Piąty elefantTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

FIFTH ELEPHANT

Copyright © Terry Pratchett 1999

This edition is published by arrangement

with Transworld Publishers,

a division of The Random House Group Ltd.

All rights reserved

Projekt graficzny serii:

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

Copyright © Josh Kirby via Agentur Schlück GmbH

Redakcja

Łucja Grudzińska

Redakcja techniczna

Elżbieta Urbańska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-674-9

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Tego samego autora polecamy:

KOLOR MAGII

BLASK FANTASTYCZNY

RÓWNOUMAGICZNIENIE

MORT

CZARODZICIELSTWO

ERYK

TRZY WIEDŹMY

PIRAMIDY

STRAŻ! STRAŻ!

RUCHOME OBRAZKI

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II i III

KOSIARZ

WYPRAWA CZAROWNIC

POMNIEJSZE BÓSTWA

PANOWIE I DAMY

ZBROJNI

MUZYKA DUSZY

CIEKAWE CZASY

MASKARADA

OSTATNI BOHATER

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

NA GLINIANYCH NOGACH

WIEDŹMIKOŁAJ

WOLNI CIUTLUDZIE

BOGOWIE, HONOR, ANKH-MORPORK

OSTATNI KONTYNENT

CARPE JUGULUM

PIĄTY ELEFANT

PRAWDA

ZŁODZIEJ CZASU

ZIMISTRZ

STRAŻ NOCNA

POTWORNY REGIMENT

PIEKŁO POCZTOWE

ŁUPS!

ŚWIAT FINANSJERY

HUMOR I MĄDROŚĆ ŚWIATA DYSKU

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

NIUCH


*1*

Mówią, że świat jest płaski i spoczywa na grzbietach czterech słoni, które z kolei stoją na skorupie gigantycznego żółwia.

Mówią, że słonie – jako że są tak ogromnymi bestiami – mają kości ze skały i żelaza, a nerwy ze złota, bo lepiej przewodzi na wielkie dystanse1.

Mówią, że piąty słoń, rycząc i trąbiąc, nadleciał przez atmosferę młodego świata wiele lat temu i uderzył o grunt z taką mocą, że rozbił kontynenty i wyniósł łańcuchy gór.

Nikt właściwie nie widział jego lądowania, co prowadzi do interesującego problemu filozoficznego: kiedy ważący mnóstwo ton rozwścieczony słoń pędzi po niebie, ale nie ma nikogo, kto by go słyszał, to czy – w sensie filozoficznym – robi hałas?

I jeśli nie było nikogo, kto by widział, jak uderza o grunt, to czy naprawdę uderzył?

Inaczej mówiąc, czy nie jest to zwykła bajka dla dzieci, mająca wyjaśnić pewne interesujące zjawiska naturalne?

Co do krasnoludów, które opowiadają tę legendę i kopią o wiele głębiej niż inni, one twierdzą, że jest w tym ziarno prawdy.


W czysty dzień z wysokich punktów obserwacyjnych w Ramtopach można spojrzeć bardzo daleko na równiny. Latem można policzyć kolumny kurzu, kiedy wołowe zaprzęgi suną ze swą maksymalną prędkością dwóch mil na godzinę, a każda para ciągnie za sobą wóz z przyczepą, po cztery tony ładunku. Długo trwało, nim wszystkie te wozy tu dotarły, ale kiedy już dotarły, było ich bardzo wiele. Do miast znad Morza Okrągłego wiozły surowce, a czasem ludzi, którzy wyruszali szukać szczęścia i garści diamentów.

W góry wracały gotowe wyroby, rzadkie obiekty z krain za oceanami oraz ludzie, którzy znaleźli mądrość i parę blizn.

Zwykle kolejne konwoje dzielił od siebie dzień drogi. Zmieniały krajobraz w rozwinięty wehikuł czasu – przy dobrej pogodzie człowiek mógł zobaczyć zeszły wtorek.

Heliografy mrugały w oddali – to kolumny wozów przesyłały sobie nawzajem wiadomości o aktywności bandytów, ładunku i najlepszym miejscu, gdzie można dostać dwa jajka, potrójne frytki i stek, który ze wszystkich stron zwisa z brzegów talerza.

Wielu ludzi podróżowało tymi wozami. Był to środek lokomocji tani, wygodniejszy niż droga piechotą, no i w końcu docierało się na miejsce.

Niektórzy podróżowali za darmo.

Jeden woźnica miał problemy ze swoim zaprzęgiem. Zwierzęta były nerwowe. Nie dziwiłoby to w górach, gdzie bardzo wiele dzikich stworzeń mogłoby uznać wołu za wędrowny posiłek, ale tutaj nie było nic groźniejszego od kapusty.

Za plecami woźnicy, pomiędzy stosami desek, coś spało.


