Up in Smoke

Tekst
Z serii: King #8
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3
Frankie

– Cholera! Twój ojciec! – Duke odskakuje ode mnie, jakby użądliła go osa.

Zeskakuję z blatu i pospiesznie kieruję go do wyjścia, podczas gdy w mojej piersi płonie strach.

– Przykro mi, może innym razem. Pójdę sprawdzić, co z moim tatą.

– To… chyba zobaczymy się jutro… w szkole – mówi, a w jego głosie rozbrzmiewa wyraźne rozczarowanie.

– Tak. Jutro. W szkole – mamroczę, otwierając serię zamków.

W rekordowym czasie otwieram drzwi. Duke wychodzi na betonowy ganek i zaczyna pisać coś na telefonie. Jestem pewna, że już wysyła wiadomość do kolejnej – być może bardziej chętnej – dziewczyny na swojej trasie dostarczania zakupów. Szczerze chciałabym, żeby mnie to obeszło, lecz albo tak bardzo stłumiłam tę część siebie, że teraz nie potrafię jej już odnaleźć, albo w ogóle nigdy jej w sobie nie miałam.

Uśmiecham się i pamiętam, by wyglądać na rozczarowaną, podczas gdy jedyne, czego tak naprawdę pragnę, to krzyczeć, by uciekał i ratował życie.

Ale tego nie robię. Czekam. Muszę czekać.

I to mnie zabija.

Duke wciska telefon do kieszeni. Posyła mi jeszcze jeden zabójczy uśmiech, po czym lekko całuje mnie w usta i wyciąga rękę, by klepnąć mnie w tyłek. Na kilka sekund zatrzymuje wzrok na moim ciele.

Wsiadaj już do tego pieprzonego wozu.

Cierpliwie czekam z czymś, co – mam nadzieję – wygląda jak uśmiech na mojej twarzy, aż tyłem zejdzie ze schodków i nie odrywając ode mnie wzroku, ruszy do krawężnika, przy którym stoi jego prius. Na samochodzie widnieje to samo logo GrubTrain, co na jego czapce i koszulce. Przekręca czapkę, po czym wsiada do środka i włącza silnik. Wtedy opuszcza szybę.

– Do widzenia, Sarah – mówi, machając do mnie ręką.

Sposób, w jaki „Sarah” leniwie spływa z jego idealnie wykrojonych ust, sprawia, że niemal chciałabym, by było to moje prawdziwe imię.

Nim jego samochód znika za zakrętem, włączam na telefonie aplikację monitoringu i oglądam czarno-białe nagranie z piwnicy. Natychmiast dostrzegam, że jeden z monitorów mojego komputera leży na podłodze. Krzesło spoczywa przewrócone na boku.

Próbuję zdecydować, czy powinnam chwycić spakowaną wcześniej torbę, którą zakopałam na placu po przeciwnej stronie ulicy, czy może zostawić ją i po prostu wsiąść w następny autobus do Banyan Cay. Wtedy widzę na wyświetlaczu Izzy. Gruby kot w całej swojej czarno-białej glorii leniwie przechadza się po mojej klawiaturze.

Jakimś sposobem musiała dostać się do środka przez okienko w piwnicy. Przypominam sobie, żeby sprawdzić tam zamek i okablowanie ochrony.

Pochylam się i kładę dłonie na kolanach, czując, że jestem bliżej ataku serca niż kiedykolwiek przez te wszystkie lata.

Opadam tyłkiem na beton i opieram na kolanach głowę.

Jak długo jeszcze dam radę tak żyć?

Prawdopodobnie niezbyt długo.

Kilka minut trwa, nim w końcu dochodzę do siebie na tyle, żeby wstać. Podnoszę się i nagle ogarnia mnie to samo palące uczucie co wcześniej. Gwałtownie podnoszę głowę i tym razem dostrzegam kogoś, kto zdaje się tu nie pasować.

Po drugiej stronie ulicy dostrzegam mężczyznę, częściowo ukrytego za swoim dużym, czarnym motocyklem. Jego wyrzeźbione i wytatuowane bicepsy się napinają, gdy robi coś przy szerokiej czarnej oponie.

Jakby wiedział, że na niego patrzę, nieznajomy wygląda zza opony. Przyłapał mnie. Nie uciekam, ale też nie mogę odwrócić wzroku.

Wszystko w nim jest ciemne – od długich do ramion włosów po czarne ubranie. Zarost na jego twarzy jest czymś pomiędzy szczeciną a brodą, dłuższy, chociaż krótki po bokach.

