Znajdź spokój wewnętrznyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Znaczenie interakcji podczas naprawiania szkody

Drobne wypadki czy nieporozumienia nie stanowią większego problemu, jeśli nauczymy się, w jaki sposób można szybko i skutecznie im zaradzić. Kiedy coś się rozleje, podrze czy rozłączy, naprawianie tego może nawet służyć nabieraniu przez dziecko dojrzałości. Jeżeli na przykład rozleje ono mleko, bo nie patrzy uważnie czy zachowuje się niezdarnie, nie trzeba go ukarać, aby się czegoś nauczyło.

Jednym z możliwych zachowań w takiej sytuacji jest wspólne posprzątanie: podaj dziecku ręcznik papierowy i pozwól, by samo wytarło plamę, a dzięki temu nauczyło się, że błędy można naprawiać. Ponadto zejdź do poziomu dziecka i omów z nim tę sytuację; oboje pomyślcie, co można zrobić, aby uniknąć takich zdarzeń w przyszłości, ustalcie ich przyczynę, omówcie je i wspólnie rozwiążcie, okazując sobie zrozumienie i szacunek. Wypadki się zdarzają; trzeba potem po prostu posprzątać i po krzyku. Widząc przejętą minę mamy i bałagan na podłodze oraz czując własną niezgrabność, dziecko prawdopodobnie samo się już domyśliło, że narozrabiało. Nakrzyczenie na nie wzbudzi w nim tylko strach, a ten strach może skryć się głębiej i powodować stały lęk. Pozwól, by dziecko dowiedziało się, że błędy można korygować, a nawet że można się na nich uczyć. Popełnienie błędu nie jest tak wielką sprawą, by miało powodować utratę miłości i wzajemnej bliskości.

Dzięki naprawieniu szkody nasz odruchowy wstyd może przyczynić się do osobistego rozwoju (Schore, 1999). Błędy stają się wtedy lekcjami. Coś się nie udało, a my uczymy się, w jaki sposób można to naprawić, skleić coś, co się potłukło, odbudować utracone poczucie łączności międzyludzkiej. Taki proces zachodzący w kontekście relacji powoduje powstanie nowych połączeń neuronalnych, które pojawią się zawsze, gdy się czegoś uczymy. Tyle tylko, że tu dziecko nie uczy się rachunków czy słówek, a tego, jak wygląda naturalne zachowanie we wspólnym życiu z kimś, jak być autentycznym; przyswaja sobie umiejętności życia w bliskim związku. Pokazujemy dziecku, jak odnowić chwilowo nadwyrężone więzi, tak by to naderwanie nie pogłębiało się i nie stało się źródłem udręki. Jeżeli nie pojawia się okazja do naprawy szkody, dziecko nie ma możliwości odbudowania swojego poczucia własnej wartości ani zaradzenia emocjonalnemu oddaleniu czy bólowi. Może natomiast zachować w sobie poczucie nieuwolnionego wstydu w związku z zajściem, którego skutków nie miało jak naprawić. Nauka płynąca z takiej lekcji nie jest pozytywna ani szczególnie pożyteczna.

Naprawa szkody umożliwia odzyskanie poczucia spokoju, pewności i równowagi. Dopuszcza wprowadzenie elastyczności do naszego stylu współżycia z ludźmi. Tylko wtedy możemy się odprężyć, eksperymentować i być sobą w relacjach, kiedy czujemy, że ewentualny błąd nas nie przekreśla. Nasza pewność siebie umacnia się po przećwiczeniu wpadania w drobne tarapaty i wychodzenia z nich. Każdemu rodzicowi zdarza się na przykład nakrzyczeć na swoje dziecko. Jeżeli mamy poczucie, że przesadziliśmy, pojawia się tym samym okazja do dania przykładu szczerych przeprosin. Przejawiając skruchę, rodzic okazuje dziecku wielki szacunek. Mówi: „Jesteś dla mnie ważny (ważna) i bardzo mi na tobie zależy. Chcę się z tobą pogodzić”. Jest to dobre zarówno dla dziecka, jak i dla spokoju ducha rodzica, a ponadto pokazuje dziecku, na czym polega i z jakimi uczuciami się wiąże wzięcie odpowiedzialności za swoje zachowanie. Uczy je również mówienia: „Przepraszam”.