W Ankh-Morpork był to kolejny zwyczajny dzień...

Sierżant Colon balansował na chwiejnej drabinie na końcu Mosiężnego Mostu, jednej z najbardziej ruchliwych arterii miasta. Jedną ręką trzymał się wysokiego słupa z umocowaną na górze skrzyneczką, drugą podsuwał domowej roboty album do szczeliny w przedniej ściance.

– A tu jest inny typ wozu – powiedział. – Zrozumiałeś?

– ...k – odpowiedział cichutki głosik z wnętrza.

– To dobrze – mruknął sierżant Colon, wyraźnie zadowolony.

Schował album i wskazał most.

– Widzisz te dwa białe znaki namalowane na bruku?

– ...k.

– I oznaczają...?

– Jeśli-wóz-jedzie-między-nimi-mniej-niż-minutę-to-za szybko – powtórzył głosik wcześniejsze instrukcje.

– Dobrze. A wtedy ty...

– Maluję-ob-razek.

– Uważając, żeby było widać...

– Twarz-woźnicy-albo-tablice-wozu.

– A nocą...

– Użyć-salamandry-żeby-było-wyraźne.

– Bardzo dobrze, Rodney. Ktoś z nas zjawi się tu raz dziennie i odbierze obrazki. Masz wszystko, co potrzebne?

– ...k.

– Co to takiego, sierżancie?

Colon spojrzał w dół na bardzo dużą, brązową i skierowaną ku górze twarz. Uśmiechnął się.

– Witaj, Cał – powiedział, schodząc z godnością po drabinie. – To, na co pan teraz patrzy, panie Jolson, to element nowoczesnego projektu „Straż w nowym milenienienum... nium”.

– Nie jest specjalnie straszne – zauważył Cał Jolson, przyglądając się krytycznie. – Widywałem straszniejsze.

– Straż jak w „Straż Miejska”, Cał.

– Aha, rozumiem.

– Niech ktokolwiek spróbuje tu jechać za szybko, a lord Vetinari obejrzy sobie rano jego obrazek. Ikonografy nie kłamią, Cał.

– Zgadza się, Fred. Bo są na to za głupie.

– Jego wysokość miał dosyć wozów pędzących po moście, rozumiesz, i prosił nas, żeby jakoś to rozwiązać. Jestem teraz Szefem Ruchu, Cał.

– To dobrze, Fred?

– No pewno! – zapewnił z satysfakcją sierżant Colon. – Do mnie należy ochrona tych, no... arterii miasta przed zablokowaniem, co doprowadziłoby do całkowitego załamania handlu i ruiny dla nas wszystkich. To najważniejsze z możliwych zadań, można powiedzieć.

– I tylko ty musisz je wykonywać?

– No, głównie. Głównie ja. Kapral Nobbs i inni chłopcy pomagają, oczywiście.

Cał Jolson podrapał się w nos.

– Bo ja właśnie chciałem z tobą pogadać na podobny temat, Fred.

– Nie ma problemu.

– Coś bardzo dziwnego pojawiło się przed moją restauracją, Fred.

Colon podążył za potężnym mężczyzną za róg. Zwykle lubił towarzystwo Cała, ponieważ przy nim wydawał się całkiem szczupły. Cał Jolson był człowiekiem, który figurował w dowolnym atlasie jako zmieniający orbity niewielkich planet. Kamienie bruku pękały pod jego stopami. W jednym ciele łączył – a było tam dość miejsca – najlepszego kucharza w Ankh-Morpork z najbardziej łakomym konsumentem, co stanowiło kombinację doprawdy stworzoną w niebie ziemniaczanego purée. Colon nie pamiętał nawet, jak Jolson ma na imię. Przydomek zyskał przez aklamację, ponieważ nikt, kto widział go na ulicy, nie mógł uwierzyć, że cały ten obiekt jest Jolsonem.

Na Broad-Wayu stał duży wóz. Inne wycofywały się i próbowały jakoś go ominąć.

– Koło obiadu przyszła dostawa mięsa, a kiedy woźnica wyszedł...

Cał Jolson wskazał sporą trójkątną konstrukcję zamontowaną na jednym z kół. Była wykonana z dębu i żelaza oraz pochlapana żółtą farbą.

Fred postukał w nią ostrożnie.

– Widzę, na czym polega kłopot – stwierdził. – Jak długo ten woźnica był u ciebie?

– Wiesz, dałem mu obiad...

– A twoje obiady są doskonałe, Cał, zawsze to powtarzam. Co miałeś na dzisiaj?

– Bitki w sosie śmietanowym, z opadkiem, a na deser bezowy tort „Czarna śmierć”.

Przez chwilę panowało milczenie, gdy obaj wyobrażali sobie cały posiłek. Fred Colon westchnął cicho.

