Znajdź spokój wewnętrznyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Moja historia

Jestem dorosłym dzieckiem alkoholika (DDA), które w wieku 23 lat zakochało się w innym DDA. Do 1980 roku nie mieliśmy pojęcia, że dorastanie w domu alkoholika może ukształtować i ukierunkować sposób prowadzenia przez nas relacji w życiu dorosłym. Uważaliśmy, że to, co wydarzyło się w przeszłości, jest w niej hermetycznie zamknięte. Okazało się jednak, że nie ma nic dalszego od prawdy. To właśnie te wczesne doświadczenia formują matrycę neuronalną, według której działamy przez resztę życia.

Zakochanie się w moim mężu przyszło mi bardzo łatwo. Nie wiem, czy zabrało więcej niż sześć sekund. Żyć długo i szczęśliwie – to było jedno z najtrudniejszych przedsięwzięć, jakiego się kiedykolwiek podjęłam, i jedna z najlepszych rzeczy, na jakie kiedykolwiek się porwałam. Bliskość z towarzyszącymi jej uczuciami bezbronności i zależności wyciągnęła na powierzchnię wszystkie moje lęki, niezagojone rany oraz rozpaczliwą nadzieję, którą w sobie nosiłam.

Razem z mężem dorastaliśmy w latach 50., gdy emocje odczuwało się mniej więcej co trzy miesiące, a mówiło o nich nieco rzadziej. Wolno się było sporadycznie wypłakać czy odbyć rozmowę „od serca”, ale zasadniczo karmiliśmy się treściwą dietą rozsądku i powinności. Nie mam nic przeciwko rozsądkowi i powinnościom, ale ta formuła sprawdza się tylko wtedy, gdy wszystko układa się jak należy. Jeżeli zaś ktoś potrzebował na przykład rozplątać supły traumy interpersonalnej czy nałogu – cóż, nie istniało emocjonalne słownictwo, które pozwalało odnieść się do takich spraw. Ludzi, którzy chodzili po poradę do (ciii) psychiatry, uważało się za (ciii)… trochę… pomylonych. Ktokolwiek nie wpasowywał się w sztancę, był określany protekcjonalnym epitetem „inny”.

W momencie ślubu byliśmy parą idealistycznych poranionych ludzi poszukujących przyszłości. Wiele podjętych przez nas decyzji co do wspólnego życia wynikało z naszej przemożnej potrzeby, by odzyskać dobre samopoczucie. Rzuciliśmy się sobie w ramiona jako sterani życiem dwudziestotrzy-, dwudziestoczterolatkowie. Oboje byliśmy świadkami, jak rozpadały się małżeństwa naszych rodziców, jak nasi ukochani rodzice zagłębiali się powoli w koszmarze alkoholizmu, a nasze szczęśliwe ongiś rodziny zapadały się od środka. Rodzina Brandta należała pod wieloma względami do bardzo eksponowanych. Publiczny rozpad małżeństwa rodziców bywa nieznośnym doświadczeniem, zwłaszcza jeśli uprzednio wszyscy zazdrościli ci rodziny. Z kolei moja rodzina zajmowała dość znaczącą pozycję w amerykańskiej społeczności greckiego pochodzenia – z nawiązką zrealizowała amerykański sen. Z czasem mama zawarła drugie małżeństwo, wychodząc za mojego ojczyma, również pochodzącego z szanowanej familii z Minneapolis i również zmagającego się z dziedzictwem rodzinnego nałogu. Na szczęście mama i Walt byli nastawieni na leczenie i (przez większość czasu) nie żyli w wyparciu. Nikt z nas tak naprawdę nie wiedział jednak, co robić z traumą interpersonalną, która zewsząd nas otaczała. Nie było dla niej wtedy nazwy, a tym bardziej powiązanego z nią słownictwa, za pośrednictwem którego można by do niej dotrzeć. Obie nasze rodziny były pełne fantastycznych, inteligentnych, serdecznych, wesołych i spełnionych ludzi. Niczego tu nie brakowało; przeciwnie, na każdym kroku widać było obfitość. Byliśmy bardzo uprzywilejowani. Ale nawet uprzywilejowane i mądre rodziny zatracają się, jeśli doświadczają zbyt dużego naporu problemów emocjonalnych. Wydaje się, że w przypadku naszych rodzin u źródeł traumy interpersonalnej leżał alkoholizm. A może pierwsza była nieleczona trauma interpersonalna i to ona doprowadziła do korzystania z alkoholu w celu dławienia bólu emocjonalnego?