Z gniewem ściąga brwi i dociera do mnie, że to nie na mnie patrzy, a na swój motor.

To po prostu facet, który naprawia motor. Nie przyszedł tu po ciebie. Idź spać, Frankie. Potrzebujesz pieprzonego snu.

Nieznajomy rzuca na ziemię klucz, który głośno odbija się od betonu. Nawet po drugiej stronie ulicy dobiega mnie jego pełne frustracji warknięcie. Wtedy podnosi się z kolan i wstaje.

Wow.

Jest duży. Nie chodzi tylko o jego ciało, ale i o osobowość. Przywodzi na myśl strzelisty wieżowiec, który rzuca niekończący się cień. Długim i zdecydowanym krokiem zmierza na stację benzynową, a z każdym stąpnięciem butów zdaje się zagarniać wszystkie pęknięcia w asfalcie. Czarna, obcisła koszulka opina jego naprężone mięśnie klatki piersiowej i ramion. Jeansy wiszą mu nisko na biodrach, ukazując doskonałą krągłość jego pośladków. W wargach niedbale tkwi niezapalony papieros.

Nigdy wcześniej nie widziałam kogoś takiego jak on. Surowego. Silnego. Nie mogę przestać mu się przyglądać. Może dlatego, że wciąż jestem na haju, a może dlatego, że jeszcze przed chwilą całowałam się z Dukiem i dalej przepełnia mnie pożądanie. Albo dlatego, że dzisiaj spanikowałam już po raz trzeci. Tak czy inaczej, ten mężczyzna jest chodzącym bilbordem z reklamą przerażenia i żądzy. Niczym burza z piorunami w ludzkim wydaniu.

Jest piękny.

W uszach rozbrzmiewają mi słowa ojca sprzed wielu lat. „Przed mężczyznami należy się ukrywać, Frankie. Trzeba się ich bać. W najlepszym wypadku są stworzeni do manipulowania. Bądź manipulatorką, Frankie, a nie manipulowaną. Uciekaj, zanim zapytasz samą siebie, czy powinnaś. Poznaj, czego chcą, po wyrazie ich oczu, a nie po słowach, jakie wychodzą z ich ust”.

Mężczyzna wychodzi z warsztatu. Podnosi jedną nogę i z łatwością okrakiem siada na motorze. Maszyna z hukiem budzi się do życia. Stoję po drugiej stronie ulicy, lecz wibracje pokonują asfalt i docierają do moich stóp. Czuję dudnienie w piersi. Pył unosi się nad chodnikiem na dobre kilka centymetrów, a ziemia pod nim drży.

Mężczyzna wyprowadza motor z parkingu i ledwie rzucając jedno spojrzenie w moją stronę, odjeżdża w przeciwną.

Jestem rozczarowana.

Czego niby oczekiwałam po tej chwili jednostronnego zauroczenia?

Pocieram oczy i uznaję, że zaledwie jedna nieprzespana noc dzieli mnie od wymyślania sobie związków z celebrytami. Już słyszę doniesienia w wiadomościach.

Młoda kobieta została dzisiaj aresztowana w domu Sama Hunta pod zarzutem włamania. Miała przywidzenia i upierała się, że jest jego żoną. Bezustannie krzyczała: „A co z dziećmi?”, aż do chwili, kiedy w końcu pojmała ją policja. Pan Hunt, nieposiadający dzieci, oświadczył, że nie zna kobiety, chociaż żywi nadzieję, że ta znajdzie i otrzyma pomoc, której wyraźnie potrzebuje.

Ryk motocykla niknął w oddali. Weszłam do domu, zamknęłam wszystkie zamki i dopiero kiedy wiedziałam, że jest bezpiecznie, ruszyłam do kuchni po baton proteinowy. Kiedy już się posiliłam, zeszłam do piwnicy, by oszacować straty. Na szczęście poobijany monitor nadal działał. Sprzątam resztę bałaganu, po czym patrzę na Izzy, która czmychnęła z powrotem za okno. Próbuję je zamknąć, ale haczyk nie chce trzymać. Szkło jest roztrzaskane.

A mimo to nie rozległ się alarm?

Sprawdzam okablowanie wokół okna i widzę, że zostało przegryzione. Cholerny kot. Rozcinam kabel i skręcam ze sobą wewnętrzne przewody, po czym przybijam go do kawałka drewna nad oknem.

