Up in Smoke

Tekst
Z serii: King #8
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6
Frankie

Dyrektor Gregory wsuwa głowę do klasy podczas moich zajęć z matmy i chrząka cicho.

Pan Timball przerywa lekcję geometrii, zamierając przy tablicy z markerem w ręce, i unosi brew w milczącym: Czego pani chce?

– Muszę porozmawiać z Sarah Jackson – odpowiada dyrektorka, rozglądając się po ławkach, aż w końcu dostrzega mnie na końcu klasy. Patrzy mi prosto w oczy. – Teraz.

Czuję, jak spojrzenia wszystkich dookoła wwiercają się we mnie, gdy wstaję i ruszam na przód pomieszczenia. Trzydzieści głów obraca się zgodnie, a oczy poruszają się synchronicznie, niczym w klipie z lat osiemdziesiątych.

– Weź swoje rzeczy – mówi Gregory, widząc moje puste ręce.

Krótko kiwam głową. Nakaz zabrania rzeczy oznacza, że cokolwiek czeka na mnie w jej gabinecie, zajmie trochę czasu, i że nie wrócę dzisiaj na zajęcia… przynajmniej nie na te.

Ogarnia mnie złe przeczucie, mrowi mnie skóra na karku, chociaż nie przez te wszystkie oczy, które wpatrują się w każdy mój ruch. To strach, który gromadzi się we mnie wraz z uczuciem, że wkrótce wszystko się zmieni.

Znów.

Chwytam plecak i książki, starając się domyślić, o co związanego ze szkołą może chodzić, ale nic nie przychodzi mi do głowy.

Po raz drugi idę na przód klasy, w której oprócz dźwięku moich czarnych bezkształtnych butów sunących po podłodze rozlega się jedynie odgłos stukania ołówkiem o ławkę i pękania balonów z gumy.

Dyrektor Gregory przytrzymuje dla mnie otwarte drzwi, po czym ruszam za nią z opuszczoną głową i długimi włosami zakrywającymi moją twarz niczym tarcza.

Pozwala mi pierwszej wejść do swojego gabinetu i dopiero kiedy nogami dotykam jednego z dwóch krzeseł przed jej biurkiem, podnoszę wzrok i dostrzegam stojącego przy oknie, odwróconego do mnie plecami policjanta. Kolorowe tatuaże pokrywają każdy centymetr jego rąk, a długie włosy ma związane w kucyk na karku, tuż pod krawędzią czapki. Mam wrażenie, że skądś go znam, ale może to tylko déjà vu.

Mimo to zaczynam się rozluźniać. Nie mam żadnych problemów z policją. A przynajmniej nie takich, o których policja mogłaby wiedzieć. W jakiejkolwiek sprawie zjawił się tutaj ten funkcjonariusz, to z pewnością jakieś nieporozumienie.

Może chodzi o któregoś z moich sąsiadów. Po jednej stronie mojego domu mieści się melina narkomanów, a po drugiej stronie mieszka para, która kłóci się ze sobą dzień i noc – krzyczą więcej, niż ze sobą rozmawiają.

Prawdopodobnie jedno zabiło drugie i teraz służby szukają świadków. I nie mam żadnych kłopotów.

A przynajmniej taką mam nadzieję.

– Zostawię was, byście mogli omówić tę sprawę – oświadcza dyrektorka, przypominając mi o swojej obecności. – Będę tutaj, żeby was odprowadzić. – Posyła mi uśmiech zza zaciśniętych ust. Przeprosiny.

Policjant czeka, aż Gregory zamknie za sobą drzwi, i dopiero wtedy się do mnie odwraca. W jednej chwili rozpoznaję w nim mężczyznę z warsztatu. Tyle że teraz wyraźniej widzę jego twarz. Jego lśniące ciemne oczy. Bliznę nad prawym okiem. Intryguje mnie w ten sam sposób co za pierwszym razem, kiedy go dostrzegłam.

Policjant wsuwa kciuki za pasek i uśmiecha się drwiąco. Odpowiadam uśmiechem, który jednak znika, gdy mężczyzna odzywa się chrapliwym głosem:

– Witaj, Frankie.

Moje serce zamiera. Moja krew zmienia się w lód. Nie mogę przełknąć. Nie mogę oddychać.

Użył mojego prawdziwego imienia. Użył mojego prawdziwego pieprzonego imienia.