Moja droga jako DDA rozpoczęła się od książki Verna Johnsona I’ll Quit Tomorrow (Jutro rzucam). Byłam wtedy z mężem u jego matki w jej przepięknym nowojorskim apartamencie na Piątej Alei. Przebywaliśmy tam z naszą córeczką Mariną, która miała zaledwie kilka miesięcy. Nagle zdałam sobie sprawę, że choć sądziłam, iż wymknęłam się nałogowi, to tak naprawdę wylądowałam tylko w samym środku innego rodzinnego systemu alkoholowego. Oczywiście wiedziałam o tym od początku – ale to ignorowałam. W rzeczywistości ten układ był wygodny. Świetnie rozumieliśmy się z mężem. Tak czy inaczej, tego wieczoru, gdy uświadomiłam sobie, że zewsząd otacza nas alkoholizm, mimo iż rzekomo przed nim uciekliśmy (to znaczy nie pijemy), zabrałam Marinę, wsiadłam do autobusu do Honesdale w Pensylwanii, gdzie mieszkaliśmy wtedy na stałe, wróciłam w śnieżnej zamieci do domu i poszłam spać. Następnego dnia otworzyłam nieprzeczytaną książkę, która stała u nas na półce od kilku miesięcy i była prawdopodobnie prezentem od mojej matki, wówczas orędowniczki walki z alkoholizmem, lub Wheelock Whitney, przyjaciółki rodziny i fundatorki Johnson Institute.

W 1977 roku nie istniał termin „dorosłe dzieci alkoholików”. W publicznym obiegu nie było też pojęcia współuzależnienia. Jednak każde słowo tej książki trafiało wprost do mego serca. Autor opisywał podstępnie sączące się wyparcie, które stanowi element patologicznego uzależnienia; reinterpretowanie rzeczywistości – nie tak, żeby była prawdziwa, ale by stała się mniej groźna; te przeinaczenia i myślowe wykręty, które cechują alkoholika i otaczających go członków rodziny. W ciągu półtora dnia przeczytałam ją dwa razy. Każdy, kto zajmował się kiedykolwiek dzieckiem, wie, jak to musiało być trudne. Czytałam podczas drzemek Mariny; nocą, gdy sama byłam wyczerpana i łaknęłam snu; w skradzionych chwilach, kiedy córeczka zajmowała się czymś przez pięć czy dziesięć minut. Po przeczytaniu całej książki wiedziałam, że mam poważny problem. Nie piję, więc nie chodziło o nałóg. Ale występowały u mnie pozostałe cechy uzależnienia: „wypaczone myślenie”, przeładowane wygodnymi racjonalizacjami, przeinaczeniami i negowaniem rzeczywistości, przez co człowiek czuje, że albo sam zwariował, albo zwariowali wszyscy inni; uparte i ciągłe powtarzanie tych samych dysfunkcyjnych wzorców interakcji – w kółko, raz po raz, raz po raz. Jedynym, co się do mnie nie stosowało, był alkohol. Natomiast cała reszta we mnie tkwiła, wchłaniana dzień po dniu w okresie, gdy otaczali mnie ludzie negujący rzeczywistość wokół siebie, negujący ją z najlepszymi intencjami, bo po prostu w latach 50. oczekiwało się, że właśnie tak ludzie będą postępować z problemami. Skryją twarz pod maską uśmiechu. Zepną się w sobie.