– Opadek polany masełkiem?

– Nie chciałbyś mnie chyba obrazić, sugerując, że zapomniałem o masełku, prawda?

– Człowiek wiele czasu może spędzić, rozkoszując się takim obiadem – uznał Fred. – Tylko że widzisz, Cał, Patrycjusz bardzo nie lubi, kiedy wozy parkują na ulicy dłużej niż dziesięć minut. Uważa, że to coś w rodzaju przestępstwa.

– Zjedzenie mojego obiadu w dziesięć minut to nie jest przestępstwo, Fred, to tragedia – odparł Cał. – Tu jest napisane „Straż Miejska – usunięcie 15 $”, Fred. To mój dochód za kilka dni, Fred.

 

– Chodzi o to – tłumaczył Fred Colon – że to masa papierów, rozumiesz? Nie mogę tak sobie tego odwołać, chociaż chciałbym. W komendzie na biurku mam wszystkie odcinki kontrolne. Gdybym ja dowodził strażą, to oczywiście... Ale mam związane ręce, rozumiesz...

Stali w niewielkiej odległości od siebie, z rękami w kieszeniach, pozornie nie zwracając na siebie uwagi. Sierżant Colon zaczął cicho pogwizdywać.

– Wiem o tym i owym – oznajmił ostrożnie Cał. – Ludziom się wydaje, że kelnerzy nie mają uszu.

– Ja wiem bardzo dużo, Cał. – Colon zabrzęczał monetami w kieszeni.

Obaj przez chwilę wpatrywali się w niebo.

– Może zostało mi z wczoraj trochę lodów miodowych...

Sierżant Colon spojrzał na wóz.

– Coś podobnego, panie Jolson! – zawołał tonem absolutnego zdumienia. – Jakiś wyjątkowy tępak założył klamrę na pańskie koło! Zaraz się tym zajmiemy.

Wyjął zza pasa dwie okrągłe łopatki pomalowane na biało, spojrzał na wieżę semaforową komendy Straży Miejskiej, wystającą ponad dachem starej fabryki lemoniady, odczekał, aż dyżurny gargulec da mu sygnał, po czym z niejaką werwą i entuzjazmem zaczął odgrywać człowieka o sztywnych rękach, grającego dwie partie tenisa stołowego równocześnie.

– Patrol zjawi się tu lada chwila... Aha, popatrz tylko...

Kawałek dalej na ulicy dwa trolle starannie zakładały blokadę na koło wozu z sianem. Po minucie czy dwóch jeden spojrzał przypadkiem na wieżę komendy, szturchnął kolegę, wyjął własne dwie łopatki i – z nieco mniejszym zapałem niż Colon – wysłał sygnał. Kiedy otrzymał odpowiedź, trolle rozejrzały się, zauważyły Colona i ruszyły w jego stronę.

– Ta-dam! – zawołał z dumą sierżant.

– Niezwykła jest ta nowa technologia – przyznał z podziwem Cał Jolson. – A przecież musieli być... ile? Ze dwadzieścia, trzydzieści sążni stąd.

– Zgadza się, Cał. W dawnych czasach musiałbym gwizdać. A teraz zjawią się tutaj, wiedząc już, że to ja ich wzywam.

– Inaczej musieliby spojrzeć i zobaczyć, że to ty.

– No tak... – przyznał Colon świadomy, że to, co zaszło, może nie być najjaśniejszym promieniem światła w świcie rewolucji komunikacyjnej. – Oczywiście, to by działało tak samo dobrze, gdyby byli wiele ulic stąd. Albo nawet po drugiej stronie miasta. A gdybym kazał gargulcowi, żeby, jak to określamy, „rzucił” wiadomość na „dużą” wieżę nad Tumpem, za parę minut odebraliby wszystko w Sto Lat.

– A to przecież dwadzieścia mil.

– Co najmniej.

– Niezwykłe, Fred.

– Czasy się zmieniają, Cał – stwierdził Colon, gdy trolle dotarły na miejsce. – Funkcjonariusz Czert, kto wam kazał założyć blokadę na wóz mojego przyjaciela? – zapytał groźnie.

– No bo, sierżancie, rano pan mówił, coby zaklamrować każdy...

– Ale nie ten – przerwał mu Colon. – Zdejmijcie to natychmiast i nie będziemy już wracać do tej sprawy. Jasne?

Funkcjonariusz Czert doszedł najwyraźniej do wniosku, że nie płacą mu za myślenie – i dobrze, ponieważ sierżant Colon nie uważał, by w tym zakresie była to rozsądna inwestycja.

– Jak pan tak mówi, sierżancie...

– A kiedy się tym zajmiecie, ja i Cał utniemy sobie małą pogawędkę. Prawda, Cał?

