogórkiem w ręku odwróciła się do Gunnara. – Wiem z raportu Helmana tyle co i ty…

– Uważasz tak jak wojskowi, że jego zniknięcie nie ma nic wspólnego z tym, co zaszło w KTH?

– A ty uważasz, że jest inaczej? – Podniosła głos. – Z tego, co dotąd wiemy, Hasan znikł na pięć dni przed spotkaniem z Ibisem w Teheranie, a Irańczyk nawet go wcześniej nie widział. Nie mieli tutaj żadnych kontaktów, ani razu się nie spotkali, a Hasan otrzymał doskonałe irańskie dokumenty. Czyli jak Ibis miałby go wskazać tamtejszej bezpiece? No… zastanów się. Irańczycy musieliby mieć u nas kreta, a to bardzo mało prawdopodobne… Niemożliwe! Hasan nie był ujawniony nawet wobec Brytyjczyków. – Linda wyglądała, jakby się obraziła – Niemożliwe i już! – Odwróciła się do zlewu i zaczęła obierać ogórek.

 

– Staram się myśleć i kombinować, tak jak wy to robicie, ale u was prawda zawsze jest na opak albo ktoś kłamie… – Zastanowił się przez chwilę. – Właściwie to jest to samo.

– Albo ktoś coś spartolił. Tego nie uwzględniasz? – dodała Linda. – Ale nie licz, że wojskowi się przyznają. To wbrew ich regułom. Ibis przekazał KSI i MI6 niezwykle cenne informacje o irańskim programie broni jądrowej, które podobno w znacznym stopniu się potwierdziły, ale co ważniejsze, po powrocie miał uczestniczyć w supertajnym programie rakietowym „Tahan”. Za takie informacje każda służba poszłaby na każde ryzyko i byłaby gotowa sporo poświęcić.

Na piekarniku zgasła czerwona lampka i Linda włożyła do środka w żaroodpornej formie różowego łososia obłożonego plasterkami cytryny.

– Przecież ten werbunek Ibisa jako agenta to od początku mogła być szyta sprawa. Komuś na przykład był potrzebny sukces i naciągnął fakty tu i tam. Czytałaś Krawca z Panamy?

– Oczywiście.

– Więc wiesz, co to znaczy „szyć sprawę”. W wywiadzie cel uświęca środki… Taka złodziejska natura szpiegów, życie na bakier z prawem, a więc i z uczciwością. – Gunnar, wyraźnie pobudzony alkoholem, zaczął się rozkręcać. – Jak wynika z raportu Helmana, rozpracowanie Ibisa opierało się głównie na informacjach od Nilsa, które ten przekazywał za pośrednictwem Antona. To wszystko trochę za bardzo pokręcone, za dużo pośredników, czyli rozwiązanie musi być proste. A może dlatego, że KSI podjęło się werbunku Ibisa, Irańczycy mogli się zorientować, że musiał być ktoś w jego pobliżu, ktoś, kto go rozpracowywał. Nie uważasz?

– Oczywiście, że tak mogło być, ale później kontakt z Ibisem przejęli oficerowie z KSI i wszystkie informacje, które przekazał Nils, w pełni się potwierdziły. Przecież ludzie Helmana spotykali się też z Peterssonem. Anton nie mógł nic przekłamać, jeśli o to ci chodzi. Nils nie ujawnił się przed Irańczykiem, że pracuje dla nas, i według Helmana ten nawet nie miał szansy się zorientować, tak wszystko miało być perfekcyjnie zalegendowane. – Linda przysiadła na chwilę i wymownie spojrzała na puste szklaneczki. – Moim zdaniem założenie, że Ibis wsypał Hasana, jest bardzo mało prawdopodobne. W Teheranie mogło zdarzyć się coś, czego wojskowi nie przewidzieli… przypadek, cokolwiek… Mało tam jest różnych zagrożeń? Jego GPS zamilkł w pokoju hotelowym. Wiemy to doskonale.

Gunnar podniósł się z trudem, opierając na przedramionach, wziął obie szklaneczki i ruszył niepewnie do pokoju, gdzie, jak dobrze pamiętał, na barku stała butelka. Poczuł, że alkohol najwyraźniej poszedł mu w nogi, bo zrobiły się ciężkie i miękkie, jakby były ze świeżej gliny. Natomiast głowa pracowała wyśmienicie, na wysokich obrotach, jasno, czytelnie, czyli tak, jak tego oczekiwał. Wyobraźnia nabrała nowej energii i nowego wyrazu. Także w obserwacji kształtów Lindy. I na samą myśl o tym Gunnar roześmiał się na głos.

– Coś się stało? – dobiegł jej głos z kuchni.

– Nie, nic… – odparł, tłumiąc śmiech. – Wszystko w porządku.

Widok różnokolorowych poduszek na kanapie, którą z powodzeniem wypróbował już wcześniej, podziałał na niego ciepło i zapraszająco. Wydawało mu się, że jego nogi domagają się natychmiastowego odciążenia, a on potrzebuje tylko kilku minut na uporządkowanie myśli, więc pozwolił ciału spłynąć swobodnie na kanapę, a stopom spocząć na fotelu. Oczy zamknęły się same i Gunnar nie próbował protestować.