Naprawa szkód może się dokonywać także w skali społecznej. Okazuje się, że jeśli ludzie poszkodowani w kataklizmach uczestniczą w działaniach naprawczych, to znacznie rzadziej rozwija się u nich pourazowe zaburzenie stresowe. Udział w fizycznym usuwaniu szkód może odsunąć na dalszy plan poczucie bezradności, złości i desperacji i przekuć je w pozytywną energię transformującą oraz obdarzone głębokim sensem działanie. Akt choćby drobnej próby poprawy sytuacji zamiast pogrążania się w beznadziei i rozpaczy ma działanie prewencyjne, a może nawet leczące.

Deprywacja. Kiedy zaniedba się „szczebiotanie”

Iście koszmarny przykład tego, jak brak interakcji i więzi emocjonalnych może wpływać na dzieci, pochodzi z XIII wieku. Święty Cesarz Rzymski Fryderyk II przeprowadził wówczas okrutny eksperyment. Chcąc się przekonać, w jakim języku „przemawiają naturalnie” dzieci, władca zabronił mówienia do pewnej ich grupki. Cesarz zamierzał się w ten sposób dowiedzieć, jaki język „został nadany Adamowi i Ewie przez Boga”. Eksperyment został spisany w Kronice mnicha Salimbene de Adamo:

[…] zapowiedziano mamkom i opiekunkom, że mają karmić, kąpać i obmywać dzieci, lecz ani szczebiotać, ani odzywać się przy nich nie mogą, albowiem chciał wiedzieć, czy przemówią w języku hebrajskim [jako najdawniejszym] lubo też w greckim, łacińskim, arabskim albo mową rodzicieli, z których zostały poczęte. Na próżno wszak się trudził, gdyż dzieci pomarły, niezdolne żyć bez głosów, gestów, uśmiechów i pieszczot […].

Najwyraźniej interakcja, opieka i mowa mają tak fundamentalne znaczenie dla dzieci, że wręcz nie są one w stanie przeżyć bez nich. Wszystkie niemowlęta objęte cesarskim eksperymentem zmarły.

Odrzucenie może wywoływać prawdziwy ból fizyczny. „Przednia część zakrętu obręczy działa jako neuronalny system alarmowy wykrywający groźbę odtrącenia i pobudzający inne części mózgu do odpowiedniej reakcji. (…) tworzy on część «systemu przywiązania społecznego», który nadbudowuje się na istniejącym już układzie alarmowania mózgu o bólu fizycznym”. Badacze wskazują też, że w wielu językach zwroty „złamane serce” i „ból serca” odnoszą się do fizycznego bólu odrzucenia (Goleman, 2006/2007).

Innym mrożącym krew w żyłach przykładem konsekwencji, jakie w rozwoju emocjonalnym dzieci może powodować brak troski i interakcji, są rumuńskie sierocińce. Zdecydowana większość dzieci, które przebywały w nich w drugiej połowie XX wieku, tak naprawdę nie była sierotami. Znalazły się tam, ponieważ ówczesny dyktator tego kraju Nicolae Ceauşescu, chcąc pomnażać liczebność narodu, zdelegalizował antykoncepcję. Zdesperowani rodzice oddawali więc dzieci, którymi nie mieli jak się zaopiekować, pod opiekę placówek państwowych. W relacji BBC z 8 czerwca 2005 roku tak opisano panujące w nich warunki:

