NieśmiertelniTekst

Z serii: Nielegalni #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nieśmiertelni
Nieśmiertelni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,98  63,98 
Nieśmiertelni
Nieśmiertelni
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
39,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  1

5  2

6  3

7  4

8  5

9  6

10  7

11  8

12  9

13  10

14  11

15  12

16  13

17  14

18  15

19  16

20  17

21  18

22  19

23  20

24  21

25  22

26  23

27  24

28  25

29  26

30  27

31  28

32  29

33  30

34  31

35  32

36  33

37  34

38  35

39  36

40  37

41  38

42  39

43  40

44  41

45  42

46  43

47  44

48  45

49  46

50  47

51  48

52  49

53  50

54  51

55  52

56  53

57  54

58  55

59  56

60  57

61  58

62  59

63  60

64  61

65  62

66  63

67  64

68  65

69  66

70  67

71  68

72  69

73  70

74  71

75  72

76  73

77  74

78  75

79  76

80  77

81  78

82  79

83  80

84  81

85  82

86  83

87  84

88  85

89  86

90  87

91  88

92  Epilog

Redakcja: Mirosław Grabowski

Korekta: Małgorzata Denys, Maciej Korbasiński

Projekt okładki: Magda Kuc

Zdjęcie na okładce: © Magda Kuc

Copyright © by Vincent V. Severski, 2020

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie III

ISBN 978-83-8252-090-3


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

1

Czerwony autobus hybrydowy linii numer 47 kursował między Bellmansro a Karlbergiem, czyli przecinał Sztokholm dokładnie ze wschodu na zachód, krążąc po ulicach arystokratycznego Östermalm i mieszczańskiego Vasastan. Wyprodukowany w Polsce, długi na prawie dwanaście metrów i szeroki na ponad dwa i pół, ważył dziesięć ton. Karoserię wykonano z aluminium, więc był znacznie lżejszy, niż na to wyglądał.

Nad Sztokholmem od kilku dni wisiały ołowiane chmury, które wraz z nastaniem nocy zbijały się w jednolitą czarną masę i wyrzucały z siebie gęste strugi zimnego deszczu zmieszanego z lodowymi kryształkami. Przez miasto płynęły w różnych kierunkach rzeczki i strumienie, tworzyły się jeziorka i małe oceany, które szybko znikały w podziemnych kanałach.

Wielkie wycieraczki miarowo zbierały masy wody nacierające jak potężny wodospad na przednią szybę autobusu numer 47, który jechał samotnie wzdłuż wysokich nagich klonów. Minął wyludnioną Karlbergsvägen i po chwili zatrzymał się na czerwonych światłach.

Kierowca, Ali Farudi, westchnął.

– Uff, na Allaha… jeszcze czterdzieści pięć minut – powiedział po arabsku.

Zmęczony całym dniem jazdy w deszczu, odleciał myślami do biednego słonecznego domku w brudnym mieście An-Nasirijja w południowym Iraku.

Ali nieustannie latał w myślach między Irakiem a Sztokholmem i z tego już tylko powodu nie nadawał się na kierowcę, a autobusu miejskiego w szczególności. Zdawał sobie sprawę, że powinien zrezygnować z tej pracy, nim zabije siebie albo kogoś, ale latanie było ważniejsze. Wciąż więc jeździł, tak jak inni jego koledzy z Iraku zatrudnieni w zakładzie transportu miejskiego SL, którzy też ciągle gdzieś latali.

Śmierć nie była mu nigdy straszna ani obca, ale kiedy na podwórzu swojego domu znalazł starannie posiekane kulami ciało żony, czterech córeczek i pozostałych członków trzypokoleniowej rodziny, już nawet nie zapłakał. Odwrócił się i poszedł, i szedł tak długo, aż dotarł do Szwecji. Po drodze ominął poziom ludzkiego cierpienia i przeskoczył od razu na najwyższy etap, zawieszony gdzieś trochę poniżej nadziei na śmierć.

 

I pewnie dlatego, że chciał ominąć przypisaną mu drogę, na której cierpienie jest obowiązkowe, Allah za pokutę posłał go do Szwecji, a prowadzenie autobusu w deszczu załączył jako karę dodatkową.

Było trzy po dwudziestej trzeciej trzynastego listopada 2013 roku, kiedy Harriet Berghen z FRA i Hasan Mardan z KSI wracali z Królewskiego Instytutu Technologicznego do domu pustym autobusem linii 47, który prowadził właśnie Ali z An-Nasiriji, a teraz chwilowo z Hallonbergen.