Nie dysponowaliśmy w naszej rodzinie słownictwem, za pomocą którego można by się odnosić do doświadczanych strat, ciążącego bólu i niepewności. Zachowywaliśmy się więc tak samo, jak zachowuje się każdy, kto odwiedza kraj, nie znając miejscowego języka. Uważnie przyglądaliśmy się swoim twarzom w poszukiwaniu informacji, wskazówek, co się dzieje. Na głos odzywaliśmy się tylko krótkimi frazami, a korzystaliśmy z języka gestów. Wykształciliśmy w sobie anteny do czytania ludzi bez słów. Kiedy zaś narastała w nas frustracja, a nie mieliśmy słów, które pozwoliłby nadać cywilizowaną formę temu, co się wewnątrz nas działo, wybuchaliśmy po prostu jak hydrant pod zbyt wielkim ciśnieniem albo całkowicie zakręcaliśmy dopływ wody. Znikaliśmy.

Coraz oczywistsze stawało się dla mnie, że oboje z mężem mieliśmy problem. Mimo że nie było takich pojęć jak DDA, istniał termin co-addict (dosł. współuzależniony). Uznałam, że na pewno zaliczam się do takich osób, a prawdopodobnie zalicza się do nich również mąż. Intymność i intensywność małżeństwa i rodzicielstwa odnawiały w nas nieuleczony ból rodzinny. Po przeczytaniu listy 12 kroków w książce Verna Johnsona postanowiłam, że zacznę od pierwszego i zobaczę, co zdołam zrobić. Byłam bezsilna nie tyle wobec alkoholu, ile wobec piętna, jakie współżycie z nałogiem odcisnęło na moim sercu i umyśle. O ile mogłam stwierdzić, mąż też był bezsilny wobec podobnego wpływu na siebie.

Kiedy w książce Janet Woititz Dorosłe dzieci alkoholików pojawiło się pojęcie DDA, znakomicie rozumiałam, o czym autorka pisze. Uczestnicząc w pierwszej konferencji DDA, miałam już misję: rozpocząć proces zwany uleczeniem i przekonać się, czy zdołam odkryć, co się u mnie stało i w jaki sposób mogę „przerwać łańcuch”, jak wtedy to określaliśmy – zadbać o to, by moje dzieci otrzymały ode mnie jak najmniej nieukojonego bólu. To było trudne zadanie; uczyliśmy się wszystkiego na bieżąco. Dziś mam dużo jaśniejszy obraz tego, na czym polega zdrowienie, i mogę poprzeć twardymi naukowymi dowodami to, czego chwytaliśmy się wtedy na zasadzie prób i błędów.

Razem z Brandtem na wyczucie dobieraliśmy rozwiązania, które miały nam pomóc w zaspakajaniu różnych palących potrzeb osobistych. Spędziliśmy pięć lat we wspólnocie duchowej, gdzie studiowaliśmy filozofię dalekowschodnią, jogę i medytację. Było to niezwykle odradzające doświadczenie dla ciała oraz umysłu i pod wieloma względami przywróciło wszystkim uczestnikom tej społeczności równowagę. Pogłębiło również wewnętrzne uduchowienie każdego z nas, co okazało się ogromnie korzystne. Nieustannie niepokoiła mnie jednak narastająca świadomość, że pomimo gorliwego medytowania, wykonywania intensywnych ćwiczeń jogicznych i przywiązywania maksymalnej wagi do odpowiedniego żywienia, wciąż nie potrafiliśmy wydobyć się ze swojej przeszłości. Choć codziennie wszyscy staraliśmy się oczyszczać i wysubtelniać swoją osobowość, nieuleczone pozostałości bólu, które bardziej lub mniej świadomie motywowały wielu spośród nas do znalezienia się we wspólnocie, nadal blokowały nam możliwość osiągnięcia prawdziwego spokoju wewnętrznego. Było to ewidentne.