– Zgadza się, Fred.

– To znaczy, mówię „pogawędka”, ale ja będę głównie słuchał, a to z powodu tego, że będę miał pełne usta.


Śnieg zsuwał się z jodłowych gałęzi. Człowiek przecisnął się między nimi, przez chwilę stał nieruchomo, z trudem chwytając oddech, po czym szybkim truchtem ruszył przez polanę.

W dolinie rozległy się pierwsze dźwięki rogu.

Miał zatem godzinę, jeśli można im wierzyć. Może nie uda mu się dotrzeć do wieży, ale były przecież inne rozwiązania.

Miał plany. Potrafi ich przechytrzyć. Trzymać się z dala od śniegu, ile tylko można, zawracać, korzystać ze strumieni... To możliwe, to już się udawało... Był tego pewien.

Kilka mil od niego smukłe ciała zanurzyły się między drzewa. Zaczęły się łowy...


Bardzo daleko od tego miejsca, w Ankh-Morpork, paliła się Gildia Błaznów.

Co stanowiło problem, ponieważ drużyna strażacka gildii składała się głównie z klaunów.

A to z kolei stanowiło problem, ponieważ jeśli pokazać klaunowi wiadro i drabinę, możliwa jest tylko jedna reakcja. Lata szkolenia biorą górę. Coś w czerwonym nosie przemawia do niego. Nie może się powstrzymać.

Sam Vimes ze Straży Miejskiej Ankh-Morpork oparł się o mur i oglądał przedstawienie.

– Naprawdę musimy jeszcze raz złożyć u Patrycjusza wniosek o powołanie publicznej straży pożarnej – powiedział.

Po drugiej stronie ulicy klaun podniósł drabinę, odwrócił się, walnął drabiną klauna za sobą i wrzucił go do wiadra, odwrócił się znowu, żeby sprawdzić, co to za zamieszanie, i posłał swą podnoszącą się ofiarę z powrotem do wiadra, gdzie wpadła z dziwnym mlaskiem. Tłum patrzył w milczeniu – gdyby to było śmieszne, klauni by tego nie robili.

– Gildie są mocno przeciwne – odparł kapitan Marchewa Żelaznywładsson, jego zastępca. Klaunowi z drabiną wylano wodę z wiadra do spodni. – Mówią, że to by było wtargnięcie na prywatny teren.

Płomienie strzeliły z pokoju na pierwszym piętrze.

– Jeżeli pozwolimy, żeby się spaliła, będzie to poważny wstrząs dla rozrywki w tym mieście – oświadczył z przekonaniem Marchewa.

Vimes zerknął na niego z ukosa. To był prawdziwy Marchewowy komentarz. Brzmiał niewinnie jak demony, ale można było go zrozumieć całkiem inaczej...

– Rzeczywiście będzie – przyznał. – Mimo to lepiej chyba coś z tym zrobić. – Zrobił kilka kroków naprzód i uniósł dłonie do ust. – No dobra! Tu Straż Miejska! Uformować łańcuch! Brać wiadra!

– Auu... Musimy? – odezwał się któryś z gapiów.

– Owszem, musicie – zapewnił kapitan Marchewa. – Chodźcie wszyscy, jeśli ustawimy się w dwie linie, załatwimy sprawę raz-dwa. Co wy na to? Może być nawet zabawnie.

Ustawili się posłusznie, jak zauważył Vimes.

Marchewa każdego traktował tak, jakby był miłym i sympatycznym gościem. I w jakiś niewyjaśniony sposób ludzie nie mogli się oprzeć, by wykazywać mu, że się nie myli.

Ku powszechnemu rozczarowaniu ogień szybko został ugaszony – kiedy tylko rozbrojono klaunów i dobrzy ludzie odprowadzili ich na bok.

Marchewa powrócił, ocierając czoło, gdy Vimes zapalał cygaro.

– Zdaje się, że połykacz ognia miał kłopoty żołądkowe – wyjaśnił.

– Całkiem możliwe, że nigdy nam tego nie wybaczą – stwierdził Vimes, kiedy wrócili do patrolowania ulic. – No nie... Co teraz?

Marchewa spoglądał w górę, w kierunku najbliższej wieży semaforowej.

– Rozruchy przy Kablowej – poinformował. – Kod „Wszyscy funkcjonariusze”, sir.

Ruszyli biegiem. Człowiek zawsze biegł na „Wszystkich funkcjonariuszy”. Bo sam też mógł mieć kłopoty.

Kiedy zbliżali się do celu, zauważyli na ulicach więcej krasnoludów. Vimes rozpoznał charakterystyczne znaki: wszystkie krasnoludy miały skupione miny i szły w tym samym kierunku.