– Dwanaście cyfr, a właściwie liczb naturalnych następujących po sobie, od zera do trzech, dwa zera, dwie dwójki, cztery jedynki i cztery trójki – zauważyła Harriet, wpatrując się w swój zegarek. – Ooo… już się skończyło… – oświadczyła po chwili. – Teraz jest już cztery po dwudziestej trzeciej. – Zaciągnęła rękaw kurtki nad dłonią i wtuliła się w ramię Hasana, który w milczeniu patrzył w perspektywę pustego autobusu.

Siedzieli na ostatniej kanapie, w szarym mroku, i Hasanowi wydawało się, że podróżują w przestworzach tajemniczym statkiem kosmicznym. Ich dwoje i przewodnik Riddick, który potrafi przechytrzyć śmierć.

– Popatrz, Hasan, może to jakiś znak od Boga i teraz… przed chwilą gdzieś na świecie zdarzyło się coś, na co ktoś czekał, aż cyfry ustawią się w takim porządku, a może nawet nie wiedział, że wybił jego czas… a tu łup… Hasan? Nie sądzisz, że coś w tym jest? – Harriet czuła dziwny mistyczny nastrój, ewidentnie wymieszany z czerwonym winem, które hojnie serwował Anton Młot, i pomyślała, że alkohol ułatwia kontakt z bogami, choć utrudnia logiczne myślenie, czyli na odwrót niż normalnie. – Hasan… jesteś tam?

– Co, skarbie? – ocknął się z ociąganiem, bo nie nadążał za Harriet, która po czerwonym winie zawsze miała intensywne wizje, a po białym żadnych, tylko ciąg na łóżko i seks. Zdaniem Hasana mogło to sugerować jej hebrajskie korzenie, bo islamskich z pewnością nie. Tego jestem pewny – przeleciało mu bezsensownie przez myśl.

– To musi być jakaś kabała. Najwyraźniej – nie dawała za wygraną. – Zobacz! Sami w tym autobusie, nawet kierowcy nie widać… Ciekawe. To kobieta czy mężczyzna… i jakiej jest narodowości?

– Mężczyzna, skarbie, z Bliskiego Wschodu…

– Ooo… a skąd wiesz?

– Bo widziałem, jak wsiadaliśmy.

– Aaaa… no rzeczywiście! Mądry chłopczyk.

– Dobrze się czujesz, Harry? – zapytał z troską, przybliżył się i spojrzał jej w twarz.

Uśmiechnęła się miło, filuternie, może trochę sexy, otworzyła szeroko oczy, podniosła wysoko brwi, aż zrobiły jej się na czole dwie delikatne zmarszczki. Źrenice miała wyraźnie powiększone, a na policzkach rumieńce okrągłe jak dwa pomidory. Włóczkowy beret przesunął się daleko na tył głowy i wisiał resztkami sił na francuskim warkoczu. Widać było, że w tym stanie Harry mogła swobodnie kontaktować się ze wszystkimi bogami świata.

Hasan pocałował ją, a ona głośno czknęła.

– A w islamie jest kabała? – zapytała i znów czknęła.

– Okultyzm występuje w prawie każdej religii, o ile wiem… U nas w sufizmie, ale słabo to znam. Wielu Czeczenów to sufi.

– Musisz poczytać takiego jednego Rosjanina… hm… pisarza… – Harriet wyraźnie się zacięła. – Aaaa… na początku jego powieści diabeł tłumaczy dwóm Rosjanom, że siła wyższa kieruje naszym losem… no, Boga miał wtedy na myśli, a oni, że nie, bo są ateistami i sami kierują swoim losem. – Harriet z zadumą pokiwała głową i czknęła po raz trzeci. – To jak to jest?

– Wszystko jest w porządku. Nie ma czym się martwić. Jest Bóg wysoki i są tacy, co sami kierują swoim losem. A pośrodku są tacy żydzi od kabały i sufi… i… jeszcze ktoś tam jest. – Hasan chciał odpowiedzieć Harriet najlepiej, jak potrafi, ale zaplątał się i pożałował, że dał jej się wciągnąć. Mistycyzm, religie, kabały to nie była jego mocna strona, w odróżnieniu od Harriet, szczególnie gdy wypiła więcej wina.

– To jak taki mądry jesteś, skarbeczku, koteczku, to powiedz mi, czy Judasz, Sanhedryn i ten Piłat działali z woli Boga. Jeżeli tak, to mają swój wielki udział w powstaniu chrześcijaństwa i powinni być czczeni jako święci. A bez woli Boga nie mogli przecież działać, bo wszystko się dzieje z Jego woli. Nie? Za Jego przyzwoleniem. Jak szatan wytłumaczyłby to ruskim ateistom? Ot i zagadka! – Harriet uniosła palec wskazujący, ale powagę tego gestu zniweczyło kolejne czknięcie. – Dlaczego Bóg zabił swojego syna… No!