Zrobiło mu się miło. Już dawno zapomniał, że człowiek może się tak czuć, a mimo to uznał, że zamiast tracić czas na bezproduktywne siedzenie, powinien przemyśleć coś, co właśnie go zaintrygowało. Wystarczą mi dwie minutki, wymruczał.

Linda sprawdziła łososia, ale był jeszcze twardy. Podobnie ziemniaki z grubo siekanym koprem, które bulgotały w stalowym garnku. Płaskim nożem do żółtego sera pocięła ogórki na przezroczyste plasterki i wrzuciła do szklanej miski. Skropiła je mocno octem, dodała siekanej pietruszki, brązowego cukru, wszystko wymieszała i odstawiła na bok, żeby dojrzało.

A jeśli Gunnar ma rację? – pomyślała. Wtedy nigdy nie ustalimy, co się stało… Fy fan! Jeśli Hasana wystawił jakiś obcy kret, który u nas ryje… albo w KSI? Rosjanie? Tylko po co im to?

Oparła się o bufet i odgryzła kawałek ogórka.

Zawsze jest po co, tylko nie każdy zaraz musi o tym wiedzieć. Może pogadać z Olafem? No… nieee… Nie! Kłapouchy i tak ma teraz masę roboty z Rosjanami. Pokręcone to wszystko. Muszę jednak pogadać z Olafem, bez jego rady ciężko się w tym rozeznać – pomyślała z przekonaniem. Jak Gunnar pójdzie.

Często rozmawiała z Olafem o sprawie Hasana i swojej pracy w zespole Selandera, nie tylko dlatego, żeby się poradzić i przedyskutować pomysły i teorie Gunnara z dobrym oficerem kontrwywiadu, ale przede wszystkim po to, by się upewnić, czy idą w dobrym kierunku. Rady Olafa były dla niej bezcenne i zwykle niemal idealnie zbieżne z tym, co sama myślała. Wprawdzie Gunnar zabronił wtajemniczania kogokolwiek w sprawy śledztwa, ale Olaf był w końcu naczelnikiem w Säpo i jej życiowym partnerem.

Spojrzała na kuchenny zegar i zaskoczona stwierdziła, że jest piętnaście po szóstej. Olaf spóźniał się już ponad kwadrans. Nie zaniepokoiła się specjalnie, lecz zdziwiła, bo Olaf niczego tak nie lubił jak łososia na soli. Co więcej, to był jego pomysł na kolację z Selanderem.

Olaf wręcz obsesyjnie przestrzegał punktualności, prywatnie i służbowo, wymagając tego bezwzględnie także od innych, co czasami doprowadzało Lindę do szału. Jeżeli nie mógł się wywiązać z umówionego terminu, zawsze dzwonił i uprzedzał, że się spóźni, i zawsze odbierał telefony. Tym razem było inaczej.

Łosoś będzie gotowy za piętnaście minut, pomyślała i po raz trzeci sięgnęła po telefon.

Gunnar zadumał się, kładąc ciężką głowę na oparciu kanapy. Postanowił nie otwierać oczu, bo i tak wiedział, że zobaczy falujący sufit.

Właściwie to jest prosta sprawa, tylko brak mi niektórych elementów. Na pewno gdzieś są i muszę je teraz odnaleźć. Kluczem do sprawy są Ibis i Nils Petersson, to oczywiste. Dałbym sobie rękę uciąć, że to, co o nich wiemy, tworzy niepełny obraz, a więc i nieprawdziwy. Tak jest niemal zawsze. Nie przypominam sobie śledztwa, żeby było inaczej, a co dopiero mówić o sprawie, w której kręcą się same tajne służby! I jak z tym gównem ma sobie poradzić półinwalida, policyjny inspektor, ani Columbo, ani Beck? – pomyślał i nawet spodobała mu się ta autoironia. Zniknięcie Hasana to tylko skutek, jak śmierć tych nieszczęśników na KTH, albo zwykły przypadek. Słowa klucze? „Siać” i „CIA” z ostatniej wypowiedzi Antona do Harriet. I tu klapa totalna.

Otworzył oczy i dostrzegł wiszący nad nim osiemnastowieczny kryształowy żyrandol, który tkwił solidnie w suficie, nie kołysząc się ani nie drżąc.

„Siać” i „CIA”. Słowa klucze do rozwikłania tej zagadki. Może rzeczywiście przydałby się teraz jakiś analityk od Prousta – pomyślał z rozbawieniem Selander. Eeee… bardziej jest mi potrzebny ktoś z KSI od Helmana i ktoś, kto ma wejścia w CIA. Uczciwy i obiektywny… no, bo może lepiej nic nie wiedzieć, niż wiedzieć wszystko połowicznie… Tak! Wolę być głupcem na własny rachunek niż mędrcem według czyjegoś widzimisię. Jakiegoś popapranego szpiega. Ale komu mogę zaufać?

