3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Przypływy nocy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Przypływy nocy
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Podzię­ko­wa­nia

2  Dra­ma­tis per­so­nae

3  Pro­log

4  Księga pierw­sza Roz­dział pierw­szy Roz­dział drugi Roz­dział trzeci Roz­dział czwarty Roz­dział piąty

5  Księga druga Roz­dział szó­sty Roz­dział siódmy Roz­dział ósmy Roz­dział dzie­wiąty Roz­dział dzie­siąty Roz­dział jede­na­sty

6  Księga trze­cia Roz­dział dwu­na­sty Roz­dział trzy­na­sty Roz­dział czter­na­sty Roz­dział pięt­na­sty Roz­dział szes­na­sty Roz­dział sie­dem­na­sty Roz­dział osiem­na­sty Roz­dział dzie­więt­na­sty

7  Księga czwarta Roz­dział dwu­dzie­sty Roz­dział dwu­dzie­sty pierw­szy Roz­dział dwu­dzie­sty drugi Roz­dział dwu­dzie­sty trzeci Roz­dział dwu­dzie­sty czwarty Roz­dział dwu­dzie­sty piąty

8  Epi­log

9  Glo­sa­riusz

10  Mapy Cen­trum Lethe­ras Zie­mie Tiste Edur i pół­nocne pogra­ni­cze Letheru

Tytuł ory­gi­nału: Mid­ni­ght Tides

Copy­ri­ght © 2004 by Ste­ven Erik­son

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2021 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Joanna Figlew­ska

Korekta: Urszula Okrzeja

Ilu­stra­cja na okładce: Steve Stone

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Jaro­sław Musiał

ISBN 978-83-67023-84-9

Wyda­nie V

Wydawca:

Wydaw­nic­two MAG

ul. Kryp­ska 21 m. 63

04-082 War­szawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl

Wyłączny dys­try­bu­tor:

Dres­sler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznań­ska 91

05-850 Oża­rów Maz.

tel. 227 335 010

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Chri­sto­phera Porozny’ego

Podzię­ko­wa­nia

Wyrazy naj­wyż­szego uzna­nia dla sta­rej bandy: Ricka, Chrisa i Marka, za wyra­żone z góry komen­ta­rze na temat tej powie­ści. Dla Court­neya, Cam i Davida Kecka, za ich przy­jaźń. Jak zwy­kle dzię­kuję też Clare i Bowe­nowi, a także Simo­nowi Tay­lo­rowi i jego współ­pra­cow­ni­kom z Trans­world. Steve’owi Donald­so­nowi, Ros­sowi i Perry’emu; Pete­rowi i Nicky Crow­the­rom, Patric­kowi Wal­showi i Howar­dowi Mor­ha­imowi. A także pra­cow­ni­kom Baru Ita­lia Tony’ego, za tę, już drugą, powieść, dla któ­rej pali­wem była ich kawa.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Dra­ma­tis per­so­nae
Tiste Edur

Tomad Sen­gar: patriar­cha rodu Sen­ga­rów

Uruth: matriar­chini rodu Sen­ga­rów

Fear Sen­gar: naj­star­szy syn, główny instruk­tor wojow­ni­ków ple­mion

Trull Sen­gar: drugi syn

Bina­das Sen­gar: trzeci syn

Rhu­lad Sen­gar: czwarty i naj­młod­szy syn

Mayen: narze­czona Feara

Han­nan Mosag: król-czar­no­księż­nik Kon­fe­de­ra­cji Sze­ściu Ple­mion

The­ra­das Buhn: naj­star­szy syn rodu Buh­nów

Midik Buhn: drugi syn

Badar: wojow­nik, który jesz­cze nie prze­lał krwi

Rethal: wojow­nik

Canarth: wojow­nik

Cho­ram Irard: wojow­nik, który jesz­cze nie prze­lał krwi

Kholb Harat: wojow­nik, który jesz­cze nie prze­lał krwi

Matra Brith: wojow­nik, który jesz­cze nie prze­lał krwi

Lethe­ryj­scy nie­wol­nicy Tiste Edur

Udi­naas

Piór­kowa Wiedźma

Hulad

Vir­rick

Lethe­ryj­czycy

W pałacu

Ezgara Diska­nar: król Letheru

Janall: kró­lowa Letheru

Quil­las Diska­nar: książę i dzie­dzic tronu

Unnu­tal Hebaz: preda (dowódca) lethe­ryj­skiej armii

Brys Bed­dict: finadd (kapi­tan) i kró­lew­ski obrońca, naj­młod­szy z braci Bed­dic­tów