– Załatwione – stwierdził, kiedy skręcili za róg. – Od razu można poznać po nagłym zwiększeniu liczby podejrzanie przypadkowych przechodniów.

Cokolwiek się tutaj działo, była to sprawa poważna. Ulicę zaścielały rozmaite śmieci i całkiem sporo krasnoludów. Vimes zwolnił.

– Już trzeci raz w tym tygodniu – zauważył. – Co w nich wstąpiło?

– Trudno powiedzieć, sir – odparł Marchewa.

Vimes zerknął na niego z ukosa. Marchewa wychował się wśród krasnoludów. Poza tym, jeśli tylko mógł tego uniknąć, nigdy nie kłamał.

– To nie to samo co „nie wiem”, prawda?

Kapitan był wyraźnie zakłopotany.

– Myślę, że to... no, jakby sprawa polityczna, sir.

Vimes zauważył wbity w ścianę topór.

– Tak, rzeczywiście – mruknął.

Ktoś nadchodził ulicą – i był prawdopodobnie powodem, dla którego zamieszki ustały. Młodszy funkcjonariusz Bluejohn był chyba największym trollem, jakiego Vimes spotkał w życiu. Wyrastał... Nie wyróżniał się z tłumu, ponieważ sam był tłumem. Ludzie nie zauważali go, gdyż przesłaniał widok. I jak wiele potężnie zbudowanych osób, był instynktownie łagodny i dość nieśmiały, chętnie słuchał rozkazów. Gdyby trafił do gangu, zostałby żołnierzem. W straży służył za tarczę podczas zamieszek. Inni strażnicy wyglądali zza niego.

– Wygląda na to, że wszystko się zaczęło w delikatesach u Świdry – stwierdził Vimes, kiedy dotarła reszta straży. – Weźcie od niego zeznanie.

– To nie jest dobry pomysł, sir – oświadczył stanowczo Marchewa. – On niczego nie widział.

– A skąd wiesz, że niczego nie widział? Nie pytałeś go.

– Wiem, sir. Niczego nie widział. Niczego też nie słyszał.

– Nawet kiedy tłum demolował mu lokal i walczył na ulicy przed drzwiami?

– Tak jest, sir.

– Ach, rozumiem. Nikt nie jest tak głuchy jak ci, którzy nie chcą słyszeć. To chcesz mi powiedzieć?

– Coś w tym rodzaju, sir. Tak. Proszę posłuchać, sir, wszystko się skończyło. Nie sądzę, żeby ktoś był poważnie ranny. Tak będzie najlepiej, sir. Proszę...

– Czy to jedna z tych prywatnych spraw krasnoludów, kapitanie?

– Tak, sir...

– Ale jesteśmy w Ankh-Morpork, nie w jakiejś górskiej kopalni. Moim obowiązkiem jest dopilnowanie spokoju, a to mi nie wygląda na spokój. Co powiedzą ludzie na takie bójki uliczne?

– Powiedzą, że to kolejny dzień w życiu miasta, sir – odparł sztywno Marchewa.

– Tak, przypuszczam, że faktycznie tak powiedzą. Jednakże... – Vimes podniósł jęczącego krasnoluda. – Kto to zrobił? – zapytał groźnie. – Nie jestem w nastroju do słuchania wykrętów. Gadaj! Chcę znać nazwisko!

– Agi Młotokrad – wymamrotał krasnolud.

– Dobrze. – Vimes go puścił. – Zapiszcie to, Marchewa.

– Nie, sir – odparł Marchewa.

– Słucham?

– W mieście nie ma żadnego Agiego Młotokrada, sir.

– Znacie każdego krasnoluda?

– Znam ich wielu, sir. Ale Agiego Młotokrada można spotkać tylko w głębi kopalni, sir. To rodzaj złośliwego ducha, sir. Na przykład „Wsadź to tam, gdzie Agi Młotokrad węgiel trzyma” oznacza...

– Tak, mogę się domyślić – przerwał mu Vimes. – Sugerujesz, że ten krasnolud właśnie powiedział, że awanturę zaczęło leśne licho?

Krasnolud zniknął już za rogiem.

– Mniej więcej, sir. Przepraszam na moment. – Marchewa przeszedł na drugą stronę ulicy, wyjmując zza pasa dwie białe paletki. – Wejdę tylko w linię widoczności wieży – wyjaśnił. – Lepiej posłać sekara.

– Dlaczego?

– No, kazaliśmy czekać Patrycjuszowi, sir, więc wypada może mu powiedzieć, że się spóźnimy.

Vimes sięgnął po zegarek i spojrzał na tarczę. Miał przeczucie, że to znowu jeden z tych dni... tych, które przytrafiają się codziennie.