Upuszczam książki na podłogę i rzucam się w stronę drzwi. Otwieram usta do krzyku, lecz zanim dobywa się z nich jakikolwiek dźwięk, obcy doskakuje do mnie i zatyka mi usta dłonią tak dużą, że zakrywa pół mojej twarzy. Odciąga mnie od drzwi, podczas gdy nadal wyciągam rękę w stronę klamki, oddalającej się ode mnie z każdym jego krokiem w tył. Łzy napływają mi do oczu, zarówno ze strachu, jak i z powodu za małej ilości wdychanego tlenu.

Myśli mieszają mi się w głowie i obijają o czaszkę, gdy mój puls gwałtownie rośnie, i coraz bardziej kręci mi się w głowie.

– Krzyknij, a umrzesz – ostrzega mnie, a jego głęboki głos przenika moje kości. – Wydaj z siebie jakikolwiek dźwięk, a umrzesz. Wkurz mnie, a, kurwa, umrzesz.

Coś twardego wbija mi się w dolną część pleców. Wystarczy jedno spojrzenie w gablotę z flagą Stanów Zjednoczonych nad biurkiem dyrektor Gregory, bym wiedziała, że to broń.

To nie może się dziać. Nie teraz. Jeszcze nie. Muszę dotrzymać obietnic. Muszę dokończyć pewne sprawy.

Zaczynam się wyrywać, lecz tylko mocniej przyciska mnie do swojej szerokiej, twardej piersi. Ciągnie moje ramię i jedną ręką skuwa mi je za plecami, podczas gdy drugą cały czas mocno zaciska na moich ustach. Odsuwam od niego nadgarstek, lecz szybko ciągnie za drugie ramię i zakuwa moje wykręcone na plecy ręce w kajdanki.

Przysuwa usta do mojego ucha. Nigdy wcześniej nie słyszałam szeptu, który niósłby takie ostrzeżenie.

– Możesz wyjść stąd ze mną PO CICHU i bez żadnych incydentów albo możesz zacząć krzyczeć i wzywać pomocy. Tak czy inaczej, wyjdziesz ze mną z tej szkoły. Pierwszy sposób jest szybki i łatwy. Nikomu nie dzieje się krzywda. Drugi sprawi, że będę strzelał po drodze. Wielu ucierpi. Twój wybór, diablico. Rozumiesz? – pyta.

Kiedy nie odpowiadam, szarpie za kajdanki, odsuwając mnie od ściany.

– Rozumiesz?

Kiwam głową, zbyt przestraszona, by cokolwiek powiedzieć. Groźba tego faceta jest równie prawdziwa jak to, że niebo jest dzisiaj błękitne.

– Idziemy – mówi, ciągnąc mnie w stronę drzwi.

Kolana się pode mną uginają i czuję, że zaczynam się osuwać na ziemię. Mężczyzna nie zamierza na to pozwolić i nim uderzam o podłogę, szarpie mną do góry.

– Idź – nakazuje, popychając mnie przed sobą.

Ma mnie. Ma mnie w garści i nie mam innego wyboru, niż mu się podporządkować. Wykluczone, żebym pozwoliła mu skrzywdzić niewinnych ludzi, kiedy najwyraźniej przyszedł tutaj tylko po mnie. Drzwi się otwierają i nagle jego dłoń znika z moich ust. Łapczywie chwytam haust powietrza, dostarczając do płuc upragniony tlen.

Za drzwiami stoi dyrektor Gregory. Patrzy najpierw na moją pokrytą łzami twarz, a potem na krępujące mnie za plecami kajdanki.

– Panno Jackson, czy mam do kogoś zadzwonić? – pyta. – Może do ojca?

Mężczyzna ostrzegawczo zaciska dłoń na moim ramieniu.

– To nie będzie konieczne – odpowiada za mnie. – Jej ojciec już czeka na nas w komisariacie.

Dyrektor Gregory kiwa głową ze zrozumieniem, z łatwością wierząc w to kłamstwo. Rzuca mi współczujące spojrzenie, po czym prowadzi nas przez hall. Uczniowie rozstępują się przed nami niczym Morze Czerwone, by pozwolić nam przejść. Nie wiem, co według niej musiałam zrobić, by zasłużyć na aresztowanie, ale to ostatnie z moich zmartwień.