Moroch Nevath: finadd, oso­bi­sty straż­nik księ­cia Quil­lasa Diska­nara

Kuru Qan: kró­lew­ski ceda (cza­ro­dziej)

Nisall: pierw­sza kon­ku­bina króla

Turu­dal Bri­zad: pierw­szy kon­ku­bent kró­lo­wej

Nifa­das: pierw­szy eunuch

Gerun Ebe­rict: finadd w Gwar­dii Kró­lew­skiej

Tri­ban Gnol: kanc­lerz

Laer­das: mag ze świty księ­cia

Na pół­nocy

Buruk Blady: kupiec z pół­nocy

Seren Pedac: porę­czy­cielka Buruka Bla­dego

Hull Bed­dict: obser­wa­tor na pół­nocy, naj­star­szy z braci Bed­dict

Nekal Bara: cza­ro­dziejka

Ara­ha­than: mag

Ene­dic­tal: mag

Yan Tovis (Pomroka): atri-preda w Rubieży Fen­tów

W mie­ście Lethe­ras

Tehol Bed­dict: oby­wa­tel miesz­ka­jący w sto­licy, drugi z braci Bed­dic­tów

Hejun: pra­cow­nica Tehola

Ris­sarh: pra­cow­nica Tehola

Shand: pra­cow­nica Tehola

Cha­las: straż­nik

Biri: kupiec

Huldo: wła­ści­ciel lokalu

Bugg: sługa Tehola

Ublala Pung: prze­stępca

Har­lest: straż­nik domowy

Ormly: mistrz szczu­ro­łap

Ruc­ket: główny śled­czy, Cech Szczu­ro­ła­pów

Bubyrd: Cech Szczu­ro­ła­pów

Błysk: Cech Szczu­ro­ła­pów

Rubin: Cech Szczu­ro­ła­pów

Onyks: Cech Szczu­ro­ła­pów

Scint: Cech Szczu­ro­ła­pów

Imbryk: dziew­czynka

Shurq Elalle: zło­dziejka

Selush: ubie­ra­jąca zmar­łych

Pad­de­runt: pomoc­nik Selush

Urul: główny kel­ner u Hulda

Inchers: oby­wa­tel

Hul­bat: oby­wa­tel

Tur­ble: oby­wa­tel

Unn: pół­krwi tuby­lec

Delisp: matrona bur­delu „Świą­ty­nia”

Prist: ogrod­nik

Silny Rall: ban­dyta

Zie­lona Świ­nia: osła­wiony mag z daw­nych cza­sów

Inni

Withal: mec­kro­ski płat­nerz

Rind: nacht

Mape: nacht

Pule: nacht

Ukryty Wewnątrz

Sil­chas Ruin: Tiste Andii, jed­no­po­chwy­cony Ele­int

Sca­ban­dari Krwa­wo­oki: Tiste Edur, jed­no­po­chwy­cony Ele­int

Gothos: Jaghut

 

Rud Elalle: dziecko

Żela­zna Krata: żoł­nierz

Corlo: mag

Pół­gar­niec: żoł­nierz

Ulshun Pral: Imass

Pro­log

Pierw­sze dni Roz­bi­cia Emur­lahn

Inwa­zja Edur, Wiek Sca­ban­da­riego Krwa­wo­okiego

Czas pra­daw­nych bogów

Z potar­ga­nych wia­trem, gęstych od dymu chmur padał na zie­mię deszcz krwi. Ostat­nie lata­jące for­tece pospa­dały z nieba, spo­wite pło­mie­niami i bucha­jące czar­nym dymem. Ich gwał­towny upa­dek wyrył w ziemi głę­bo­kie bruzdy. Roz­pa­dały się na kawałki z gło­śnym hukiem, sypiąc spla­mio­nymi czer­wie­nią kamie­niami na stosy tru­pów, które pokry­wały zie­mię od hory­zontu po hory­zont.

Wiel­kie mia­sta-roje zmie­niły się w stosy pokry­tych popio­łem ruin, a ogromne, nie­bo­tyczne chmury, które wyro­sły nad każ­dym z nich w chwili ich zagłady – pełne gruzu, roze­rwa­nych na strzępy ciał i krwi – kłę­biły się, gdy odpły­wało z nich cie­pło, prze­sła­nia­jąc powoli niebo.