W naturze wszechświata leży, by osoba, która zawsze każe człowiekowi czekać dziesięć minut, tego dnia, gdy ten człowiek się o dziesięć minut spóźni, była gotowa dziesięć minut wcześniej i bardzo starannie nic o tym nie wspominała.

– Przepraszamy za spóźnienie, sir – rzekł Vimes, kiedy weszli do Podłużnego Gabinetu.

– Och, spóźniliście się, panowie? – Patrycjusz uniósł wzrok znad papierów. – Doprawdy nie zauważyłem. Nic poważnego, mam nadzieję?

– Gildia Błaznów się paliła, sir – wyjaśnił Marchewa.

– Jakieś ofiary?

– Nie.

– Cóż, to prawdziwe błogosławieństwo – stwierdził wolno lord Vetinari.

Odłożył pióro.

– Do rzeczy... Co mieliśmy omówić...? – Przysunął sobie jakiś dokument i przeczytał szybko. – Aha... Jak widzę, nowy wydział ruchu drogowego wywarł oczekiwany skutek. – Wskazał duży stos papierów. – Dostaję niezliczone skargi od Gildii Woźniców i Poganiaczy. Brawo. Proszę przekazać moje podziękowania sierżantowi Colonowi i jego ludziom.

– Oczywiście, sir.

– Jak widzę, jednego dnia zaklamrowali siedemnaście wozów, dziesięć koni, osiemnaście wołów i kaczkę.

– Była nieprawidłowo zaparkowana, sir.

– W samej rzeczy. Jednakże dostrzegam tu chyba pewien dziwny schemat...

 

– Sir?

– Wielu woźniców zapewnia, że tak naprawdę wcale nie parkowali, ale zatrzymali się tylko, by przepuścić wyjątkowo starą i wyjątkowo brzydką damę, która wyjątkowo powoli przechodziła przez ulicę.

– Tak się tłumaczą, sir.

– Wnioskują, że była stara, na podstawie niekończącej się litanii wyrażeń typu „Laboga, moje biedne stopy” i tym podobnych.

– Z całą pewnością brzmienie sugeruje starszą osobę, sir – rzekł Vimes z nieruchomą twarzą.

– No właśnie. Dziwne jednak, że kilku z nich zauważyło, jak owa starsza dama odbiegała potem w boczną uliczkę, dość szybko. Nie zwróciłbym na to uwagi, oczywiście, gdyby nie fakt, iż ową damę zauważono jakoby podczas przechodzenia przez inną ulicę, bardzo powoli, w sporej odległości od poprzedniej. Tajemnicza sprawa, Vimes.

Vimes przesłonił dłonią oczy.

– To tajemnica, którą zamierzam bardzo szybko wyjaśnić, sir.

Patrycjusz skinął głową i zapisał kilka słów na kartce. Kiedy odłożył ją na bok, odsłonił kartkę o wiele brudniejszą i wielokrotnie złożoną. Chwycił dwa noże do papieru, za ich pomocą bardzo ostrożnie rozłożył kartkę i przesunął po blacie w stronę Vimesa.

– Czy wie pan coś na ten temat?

Vimes spojrzał na wielkie, okrągłe, wyrysowane kredką litery:

„DROG I PANE, OKRUCISTFO WOBES BESDOMYH PSUF W TYM MIESCIE TO CHAŃBA, CO ROBI STRASZ W TEJ SPRAWIEŻ POPDISANO LYGA PSZECIF OKRUCISTFU DLA PSUF”.

– Nic zupełnie – zapewnił.

– Moi urzędnicy twierdzą, że prawie co noc podobny list wsuwany jest pod drzwi – rzekł Patrycjusz. – Jak rozumiem, nikogo nie zauważono.

– Mam to zbadać? Nie powinno być trudno znaleźć w mieście kogoś, kto ślini się przy pisaniu, a ortografię ma jeszcze gorszą niż Marchewa.

– Bardzo dziękuję, sir – wtrącił Marchewa.

– Żaden z gwardzistów nie zameldował, by cokolwiek zauważyli – powiedział Patrycjusz. – Czy jest w Ankh-Morpork jakaś grupa specjalnie zainteresowana dobrobytem psów?

– Wątpię, sir.

– Zatem zignoruję te listy – zdecydował Vetinari. Wilgotny list z plaśnięciem wylądował w koszu. – Przejdźmy do pilniejszych spraw. O czym to... Co pan wie na temat Bzyku?

Vimes wytrzeszczył oczy.

Marchewa chrząknął dyskretnie.

– Rzeki czy miasta, sir?

Patrycjusz się uśmiechnął.

– Wie pan, kapitanie, już dawno przestał mnie pan zaskakiwać. Chodziło mi o miasto.

– To jedno z większych miast w Überwaldzie, sir – tłumaczył Marchewa. – Eksport: cenne metale, skóra, drewno i oczywiście tłuszcz z głębokich kopalni tłuszczu w Schmaltzbergu...