Kolejnym odkryciem moim i Brandta była terapia DDA. Zrealizowaliśmy wszystkie programy dla współuzależnionych, na jakie tylko mogliśmy trafić. Wyszukiwaliśmy terapeutów, zajęcia psychodramy, programy 12 kroków i wszystko to włączaliśmy do swojego życia. Odważnie ruszyliśmy na spotkanie z nieuleczonym bólem, który każde z nas nosiło w sobie z powodu przeszłości. Na pewien czas grunt usunął nam się spod nóg. Nie wiedzieliśmy, kim jesteśmy ani kim możemy się stać. Niósł nas jednak entuzjazm i nadzieja rozwoju oraz podchodzenie z oddaniem do naszych dzieci i siebie nawzajem. Szczęśliwie przebrnęliśmy razem na drugi brzeg, choć nie było łatwo.

 

Innym ważnym aspektem mojego uzdrowienia było odnowienie kontaktu z wyjątkowymi darami i dobrami pochodzącymi z mojego dzieciństwa. Nie musiałam długo ich szukać. Bardzo dużo zawdzięczam rodzinie, z której pochodzę – licznej, greckiej rodzinie z dziadkami, wujkami, ciotkami i kuzynostwem – oraz mojej greckiej parafii. Nie istnieje zdrowszy neurologicznie sposób wychowywania dzieci niż grecki, według którego i ja byłam kształtowana. To budowanie odporności życiowej in situ. Wywabiamy dzieci w świat przytulaniem, pocałunkami i słodkimi zachętami. Funkcjonowaliśmy zgodnie z grecką tradycją, w której dominuje rodzinocentryczność oraz dopuszczanie każdego do głosu pod warunkiem zachowania szacunku dla starszych. W greckich rodzinach dzieci są wysoko cenione, wszędzie zabierane z rodzicami i od początku traktowane poważnie jak mali duzi ludzie. Bez ustanku i o wszystkim mówimy; milczenie zdecydowanie nie jest złotem w pojęciu przeciętnego Greka. Więzi rodzinne są u nas silne, co zawsze dawało mi cudowne poczucie zakorzenienia. Oczywiście w związku z tym jeszcze większego szoku i cierpienia dostarczało testowanie wytrzymałości tych więzi, szarpanie ich i w końcu zerwanie, ale w przetrwaniu tego pomagało filozoficzne i duchowe podłoże naszej kultury wraz z otaczającym mnie poczuciem wspólnotowości. Zawsze istniała zabezpieczająca siatka dalszej rodziny oraz grupy parafialnej, do której można się było zwrócić. Nigdy nie pozostawałam zdana na samą siebie.

Grecy mają fundamentalny szacunek dla życia i zmysł jego celebracji. Każdy Grek uważa się za Platona czy Arystotelesa. Mamy głębokie poczucie sensu w życiu – w zasadzie we wszystkim – i wszędzie doszukujemy się ukrytych znaczeń. Grecy skłaniają się ku duchowości; nasza kultura jest spleciona z religią. Gdy dysponuje się tego typu oparciem, łatwiej radzić sobie z życiem. Trauma interpersonalna odebrała mi możliwość dostępu do tych darów, odczuwania ich i upajania się nimi. Uzdrowienie zaś to wszystko mi przywróciło.


Rzecz jasna idea poszukiwania równowagi życiowej nie jest niczym nowym. Starożytni Grecy mierzyli się z tego rodzaju podstawowymi problemami w swej mitologii, filozofii i teatrze. O drodze środka mówią też filozofie dalekowschodnie. Poszukiwanie stabilności i równowagi było celem każdego społeczeństwa, które dążyło do ideału zdrowego lub oświeconego życia. Mieszkając w Ameryce, jesteśmy szczęściarzami, bo dzięki edukacji, wolnemu czasowi i poczuciu bezpieczeństwa możemy oddawać się rozważaniom nad zagadnieniami, które od wieków zajmowały ludzkość. Trzeźwość emocjonalna stanowi nowoczesne ujęcie pradawnego problemu.