Wbijam wzrok w podłogę. Gdzieś za mną rozlegają się szepty i cichy śmiech. Wychodzimy przez szklane główne drzwi, a dyrektor Gregory idzie za nami do zaparkowanego przy krawężniku samochodu.

– Niech twój ojciec do mnie zadzwoni – mówi z takim smutkiem w głosie, że czuję, jakbym to ja powinna ją pocieszać.

Fałszywy glina wpycha mnie na siedzenie radiowozu i zatrzaskuje drzwi. Dalej milczę.

– Hej! Dokąd ją pan zabiera? Co się stało? Co się tutaj, do cholery, dzieje? – rozbrzmiewa czyjś krzyk.

Zamieram, rozpoznając głos Duke’a.

Nie, nie, nie, powtarzam w myślach.

Kątem oka patrzę przez zasłonę włosów. Dyrektor Gregory kładzie dłoń na piersi Duke’a, powstrzymując go, żeby nie podszedł bliżej, po czym kręci głową i kieruje go z powrotem do szkoły.

– Sarah! – woła Duke przez ramię. – Sarah!

Nie odzywam się, gdy samochód odjeżdża spod szkoły. Z mojego życia.

Nie jest to prawdziwe życie, ale to wszystko, co mam.

MIAŁAM.

Nie tylko moje życie się skończyło.

Milczeniem mogłam uratować życie ludzi w szkole, ale jeśli nie dokończę pracy, zginą inni.

Pozostaje tylko pytanie: jak wielu?

Rozdział 7
Frankie

Udaję, że płaczę, bucząc głośno, jęcząc i pociągając nosem, by brutal na przednim siedzeniu nie słyszał, co tak naprawdę robię – otwieram zamek kajdanek spinaczem, który zawsze trzymam wpięty w rękaw swetra.

Wiedziałam, że mój koniec się zbliża, lecz to nie znaczy, że się do niego nie przygotowywałam.

Mój porywacz nie wydaje się rozdrażniony hałasem, jaki robię. W ogóle nie reaguje. Po wysłaniu SMS-a wbija wzrok w drogę, nie rzucając mi nawet jednego spojrzenia we wstecznym lusterku.

Kiedy już odblokowałam zamek, wydałam z siebie wyjątkowo głośny ryk, by zagłuszyć odgłos otwieranych kajdanek. Moje nadgarstki w końcu są wolne, ale nadal trzymam je za plecami. Radiowóz, którym mnie wiezie, ma kratę oddzielającą tylną część samochodu od przedniej. Nie ma tu żadnej klamki, gdyż, jak w większości policyjnych wozów, drzwi można otworzyć tylko z zewnątrz. Na szczęście to nowszy model i dostrzegam przy stopie wystającą spod dywanika dźwignię bezpieczeństwa. Zdejmuję z nogi but, manewruję stopą i odsuwam dywanik. Chwilę to trwa, szczególnie że nie mogę ruszyć przy tym żadną inną częścią ciała, ale w końcu udaje mi się wsunąć duży palec w pętlę dźwigni.

Większość ludzi, kierując się logiką, zdecydowałaby się uciec, gdy samochód zatrzymałby się na światłach czy znaku stopu. Ale ten mężczyzna jest ogromny. Ma długie i silne nogi i nie wątpię, że gdybym uciekła, złapałby mnie, nim zdołałabym pokonać ledwie kilka metrów.

Kiedy samochód jest w ruchu, to zupełnie inna rozgrywka. Mogę pchnąć drzwi i wyskoczyć. Jeśli nie uderzę głową o chodnik lub nie połamię sobie przy tym kości, mogę spróbować ucieczki, kiedy będzie zwalniał.

To najlepsza szansa, jaką mam.

To jedyna szansa, jaką mam.

Wjeżdżamy na autostradę. Siadam prosto i patrzę, jak podnosi się strzałka prędkościomierza. Sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Osiemdziesiąt. Sto.

 

Teraz albo nigdy.

Biorę głęboki oddech i stopą pociągam za dźwignię. Zamek klika, otwierając drzwi, a wtedy napieram na nie całym swoim ciężarem.

– Kurwa – klnie mężczyzna, kiedy wyskakuję. Żółte linie namalowane na drodze rozmazują się pode mną, gdy celuję w pas trawy rosnący wzdłuż autostrady.

To ostatnie, co pamiętam.

Rozdział 8
Smoke

Jakiekolwiek myśli o inteligencji Frankie Helburn krążyły mi po głowie, wyleciały z samochodu razem z nią. Głupia suka.