– Istnieje miasto o nazwie Bzyk? – spytał Vimes, wciąż zaskoczony tempem, w jakim dotarli tam od wilgotnego listu o psach.

– Ściśle mówiąc, sir, poprawna wymowa to raczej Bezik – odparł Marchewa.

– Mimo wszystko...

– A w Beziku, sir, „Morpork” brzmi tak samo jak ich określenie dla elementu damskiej bielizny – ciągnął Marchewa. – Kiedy się zastanowić, na świecie jest tylko skończona liczba sylab...

– Ale skąd ty o tym wiesz, Marchewa?

– Och, człowiek słyszy to i owo, sir. Tu i tam...

– Doprawdy? A który konkretnie element...

– Coś niezwykle ważnego zdarzy się tam za kilka tygodni – przerwał mu Vetinari. – Coś, muszę zaznaczyć, co będzie miało istotne znaczenie dla przyszłej pomyślności Ankh-Morpork.

– Koronacja dolnego króla – domyślił się Marchewa.

Vimes spojrzał na niego, potem na Patrycjusza, potem znów na Marchewę.

– Czy jest jakiś biuletyn, który tu krąży, ale jakoś do mnie nie dotarł?

– Społeczność krasnoludów od miesięcy praktycznie o niczym innym nie mówi, sir.

– Naprawdę? – zdziwił się Vimes. – Chodzi o te zamieszki? Te conocne bójki w krasnoludzich barach?

– Kapitan Marchewa ma rację, Vimes. To będzie wielka uroczystość, w której wezmą udział przedstawiciele licznych rządów. Oraz rozmaitych księstw überwaldzkich, ponieważ dolny król włada tylko tymi częściami Überwaldu, które znajdują się pod powierzchnią. Jego przychylność jest cenna. Bez wątpienia będzie tam Borogravia i Genoa, prawdopodobnie nawet Klatch.

– Klatch? Przecież oni mają do Überwaldu jeszcze dalej niż my! Po co zadają sobie trud?

Vimes przerwał na chwilę i zastanowił się.

– Ha! Byłem głupi. Gdzie są pieniądze?

– Słucham, komendancie?

– Tak mawiał mój dawny sierżant, kiedy czegoś nie rozumiał, sir. Trzeba odkryć, gdzie są pieniądze, i sprawa jest już w połowie rozwiązana.

Vetinari podniósł się i stanął przy wielkim oknie, plecami do nich.

– Überwald to wielka kraina – powiedział, jakby zwracał się do szyby. – Mroczna. Tajemnicza. Starożytna...

– Wielkie, nietknięte złoża węgla i rud żelaza – dodał Marchewa. – I tłuszcz, naturalnie. Najlepsze świece, lampy oliwne i mydło pochodzą w ostatecznym rozrachunku ze złóż Schmaltzbergu.

– Dlaczego? Mamy przecież własne rzeźnie, prawda?

– Ankh-Morpork zużywa wiele świec, sir.

– Z całą pewnością nie zużywa wiele mydła – odparł Vimes.

– Wiele jest zastosowań dla tłuszczu i łoju, sir. Nie jesteśmy w stanie samodzielnie zaspokoić wszystkich potrzeb.

– Ach... – mruknął Vimes.

Patrycjusz westchnął.

– Oczywiście mam nadzieję, że uda nam się wzmocnić powiązania handlowe z różnymi narodami w granicach Überwaldu – powiedział. – Sytuacja tam jest w najwyższym stopniu niepewna. Jak dużo pan wie na temat Überwaldu, komendancie?

Vimes, którego wiedza o geografii sięgała mikroskopijnych szczegółów w zasięgu pięciu mil od Ankh-Morpork, a była zwyczajnie mikroskopijna poza nim, niepewnie pokiwał głową.

– Tylko że właściwie to nie jest państwo – ciągnął Vetinari. – To...

– To raczej coś, co istnieje, zanim zaistnieją państwa – dokończył Marchewa. – Składa się głównie z ufortyfikowanych miast i posiadłości feudalnych, bez prawdziwych granic i z całą masą lasów pomiędzy. Zawsze trwają tam jakieś zatargi. Nie istnieje prawo inne niż stanowione przez lokalnych władców, i szerzy się wszelkiego rodzaju bandytyzm.

– Całkiem inaczej niż w domu, w naszym ukochanym mieście – mruknął Vimes niezupełnie pod nosem.

Patrycjusz rzucił mu obojętne spojrzenie.