Legiony zwy­cięz­ców zebrały się pośród uni­ce­stwio­nych armii na cen­tral­nej rów­ni­nie. Jej więk­szą część pokry­wały ide­al­nie do sie­bie dopa­so­wane pła­skie kamie­nie bru­kowe. Upa­dek lata­ją­cych for­tec nie zosta­wił tu zbyt głę­bo­kich wyżło­bień, ale nie­zli­czone trupy poko­na­nych utrud­niały trium­fa­to­rom usta­wie­nie się w szyku. One i zmę­cze­nie. Legiony nale­żały do dwóch róż­nych armii, połą­czo­nych w tej woj­nie soju­szem, i nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że jed­nej z niej powio­dło się znacz­nie lepiej niż dru­giej.

Sca­ban­dari opa­dał poprzez skłę­bione chmury, mru­ga­jąc migot­kami, by oczy­ścić lodo­wato nie­bie­skie smo­cze oczy. Na jego potęż­nych skrzy­dłach koloru żelaza osa­dzała się mgiełka krwi. Smok prze­chy­lił się w locie i opu­ścił głowę, spo­glą­da­jąc na swe zwy­cię­skie dzieci. Szare cho­rą­gwie legio­nów Tiste Edur łopo­tały chy­bo­tli­wie nad gło­wami gro­ma­dzą­cych się wojow­ni­ków. Według oceny Sca­ban­dariego oca­lało co naj­mniej osiem­na­ście tysięcy jego zro­dzo­nych w cie­niu kuzy­nów. Mimo to w namio­tach Pierw­szej Przy­stani zapa­nuje dziś żałoba. O świ­cie na rów­ninę wyma­sze­ro­wało z górą dwie­ście tysięcy Tiste Edur. Nie­mniej jed­nak… to wystar­czy.

Edur starli się ze wschod­nią flanką armii K’Chain Che’Malle, uprze­dza­jąc ich szarżę falami nisz­czy­ciel­skich cza­rów. Szyki nie­przy­ja­ciela usta­wiono z myślą o odpar­ciu fron­tal­nego ataku i reak­cja na groźbę nad­cho­dzącą ze skrzy­dła była fatal­nie spóź­niona. Legiony Edur wbiły się niczym szty­let w serce wro­gich zastę­pów.

Gdy Sca­ban­dari pod­le­ciał bli­żej, ujrzał na dole roz­siane tu i ówdzie czarne jak noc cho­rą­gwie Tiste Andii. Oca­lało z tysiąc wojow­ni­ków, być może mniej. Sojusz­nicy Edur sro­dze ucier­pieli i ich tytuł do zwy­cię­stwa wyda­wał się raczej wąt­pliwy. Starli się z Łow­cami K’ell, eli­tar­nymi armiami trzech matron. Czte­ry­sta tysięcy Tiste Andii prze­ciwko sześć­dzie­się­ciu tysiącom Łow­ców. Dodat­kowe kom­pa­nie Andii i Edur zaata­ko­wały lata­jące for­tece. Wie­dzieli, że idą na śmierć, i ich poświę­ce­nie miało klu­czowe zna­cze­nie dla dzi­siej­szego zwy­cię­stwa, albo­wiem nie pozwo­lili lata­ją­cym for­te­com przyjść z pomocą armiom wal­czą­cym na dole. Ataki na cztery for­tece przy­nio­sły tylko nie­wiel­kie skutki, gdyż krót­ko­ogo­nowi wal­czyli z nie­zrów­naną zacie­kło­ścią, mimo że ich liczba była nie­wielka. Prze­lana krew Tiste dała jed­nak Sca­ban­dariemu i jego sojusz­ni­kowi, który rów­nież był jed­no­po­chwy­co­nym smo­kiem, czas potrzebny, by zbli­żyć się do lata­ją­cych for­tec i ude­rzyć w nie mocą grot Sta­rvald Deme­lain, Kurald Galain i Kurald Emur­lahn.

Smok opadł w rejon, gdzie góra zwłok K’Chain Che’Malle zna­czyła miej­sce śmierci jed­nej z matron. Obrońcy zgi­nęli od mocy Kurald Emur­lahn i dzi­kie cie­nie na­dal uno­siły się nad sto­kami niczym widma. Sca­ban­dari roz­po­starł skrzy­dła, łopo­cząc nimi w par­nym powie­trzu, i wylą­do­wał na ster­cie gadzich ciał.