Gunnar zastanawiał się nad tym nie po raz pierwszy. Nigdy dotąd myśli tak bardzo mu nie wariowały, ale ich kwintesencja stawała się wyjątkowo wyraźna, celna, trzeźwa.

– To zadanie dla Harriet – powiedział na głos i dalej wpatrywał się w żyrandol kristal krona.

Najpierw jednak trzeba się dowiedzieć, kim naprawdę są Nils Petersson i Ibis, bo ci z raportów Antona, KSI i Säpo wyglądają, jakby pochodzili z jakiegoś równoległego świata, nie z naszego realnego, tylko z wirtualnej strefy zmroku. Jedynie Harriet potrafi się tam dostać i podróżować między nimi… jak Trinity…

– Śpisz, Gunnar? – usłyszał za sobą głos Lindy. – Jeśli chcesz, to się zdrzemnij. Łosoś będzie gotowy dopiero za dziesięć minut.

Potrzebował chwili, żeby zrozumieć, co Linda do niego mówi, i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że miał przecież przynieść do kuchni nowe drinki. Siedział na środku kanapy, z nogami na fotelu, rękami rozłożonymi na oparciu, a w obu dłoniach ściskał szklaneczki. Wyglądał, jakby był na wczasach, a nie w domu przyjaciół. To było absolutnie nie w jego stylu i poczuł się mocno skonfundowany słowami Lindy.

Poderwał się gwałtownie, aż poczuł ból w kręgosłupie, i stanął przed nią wyprostowany, niemal na baczność, wciąż nieporadnie trzymając przed sobą puste szklaneczki po whisky. Już chciał się tłumaczyć, choć nie wiedział właściwie, co powinien powiedzieć, ale widok uśmiechniętej Lindy z widelcem w dłoni rozbroił go zupełnie. Podniósł więc tylko szklaneczki i spojrzał pytającym wzrokiem.

– No pewnie! – odpowiedziała Linda. – Mamy jeszcze dziesięć minut…

Nie zdążyła dokończyć, bo otworzyły się drzwi wejściowe i do mieszkania wszedł skulony i zaśnieżony Olaf.

– A gdzie masz samochód? – zareagowała natychmiast Linda.

– Zostawiłem w pracy. Chciałem się trochę przejść. Jestem wykończony – odparł i zdejmując kurtkę, rzucił: – Hej, Gunnar! Dla mnie też szklaneczka. Przemarzłem.

Na piekarniku zgasła lampka i odezwał się dzwonek, oznajmiający, że pieczenie łososia dobiegło końca. Linda jak automat odwróciła się na pięcie i znikła w kuchni.

W tym samym momencie, gdy Olaf zdejmował mokrą uszatkę, dała się słyszeć standardowa melodyjka iPhone’a. Gunnar odstawił szklaneczkę na stolik i z trudem wygrzebał z kieszeni telefon. Na ekranie zobaczył napis: „Harriet 18.31”. Przesunął palcem po okienku Odbierz i wycofał się w głąb pokoju.

Olaf zniknął w łazience. Tymczasem Linda zgasiła światło, zapaliła świece, postawiła na stole parującego łososia, sos cytrynowy i półmisek z ziemniakami. Niby takie zwykłe danie, ale na zastawie Biała Maria, w towarzystwie kryształowych kieliszków do białego wina i w ciepłym świetle świec wyglądało wyjątkowo miło, a nawet elegancko. Wszystko było przygotowane dokładnie tak, jak lubiła, a mimo to nie miała poczucia harmonii.

– To bardzo ciekawe… bardzo… – usłyszała stłumiony głos Gunnara dochodzący z głębi pokoju. – Dobrze… świetnie… to już coś, Harriet… to bardzo ważne! Przyjedziesz jutro wcześniej? – Gunnar zamilkł na moment, po czym coś powiedział, ale znacznie ciszej, więc Linda nie dosłyszała.

Nie chciała podsłuchiwać, Gunnar mówił jednak na tyle głośno, że jego słowa swobodnie krążyły po mieszkaniu. Z początku pomyślała, że Selander wcale nie kryje się z rozmową i wszystko wygląda naturalnie, ale kiedy usłyszała, jak zapytał Harriet, czy przyjdzie wcześniej do pracy, i ściszył głos, zrozumiała, że coś ukrywa. Poczuła się, jakby dostała śnieżką w twarz. Już wcześniej zauważyła, że Harriet i Gunnara łączą szczególne relacje, i to nie było dla niej problemem, ale teraz miała już pewność, że coś się dzieje za jej plecami, a to wydawało się już nie fair. Mogło wyglądać na to, że Gunnar jej nie ufa, a ona przecież gotowa była poświęcić tej sprawie wszystko. W Hasanie Mardanie widziała nie tylko swojego współpracownika – był też jej przyjacielem.

Spojrzała na zastawiony stół, płonące miło świece i zrobiło jej się przykro. Poczuła, że straciła apetyt. Zupełnie zapomniała o Olafie, który wciąż siedział w łazience.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?