– W Überwaldzie nie ustała dawna niechęć między trollami i krasnoludami – ciągnął Marchewa. – Są tam duże obszary kontrolowane przez feudalne klany wampirów albo wilkołaków, są także trakty z o wiele wyższym niż normalne magicznym promieniowaniem tła. To bardzo chaotyczna kraina i czasem trudno uwierzyć, że jesteśmy już w Wieku Nietoperza. Trzeba jednak mieć nadzieję, że sytuacja się wkrótce poprawi i Überwald szczęśliwie dołączy do wspólnoty narodów.

Vimes i Vetinari wymienili znaczące spojrzenia. Marchewa przemawiał czasem, jakby czytał wypracowanie o społeczeństwie, napisane przez naiwnego chłopca z chóru świątynnego.

– Dobrze pan to ujął – pochwalił Vetinari. – Jednak do tego radosnego dnia Überwald pozostaje zagadką owiniętą w tajemnicę owiniętą w sekret.

– Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem – odezwał się Vimes. – Überwald jest jak wielki klops z łojem, który wszyscy nagle zauważyli i teraz, kiedy ta koronacja daje pretekst, wszyscy musimy pędzić tam z nożem, widelcem i łyżką, żeby jak najwięcej załadować sobie na talerz?

– Pańska ocena realiów politycznych jest doprawdy mistrzowska, Vimes. Brakuje panu tylko odpowiedniego słownictwa. Ankh-Morpork musi, naturalnie, wysłać swojego przedstawiciela. Ambasadora, krótko mówiąc.

– Nie sugeruje pan chyba, że powinienem się zająć tą sprawą, prawda? – upewnił się Vimes.

– Och, nie mógłbym tam posłać komendanta Straży Miejskiej. Większość państewek Überwaldu nie ma żadnej koncepcji nowoczesnych, cywilnych sił porządkowych.

Vimes odprężył się.

– Zamiast tego wysyłam diuka Ankh – ciągnął Patrycjusz.

Vimes wyprostował się gwałtownie.

– Panują tam zasadniczo stosunki feudalne – kontynuował Vetinari. – Wielką wagę przywiązują do tytułów...

– Czy rozkazuje mi pan jechać do Überwaldu?

– Rozkazuję, wasza łaskawość? – Vetinari wydawał się wstrząśnięty i zatroskany. – Wielkie nieba, musiałem źle zrozumieć lady Sybil... Zapewniała mnie wczoraj, że wakacje daleko od Ankh-Morpork znakomicie panu zrobią.

– Rozmawiał pan z Sybil?

– Owszem, na przyjęciu dla nowego przewodniczącego Gildii Krawców. Pamiętam, że wyszedł pan wcześniej. Wezwano pana. Jakiś nagły przypadek, jak rozumiem. Lady Sybil wspomniała, że jest pan, jak to określiła, wiecznie na służbie, i jakoś tak się zgadało... Och, mam nadzieję, że nie doprowadzę do jakichś małżeńskich nieporozumień...

– Nie mogę opuścić miasta właśnie teraz! – oświadczył zrozpaczony Vimes. – Jest tyle do zrobienia...

– Właśnie dlatego Sybil uznała, że powinien pan wyjechać.

– Ale otworzyliśmy nowy ośrodek szkoleniowy...

– Który w tej chwili działa już bez problemów, sir – wtrącił Marchewa.

– Cała sieć gołębi pocztowych jest zupełnie poplątana...

– Dało się ją mniej więcej uporządkować, sir, kiedy zmieniliśmy im karmę. Poza tym sekary doskonale spełniają swoje zadanie.

– Mieliśmy powołać Straż Rzeczną...

– Przez tydzień czy dwa i tak nic nie można zrobić, sir. Dopóki nie wyłowimy łodzi.

– Rury w komisariacie na Flaku są...

– Wysłałem hydraulików, żeby się nimi zajęli, sir.

Vimes wiedział już, że przegrał. Przegrał w chwili, kiedy okazało się, że w całą sprawę zamieszana jest Sybil, ponieważ zawsze stanowiła machinę oblężniczą niezwykle skuteczną wobec jego murów obronnych. Ale nie miał zamiaru poddawać się bez walki.

– Wie pan przecież, że nie radzę sobie z dyplomatyczną rozmową – powiedział.

– Wręcz przeciwnie, Vimes. Oszołomił pan cały korpus dyplomatyczny w Ankh-Morpork – zapewnił lord Vetinari. – Nie są przyzwyczajeni do mówienia wprost. To ich zbija z tropu. Co pan powiedział w zeszłym miesiącu istanziańskiemu ambasadorowi? – Przerzucił papiery na biurku. – Zaraz, miałem tu gdzieś skargę... A tak... W kwestii incydentów granicznych na rzece Slipnir zasugerował pan, że dalsze takie naruszenia poskutkują tym, że on osobiście, to znaczy ambasador, cytuję: „wróci do domu w karetce”.