– Poświęcił – wtrącił Hasan cicho. – Poświęcił – powtórzył.

– To tak się nazywa? Poświęcił? – Harriet pozwoliła sobie na czystą ironię. – A waszego proroka Mahometa ten sam Bóg wziął żywcem do nieba i jest dobrze. Nie musiał go dręczyć? Co? Obiecywał Bóg, że przez swoich proroków, Chrystusa i Mahometa, udoskonali rodzaj ludzki, mieliśmy stać się lepsi… i co, Hasan? Udoskonalił człowieka, ale w broni i zabijaniu. Czekaj! Jak Koran tłumaczy to, że Allah wziął Mahometa żywego do nieba? Coś mi tu nie gra. – Harriet wtuliła się jeszcze mocniej w ramię Hasana, obejmując je oburącz, i zamknęła oczy. Czuła, że kręci jej się w głowie, ściska w gardle i zaraz zacznie płakać.

Właściwie wcale jej nie obchodziło, co robią na ziemi prorocy i komu potrzebna jest kabała. Następnego dnia Hasan Mardan, jej przyjaciel, kochanek, najpiękniejszy mężczyzna współczesnego i antycznego świata, od niedawna oficer szwedzkiego wywiadu KSI, wyjeżdżał z tajną misją do Iranu, ale Harriet nie wiedziała, jaki jest jej cel, i nawet nie pytała.

Ta świadomość bezsilności, niewiedzy, utraty władzy nad częścią swojego istnienia i kontroli nad jego losem rozdrażniała ją boleśnie, depresyjnie. Harriet nie była w stanie poradzić sobie z psychicznym klinczem, w którym uwięzła, bo nie mogła o nic zapytać, a on nie mógł powiedzieć prawdy. Dotąd jej się wydawało, że posiada tę zwyczajną moc wypełniającą każdą miłość, moc nieśmiertelności, ale teraz nie potrafiła z niej skorzystać, jakby ktoś złośliwie ją wyłączył.

Ostatni wieczór spędzili razem z najbliższym przyjacielem Antonem Młotem i teraz Harriet żałowała, że nie zostali w domu, by nakochać się na zapas, napatrzeć na siebie i…

Nie zdążyła dokończyć myśli, przywołać obrazu nagiego Hasana, bo potężny huk, a z nim wstrząs, rzucił autobusem w prawo, podniósł go mocno do góry i przechylił na bok. Niewidzialna siła porwała ich w powietrze i z impetem rzuciła na boczną szybę, która szczęśliwie uchroniła oboje przed obrażeniami.

Przez dobrą chwilę byli oszołomieni i czuli się, jakby w Sztokholm uderzył meteor. Wszystko działo się tak szybko i niespodziewanie.

Hasan podniósł się z trudem i delikatnie dotknął Harriet, która siedziała na podłodze.

– Żyjesz, Harriet? – odezwał się idiotycznie.

– Jeszcze nie wiem – odpowiedziała równie bezsensownie i po paru sekundach już całkiem logicznie zapytała: – Co się stało?

Oboje jak na komendę spojrzeli na przód autobusu. Z lewej strony, na wysokości szoferki, stał wbity w nich pod kątem dziewięćdziesięciu stopni inny autobus. Przody obu pojazdów były ze sobą zespolone i wyglądały jak rozerwane potężnym wybuchem wnętrzności przerażającego stwora z filmu grozy.

Zakrwawione ciało kierowcy, nienaturalnie wygięte do tyłu, z wyciągniętymi w dół rękami, osuwało się z przedniego okna. Gdyby Ali nie wisiał głową w dół, wyglądałby jak żołnierz, który poddał się właśnie w nadziei na litość.

Wciąż padał rzęsisty deszcz, czuć było silny zapach etanolu, a powietrze zasnuła mgła.

Następnego dnia inspektor Rolf Uggla z posterunku na Vasastan napisał w policyjnym raporcie, że na skrzyżowaniu Sankt Eriksgatan i Karlbergsvägen o godzinie dwudziestej trzeciej zero sześć doszło do zderzenia dwóch autobusów linii 47 i 66, w którym zginęli obaj kierowcy, Ali Farudi, lat pięćdziesiąt pięć, i Saleh al-Zadani, lat pięćdziesiąt trzy.

Prawdopodobne jest – odnotował inspektor Uggla – że przyczyną wypadku mogła być nieostrożność jednego z kierowców, śliska nawierzchnia z powodu wyjątkowo silnych opadów lub awaria sygnalizacji świetlnej. Przyczyny określi szczegółowe dochodzenie w tej sprawie – zakończył standardowo. Odkąd rozpoczął służbę w policji drogowej, kierowca autobusu Ali Farudi był jego dwudziestym trzecim śmiertelnym przypadkiem.