Po chwili przy­brał postać Tiste Edur. Miał skórę barwy kutego żelaza, dłu­gie, luźno opa­da­jące siwe włosy, wychu­dłą, orlą twarz i bli­sko osa­dzone oczy o twar­dym wyra­zie. Wokół sze­ro­kich ust z opa­da­ją­cymi w dół kąci­kami nie było zro­dzo­nych ze śmie­chu bruzd. Wyso­kie, wolne od zmarsz­czek czoło nazna­czyły skrzy­żo­wane uko­śnie, sino­białe bli­zny, wyraź­nie rysu­jące się na tle ciem­nej skóry. Miał na sobie skó­rzane szelki, na któ­rych wisiał dwu­ręczny miecz, u pasa nosił dwa dłu­gie noże, a przez ramię prze­rzu­cił sobie łusko­watą pele­rynę – skórę matrony, tak świeżą, że błysz­czała jesz­cze od natu­ral­nych ole­jów.

Wysoki Edur zbru­kany kro­pel­kami krwi obser­wo­wał zbie­ra­jące się legiony. Ofi­ce­ro­wie jego armii spoj­rzeli na swego wodza, po czym zaczęli wyda­wać roz­kazy żoł­nie­rzom.

Sca­ban­dari zwró­cił się na pół­nocny zachód, wpa­tru­jąc się z przy­mru­żo­nymi powie­kami w skłę­bione chmury. Po chwili wychy­nął z nich ogromny, biały jak kość smok, chyba jesz­cze więk­szy od Sca­ban­dariego w smo­czej postaci. Jego rów­nież pokry­wały plamy krwi… w znacz­nej czę­ści jego wła­snej, jako że Sil­chas Ruin wspo­ma­gał swych kuzy­nów Andii w walce z Łow­cami K’ell.

Sca­ban­dari z uwagą obser­wo­wał zbli­ża­ją­cego się sojusz­nika. Odsu­nął się do tyłu dopiero w chwili, gdy ogromny smok wylą­do­wał na szczy­cie wzgó­rza i zmie­nił szybko postać. Prze­ra­stał jed­no­po­chwy­co­nego Tiste Edur co naj­mniej o głowę, ale był strasz­li­wie chudy. Pod jego gładką, nie­mal prze­zro­czy­stą skórą uwy­dat­niały się węzły mię­śni. W dłu­gich, gęstych, bia­łych wło­sach wojow­nika lśniły szpony jakie­goś dra­pież­nego ptaka. Jego oczy błysz­czały tak inten­syw­nie, że ich czer­wień miała barwę gorączki. Sil­chas Ruin odniósł wiele ran. Jego ciało nazna­czyły szramy po cio­sach mie­czy. Górna część zbroi spa­dła nie­mal cał­ko­wi­cie, odsła­nia­jąc nie­bie­sko­zie­lone tęt­nice i żyły, roz­ga­łę­zia­jące się pod cienką, bez­włosą skórą piersi. Nogi miał lep­kie od krwi, podob­nie jak ręce. Bliź­nia­cze pochwy, które nosił u pasa, były puste. Oba jego mie­cze zła­mały się, mimo że nasy­cono je cza­rami. Sto­czył bar­dzo zacięty bój.

Sca­ban­dari pozdro­wił go, pochy­la­jąc głowę.

– Sil­cha­sie Ruin, mój bra­cie w duchu. Naj­wier­niej­szy z sojusz­ni­ków. Spójrz na rów­ninę. Zwy­cię­ży­li­śmy.

Blada twarz albi­nosa Tiste Andii wykrzy­wiła się w bez­gło­śnym gry-masie.

– Moje legiony późno przy­były wam z odsie­czą – przy­znał Sca­ban­dari. – Serce mi krwawi na myśl o ponie­sio­nych przez was stra­tach. Nie­mniej jed­nak zdo­by­li­śmy bramę, czyż nie tak? Droga pro­wa­dząca do tego świata należy do nas, a sam świat stoi przed nami otwo­rem… możemy go splą­dro­wać, stwo­rzyć dla naszych ludów godne ich impe­ria.

Gdy Ruin spoj­rzał na cią­gnącą się w dole rów­ninę, jego dłu­go­palce, zbru­kane krwią dło­nie zaci­snęły się nagle. Legiony Edur oto­czyły ostat­nich oca­la­łych Andii nie­rów­nym pier­ście­niem.

– W powie­trzu cuch­nie śmier­cią – wark­nął Sil­chas Ruin. – Led­wie mogę zaczerp­nąć go w płuca, żeby prze­mó­wić.

– Będziemy jesz­cze mieli pod dostat­kiem czasu na przy­go­to­wa­nie nowych pla­nów – stwier­dził Sca­ban­dari.