Widzimy, jak starania o znalezienie drogi środka krystalizują się w micie o Ikarze. Dedal zbudował dla króla Minosa znany z greckich podań labirynt. Po ukończeniu tego dzieła popadł jednak w niełaskę monarchy i wraz ze swym ukochanym synem Ikarem został uwięziony w wieży. Zdesperowany, obmyślił plan wspólnej ucieczki. Morza strzegli pilnie żołdacy króla, Dedal uznał więc, że jeśli mają z Ikarem kiedykolwiek powrócić do domu, muszą przyprawić sobie skrzydła i wzbić się w powietrze. Powiązał pióra nićmi i sznurem, a następnie zlepił je woskiem. Gdy skrzydła były gotowe, Dedal przymocował je synowi i sobie samemu do ramion, po czym stanęli obaj nad urwiskiem, by wyfrunąć na wolność. Będąc dojrzałym człowiekiem, Dedal niepokoił się, czy jego dorastający syn nie podda się odurzającemu czarowi latania. Nie miał jednak innego wyboru niż pozwolić mu lecieć o własnych siłach, w przeciwnym razie nigdy nie wydostaliby się z więzienia. W zwięzłej instrukcji ojciec próbował zawrzeć dla syna naukę, której przyswojenie może trwać całe życie.

– Synu mój, Ikarze – powiedział – rozkazuję ci pozostawać podczas lotu na średniej wysokości, jeżeli bowiem będziesz leciał zbyt nisko, wilgotne powietrze przeciąży skrzydła, a jeżeli wzlecisz zbyt wysoko, roztopi je gorące słońce. Podążaj blisko przy mnie, a będziesz bezpieczny.

Gdy udzielał synowi tych poleceń i przypinał skrzydła do ramion, po twarzy spływały mu łzy i drżały mu dłonie. Ucałował chłopca […]. Następnie wzniósł się na swych skrzydłach i poszybował, zachęcając Ikara, by szedł w jego ślady. Wciąż oglądał się też za siebie, by baczyć, jak młodzieniec radzi sobie ze skrzydłami. Gdy tak lecieli, oracz przerwał pracę i wysoko zadarł głowę, pasterz oparł się na kosturze i zapatrzył w niebo – obaj zdumieni niezwykłym zjawiskiem, pewni, że widzą, jak w powietrzu suną bogowie (Bulfinch, 2000).

Ikar wyrwał się wraz z ojcem z więziennej wieży, nie zdołał jednak opanować rosnącego entuzjazmu, mimo że ryzykował życiem. Odurzony nagłym darem lotu zaczął coraz wyżej i wyżej wzbijać się ku niebu, niepomny, że słońce coraz silniej opromienia go gorącym blaskiem. Wosk na jego skrzydłach zaczął się topić i pióra obwisły. Ikar szaleńczo machał ramionami, żeby nie przerywać lotu, ale nie był w stanie utrzymywać się w powietrzu i zaczął bezwładnie pikować ku morzu. Pióra nasiąkały od piany i rozbryzgów morskich fal. Chłopiec próbował krzyczeć, jego głos był jednak za słaby, by przedrzeć się przez wichry. Ojciec nawoływał go po imieniu: „Ikarze, Ikarze, gdzie jesteś?”. W końcu zobaczył unoszące się na falach pióra, dryfujące na lustrze wody. Ikar utonął.