2

Konrad przewrócił się na prawy bok i pociągnął dłonią po policzku.

Trzydniowy! Kurczę, nie mam nożyków! Stary tępy już jak cholera! Jak ja będę wyglądał… jak dziad, pijaczyna jakiś. A tam w Sheratonie Żorżyk wypitolony i wypachniony… już pewnie po śniadanku czyta sobie „Timesa”. Jakbym teraz wstał i poszedł pobiegać, to zdążyłbym kupić nożyk w sklepie na dole. Przyjemne z pożytecznym – pomyślał bez przekonania i przewrócił się z powrotem na plecy, ale ręce złożył na piersi.

Otworzył oczy i zobaczył szary sufit, potem spojrzał na plakat Olbińskiego do Otella, jeszcze raz na sufit i znów zamknął oczy.

Ja pier… jaki gnuśny typ się ze mnie zrobił! Zaraz zacznę tyć. Jaaa… pier…

Zacisnął szczęki.

– Nie… idziesz… pobiegać… Raduś? – cicho wysylabizowała Sara spod kołdry.

– Nie zdążę… chyba… – odparł i pomyślał: Skąd ona wie, że już nie śpię? Czyta w moich myślach? Zaraziła się od Marcina czy co?

– Strasznie się rozleniwiłeś… kotku… – Jej głos powoli nabierał lekkiej ironii. – Zaczniesz tyć. – Westchnęła, aż uniosła się kołdra. – Gruby szpieg… Okropieństwo! Jak Belik, nie przymierzając…

Zadała celny cios, przyrównując go do Marka Belika, gnuśnego i otyłego naczelnika WBW, a niegdyś jego zastępcy, ale Konrad nie mógł się nie zgodzić, że utrzymanie formy przychodzi mu coraz trudniej, szczególnie odkąd zamieszkali razem.

Przyjął postawę obronną.

– Jakoś nie tyję. Wszystko pod kontrolą. – Pomacał się po brzuchu.

– To wstaw kawę.

Sara wysunęła się spod kołdry, podciągnęła wyżej i na wpół siedząc, położyła ręce na rozczochranych rudych włosach. Jeszcze zaspana, uśmiechnęła się niewyraźnie. Zmrużywszy oczy, Konrad odpowiedział jej ledwo zauważalnym skinieniem głowy i dosadnym głębokim westchnieniem.

– Nooo… tak… – zamruczał i po raz kolejny upewnił się, że warto było czekać na ten widok, zgodzić się na zdjęcie rolety w sypialni i odpuścić sobie poranne bieganie, nie mówiąc o gruntownym przemeblowaniu mieszkania na ulicy Wilczy Dół.

Niezmiennie rachunek współżycia z Sarą pod jednym dachem wychodził mu na plus, z dużym zapasem. Ale najwyżej Konrad cenił sobie jej poranne ciepło i właśnie zamierzał z niego skorzystać, wbrew jej żądaniu kawy. Kefir Robico i George Gordon mogli jeszcze zaczekać. Taka miała być jego ofiara dla Sary, która też ceniła sobie jego poranne ciepło. Równie mocno jak trzydniowy ostry zarost.

Gdy w Warszawie, Sztokholmie, Londynie i Moskwie przebrzmiały już wszystkie echa nieudanego zamachu Safira as-Salama na fińskie promy, gdy odebrano już wszystkie nagrody i odznaczenia, sporządzono setki tajnych notatek i napisano jeszcze więcej mądrych i bzdurnych artykułów, gdy wydano i zarobiono miliony na piarze – mogło się wydawać, że do życia Wydziału Q Agencji Wywiadu powinna wrócić normalna szpiegowska codzienność. Operacje specjalne, kolejne werbunki agentury, noce i dnie. I teoretycznie tak było, z tą tylko różnicą, że bez Sary. A bez niej to tak, jakby tego wszystkiego nie było. Wydział Specjalny Q na dwudziestym piętrze warszawskiego wieżowca to był jej pomysł. To ona wymyśliła nazwę – Vigo sp. z o.o., która wciąż widniała na drzwiach wejściowych.

Wkrótce po powrocie ze Szwecji dowiedzieli się, że prokuratura postawiła Sarze zarzut przekroczenia obowiązków służbowych w sprawie Travisa i zmieniła jej status ze świadka na podejrzaną. W związku z tym szef Agencji zawiesił ją w czynnościach służbowych. Nie mogła zaznać większego bólu niż oskarżenie przez państwo, któremu wiernie służyła.