– Mój lud zma­sa­kro­wano. Oto­czy­li­ście nas krę­giem, ale to spóź­niona opieka.

– Ale za to sym­bo­liczna, bra­cie. Na tym świe­cie są inni Tiste Andii. Sam mi to mówi­łeś. Wystar­czy, że odnaj­dzie­cie tę pierw­szą falę osad­ni­ków, a odzy­ska­cie siłę. Co wię­cej, przy­będą też inni. Moi i twoi kuzyni, ucie­ka­jący przed ponie­sio­nymi klę­skami.

Sil­chas Ruin zasę­pił się jesz­cze bar­dziej.

– Dzi­siej­sze zwy­cię­stwo two­rzy gorzką alter­na­tywę.

– K’Chain Che’Malle już pra­wie wygi­nęli. Wszy­scy o tym wiemy. Widzie­li­śmy wiele innych mar­twych miast. Zostało tylko Morn, które leży na odle­głym kon­ty­nen­cie, a nawet tam krót­ko­ogo­nowi zry­wają łań­cu­chy w krwa­wym bun­cie. Skłó­cony wróg jest wro­giem, który szybko upad­nie, przy­ja­cielu. Kto jesz­cze na tym świe­cie ma moc potrzebną, by się nam prze­ciw­sta­wić? Jaghuci? Są nie­liczni i roz­pro­szeni. Imas­so­wie? Cóż może zdzia­łać kamienna broń prze­ciwko naszemu żelazu? – Umilkł na chwilę. – For­krul Assa­ilo­wie nie wydają się skłonni, by nas osą­dzić. Zresztą wygląda na to, że z każ­dym rokiem jest ich coraz mniej. Nie, przy­ja­cielu, po dzi­siej­szym zwy­cię­stwie cały ten świat leży u naszych stóp. Tu nie będą już was prze­śla­do­wać wojny domowe, od któ­rych cierpi Kurald Galain. A ja i ci, któ­rzy podą­żają za mną, uciek­niemy od roz­dar­cia, które dotknęło Kurald Emur­lahn…

Sil­chas Ruin prych­nął pogar­dli­wie.

– Sam spo­wo­do­wa­łeś to roz­dar­cie, Sca­ban­dari.

Na­dal przy­glą­dał się zebra­nym na dole oddzia­łom Tiste, nie zauwa­żył więc bły­sku gniewu wywo­ła­nego jego rzu­coną od nie­chce­nia uwagą. Błysk ten zgasł jed­nak po ude­rze­niu serca i twarz Sca­ban­da­riego odzy­skała spo­kojny wyraz.

– Zdo­by­li­śmy nowy świat, bra­cie.

– Na szczy­cie wzgó­rza na pół­nocy stoi Jaghut – stwier­dził Sil­chas Ruin. – Świa­dek tej wojny. Nie zbli­ża­łem się do niego, bo wyczu­łem począ­tek rytu­ału. Omtose Phel­lack.

– Boisz się tego Jaghuta, Sil­cha­sie Ruin?

– Boję się tego, czego nie znam, Sca­ban­dari… Krwa­wo­oki. Musimy się jesz­cze wiele nauczyć o tym kró­le­stwie i jego miesz­kań­cach.

– Krwa­wo­oki?

– Nie widzisz sam sie­bie – wyja­śnił Ruin. – Nadaję ci to imię z uwagi na krew, która spla­miła… twą wizję.

– To tro­chę śmieszne usły­szeć coś takiego z two­ich ust, Sil­cha­sie Ruin. – Sca­ban­dari wzru­szył ramio­nami i pod­szedł do pół­noc­nego skraju stosu, stą­pa­jąc ostroż­nie po poru­sza­ją­cych się pod jego sto­pami tru­pach. – Mówisz: Jaghut…

Odwró­cił się, ale Sil­chas Ruin stał zwró­cony do niego ple­cami, spo­glą­da­jąc z góry na garstkę swych oca­la­łych pod­ko­mend­nych.

– Omtose Phel­lack, Grota Lodu – mówił Ruin, nie odwra­ca­jąc się. – Co on pró­buje wycza­ro­wać, Sca­ban­dari Krwa­wo­oki? Zasta­na­wiam się…

Jed­no­po­chwy­cony Edur pod­szedł do Tiste Andii.

Się­gnął do lewego buta i wycią­gnął z cho­lewki wytra­wiony cie­niem szty­let, na któ­rego żela­znej klin­dze tań­czyły czary.

Zro­bił jesz­cze jeden krok i wbił nóż w plecy Ruina.