Zapalam jeden z jointów od Duke’a, siadam przy komputerze, a moje palce zaczynają fruwać nad klawiaturą. Przez jakiś czas nie będę mogła zasnąć, więc równie dobrze mogę popracować.

Po kilku godzinach telefon zaczyna wibrować mi na nogach. Alarm. Jestem z siebie dumna, że tym razem nie podskoczyłam ze strachu. Wyłączam wszystko i idę na górę. Najwyższy czas, żeby chociaż spróbować się wyspać. Jak by nie patrzeć, rano idę do szkoły.

Wzdycham.

Może i jestem kłamczuchą, ale dzisiaj powiedziałam Duke’owi prawdę.

Wcale aż tak bardzo nie lubię szkoły.

Nie lubiłam jej też, kiedy ukończyłam ją po raz pierwszy.

Cztery lata temu.

Rozdział 4
Smoke

Każdego ranka, popołudnia czy kiedykolwiek się tam, kurwa, budzę, pierwsze, o czym myślę, to noc, kiedy w moim życiu przestała się liczyć tylko praca, a zaczęła się liczyć wyłącznie zemsta. Nie mam żadnych wątpliwości, że kiedy przyjdzie mój czas i trafię do piekła, to właśnie wspomnienie chwili, kiedy znalazłem Morgan martwą na podłodze, będę przeżywał ciągle od nowa w niekończącej się pętli.

Z drugiej strony może już jestem w piekle.

Tamta noc mnie zmieniła. Sprawiła, że stałem się twardszy. Bardziej okrutny. Bardziej nieczuły niż kiedykolwiek.

Poza gniewem. Gniew odczuwam bez żadnego problemu.

Ryk klaksonu przywraca mnie do rzeczywistości. Jestem wdzięczny za odwrócenie uwagi, dopóki nie dostrzegam we wstecznym lusterku jakiegoś gnojka, który wyrzuca ręce w powietrze, jakbym go blokował, podczas gdy parkuję przy krawężniku, a na drodze nie ma nawet jednego pieprzonego samochodu.

Wystawiam za okno vana ulubiony palec. Nigdzie się nie ruszam.

Gnojek potrząsa głową i manewruje swoją mazdą, kręcąc kierownicą jedną ręką nad drugą, jakby prowadził jakąś wielką ciężarówkę.

Zatrzymuje się obok mnie, blokując mi widok na dom, który obserwuję od tygodni, i otwiera okno po stronie pasażera. Krzyczy coś do mnie, ale nie wiem co, bo go, kurwa, nie słucham.

Skurwiel musi zniknąć.

Podnoszę rękę, jakbym chciał go przeprosić, lecz chwytam broń z konsoli i przykładam ją do otwartego okna.

Uśmiecham się.

To załatwia sprawę. Jedno spojrzenie wystarcza, by gnojek wcisnął pedał gazu i zahaczywszy o chodnik, odjechał swoją małą deskorolką.

Odkładam broń, po czym się pochylam i otwieram schowek na rękawiczki. Macam, aż w końcu znajduję to, czego szukam. Prostuję się, otwieram buteleczkę i wysypuję dwie tabletki, które zaraz połykam, popijając whiskey z butelki.

Adderall.

Potrzebuję go, szczególnie dzisiaj. Wielotygodniowa obserwacja domu wcale nie jest dobra dla umysłu, który ma skłonność do dryfowania w przeszłości, gdy nie koncentruje się na tym, co się obecnie dzieje. Adderall pomaga mi się skupić, kiedy myślę o zbyt wielu rzeczach naraz. Poza tym daje lepszy i w chuj dłuższy haj niż koka.

 

Jedyna rzecz, która trzyma mnie tutaj, w tym vanie na bezimiennej ulicy w Banyan Cay – oprócz zrównoważonej diety na bazie whiskey i pochodnych amfetaminy – to zemsta.

Frank Helburn zginie z mojej ręki.

Kiedy tylko go, kurwa, znajdę.

Nigdy nie szukałem kogoś przez bity rok. Odnajdywanie ludzi, ściganie ich to praca, za którą dostaję w cholerę kasy. Zazwyczaj potrafię wytropić człowieka w kilka godzin, najdłużej w kilka dni.

Nigdy jednak w rok.

Może i nie znalazłem Franka, ale odnalazłem kogoś równie dobrego.

Jego córkę.

Frances Helburn, nazwana po swoim żałosnym ojcu skurwielu, Franku, używa teraz nazwiska Sarah Jackson.