Zarzut był tak absurdalny, że Sara nie wytrzymała i parsknęła śmiechem, kiedy w sądzie w Mławie trzydziestoparoletni prokurator w uniesieniu odczytywał uzasadnienie i wycierał twarz rękawem. Słusznie podejrzewała, że to była jego pierwsza ważna sprawa, ale nie wiedziała, jak bardzo ważna. Po przegranej w procesie o kradzież trzech krów we wsi Lolki Kościelne dojrzał w sprawie Sary szansę na przeniesienie do województwa.

Gdy wróciła do Warszawy, podzieliła się swoimi przypuszczeniami z Konradem i zgodnie uznali, że jej przyszłość wisi na włosku i że bez sądu się nie obejdzie. Ambitny prokurator już się o to postara. Tym samym, przy obojętności obecnego szefa Agencji, generał Pęk osiągnął swój cel i wyłączył Sarę ze służby, nokautując jednocześnie Konrada.

Zawieszenie w obowiązkach i oskarżenie zaowocowało głębokim rozgoryczeniem, które po tylu latach służby w stresie i strachu z łatwością dobrało się do duszy. Już od kilku miesięcy Sara siedziała w domu i zajmowała się sobą w oczekiwaniu na kolejne wezwanie do prokuratury. Ani razu nie zatęskniła za papierosem, za to coraz częściej myślała o dziecku.

 

Mniej więcej tyle samo czasu potrzebował Konrad, by otrząsnąć się i zebrać siły do pracy. Z zamiłowaniem oglądał programy kulinarne na wszystkich dostępnych kanałach. Upodobał sobie szczególnie konkursy w stylu „dzisiaj odpadasz ty” i oglądał nawet wersję albańską. Przeszło mu, gdy tylko uznał, że jest już dobrze przygotowany do zawodów w gotowaniu makaronu na czas. Skończył też polegiwać w swoim saabie z piwem Warka w dłoni.

Podły nastrój udzielił się całemu zespołowi i wlazł we wszystkie zakamarki Wydziału. Brak Sary był niewytłumaczalny i nawet Konrad nie mógł z tym nic zrobić. Oficerowie po raz pierwszy zwątpili w sens służby i chociaż nikt o tym nie mówił, czuć to było w każdym ich słowie czy geście.

Po powrocie z Białorusi kapitan Igor Szaniawski, czyli Travis lub Oleg Popow, przeszedł solidną kurację i wydawało się, że zmora pułkownika Stepanowycza bezpowrotnie znikła. Psychiatrzy orzekli w końcu, że znów jest zdolny do służby, której potrzebował teraz bardziej niż jakiegokolwiek innego lekarstwa.

Prokurator z Mławy uznał go za dowód w sprawie, przedmiot, a nie podmiot, i więcej się nim nie interesował, a wszelkie podejmowane przez Travisa próby wyjaśnień zbywał ostro, zarzucając mu, że utrudnia poważne śledztwo. Igor uznał w końcu, że jedyne, co może zrobić dla Sary, to wziąć się w garść i oddać pod rozkazy Konrada.

Poprosił o przydział na najtrudniejszy odcinek i po długich debatach taki właśnie dostał w ramach operacji „Merkury”.

Za granicę wyjechał razem z Wasilijem Krupą, który przed odlotem stwierdził uroczyście, że jest teraz polskim Białorusinem i zrobi wszystko, by jego ojczyzna była w końcu wolna i demokratyczna. Jakkolwiek utopijne było to pragnienie, to jednak płynęło prosto z serca. Wykopanie archiwum NKWD w Brześciu wcale nie zaspokoiło jego ambicji i teraz gotowy był do nowych zadań. Jako współpracownik wywiadu nie do wszystkich informacji miał dostęp, ale był na tyle inteligentny, a może nawet przebiegły – jak twierdził Marcin – by zauważyć, że w zespole jest ponuro, i więcej nie pytał, gdzie jest pani towarzysz major Sara. Wkrótce i tak nie miał już po temu okazji, bo wraz z Travisem wyjechał z Polski. A wyjechali daleko.

Marcin odpalił ostro służbowym touaregiem, aż na śniegu zabuksowały koła. Zamiast powitalnego „dzień dobry, szefie” od razu zaproponował, że chętnie nadrobi czas, który stracił, czekając pod domem na ulicy Wilczy Dół, jeśli tylko szef, oczywiście, da zielone światło.

Zanim Konrad zamieszkał z Sarą, rzadko się spóźniał, a rano – nigdy.

Dojechali do hotelu Sheraton, nadrabiając ledwie pięć minut i wysłuchując w drodze zestawu tych samych kolęd, które w stu odmianach od kilku dni do bólu wypełniały wszystkie stacje radiowe.