W placówce w Timișoarze jedna pielęgniarka i trójka innych członków personelu sprawowali całodobową opiekę nad 65 dziećmi. Byli w stanie nadążyć jedynie z karmieniem ich i zmianą pieluch. Dzieci przez lata nie opuszczały swoich łóżeczek, a niektóre były nawet związywane. Nie płakały, ponieważ płacz nie przynosił żadnej reakcji. Trwały w milczeniu. Badacze przeanalizowali także sytuację w kilku szpitalach psychiatrycznych dla dorosłych, gdzie w niewyobrażalnych warunkach przetrzymywano dzieci; nastolatki były pozamykane w kojcach i nosiły pieluchy (McGeown, 2005).

Pierre Poupard, przedstawiciel Rumunii w UNICEF-ie, nazywa te dzieci „straconym pokoleniem”. Odcięcie od społeczeństwa, a nierzadko również niedożywienie oraz poddanie przemocy fizycznej i seksualnej odcisnęło głębokie piętno na ich rozwoju emocjonalnym oraz zdolności przyswojenia zasad życia społecznego. W wieku 18 lat większość z nich musiała po prostu opuścić placówkę i radzić sobie samodzielnie. Niektóre, te bardziej odporne, które zdołały zaskarbić sobie jakieś dodatkowe okruchy uwagi i wsparcia od opiekunów, potrafiły się jakoś pozbierać, mają stałą pracę, mieszkanie, a nawet założyły rodziny. Choć bez wątpienia noszą wiele blizn, znajdują się w znacznie lepszej sytuacji niż większość, która jest nadal pod tak wielkim wpływem wczesnych traumatycznych przeżyć, że pozostaje na marginesie społeczeństwa, uzależniona od alkoholu i narkotyków.

Sorin Brasoveanu, szef wydziału opieki nad dziećmi w rumuńskim mieście Bacău, zgadza się, że w przeszłości dzieci „nie dowiadywały się dużo o świecie zewnętrznym” przed opuszczeniem placówek. Brakowało im nie tylko podstawowych umiejętności, takich jak ugotowanie obiadu czy gospodarowanie pieniędzmi, lecz również emocjonalnej interakcji i oparcia, które pozwoliłyby na tworzenie bezpiecznego obrazu siebie oraz wykształcenie się umiejętności regulacji emocjonalnej i rozmawiania o emocjach.

„W głowie miałem tylko: «Dlaczego ja? Co takiego zrobiłem?»” – wspominał dwudziestosiedmioletni Cornel Anton, który dorastał kolejno w kilku takich placówkach. W wieku wczesnonastoletnim zupełnie nie panował nad sobą, dopuszczał się kradzieży i wdawał w bójki. Nie dysponując umiejętnością mówienia o swojej bezradności i złości, stał się klasycznym zabijaką, który wyżywał się za doznawane cierpienie, stosując przemoc i uciekając się do zachowań antyspołecznych. Mając 15 lat, pobił kogoś tak ciężko, że jego ofiara przez tydzień pozostawała w śpiączce. To odreagowywanie, jak zwykle w podobnych przypadkach, było prawdopodobnie niefortunną próbą odzyskania poczucia tożsamości, przeciwstawienia się odczuwanej w głębi bezsilności przez zadawanie cierpienia, eksternalizację bólu. Dzięki interwencji międzynarodowych instytucji Cornel zdołał zmienić bieg swego życia, a dziś jest w stanie zdobyć się na refleksję na temat przyczyn swojego karygodnego zachowania. „Brakowało mi miłości i stabilnej tożsamości. Ale nie umiałem ich zdobyć – mówi. – Na zewnątrz byłem silny, a w środku płakałem”.

„Inną osobą, która mimo że przeszła przez te placówki, to znalazła jednak sens w życiu, jest Ioan Sidor, mówiący cichym głosem mężczyzna, który pracuje z niepełnosprawnymi i zaniedbanymi dziećmi w Bacău. «Staram się zaoferować im coś, czego sam nie miałem w dzieciństwie, serce i uwagę»” (McGeown, 2005).