Ma nędzne życie. Poważnie, suka niemal nie wychodzi z domu. Jak zauważyłem, nie ma żadnych przyjaciół, oczywiście poza tym skurwysynem o kręconych włosach, który wygląda, jakby dopiero zaczął się golić. Chociaż Frances mogłaby sama ukrywać brodę pod tymi włosami, wiecznie wiszącymi jej na twarzy. Dziwi mnie, że udaje jej się codziennie dotrzeć do szkoły, nie wpadając pod żaden samochód.

Zauważyła mnie dzisiaj po drugiej stronie ulicy. Poczułem, jak na mnie patrzy. Udawałem, że naprawiam coś przy motorze, podczas gdy w rzeczywistości dopiero co wybiegłem z jej domu po tym, jak włamałem się do piwnicy. Nie zdążyłem wsunąć nawet jednej nogi przez okno, gdy jakiś tłusty kot wyskoczył z ciemności obok mnie, przewracając po drodze jakieś graty.

Niech szlag trafi tego kota.

Nie miałem czasu poszukać jakichkolwiek wskazówek co do tego, gdzie może się ukrywać Frank. Cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Poszukiwanie Franka Helburna testuje moje granice. Znów stawałem się niespokojny. Przypominam sobie swój cel i to, jak słodki będzie widok jego rozlewającej się krwi.

Na chwilę czy dwie się rozluźniam.

Cóż, rozluźniam się na tyle, ile mogę.

Strzelam kostkami, a potem karkiem. Wyciągam telefon i otwieram plik, który Griff wysłał mi kilka tygodni temu. Są w nim tylko dwa zdjęcia, a na jednym z nich jest Frank i jego córka. Samo zdjęcie pochodzi sprzed kilku lat i jest rozmazane jak diabli. Nie widzę u Frances żadnych znaków szczególnych, ale z drugiej strony zdjęcie jest tak zniekształcone, że nie wiem nawet, czy się na nim uśmiecha, czy nie. Dostrzegam tylko ciemne włosy i dziwnie bursztynowe oczy, co również świadczy o jakości fotografii.

Może i nigdy nie widziałem jej twarzy, lecz kiedy byłem po drugiej stronie ulicy, poczułem, jak przygląda mi się z zainteresowaniem. Kiedy zaś kątem oka dostrzegłem, jak rozluźnia ramiona, wiedziałem, że zdjęła mnie z listy możliwego zagrożenia. Uśmiecham się do siebie.

Zły ruch, mała.

Drugie zdjęcie jest ziarnistym kadrem z nagrania z monitoringu przedstawiającym Franka Helburna opuszczającego krwawą łaźnię w domu Morgan. Czuję narastający we mnie gniew, który dosięga gardła – pozostaje w nim, dławiąc mnie nieprzerwanie od tamtej pieprzonej nocy.

Mój telefon zaczyna dzwonić i krzywię się, widząc nazwisko na wyświetlaczu. Odbieram bez pozdrowienia, ale Griff to Griff – on nie potrzebuje powitań. Facet gada za nas dwóch.

– Żadnego śladu naszego Franka? – pyta, mówiąc tak szybko, jakby ktoś wcisnął mu na ustach guzik przewijania. Jego głos jest nosowy. Wysoki. I jękliwy. Każde jego słowo brzmi, jakby narzekał, chociaż wcale tak nie jest. Już nie mogę się doczekać, aż skończę tę robotę, żebym nie musiał go słyszeć, kurwa, codziennie.

– Żadnego – potwierdzam. – Tylko dziewczyna i okazjonalnie jakiś pizduś z dostawą.

Griff na wpół wzdycha, na wpół warczy.

– Cóż, Frank nie jest tak dobry w zacieraniu za sobą śladów, za jakiego się uważa. Zeszłej nocy mój siostrzeniec, Leo, wyłapał kilka z nich w odmętach sieci, do których tylko nieliczni wiedzą, jak dotrzeć. Nadal hakuje. Nadal wykonuje zadania. Leo go teraz tropi. Może i nie ma go tam razem z córką, ale go znajdziemy. I to wkrótce.

– Będę dalej obserwował dom. Jeśli się tu zjawi, dowiem się o tym – odpowiadam. Zgodnie z prawdą: nikomu nigdy nie udało się przemknąć obok mnie i nigdy tak się nie stanie. – Ale myślę, że najwyższy czas sprawdzić, jak bardzo Frank Helburn kocha swoją córkę.

– Myślę, że możesz mieć rację – zgadza się Griff.