Dlaczego polskie kolędy są takie smutne? – pomyślał Konrad. Przecież to radosne święto…

Zadzwonił do sekretarki szefa Agencji i przezornie poinformował, że delegacja brytyjska spóźni się pół godziny.

Szef olewa Sarę, to my jego – stwierdził w duchu z nutką satysfakcji. Niech sobie poczeka. Kontrolerowi George’owi Gordonowi przecież nie podskoczy. Swoją drogą mają Brytole parcie na pęcherz, skoro chcą się naradzać na dwa dni przed świętami.

Touareg z fasonem zajechał pod samo wejście do hotelu. Konrad wysiadł bez pośpiechu. Boy w grubych okularach, granatowym surducie i okrągłej czapce ze złotym napisem nasuniętej na oczy zasalutował mu przepisowo i wszedł do środka, sprawdzając się wyjątkowo prymitywnie.

Marcin aż otworzył usta ze zdziwienia.

Kurde! – pomyślał. Nie odzwyczai się nawet w domu. Ale żeby sprawdzać się tak nieelegancko, właściwie po chamsku? No nieee…

– Przepraszam za spóźnienie – udając zadyszkę, Konrad rzucił gromko do Gordona, który siedział w kawiarni i przeglądał gazetę.

Anglik odwrócił się gwałtownie, a wraz z nim jeszcze kilka osób. Fakt, że brytyjski oficer wywiadu siedzi tyłem do wejścia, był aż nadto wymowny i Konrad od razu zrozumiał, co Gordon chce mu w ten sposób zakomunikować, ale jakoś się nie przejął.

– Ależ drobiazg… – George uśmiechnął się i ostentacyjnie spojrzał na zegarek. Było dwadzieścia pięć po dziewiątej. Wzruszył ramionami. – Czas to pojęcie względne, w naszej profesji szczególnie, choć może nie zawsze i nie dla wszystkich.

– To co, zabierzemy jeszcze Guya z ambasady? – zapytał Konrad, nawet nie próbując się tłumaczyć ze spóźnienia.

– Już czeka – odparł zjadliwie Gordon.

Na zewnątrz przy samochodzie stał Marcin w granatowym garniturze. Na widok Konrada i George’a błyskawicznie otworzył przednie i tylne drzwi, jakby w życiu nie robił nic innego.

– Sir! – rzucił tonem, jakim mógłby się zwrócić do królowej, zmrużył oczy i w wiernopoddańczym geście wskazał dłonią wnętrze samochodu. – Szefie! – dodał zaraz w stronę Konrada, opuścił głowę jak aktor w oczekiwaniu na brawa publiczności i wciąż trzymając rękę na klamce tylnych drzwi, zakończył wzniośle: – Panowie!

George i Konrad spojrzeli po sobie zdziwieni i jak zahipnotyzowani zajęli wskazane przez Marcina miejsca. Anglik z tyłu, Wolski z przodu, chociaż zamierzali usiąść razem, żeby porozmawiać w drodze.

Jingle bells, jingle bells, jingle all the way… – rozległ się w samochodzie miękki głos Franka Sinatry i Konradowi zrobiło się trochę lepiej. Nim piosenka dobiegła końca, Marcin skręcił już ze Szwoleżerów w Kawalerii i zajechał pod ambasadę brytyjską, gdzie na krawężniku przestępował z nogi na nogę zsiniały z zimna Guy Peterson, niespełna trzydziestoletni łącznik MI6 w Warszawie.

Wskoczył do samochodu, usiadł obok Gordona i potężnie pociągnął zapchanym nosem, aż wszyscy spojrzeli na niego z niesmakiem.

– Co z tobą, Guy? – odezwał się Marcin po angielsku. – Tyle czasu jesteś w Warszawie i nie wiesz, jak się ubrać? Coś ty włożył na siebie? Surducik jakiś?

– Długo czekałem – odparł niepewnie Anglik i zaczął szukać czegoś w kieszeniach.

– Trzeba było się schować. Zasmarkany lord – zamruczał Marcin cicho, ale nie na tyle, żeby Konrad go nie dosłyszał.

– Nie pozwalaj sobie! To sojusznik… nawet jeśli jest zasmarkany – odparł równie cicho. – I prawdziwy młody lord. Nie ma wielu takich w Warszawie. – Mimowolnie udzielił mu się ironiczny nastrój Marcina.

– Niech szef tylko na niego popatrzy! – Marcin nie dawał za wygraną. – Mieszka w zamku w Szkocji, a tu chodzi obsmarkany… chociaż to fajny kumpel… jak jest zdrowy, oczywiście.