Cia­łem Tiste Andii tar­gnęły spa­zmy. Z jego gar­dła wyrwał się dono­śny ryk…

W tej samej chwili legiony Edur zwró­ciły się nagle w stronę Andii, ude­rza­jąc na nich ze wszyst­kich stron. Zaczęła się ostat­nia dziś rzeź.

Magia oto­czyła Sil­chasa Ruina wiją­cymi się łań­cu­chami. Albi­nos padł na zie­mię.

Sca­ban­dari Krwa­wo­oki przy­kuc­nął nad nim.

– Nie­stety, z braćmi zawsze tak bywa – wyszep­tał. – Władca musi być jeden. Nie dwóch. Wiesz, że to prawda. Choć ten świat jest wielki, prę­dzej czy póź­niej doszłoby do wojny mię­dzy Edur a Andii. Ode­zwałby się w nas zew krwi. Dla­tego to my obej­miemy pano­wa­nie nad bramą. Tylko Edur przejdą na drugą stronę. Wytę­pimy Andii, któ­rzy już tu są… Jakiego wojow­nika mogliby wysta­wić prze­ciwko mnie? W zasa­dzie są już tru­pami. I tak wła­śnie powinno być. Jeden lud. Jeden władca. – Wypro­sto­wał się, sły­sząc ostat­nie krzyki umie­ra­ją­cych wojow­ni­ków Andii, dobie­ga­jące z rów­niny na dole. – Nie­stety nie mogę cię zabić natych­miast. Jesteś zbyt potężny. Dla­tego zabiorę cię w odpo­wied­nie miej­sce, zosta­wię korze­niom, ziemi i kamie­niom na zry­tym grun­cie…

Przy­brał postać smoka. Zaci­snął ogromną szpo­nia­stą łapę na nie­ru­cho­mym ciele Sil­chasa Ruina i wzle­ciał ku niebu z gło­śnym łopo­tem skrzy­deł.

Wieża znaj­do­wała się nie­spełna trzy­sta mil na połu­dnie od pola bitwy. Tylko niski, poob­tłu­ki­wany mur ota­cza­jący dzie­dzi­niec świad­czył, że tej budowli nie wznie­śli Jaghuci, że poja­wiła się samo­ist­nie obok trzech jaghuc­kich wież, kie­ro­wana pra­wami nie­zro­zu­mia­łymi dla bogów i śmier­tel­ni­ków. Poja­wiła się… by cze­kać na przy­by­cie tych, któ­rych miała uwię­zić na wieki. Istot obda­rzo­nych śmier­cio­no­śną mocą.

Takich jak jed­no­po­chwy­cony Tiste Andii Sil­chas Ruin, trzeci i ostatni z trojga dzieci Matki Ciem­no­ści.

W ten spo­sób z drogi Sca­ban­da­riego Krwa­wo­okiego znik­nął ostatni godny prze­ciw­nik pośród Tiste.

Troje dzieci Matki Ciem­no­ści.

Trzy imiona…

Anda­rist, który dawno temu wyrzekł się swej mocy, by odpo­wie­dzieć na żałobę, któ­rej ni­gdy nie mógł ule­czyć, nie wie­dząc, że to moja dłoń jest jej przy­czyną…

 

Ano­man­da­ris Irake, który zerwał ze swą matką i swym ludem. A potem znik­nął, nim mia­łem szansę go zała­twić. Znik­nął i zapewne nikt go już ni­gdy nie ujrzy.

I teraz Sil­chas Ruin, któ­rego nie­długo pochło­nie wieczne wię­zie­nie Azath.

Sca­ban­dari Krwa­wo­oki cie­szył się z tego. Ze względu na swój lud i samego sie­bie. Pod­bije ten świat. Jedy­nie pierwsi osad­nicy Andii mogli zagro­zić jego pre­ten­sjom.

Wojow­nik Tiste Andii w tym kró­le­stwie? Nie przy­cho­dzi mi do głowy żaden… nie taki, który mógłby się rów­nać ze mną mocą.

Sca­ban­dari Krwa­wo­oki nie wpadł na to, by zadać sobie pyta­nie, gdzie mógł się podziać ten z trzech synów Matki Ciem­no­ści, który znik­nął.