Dzieci potrzebują, aby dorośli zajmowali się nimi i przywracali ich światu równowagę, dopóki nie zinternalizują tych umiejętności i same ich nie opanują. Potrzebni są im dojrzali ludzie, tłumaczący im świat, aż do czasu, gdy będą dysponowały dostatecznie rozwiniętym aparatem psychicznym, by tłumaczyć sobie rzeczywistość samodzielnie.

 

Rozdział 5

Rozdział 5


Gdy dziecko się boi

Mam na myśli ostrą traumę, jakiej Pablo Picasso doświadczył w wieku trzech lat: trzęsienie ziemi w Maladze w 1884 roku, ucieczkę z rodzinnego mieszkania do groty, która wydawała się bezpieczniejsza, i w końcu narodziny jego siostry w napawających grozą okolicznościach w tejże grocie. Picasso wyszedł jednak z tych traum nieobciążony skłonnościami psychotycznymi czy kryminalnymi, ponieważ pozostawał pod ochroną swych kochających rodziców. Potrafili oni zapewnić mu to, czego w tej dramatycznej sytuacji najbardziej potrzebował: empatię, współodczuwanie, opiekę i poczucie bezpieczeństwa w ich ramionach.

Alice Miller

Ograniczony stopień rozwoju mózgu dziecka może być dla niego zagrożeniem

Będąc na rękach rodziców, dziecko czuje się bezpiecznie i pewnie, choć nie wie dlaczego. Widząc, jak mama wychodzi z domu, robi się smutne i zaniepokojone. Chociaż opiekunka, z którą zostaje, wyjaśnia, że mama wróci za trzy godziny, umysł roczniaka nie ma żadnej możliwości oceny tego odcinka czasu. Gdy zaś mama wraca, dziecko czuje ulgę, radość, jest znów bezpieczne, ale nie myśli o tym w taki sposób. Po prostu wtula się w jej ciało, by namacalnie, zmysłowo odnowić więź, która wnika prosto do zalążka jego systemu jaźni – prosto do limbicznego świata odczuć. Zdolność odczuwania pojawia się przed zdolnością myślenia, co tłumaczy, dlaczego małe dzieci nie są w stanie rozumieć tego, co czują. Ich aparat myślenia nie jest jeszcze tak rozwinięty jak aparat odczuwania, o czym już pisałam. Mówiąc konkretniej, układ limbiczny, w którego skład wchodzą między innymi ciało migdałowate i hipokamp, rozwija się wcześniej niż myśląca część mózgu, czyli kora przedczołowa. Stopień rozwoju ciała migdałowatego, hipokampu i kory przedczołowej dziecka ma ogromny wpływ na doświadczanie przez nie myślowego/czuciowego/zmysłowego świata.

Od chwili narodzin dzieci są zdolne do przejawiania pełnej reakcji stresowej (Uram, 2006). Ta część mózgu (hipokamp), która pomaga im w umieszczaniu informacji w kontekście i tworzeniu nowych wspomnień o doświadczanych zdarzeniach, formuje się jednak ostatecznie dopiero w wieku czterech, pięciu lat. Dlatego dzieci nie zawsze pamiętają zdarzenia w kontekście. Z kolei kora przedczołowa, która daje nam możliwość refleksji i rozumowania, zyskuje końcowy kształt dopiero po ukończeniu 11 lat (van der Kolk, 1987). Te trzy czynniki sprawiają, że jeśli małe dzieci się przestraszą i wpadną w reakcję walki/ucieczki/zastygnięcia, nie mają sposobu zinterpretowania dziejących się wokół nich zdarzeń. Nie mogą skorzystać z myślącego umysłu do przetworzenia swojej emocji strachu, pomyśleć, czego się przestraszyły, oraz powściągnąć natężenie niepokoju, ponieważ odpowiednie części mózgu nie są u nich jeszcze rozwinięte w stopniu koniecznym do wykonania takich zadań.