Z tylnego siedzenia doleciał ich odgłos czyszczonego solidnie nosa i trwał z małymi przerwami aż do końca jazdy, uniemożliwiając jakąkolwiek wymianę zdań we wnętrzu samochodu.

Na Miłobędzkiej czekał już przy wejściu kierownik gabinetu szefa. Wszyscy razem wjechali szybką windą na siódme piętro i udali się wprost do sali konferencyjnej, która z uwagi na brak okien, słabą wentylację, półmrok i śmiertelnie poważne tematy, jakie zwykle w niej omawiano, zwana była kryptą Faradaya.

Zanim weszli do środka, wszyscy zdeponowali w szafce swoje telefony komórkowe i zegarki.

Szef jako gospodarz spotkania pierwszy powitał George’a Gordona, obejmując go niezdarnie za ramiona, co przy dzielącej ich różnicy wzrostu dodawało scenie komizmu, a zaraz potem, znacznie mniej wylewnie, podał rękę Petersonowi, chociaż młody Anglik był wyżej notowany w szlacheckiej hierarchii niż Gordon. W przeciwległym rogu skromnie oczekiwała Magda Arendt, naczelnik Wydziału Rozpoznania Operacyjnego, oraz jej zastępca, świeży transfer szefa z ABW.

Gdyby nie miły zapach kawy, którą z sercem zaparzyła Małgosia, atmosfera byłaby taka, jaka zwykle panuje w krypcie. Tym bardziej że spotkanie rozpoczęło się z ponadpółgodzinnym opóźnieniem.

Przez chwilę trwały jeszcze powitania i uściski, uśmiechy i poklepywania, po czym wszyscy usiedli, gdzie kto chciał, a miejsc do wyboru było dwadzieścia. Jedynie szef Agencji zasiadł na miejscu przeznaczonym dla mistrza ceremonii, w czarnym skórzanym fotelu z wysokim oparciem.

Kierownik gabinetu pospiesznie zamknął drzwi, sprawnie rozlał wszystkim kawę, z wyjątkiem szefa, który pił tylko herbatę jabłkową, i jednym uderzeniem w klawisz Enter włączył komputer. Na ścianie rozjaśnił się ekran.

Na początku szef wygłosił oficjalną w takich sytuacjach formułkę powitalną, mało finezyjną i trochę drętwą, ale w jego stylu, po czym zaległo milczenie. Gordon przez chwilę przeglądał notatki i cicho o coś pytał Petersona, który odpowiadał mu uśmiechami i skinieniami, a następnie wskazał palcem leżący przed nim dokument i znów pokręcił głową. Na koniec pociągnął nosem z nieco większą subtelnością niż w samochodzie i poprawił się elegancko na krześle.

Na wprost wejścia siedział szef Agencji, obok kierownik jego gabinetu, Gordon i Peterson po przeciwnej stronie, Konrad i Marcin po lewej, a Magda z zastępcą z prawej strony. Nisko zawieszone reflektory punktowe rzucały silne światło na blat stołu, kładąc mocne półcienie na twarze zebranych i zaciemniając wszystko, co było za nimi. Mógłby ktoś pomyśleć, że to sabat jakiejś sekty, która za chwilę zacznie radzić nad przyszłością ludzkości, rozsypując runy na środku stołu i recytując tajemne zaklęcia.

Ten cudowny kicz przerwał George Gordon, swoim zimnym matowym głosem pytając, czy może rozpoczynać.

Szef odpowiedział mu głębokim, pełnym szacunku skinieniem głowy, majestatycznie unosząc dłoń. Istny August z Prima Porta – pomyślał Konrad.

– Jak rozumiem, nasze spotkanie jest rejestrowane? – zapytał Gordon.

– Oczywiście! – odparł kierownik gabinetu.

– Będziemy też rejestrować na swój nośnik – oznajmił Gordon i dał znak Petersonowi, który wyjął z teczki dyktafon i położył go na środku stołu.

Mógłbyś przynajmniej poprosić o zgodę, co, George? – pomyślał Konrad i spojrzał na Magdę. Na jej twarzy było wypisane dokładnie to samo pytanie.

– Panie generale – zwrócił się Gordon do szefa Agencji – sprawa, o której chcemy rozmawiać, dotyczy szczególnie wrażliwego tematu…

Uuuu… coś się dzieje! Gadaj, z czym przyjechałeś, Brytolu.

– Tak, wiemy.

– Nie wszystko. W ciągu ostatnich dwóch dni sytuacja uległa zdecydowanej zmianie… Zmianie na gorsze! – Ton Gordona stał się twardy, tak by nikt nie mógł wątpić w to, co zaraz usłyszy.

– To znaczy? – zapytał szef.