Ale nawet to nie był jego naj­więk­szy błąd…

***

Na polo­dow­co­wym wzgó­rzu wzno­szą­cym się na pół­nocy samotny Jaghut zaczął tkać czary Omtose Phel­lack. Był świad­kiem znisz­czeń spo­wo­do­wa­nych przez dwóch jed­no­po­chwy­co­nych Ele­in­tów i towa­rzy­szące im armie. Nie współ­czuł zbyt­nio K’Chain Che’Malle. Oni i tak już wymie­rali, z nie­zli­czo­nych powo­dów, z któ­rych żaden nie obcho­dził szcze­gól­nie Jaghuta. Nie nie­po­ko­ili go rów­nież intruzi. Dawno już utra­cił zdol­ność odczu­wa­nia nie­po­koju. A także stra­chu. I, trzeba to przy­znać, zachwytu.

Wyczuł zdradę, gdy do niej doszło, odle­gły kwiat magii i roz­lew ascen­dent­nej krwi. Tam, gdzie były dwa smoki, został tylko jeden.

Typowe.

Po krót­kiej chwili, w cza­sie gdy Gothos odpo­czy­wał w prze­rwie mię­dzy fazami swego rytu­ału, wyczuł, że ktoś zbliża się doń od tyłu. Pra­dawny bóg, zwa­biony tu gwał­tow­nym roz­dar­ciem bariery mię­dzy kró­le­stwami. Nale­żało się tego spo­dzie­wać. Ale… który z nich? K’rul? Dra­co­nus? Sio­stra Zim­nych Nocy? Osserc? Kil­man­da­ros? Sechul Lath? Choć Jaghut uda­wał obo­jęt­ność, cie­ka­wość w końcu zmu­siła go do odwró­ce­nia się w stronę przy­by­sza.

Ach, to nie­spo­dzie­wane… ale inte­re­su­jące.

Mael, Pra­dawny Władca Mórz, był przy­sa­dzi­sty i sze­roki w ramio­nach. Jego skóra miała ciem­no­nie­bie­ską barwę, na gar­dle i nagim brzu­chu prze­cho­dzącą w jasno­złotą. Z sze­rokiej, nie­mal pła­skiej czaszki zwi­sały w strą­kach blond włosy. W bursz­ty­no­wych oczach Maela kipiał gniew.

– Gotho­sie, jaki rytuał przy­go­to­wu­jesz w odpo­wie­dzi na to? – wychry­piał pra­dawny bóg.

Jaghut skrzy­wił się.

– Naro­bili bała­ganu. Mam zamiar tu posprzą­tać.

– Lód. – Pra­dawny bóg prych­nął pogar­dli­wie. – Jaghucka odpo­wiedź na wszystko.

– A jaka byłaby twoja odpo­wiedź, Maelu? Potop czy… potop?

Pra­dawny bóg spo­glą­dał na połu­dnie, zaci­ska­jąc mocno zęby.

– Będę miał sojusz­niczkę. Kil­man­da­ros. Przy­bę­dzie z dru­giej strony roz­dar­cia.

– Został tylko jeden jed­no­po­chwy­cony Tiste – stwier­dził Gothos. – Wygląda na to, że powa­lił swego towa­rzy­sza i wła­śnie w tej chwili grze­bie go na zatło­czo­nym podwórku Wieży Azath.

– To przed­wcze­sny krok. Czy wydaje mu się, że K’Chain Che’Malle są jedy­nymi prze­ciw­ni­kami, jakich napo­tka w tym kró­le­stwie?

– Zapewne tak – odparł Jaghut, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Mael mil­czał przez chwilę.

– Nie niszcz tego wszyst­kiego swym lodem, Gotho­sie – rzekł wresz­cie z wes­tchnie­niem. – Pro­szę cię, byś to… zacho­wał.

– Dla­czego?

– Mam swoje powody.

– Cie­szę się z tego. A co to za powody?

Pra­dawny bóg obrzu­cił go zło­wro­gim spoj­rze­niem.

– Bez­czelny z cie­bie skur­czy­byk.

– Czemu miał­bym się zmie­niać?

– W morzu z czasu opada zasłona, Jaghu­cie. W głę­bi­nach płyną nie­zwy­kle sta­ro­żytne prądy. Na pły­ci­znach sły­chać szepty przy­szło­ści. Pływy krążą mię­dzy nimi, powo­du­jąc nie­ustanną wymianę. Takie jest moje kró­le­stwo. Taka jest moja wie­dza. Zamknij te szczątki w swym cho­ler­nym lodzie, Gotho­sie. Zamroź w tym miej­scu sam czas. Jeśli to uczy­nisz, uznam się za twego dłuż­nika… a to pew­nego dnia może ci się przy­dać.

Gothos zasta­na­wiał się chwilę nad sło­wami pra­daw­nego boga. Wresz­cie ski­nął głową.