Małe dzieci nie mają możliwości oceny, czy w danej chwili należy się bać, czy nie, ani jak bardzo powinny się bać. Dlatego potrzebują dorosłych, którzy pełnią funkcję „listwy przepięciowej” pomiędzy bodźcem ze świata zewnętrznego a nimi. Wyobraź sobie niemowlę na rękach matki, które słyszy trzask zamykających się głośno drzwi. Na moment jego ciałko może znieruchomieć; maluch być może zacznie płakać albo wypręży rączki i odrzuci główkę do tyłu. Dopóki mama nie odezwie się słodko, udowadniając swoją reakcją, że nie ma powodu do strachu, dziecko samo z siebie nie będzie wiedziało, czy powinno się bać, czy nie. Z jego punktu widzenia równie dobrze może to być wybuch bomby.

W trzaśnięciu drzwiami nie ma nic traumatycznego, jednak dziecko może uznać ten hałas za przerażający, jeżeli dorosły nie zapewni go, że nie ma się czego obawiać.

Czy każda rodzina jest dysfunkcyjna – czy raczej na doświadczanie stresu wpływa dojrzałość dziecka?

Żadna sytuacja nie musi okazać się traumatyczna. To nasz sposób doświadczania okoliczności życiowych determinuje, czy będą one dla nas traumatyczne, czy nie. Obecność troskliwych dorosłych, którzy pomagają dzieciom rozszyfrować kolejne nowe sytuacje pojawiające się w ich świecie, stanowi wspaniały bufor ochronny. Stosunkowo niedawno przeprowadzono na University of Minnesota analizę wytwarzania kortyzolu u dzieci w warunkach stresu (Megan Gunnar, 2007). Zbyt wysoki poziom tego hormonu negatywnie wpływa na tempo pracy serca, układ pokarmowy oraz zdolność myślenia. Ponieważ stężenie kortyzolu można oznaczać w ślinie, wykonano u dzieci wiele nieinwazyjnych testów w celu poznania, które z nich i kiedy wytwarzało kortyzol. Okazało się, że obecność kochającego opiekuna podczas stresowej sytuacji, takiej jak wizyta u lekarza w celu wykonania szczepienia, zmniejszała wydzielanie kortyzolu. Dzieciom zdarzało się mimo wszystko płakać, ale mniejsza ilość tego hormonu wskazywała, że ich organizm nie reagował na stres bardzo silnie. Innymi słowy, wiarygodna, pełna miłości relacja może amortyzować nawet najbardziej obciążające wydarzenia. Ilekroć dziecko poznaje coś nowego, jego mózg pracuje siedem razy intensywniej niż normalnie. Samo to jest już obciążające.

Od kiedy w latach 80. rozpowszechniło się pojęcie rodzin dysfunkcyjnych i wszyscy zaczęli się przyglądać własnemu dzieciństwu w poszukiwaniu źródeł swoich bieżących trudności, granica dzieląca rodziny dysfunkcyjne od zdrowych bardzo się zatarła. Dzięki zrozumieniu ograniczonego stopnia rozwoju mózgu małego dziecka oraz dynamiki wczesnego rozwoju emocjonalnego możemy jednak dostrzec, że nie jest tak, iż to wszystkie rodziny są dysfunkcyjne. Chodzi raczej o to, że niedostateczny rozwój mózgu dziecka naraża je na zwiększone ryzyko przeżywania problemów rodzinnych jako traumatycznych. Dzieci te są po prostu zbyt małe, by potrafiły efektywnie funkcjonować, gdy świat, który stanowi dla nich oparcie, wywraca się do góry nogami, czy nawet gdy zasadniczo zwyczajne zdarzenia życiowe przekraczają ich zdolność rozumienia sytuacji i dalszego normalnego funkcjonowania. Przez wszystkie wczesne lata życia dzieci potrzebują naszej ochrony. Są jak małe sadzonki w szklarni, które muszą się rozwijać się i nabierać sił w specjalnych warunkach, by pewnego dnia wypuścić własne korzenie i rosnąć samodzielnie.