Jego lot symbolizuje życie przepełnione ekstremalnymi emocjami. Sztuka życia polega bodaj na tym, aby nauczyć się zarówno rozpościerać skrzydła, jak i wyznaczać sobie rozsądną, odpowiednią dla siebie trasę. Bez zaryzykowania lotu do niczego nie dojdziemy, jednak bez świadomości, czym jest umiarkowanie, zignorujemy swój własny cień. Zlatywanie z podniebnych wyżyn w depresje czarnej rozpaczy nie zostawia nam miejsca na integrowanie aspektów jednych i drugich doświadczeń, na znajdowanie stanu pośredniego, w którym możemy być w pełni sobą, w którym możemy być ludźmi scalonymi z wielu elementów, mającymi wiele stron – jasnych i ciemnych – i w którym możemy wciąż pozostawać w locie.

Podobnie jak Ikar musimy nauczyć się szybować na średnich wysokościach. Wyzwaniem stawianym przez trzeźwość emocjonalną jest dążenie do umiarkowania i szacunek dla niego, docenianie takiego lotu, który pozwala nam objąć wzrokiem wszystkie strony, zmierzać trasą przynoszącą owoce i adekwatnie reagować na żywioły, zamiast im nieopatrznie ulegać. Lot Ikara ilustruje niebezpieczeństwa, które biorą się z wpadania z jednej skrajności w drugą, oraz zalety życia w równowadze. Prawdopodobnie właśnie to miał na myśli Ajschylos, mówiąc: „Wszystko w miarę”. Właśnie to jest trzeźwość emocjonalna.

Rozdział 1

Rozdział 1


Czym jest trzeźwość emocjonalna?

Co ciekawe, jeszcze kilkadziesiąt lat temu emocje rzadko stawały się przedmiotem badań. Byliśmy wyznawcami racjonalności. Żyliśmy tak, jakby emocje były tylko pobocznymi efektami, które pojawiają się, gdy słuchamy sentymentalnych piosenek albo przy wyjątkowych okazjach, takich jak spacery brzegiem morza, uroczyste wręczanie dyplomu czy wesele. Wyobrażaliśmy sobie, że prym w życiu wiodą myśli, a emocje posłusznie za nimi drepczą.

Stosunkowo niedawne odkrycia neurobiologiczne wskazują jednak, że jest odwrotnie. Okazuje się, że emocje wywierają większy wpływ na myślenie, niż ono na nie. Emocjonalna część mózgu wysyła więcej sygnałów do myślącej części mózgu niż na odwrót (Damasio, 1999). Innymi słowy, kiedy wymykają się nam spod kontroli emocje, podobnie dzieje się z myśleniem, a kiedy nie potrafimy doprowadzić swoich uczuć i myśli do równowagi, podobnie rozchwiane jest całe nasze życie i związki z ludźmi.

Trzeźwość emocjonalna obejmuje umiejętność zrównoważonego, dojrzałego życia. Oznacza, że nauczyliśmy się zachowywać swoje emocje, myśli i czyny w stosunkowo zrównoważonym stanie. Nasze myśli, uczucia i zachowania są rozsądnie spójne, my zaś nie ulegamy dyktatowi jakiejś cząstki siebie ani nie jesteśmy przez nią zniewoleni. Nie żyjemy tylko głową, nie miotają nami emocje, a nasze działania nie są nadmiernie kierowane przez nieświadome czy kompulsywne zachowania. Funkcjonujemy stosunkowo gładko i cieszymy się doświadczeniem życiowym, które jest mniej więcej zrównoważone oraz nastawione na teraźniejszość. Nie jesteśmy „odklejeni” od rzeczywistości, a kiedy się nam to zdarza – co przytrafia się (i zapewne powinno się przytrafiać) wszystkim – potrafimy się ponownie ogarnąć.

Najpierw były uczucia

W toku ewolucji człowieka emocje pojawiły się na długo przed myśleniem. Układ limbiczny rozwinął się całe eony przed korą przedczołową, czyli myślącą częścią mózgu.