Patrzę za okno na pogrążony w ciemności dom. Włączam głośnik w telefonie.

– Porwij ją – mówi Griff. Jego głos obniża się wraz z intensywnością, jakiej nabierają jego słowa, a podekscytowanie jest teraz bardziej kontrolowane. Mroczniejsze. – Porwij córkę Franka. Chcę wywabić tego skurwiela z ukrycia. Odebrał ci Morgan i wasze dziecko, a mnie ukradł miliony. Zasługuje na wszystko, co go czeka. – Powoli wypuszcza z płuc powietrze, prosto do słuchawki, co wywołuje szum. – Musi za to zapłacić. – Ponownie oddycha głęboko. – A potem musi ZAPŁACIĆ.

Nie odpowiadam, ale Griff wie, że się z nim zgadzam.

– Ciężko wydobyć z ciebie więcej niż jedno słowo – mówi, w jednej chwili zmieniając ton z gorzkiego na rozbawiony. – Lubię to w tobie.

A ja nie lubię w tobie niczego.

– Słyszałem, że wróciłeś do pracy w pojedynkę – ciągnie, nagle zmieniając temat.

Zaciskam zęby. Ten skurwiel z pewnością wie, jak mnie wkurwić.

– Nie twój pieprzony interes, Griff – rzucam.

Po raz tysięczny wyglądam przez okno. W domu nadal jest ciemno.

– Ja tylko mówię, że musiałeś być wściekły, kiedy Rage odszedł z twojego zespołu – mówi Griff, ignorując moje ostrzeżenie.

Na dźwięk tego imienia mam ochotę odwołać całą robotę.

– Najwyraźniej facet nie był tak lojalny, jak myślałeś.

Griff powiedział „facet”. Mój gniew mija. Gość najwyraźniej nie wie, kim jest Rage, nie mówiąc już o tym, do czego ONA jest zdolna.

Rozluźniam uchwyt na kierownicy.

– Griff, może i mamy tego samego wroga, ale nie myśl, że dzięki temu jesteśmy przyjaciółmi.

– I dobrze, bo z pierwszej ręki wiem, co się przytrafia twoim przyjaciołom – odpowiada przeciągle.

Rozłączam się i odrzucam telefon na siedzenie pasażera, po czym zaciśniętą pięścią uderzam w kierownicę.

Gdyby Griff stał przede mną, udusiłbym go tu i teraz.

Skurwiel uważa, że jest nietykalny – i do pewnego stopnia tak jest. Przez ostatnie kilka lat jego organizacja znacznie się rozrosła, ale facet dalej jest frajerem, który uwielbia rozprawiać o swoich osiągnięciach, przez co jego rządy mają datę ważności. Nawet najlepsza organizacja na świecie nie ochroni lidera, który bez końca miele ozorem.

W moim świecie długi jęzor może zafundować ci wieczną drzemkę.

Długie życie idzie w parze z umiejętnością milczenia. Daję Griffowi rok, zanim ktoś mi zapłaci, bym posłał go do grobu. Ze wszystkich ludzi na świecie to właśnie on musiał być tym, który odkrył, że to Frank odpowiadał za rzeźnię, jaka miała miejsce w domu Morgan.

W sypialni dziewczyny zapala się światło i patrzę, jak za oknem przesuwa się jej cień.

Nie wiem, czy to przez potrzebę zemsty, czy przez rozmowę z Griffem, ale moja cierpliwość się kończy. Podobnie jak wolność tej dziewczyny.

Dłużej nie czekam.

Frances Helburn jest moja.

***

Zmieniłem samochód i ubranie. Teraz siedzę przed szkołą i patrzę na schodzących się uczniów.

Frances wchodzi do budynku jako jedna z ostatnich.

Ma na sobie ten sam mundurek, który nosi każdego dnia. Prosta spódnica w szkocką kratę, koszula i sweter. Jeśli głównym powodem noszenia mundurków jest zapobieganie nadmiernej ekspozycji ciała, to ta szkoła odniosła niewątpliwy sukces, gdyż jej strój jest dobre trzy rozmiary na nią za duży i wisi na niej niczym bezkształtny wór. Nawet jej skarpety są niedorzeczne. Mają kolor głębokiej zieleni i sięgają jej wysoko, niemal do samych kolan, chociaż kiedy idzie, jedna nieustannie opada jej do kostki. Pod swetrem dziewczyna ma czarną koszulę z kołnierzykiem. Idzie zgarbiona, ukrywając nie tylko twarz, ale też jakiekolwiek oznaki tego, że ma cycki.