Kiedy źródłem stresu jest sam rodzic, dziecko jest narażone na znacznie większe ryzyko. Nie tylko jest przestraszone, lecz także traci osobę, do której normalnie biegnie, by ukoić lęk i zaznać pocieszenia. Może się czuć zagubione i zdradzone, gdy rodzic jest zbyt często niedostępny lub sam wywołuje cierpienie i strach oraz neguje wpływ, jaki wywiera jego postępowanie.

„Wielkie oczy”

Wczoraj wieczorem prowadziłam warsztaty na temat dzieciństwa. Rozłożyłam na podłodze kartki z kolejno następującymi liczbami i poprosiłam uczestników, by stanęli przy liczbie reprezentującej wiek, w którym – jak uważają – jakiejś cząstce ich poczucia własnego ja zadano silny cios. Wiele osób zwierzało się potem, dlaczego stanęło przy określonej karteczce. Czterdziestoparoletni mężczyzna ustawił się przy czwórce.

„Podszedłem tutaj – powiedział Gerry – bo z tego wieku mam pierwsze wyraźne wspomnienie tego, jak wściekły bywał na mnie ojciec. Chciałbym jakoś nad tym popracować; nie wiem jak. Nie mam pojęcia. Mam po prostu poczucie, że tam jest coś więcej. Skończyłem czterdzieści dwa lata, a nie potrafię utrzymać żadnego związku. Nie wiem dlaczego. I nie chcę mieć dzieci. Zresztą może chcę, ale taka możliwość nie widnieje nawet na horyzoncie. Mam wielu przyjaciół, ale żadnej naprawdę bliskiej mi duszy”.

Grupa postanowiła, że odegra psychodramę. Gerry wybrał kogoś do roli swego ojca.

„Patrzysz na mnie tak, jakbyś mnie nie znosił – powiedział, oddając głos swojemu wewnętrznemu dziecku. – Krzyczysz na mnie, bijesz mnie, a potem rano zachowujesz się, jakby nic się nie stało. Schodzę z góry i wołasz: «Czołem, mały!»”.

Chłopiec w Gerrym wciąż był zdezorientowany takim traktowaniem przez ojca. Jako dziecko nie miał możliwości zrozumieć, że pogarda, obelgi i przemoc ojca były elementami jego pijackiego zamroczenia i że rano nic z nich nie pamiętał. Doszedł więc wówczas do wniosku, do jakiego dochodzi wiele dzieci: „Mój ojciec, dorosły, na pewno ma rację. Widocznie jestem do niczego”. Ponieważ nie poddał tego analizie w wieku dorosłym – nie dokopał się do źródeł – nadal żył w przekonaniu o prawdziwości takiej interpretacji zdarzeń, jaką przyjął, będąc małym chłopcem.

„Powiedz mi, co robię źle, żebym mógł się poprawić. Nigdy nie wiem, na czym z tobą stoję. Nigdy nie mogę ci dogodzić”.

Gerry opisał, że robią mu się „wielkie oczy”, patrzące na wszystko z góry. „Moje oczy rosną” – i zarysował palcami kręgi, żeby pokazać, jak są wielkie. „Mam takie wielkie oczy, żebym mógł patrzeć na wszystko, co się dzieje. Unoszę się do sufitu i wszystko obserwuję”. Gerry opisuje tutaj doświadczenie dysocjacji. Stanęłam za nim i jak „sobowtór” podpowiedziałam mu uczucie, które jak sądziłam, było w nim, ale do którego nie umiał dotrzeć.

„Boję się” – powiedziałam.

„Po prostu jestem na suficie i wszystko widzę. Nie wiem, co czuję”.