– To będzie informacja wyłącznie dla osób mających dostęp do cosmic top secret.

W krypcie zapadła cisza.

– Aaaauuueee… – Szef wydał z siebie cichy nieokreślony dźwięk oznaczający głębokie zaskoczenie i konieczność podjęcia decyzji.

– CTS… – wtrącił Konrad. – Najwyższy stopień tajności NATO.

– Przecież wiem – odparł szef podenerwowany.

– Znaczy, że zostać mogą tylko ci, którzy mają najwyższy natowski stopień poświadczenia bezpieczeństwa…

– Oczywiście, tak, wszystko jasne.

– Dotyczy broni atomowej – dorzucił jeszcze Konrad.

– Kto nie ma dostępu, proszony jest o opuszczenie pomieszczenia – zarządził szef.

Pierwszy podniósł się zastępca Magdy, a po nim kierownik gabinetu szefa. Marcin wciąż siedział obok Konrada, nieporuszony, jakby go to nie dotyczyło. Dostęp do CTS miało w Agencji tylko kilka osób i na pewno nie było wśród nich Marcina. Nawet Sara nie była upoważniona do takich tajemnic.

– No! Co jest? – Konrad trącił go kolanem.

– A co, szefie? – Marcin udawał niezorientowanego.

– Wypadaj!

– No kurczę! – Ściszył głos. – I tak beze mnie szef z tymi tajemnicami nic nie zrobi. Ja to ja… nie? – Podniósł się ociężale. – Zresztą czuć na kilometr, o co biega Anglikom. Jakbym ich nie znał… przyszli po pomoc, jak zawsze. Taka mi CTS tajnota…

– Pospiesz się.

W sali zostało pięć osób, Szef rozpoczął procedurę zatwierdzenia tajności spotkania.

– Jest dwudziesty trzeci grudnia dwa tysiące trzynastego roku, godzina dziesiąta dwadzieścia trzy, siedziba Agencji Wywiadu RP – mówił głośno i wyraźnie. – W spotkaniu uczestniczą: ze strony MI6 George Gordon i Guy Peterson, ze strony polskiej szef Agencji i… – Spojrzał na lewo.

– Magda Arendt, poświadczenie bezpieczeństwa do poziomu CTS numer trzy dwa jeden jeden siedem sześć zero pięć cztery cztery, seria KD – wyrecytowała z pamięci.

– Konrad Wolski, poświadczenie bezpieczeństwa do poziomu CTS… – Zaczął szukać czegoś w kieszeniach i po chwili wyjął plastikową kartę, z której odczytał: – Trzy cztery jeden osiem dwa dwa pięć cztery zero zero cztery, seria ZZ.

– No to co? – rzucił szef. – Możemy, Gordon?

– Oczywiście, panie generale. – Anglik popatrzył w notatki. – Pod koniec lutego zbiera się w Brukseli Grupa Planowania Nuklearnego NATO. Zamierzamy przedstawić wówczas informacje, które jeśli się potwierdzą, mogą… – zawiesił na moment głos – mogą doprowadzić do… nie waham się użyć tego słowa… do wojny, w najgorszym wypadku. Tym razem, panowie… i pani – spojrzał na Magdę – sprawa jest bardzo poważna i nie mamy zbyt wiele czasu. Wkrótce rozpoczniemy konsultacje z partnerami NATO, ale wcześniej chcielibyśmy porozmawiać z wami. O naszym dzisiejszym spotkaniu poinformowany jest premier Wielkiej Brytanii John Colonel i jak rozumiem, pan, generale, poinformuje później premiera Polski.

Mówił zwyczajnie, spokojnie, bez widocznej emocji. Pewnie takim samym tonem lokaj powiadomił Chamberlaina o napaści Hitlera na Polskę. „Sir, niech się pan obudzi! Właśnie Niemcy najechali Polskę. Czy podać szklaneczkę, sir?” „Tak, George, ale najpierw umyję zęby”. George Gordon był przecież Kontrolerem MI6, jednej z najlepszych służb wywiadowczych świata, i jedno słowo, które padło z jego ust – „wojna” – wystarczyło, by Konrad pożałował swojej wcześniejszej małostkowości i spóźnienia.

Wojna i miłość to dwie różne rzeczy. Pomyślał o Sarze. Wszystko wydawało się teraz takie nierzeczywiste, Polacy, Anglicy i Grupa Planowania Nuklearnego, jakby to już kiedyś było. Patrzył na Gordona i zastanawiał się przez moment, czy nie powinien się już zwolnić ze służby i zostać w domu na ulicy Wilczy Dół. Niech Bond, James Bond, sam ratuje świat. Ma doświadczenie i swoją wierną publiczność.