Szarpię kierownicą i wjeżdżam na zielony pas rozdzielczy, a koła wibrują pode mną, gdy mknę po nierównej ziemi. Wracam na asfalt w chmurze dymu z palonych opon. Siła obrotu sprawia, że drzwi, które jakimś sposobem się otworzyły, teraz się zatrzaskują. Wciskam do dechy pedał gazu i ponownie wjeżdżam na trawę, szukając miejsca, gdzie wyskoczyła przy prędkości dochodzącej do stu kilometrów na godzinę. Kilka sekund później wciskam hamulec i z piskiem opon zatrzymuję się na poboczu.

Widzę ją, zanim jeszcze wysiadam z samochodu – z twarzą w dół próbuje się ukryć pośród wysokiej trawy w rowie. Zdradzają ją czarne włosy, które nijak nie pomagają jej się schować wśród zielonych i brązowych źdźbeł. Wygląda jak struś chowający głowę w piachu.

Podchodzę do niej, przeklinając pod nosem i wykrzywiając twarz z wściekłości. Tak jest, dopóki nie dociera do mnie, dlaczego jej próba ukrycia się była tak nieudolna.

To dlatego, że wcale tego nie robiła.

Cholera.

Nawet nie wiem, czy suka w ogóle oddycha.

Rozdział 9
Frankie

Najpierw dociera do mnie smród.

Śmierdzi jak pranie, które zbyt długo pozostawiono w pralce.

Butwieniem. Pleśnią. I czymś jeszcze. Czymś, co aż szczypie mnie w nos. Być może uryną.

Z wysiłkiem staram się otworzyć oczy. Po kilku próbach unoszę powieki.

Jest dzień. Wiem o tym, ponieważ kurz niczym cyklon unosi się w promieniach światła, które sączy się zza starej zasłony.

Gdzie ja, do diabła, jestem?

Odpowiedź jednak nie nadchodzi.

Wiem tylko, że jestem sama w pomieszczeniu, które wygląda na przydrożny motel. Stary telewizor z pękniętym ekranem stoi na drewnianej komodzie, w której brakuje dwóch z czterech szuflad. Okropna tapeta w kwiaty jest bardziej podarta niż cała. Ktoś nawet posunął się do tego, że różowym markerem pomalował dziury, jakby nie można było odróżnić tapety od śladu zakreślacza.

Ogromny ból rozlewa się po mojej klatce piersiowej tak gwałtownie, że gdy próbuję przewrócić się na bok, obraz rozmywa mi się przed oczami. Zamieram i mocno zaciskam powieki, jakby to mogło zdusić ogień, który poczułam w żebrach. Odzywa się też każdy mięsień w moim ciele, protestując przeciwko odzyskaniu przytomności. Moja prawa ręka pulsuje bólem i mrowi. Myśli mam splątane, a serce głośno bije mi w głowie, jakbym całą poprzednią noc chlała tequilę.

Ból staje się nieco lżejszy. Kiedy mogę już ponownie oddychać, próbuję potrzeć skronie, by złagodzić pulsowanie w głowie, powstrzymuje mnie jednak metal na nadgarstku. Od dłoni aż po łokieć rozchodzi się ból, który wyciska mi łzy z oczu. Podnoszę wzrok. Mój sweter jest porwany na pasma, odsłania wielkie, wściekle fioletowe i żółte sińce, które zajmują większość skóry na przedramieniu. Mam nadgarstki przykute kajdankami do wezgłowia.

Nieruchomieję, czując zimne kły strachu zagłębiające się w moim ciele. Zaciskam oczy i próbuję dostrzec coś przez mgłę bólu i paniki.

Myśl, Frankie. Myśl. Co pamiętasz?

Wspomnienie jest w zasięgu, lecz pozostaje na skraju pamięci, nie wystawiając nawet palca poza granicę przypomnienia. Warczę z frustracji, lecz ruch sprawia, że zalewa mnie nowa fala bólu, gdy sprężyny wysłużonego materaca niczym ostrza noży wbijają mi się w plecy.

Szczękanie metalu o metal rozbrzmiewa mi w uszach, gdy bezskutecznie próbuję uwolnić ręce z kajdanek. Chcę przełknąć ślinę, ale moje usta są suche. Przesuwam językiem i czuję na nim metaliczny smak krwi.