Gerry relacjonuje wydarzenia. Stosujemy dysocjację, żebyśmy nie musieli odczuwać tego, co się dzieje, bo się boimy, a jednocześnie czujemy się niezdolni, by doprowadzić do zmiany sytuacji i zapewnienia sobie bezpieczeństwa.

„Ciągle powtarzasz: «Bądź mężczyzną»” – Gerry powiedział do swojego „ojca”.

„A ja mam cztery lata – suflerowałam. – Mam dopiero cztery lata”.

„Pobaw się ze mną – powiedział Gerry. – Przestań mi mówić, że nic nie umiem. Przestań mnie bić”.

„To mnie boli” – podpowiedziałam.

„Kiedy wznoszę się do sufitu, to nawet nie boli”.

Taką cenę płacą dzieci. Lata po tym, jak skończyła się ich krzywda, jak już wyrośli na wyższych i silniejszych od swoich rodziców, wciąż czują się małymi, przestraszonymi dziećmi. I wciąż „odsuwają się”, kiedy uczucia zależności i bezbronności, będące elementem bliskich relacji, wzbudzają w nich strach przed poniżeniem i odrzuceniem.

„Nie wiem, co mam robić. Mówisz mi tylko ciągle, żebym był mężczyzną. Ja chcę mieć tatę. Chcę się dowiedzieć, co mam zrobić, żeby to naprawić i żebym miał tatę. Próbuję ci to powiedzieć, ale ty tylko odpowiadasz: «Nie tak. Nie tak». Cały czas tylko to mówisz. A kiedy cię pytam dlaczego, odpowiadasz: «Bo tak», więc się więcej nie odzywam”.

„Tak, mam rację, bo tak” – powiedział mężczyzna grający ojca.

„A mama po prostu pozwala ci to robić. Mówi: «Och, tata jest geniuszem, jest taki mądry». Więc myślę, że jesteś geniuszem, a ja debilem, do którego nic nie dociera. Mama nigdy nie stanęła w mojej obronie”.

Zapytałam Gerry’ego, czy chciałby wybrać kogoś do zagrania roli matki.

„Po prostu godziłaś się na to wszystko – powiedział do kobiety podejmującej tę rolę. – Tutaj była jedna wielka ruina [gestem wskazał przestrzeń pomiędzy swoimi „rodzicami”]. Wiedziałaś, że jest pijakiem, a nazywałaś go geniuszem. Zabierał mnie do pubów i zamawiał mi jedną colę po drugiej. Chodziłem po ścianach, nabuzowany cukrem, a on przestrzegał: «Nie mów nic mamie, niech to zostanie między nami, mężczyznami». Zupełnie się gubiłem. Cały czas byłem skołowany”.

Gerry’emu nie tylko brakowało dobrej relacji z ojcem, ale na dodatek ich wspólne sekrety uniemożliwiały mu zwrócenie się po pomoc do matki, rodzica, z którym czuł się bliżej związany i na którym bardziej polegał.

„Jestem taki skołowany. Nie chcę nigdy dorosnąć, mieć dzieci i żeby to wszystko znowu się działo. Nie chcę nigdy się stać mężczyzną takim jak ty. I nigdy nie chcę mieć takiego małżeństwa jak wy oboje”.

Nagle elementy układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsca, nieświadome stawało się świadome. Gerry obrócił się w stronę „ojca” i wyprostował na całą długość swojego dorosłego ciała.

„To z tobą jest coś nie tak, tato, z tobą. Wyrządzałeś mi krzywdę. A ja byłem dobrym dzieckiem. Za dużo piłeś, żeby być ojcem. Z tobą było coś nie tak”.

W tym momencie twarz Gerry’ego zaczęła się rozluźniać, jego kark, nogi i ręce odprężyły się.