Nie ukryjesz się przede mną, Frances. Nawet pod tymi wszystkimi workowatymi ubraniami. Widzę cię. Widzę cię i idę po ciebie.

Frances potyka się na chodniku i upuszcza książkę. Pochyla się, by ją podnieść, a ja przez moment dostrzegam zarys doskonale krągłych pośladków ledwie okrytych czerwonymi figami.

Czerwone, tak? A to niespodzianka.

Przez chwilę wyobrażam sobie, co mógłbym zrobić z tymi pośladkami, kiedy przypominam sobie, do kogo należą. Frances jest dziwna i jak widzę, koścista.

Bezkształtna.

Gówno mnie obchodzi, jakiego koloru są kobiece oczy lub włosy, lecz kobiety, które lubię pieprzyć, wyglądają jak… cóż, kobiety. Cycki. Biodra. Usta.

Dzisiaj Frances wydaje się cięższa od pozostałych dziewczyn tłoczących się przy wejściu do szkoły. Nie chodzi o ciało – nie może ważyć więcej niż pięćdziesiąt pięć kilo – lecz cięższa w sensie… zmartwiona.

Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie.

Nie mój cholerny problem.

Mam zamiar narobić zamieszania i po raz pierwszy od dawna jestem podekscytowany. Nabuzowany.

Gotowy.

Frances się zatrzymuje. Patrzy przez ramię i rozgląda się po parkingu, aż jej wzrok pada na mnie. Nieruchomieje, po czym odwraca głowę w bok. Nagle rozbrzmiewa dzwonek, na co otwiera drzwi i znika we wnętrzu budynku.

Muszę jej to przyznać: jest mądra. Niewystarczająco, by mnie zgubić, ale wszyscy, których z Griffem zatrudniliśmy, by odnaleźli jej ojca, nie znaleźli też jej.

Teraz wiem dlaczego.

Wszyscy szukali Frances Helburn. Kobiety w wieku około dwudziestu lat. Zamiast niej znaleźli osiemnastoletnią uczennicę szkoły katolickiej o nazwisku Sarah Jackson.

Ukrywała się na pieprzonym widoku. Ze wszystkich możliwych miejsc wybrała szkołę. Sprytne.

Ale niedostatecznie.

Otwieram drzwi i wysiadam naprzeciwko szkoły, prosto w oślepiające słońce.

Jej plan był przyzwoity, póki trwał, teraz jednak z nim koniec.

Frances Helburn zaraz się dowie, że nie jest wcale taka sprytna, jak się jej wydawało.

Rozdział 5
Smoke

Recepcjonistka lustruje mnie od stóp do głów. Nie potrafi ukryć zaskoczenia na widok moich tatuaży i munduru. Wstaje zza biurka, zakłada pasmo włosów za ucho i rozciąga usta w uprzejmym, choć zmartwionym uśmiechu.

– Czy… mogę panu w czymś pomóc, oficerze…? – duka, wyłamując sobie palce.

– Wiggum – kończę za nią obojętnym, lecz grzecznym tonem. Śmieję się w duchu, bo kiedykolwiek wcielam się w glinę, zawsze używam nazwisk z pieprzonych Simpsonów i nikt zdaje się tego nie zauważać. – I owszem, tak się składa, że może mi pani pomóc.

Podaję jej fałszywe dokumenty i patrzę na zegarek, jakby to była ostatnia rzecz, na którą mam ochotę przed zakończeniem zmiany.

Jej oczy rozszerzają się, gdy czyta dokumentację, a usta poruszają się bezgłośnie. W końcu podnosi na mnie wzrok i chrząka cicho, oczyszczając gardło, pokryte teraz plamami równie czerwonymi jak jej twarz.

– Proszę… proszę chwilę zaczekać – mówi, po czym wychodzi pospiesznie, niczym gryzoń, którego goni kot.

Jest oszołomiona. Nie mogę jej za to winić. Prawdopodobnie niecodziennie zjawia się u niej policjant z nakazem aresztowania jednej z uczennic.

Kilka minut później stoję w gabinecie dyrektora, czekając, aż dyrektorka osobiście przyprowadzi do mnie Frances.

Podnoszę wzrok na zawieszoną nad biurkiem w szklanej gablocie flagę Stanów Zjednoczonych i patrzę na swoje odbicie w szybie.

To aż zbyt, kurwa, łatwe.