Zza zamkniętych drzwi dobiega mnie znajomy głos.

Jest wściekły i głęboki.

– Nie przywiozę jej do ciebie. Jeszcze, kurwa, nie. Nie dopóki z nią nie skończę. – Chwila milczenia. – Daj mi trochę czasu, a przywiozę ci albo dziewczynę, albo jej ciało.

– Cholera – klnę, próbując usiąść. Zapominam na moment, że jestem przykuta do łóżka. Ostry ból rozrywa mi mięśnie niczym ząbkowany nóż. Kiedy ucisza się na tyle, bym mogła znów oddychać, biorę głęboki oddech. Z mgły zaczyna wyłaniać się jakieś wspomnienie. Błysk czerwieni i niebieskiego. Mężczyzna o czarnych oczach i włosach. Gabinet dyrektorki w szkole.

Czy to był sen? Nie. Koszmar.

Tyle że wcale nie śpię. Ból jest prawdziwy. Kajdanki są prawdziwe.

Wszystko jest prawdziwe.

Wszystko wraca do mnie w chwili, gdy dostrzegam zawieszony na krześle mundur. Szkoła. Droga do gabinetu dyrektorki. Policjant. Mężczyzna z warsztatu. Duke krzyczący moje imię.

Skok z samochodu na środku autostrady.

– Biznes to biznes, dupku – słyszę jego wściekły głos, a za oknem dostrzegam przesuwający się cień. – Oszczędź tę gadkę dla swoich ludzi – cedzi przez zęby. – Pracuję sam. Jeśli wyślesz kogoś, by mnie sprawdził, dopilnuję, żeby już nie wrócił.

Kończy rozmowę, a jego ciężkie kroki zatrzymują się przed drzwiami.

Ponownie ciągnę za kajdanki, ignorując ból, jaki wywołuje ten ruch. Rozglądam się po pokoju, szukając drugiego wyjścia, innej drogi ucieczki, ale nawet gdybym dała radę się uwolnić, nie mam dokąd pójść. Jeszcze raz obrzucam wzrokiem cały pokój, jakby wyjście miało nagle się pojawić, ale poza łazienką bez okna i okropną tapetą nic tutaj nie ma.

Drzwi się otwierają, a ciężkie kroki mężczyzny zbliżają się do łóżka. Zamykam oczy i udaję, że śpię, chociaż serce wali mi w piersi jak u biegacza ścigającego się w wyścigu, którego i tak nie wygra. Staram się nie reagować, gdy dużą dłonią chwyta moje przedramię, ale czuję, jak szaleje we mnie panika. Rozpina kajdanki i pozwala, by moje ręce opadły na łóżko. Potem słyszę, jak chodzi po pokoju. Uchylam powiekę i rozglądam się ukradkiem. Nieznajomy kuca przy dużej czarnej torbie po mojej prawej.

Drzwi są po lewej.

Nie ma czasu na zastanowienie.

Próbuję się podnieść, lecz materac skrzypi przy tym ruchu. Mężczyzna gwałtownie odwraca głowę w moim kierunku, na co zamykam oczy z nadzieją, że pomyśli, że tylko poruszam się we śnie. Po kilku chwilach znów ośmielam się spojrzeć. Ponownie widzę jego plecy.

Tym razem powoli nie zda egzaminu.

Nie myślę nad tym, bo to luksus, którego teraz nie mam.

Wyskakuję z łóżka i rzucam się przez pokój. Moje nogi aż krzyczą z bólu. Mam wrażenie, że coś wrzyna się w nie od środka, rozrywając moje mięśnie niczym wyszczerbiony nóż rozcinający mi skórę. Biegnę tak szybko, jak tylko mogę, ale wiem, że to i tak zbyt wolno, bo kuleję, a moje stopy są jak kotwice, które muszę za sobą wlec.

Obcy nagle podnosi mnie i z łatwością rzuca na łóżko, jakbym była gazetą niedbale rzuconą na werandę w niedzielny poranek. Uderzam w materac z taką siłą, że aż mnie z niego zrzuca i ląduję na brzuchu na brudnym dywanie po drugiej stronie łóżka. Powietrze uchodzi mi z płuc, a policzek piecze, jakbym przeciągnęła nim po betonie, a nie po zwyczajnej wykładzinie.