„Czuję, jakbym wrócił do swojego ciała – powiedział. – Nie zdawałem sobie z tego sprawy, nie zdawałem sobie sprawy, że zakładałem, że jeśli się z kimś blisko zwiążę, to się tak skończy [wykonał gest odnoszący się do dynamiki rodzinnej, w której dorastał]. Tak bardzo bałem się powtórki z własnej przeszłości, że zaklinowałem się w teraźniejszości”.

Nierozwiązana dziecięca trauma interpersonalna może uczynić dorosłego bezbronnym wobec wymogów tworzenia bezpiecznych dorosłych związków. Wzorce przywiązania powtarzają się w cyklach życia jednostkowego oraz przechodzą z pokolenia na pokolenie. Nowe związki są kształtowane pod wpływem oczekiwań powstałych we wcześniejszych. Istnieje silna korelacja między niepewnym stylem przywiązania, brakiem satysfakcji małżeńskiej i negatywnymi interakcjami małżeńskimi. Dorosły, który nie czuje się bezpiecznie wśród ludzi, może mieć skłonność do utrzymywania dystansu albo nadmiernej zaborczości w stosunku do swego partnera (partnerki) lub może miotać się pomiędzy tymi dwiema postawami. Problemy dotyczące przywiązania czy wzorce relacji są często przekazywane transpokoleniowo, dopóki ktoś nie przerwie łańcucha. Może się to odbijać zarówno na naszym komforcie życia w bliskiej relacji, jak i na zdolności do pełnienia funkcji rodzica. W tej drugiej roli dorosły, któremu brakowało bezpiecznego przywiązania w dzieciństwie, może być pozbawiony zdolności tworzenia silnej więzi z własnym dzieckiem oraz wysyłania sygnałów przywiązania, koniecznych do zdrowego rozwoju emocjonalnego dziecka, predestynując je tym samym do doznawania trudności interpersonalnych przez całe życie.

 

Ważną okolicznością, z której trzeba sobie zdawać sprawę, jest to, że nawet rodzice wykazujący się jak najlepszymi intencjami mogą powodować znaczne cierpienie emocjonalne i psychiczne u swoich dzieci, ponieważ ograniczony stopień rozwoju mózgu małego dziecka i jego całkowite uzależnienie od rodzica wielokrotnie narażają je na ryzyko doznania urazu. Jaźń nie rozwija się w próżni; jest współtworzona. Podobnie jest z traumą interpersonalną. Pojawia się w kontekście relacji, a nierozwiązane pozostałości po niej mają tendencję do odnawiania się w kolejnych związkach. To znaczy, że dziecięca trauma interpersonalna często wynurza się na powierzchnię w dorosłych relacjach.

Jeżeli wnosimy do dorosłości coś, co można by nazwać nieuleczonymi doświadczeniami z dzieciństwa, konieczna do ustabilizowania naszego wnętrza naprawa musi nastąpić po fakcie. W innym razie nasze dzisiejsze zachowania mogą podlegać nieświadomemu sterowaniu przez dawne przeżycia. Na dokonanie takiego uleczenia pozwalają między innymi terapia indywidualna, programy 12 kroków i terapia grupowa. W mojej ocenie szczególnie użyteczne są techniki psychodramy. Wejście na moment w rolę zdezorientowanego, obolałego czy nawet rozradowanego dziecka pozwala udzielić głosu naszemu wewnętrznemu dziecku z jednoczesną oceną sytuacji dorosłymi oczami. Dorosły widzi w skonkretyzowanej postaci to, co dziecko stara się powiedzieć, zrobić czy uzyskać. Wraz ze słowami pojawia się też język ciała, tak jak u Gerry’ego, który snuł opowieść swojego dziecka mową i gestami. Dzięki temu przeszłość może zostać ponownie doświadczona, poprawiona i zreinterpretowana w świetle teraźniejszości. Dziecko wewnętrzne ma w końcu możliwość uwolnić się od przeszłości i odprężyć.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?