Emocje mają wartość adaptacyjną, przekazują nam najróżniejsze ważne wiadomości. Mówią nam, co się dla nas liczy i jak dużo uwagi mamy temu poświęcić. Na Madison Avenue wiedziano o tym od bardzo dawna. Reklamy starają się docierać do nas na poziomie doznań. Doświadczane przez nas uczucia motywują i kształtują wiele podejmowanych decyzji.

Darwin uznał, że nasz układ emocjonalny dlatego został w znacznym stopniu zachowany w toku ewolucji, iż emocje mają kapitalne znaczenie dla przeżycia. W czasach jaskiniowców przetrwały te kobiety, które kochały swoje dzieci i same odczuwały strach, gdy dzieciom groziło niebezpieczeństwo. To one zapewniły przetrwanie naszemu gatunkowi; nić DNA biegnąca od nich prowadzi aż do nas.

Również w trakcie rozwoju jednostkowego uczucia poprzedzają myśli. Układ limbiczny, który zarządza emocjami, rozwija się przed myślącą częścią mózgu, czyli korą przedczołową.

Znalezienie swojego termostatu emocjonalnego

Trzeźwość emocjonalna polega na znalezieniu i zachowaniu równowagi emocjonalnej, emocjonalnego termostatu, który pozwala regulować natężenie naszych reakcji emocjonalnych stosownie do okoliczności życia. Trzeźwość emocjonalna zawiera się w naszej zdolności autoregulacji, wprowadzania się w stan równowagi i utrzymywania go.

Jak jednak doprowadzić do takiego zrównoważonego życia? Czy można się tego nauczyć? Czy możemy nabyć odpowiednich umiejętności autoregulacyjnych w wieku dorosłym, jeżeli nie opanowaliśmy ich w dzieciństwie? I w ogóle jak traci się równowagę i ją odzyskuje?

Nauka jest dziś w stanie szczegółowo i wyczerpująco opisać, co dzieje się w organizmie, gdy doznajemy emocji, a idąc krok dalej, również to, jak nasze ciało współpracuje z psychiką w doświadczaniu, przetwarzaniu i budowaniu naszego świata emocjonalnego. W pewnym stopniu nauka opisuje także, co dzieje się z nami w sensie fizycznym i emocjonalnym, kiedy tracimy wewnętrzną równowagę.

Emocje rozgrywają się zarówno w umyśle, jak i w ciele. Kiedy na przykład ogarnia nas strach, napinamy się. Któż z nas tego nie doświadcza? Może na przykład jesteśmy w czwartej klasie i nauczyciel zadaje nam pytanie, a my nie pamiętamy odpowiedzi. Czujemy przypływ paniki, dłonie się pocą, serce wali jak szalone, sztywniejemy i stoimy w pełnym napięciu. Krew uchodzi z głowy i spływa prosto do mięśni. Wydaje się nam, że nasz mózg się wyłączył; za nic nie możemy sobie przypomnieć odpowiedzi, mimo że ją znamy. W sytuacji strachu kora mózgowa, myśląca część mózgu, może się niejako zawiesić. Natomiast emocjonalny układ limbiczny działa dalej.

Jeżeli stresor jest przejściowy, takie psycho-fizjologiczne zakleszczenie nie ma większego znaczenia. Bierzemy kilka głębokich oddechów, odprężamy się i odzyskujemy równowagę. Jeżeli jednak stres jest przewlekły, może rozchwiać nasze wewnętrzne regulatory. Możemy zaciąć się w trybie gotowości stresowej. Układ nerwowy zostaje tak przestrojony, że reaguje albo nadmiarowo, albo niedostatecznie. Przeskakuje z poziomu natężenia jeden na dziesięć albo z dziesięć na jeden. Żyjemy skrajnościami zamiast w okolicy czterech, pięciu czy sześciu. Trzeźwość emocjonalna polega na nauczeniu się, jak żyć pośrodku.