Porywacz podchodzi do mnie, gdy z trudem chwytam powietrze. Warczy z wściekłością i czuję jego gniew. Słyszę go, gdy strzela kłykciami. Widzę w sposobie, w jaki przechyla głowę w jedną, a potem drugą stronę, a jego nozdrza się poruszają. Czuję ten gniew w zapachu, który emanuje z niego niczym najnowsze perfumy Calvina Kleina. Zapach Nienawiść, dla mężczyzn.

Ubrany jest w to samo, co miał na sobie, gdy zobaczyłam go przy warsztacie. Czarna obcisła koszulka ujawniająca przeplatające się kolorowe tatuaże, które wiją się na jego rękach. Czarna skórzana kamizelka. Nisko wiszące jeansy. Czarne, lekko zdarte buty. Każdy jego nadgarstek zdobią dwie grube, srebrne bransolety, a każdą parę łączy łańcuszek.

Podchodzi bliżej. To nie bransolety.

To kajdanki.

Para na każdej ręce.

Na jego opalonej twarzy pojawiają się odraza i nienawiść, wykrzywiając jego pełne usta.

Jak mogłam kiedykolwiek myśleć, że ten facet jest piękny?

– Proszę, nie krzywdź mnie. Dam ci, cokolwiek zechcesz – błagam, nienawidząc tego, że nie poznaję własnego głosu.

– Owszem, dasz – mówi, kucając nade mną i przysuwając usta do mojej twarzy. Nie dotyka mnie, ale czuję go wszędzie. Dookoła mnie. Przy skórze i w otchłani, jaka zaczyna tworzyć się w moim brzuchu. W przypływie adrenaliny, która zalewa moje serce. – Gdzie, do kurwy, jest twój pierdolony staruch?

Mój staruch. Mój ojciec.

Moje płuca się rozluźniają i chwytam haust powietrza, dając myślom nowe życie.

Chce mojego ojca, nie mnie. Nie zna prawdy.

Czuję lekką ulgę, bo to znaczy, że moja praca jest bezpieczna, chociaż ja sama nie. Przynajmniej nie teraz.

– Odpowiedz mi!

– Ja… ja nie wiem – kłamię, oddychając z wysiłkiem. Odwracam głowę do podłogi, a zasłona włosów, za którymi zazwyczaj się ukrywam, opada między nami. Ale on nie jest dzieciakiem w szkole. Włosy mnie teraz nie ochronią.

– Gówno prawda – warczy, chwyta mnie za kosmyki i okręca je sobie na ręce, tak że nie mam wyboru i muszę na niego spojrzeć.

Skóra mojej głowy płonie.

– Spróbujmy jeszcze raz – mówi. Przewraca mnie na plecy i unieruchamia, siadając na mnie okrakiem. Podnosi mi ręce nad głowę i przytrzymuje za nadgarstki. – Gdzie jest twój… – Nagle milknie. Pochyla się niżej. Ponownie ściąga brwi, tym razem w zdumieniu. Nie rusza się. Nie oddycha.

Robię to samo z obawy, że najmniejsze mrugnięcie okiem wyzwoli w nim ten gniew i wprowadzi nas na ścieżkę, z której nie będzie już ucieczki.

Mijają eony, nim się z tego otrząsa, cokolwiek przeszedł. Przewraca mnie na plecy, mocno zaciska palce na moich włosach i zaczyna nawijać je sobie na rękę, aż w pewnej chwili słyszę, jak zaczynają wyrywać się z mojej płonącej z bólu skóry.

– Prawda. Teraz – żąda.

Od ciśnienia rosnącego mi w głowie ledwie mogę myśleć. Jestem zdana na łaskę tego człowieka. O ile w ogóle mi jakąkolwiek okaże.

– Od lat nie rozmawiałam z ojcem – mówię w końcu. Do oczu napływają mi łzy.

Szarpie mnie za włosy tak mocno, że nie mam wyboru i muszę na niego spojrzeć. Łzy spływają mi po policzkach i znikają w uszach i włosach.

Ponownie przygląda się mojej twarzy, już jednak nie oszołomiony, lecz jak ludzki wykrywacz kłamstw podczas skanowania. Podnosi wolną dłoń do mojej twarzy. Próbuję się odsunąć, lecz tylko wywołuję napływ jeszcze większego bólu na głowie. Wtedy zaskakuje mnie, delikatnie dotykając palcami moich ust i powoli przesuwając nimi najpierw po górnej, a potem po dolnej wardze. Żołądek zaciska mi się w węzeł, a ciało przeszywa dreszcz strachu.

– Cholerna szkoda, że nie mogę cię zatrzymać. Byłabyś ładniusim zwierzątkiem. – Jego mroczne słowa są naznaczone jeszcze mroczniejszym znaczeniem. – Powiedz mi, diablico – mówi – dlaczego nie zapytałaś mnie, czemu cię porwałem? Albo dlaczego tutaj jesteś?

– Ja… ja… – zaczynam się jąkać.

Cholera.

– Myślę, że wiesz dlaczego.

Puszcza moje włosy, a ja opadam bezwładnie na podłogę u jego stóp. Moją głowę ogarnia fala ulgi i bólu.

– Nie wiem, o czym ty…

– Nie zgrywaj głupiej. To gówno nie działa. Nie na mnie. Twój stary okradł niewłaściwych ludzi. – Z boku szyi ma dopracowany tatuaż kieszonkowego zegarka, pod którego wskazówką pulsuje gruba żyła. – Ludzi, którzy nie są tak cierpliwi jak ja.

– Mówię prawdę. Nie rozmawiałam z nim od lat – upieram się.

– Pytanie brzmi: gdzie on jest, a nie czy ostatnio ucinaliście sobie pogawędki! – Pochyla się nade mną tak nisko, że niemal dotyka nosem mojej twarzy. Jego nozdrza drgają. Zaczyna tracić cierpliwość, a ja samokontrolę.

– Nie mam żadnych pieniędzy – mówię. – A-ale mogę je zdobyć. Potrzebuję tylko laptopa, a wtedy mogę…

– Nawet gdybym ci wierzył, to się, kurwa, nie stanie. Pieniądze to nie wszystko, co ukradł twój stary. – Wstaje i góruje nade mną niczym bóg: patrzy z góry, zaglądając do piekła.

Jest żywym dowodem na to, że wygląd nie zawsze pasuje do tego, co kryje się wewnątrz. Jego atrakcyjność została zmarnowana. Jest jak parodia. Szaleństwo. Nie bardziej efektywna niż zakreślacz wypełniający dziury w tapecie.

– Jeśli nie powiesz mi, gdzie on jest, to będziemy musieli go skłonić, by do nas przyszedł. A wiesz, jak to zrobimy?

– To bez znaczenia. Nie przyjdzie po mnie. – To była prawda. Czuję się nieco silniejsza, mając świadomość, że to ja rozdaję karty, pomimo że są na nich tylko figury, a właściwie jedna figura: śmierć. Biorę głęboki oddech. Jeden, potem drugi. Każdy bolesny wdech dodaje mi siły. Determinacji. Woli do walki.

 

– Jesteś strasznie sprytna jak na tak głupią dziewczynę – mówi, kręcąc głową.

– Nie jestem głupia – odpowiadam przez zaciśnięte zęby. – Ojciec kiedyś mi mówił, że jestem głupia. On również się mylił.

– Och tak? Wyskoczyłaś z jadącego samochodu – wypomina mi. Jego głos jest tak głęboki, że aż dudni, niczym silnik jego motocykla. Nie tylko słyszę jego słowa, ale i czuję je na swojej skórze.

– To była odwaga – spieram się.

Patrzy na mnie z zainteresowaniem, ale nic nie mówi.

– Jeśli zamierzasz mnie zabić, zrób to – rzucam mu wyzwanie.

Jego śmiech jest cichy i złowieszczy.

– Nie robisz zbyt wiele, by mi udowodnić, że nie jesteś głupia, diablico.

Patrzę mu w oczy.

– Śmierć na moich warunkach? Mnie wydaje się to raczej mądre. – Wzruszam ramionami. – Nie mogę dać ci tego, czego chcesz, więc i tak już jestem martwa, prawda?

– I właśnie tutaj się mylisz.

Ponownie przy mnie kuca. Wyciąga rękę, by chwycić mnie za twarz, lecz kiedy robię unik, łapie mnie za brodę i siłą odwraca do siebie, a jego palce brutalnie wbijają się w moją skórę.

Jego oddech owiewa mi usta.

– Nic nie będzie się działo na twoich warunkach. NIC.

Nie wie, że nic w moim życiu nigdy nie odbywało się na moich warunkach.

Może to i pierwszy raz, kiedy zostałam porwana. Ale więźniem byłam od lat.