– Może i masz rację. Zgoda, Maelu. Idź do Kil­man­da­ros. Zmiażdż tego Ele­inta Tiste i roz­prosz jego lud, ale zrób to szybko.

Mael przy­mru­żył powieki.

– A to dla­czego?

– Dla­tego że czuję, że ktoś się prze­bu­dził. Daleko stąd, ale nie tak daleko, jak byś tego chciał.

– Ano­man­der Rake.

Gothos ski­nął głową.

– To było do prze­wi­dze­nia – stwier­dził Mael ze wzru­sze­niem ramion. – Osserc wkrótce prze­tnie mu drogę.

Jaghut uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc potężne kły.

– Znowu?

Pra­dawny bóg nie mógł nie uśmiech­nąć się w odpo­wie­dzi.

Choć obaj roz­mówcy się uśmie­chali, na polo­dow­co­wym wzgó­rzu było bar­dzo nie­wiele weso­ło­ści.

1159 rok snu Pożogi

Rok Bia­łych Żyłek w Heba­nie

Trzy lata przed lethe­ryj­skim Siód­mym Zamknię­ciem

Obu­dził się z brzu­chem wypeł­nio­nym solą, nagi i zagrze­bany do połowy w bia­łym pia­sku pośród pozo­sta­wio­nych przez sztorm szcząt­ków. Z góry dobie­gał krzyk mew. Ich cie­nie prze­su­wały się po pomarsz­czo­nej powierzchni plaży. Jego żołąd­kiem tar­gnęły nagłe skur­cze. Powoli prze­to­czył się z jękiem na bok.

I zoba­czył, że na plaży leży wię­cej ciał. I szczątki stat­ków. Pły­ci­zny zale­gały bryły i płyty szybko top­nie­ją­cego lodu. Bie­gały po nich tysiące kra­bów.

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna podźwi­gnął się na ręce i kolana, po czym zwy­mio­to­wał na pia­sek gorz­kimi pły­nami. Głowę wypeł­niały mu fale pul­su­ją­cego bólu, tak doj­mu­ją­cego, że nie­mal go ośle­piał. Minęła dłuż­sza chwila, nim zdo­łał usiąść i ponow­nie przyj­rzeć się ota­cza­ją­cej go sce­ne­rii.

Brzeg tam, gdzie nie powinno być brzegu.

Poprzed­niej nocy z głę­bin przed nimi wynu­rzyły się góry lodowe. Naj­więk­sza poja­wiła się na powierzchni tuż przed ogrom­nym pły­wa­ją­cym mia­stem Mec­kro­sów, które roz­pa­dło się na kawałki niczym skle­cona z paty­ków tra­twa. Mec­kro­skie kro­niki nie odno­to­wały niczego, co można by porów­nać z kata­strofą, któ­rej był świad­kiem – nagłą i nie­mal cał­ko­witą zagładą mia­sta liczą­cego sobie dwa­dzie­ścia tysięcy miesz­kań­ców. Na­dal drę­czyło go nie­do­wie­rza­nie, jakby jego pamięć zare­je­stro­wała obrazy tego, co nie mogło się wyda­rzyć, wizje zro­dzone w pora­żo­nym gorączką mózgu.

Wie­dział jed­nak, że to nie był wytwór wyobraźni. Że widział to na wła­sne oczy.

I, jakimś cudem, oca­lał.

Słońce grzało mocno, ale nie było upału. Niebo nad głową męż­czy­zny było raczej mlecz­no­białe niż błę­kitne. Zauwa­żył też, że mewy nie są wcale mewami, lecz jaki­miś gadami o jasnych skrzy­dłach.

Pod­niósł się chwiej­nie. Ból głowy ustę­po­wał już, ale przez jego ciało prze­bie­gały fale dresz­czy, a pra­gnie­nie było demo­nem, który roz­szar­py­wał mu pazu­rami gar­dło, pró­bu­jąc się wydo­stać na zewnątrz.

Krzyki lata­ją­cych jasz­czu­rek zmie­niły tona­cję. Odwró­cił się w stronę lądu.

Poja­wiły się tam trzy istoty, lezące powoli przez bez­barwną trawę nad linią zasięgu wód przy­pływu. Się­gały mu zale­d­wie do bio­der, były czar­no­skóre i bez­włose, miały ide­al­nie okrą­głe głowy i spi­cza­ste uszy. Bhoka’rale. Pamię­tał je z lat mło­do­ści, gdy mec­kro­ski sta­tek han­dlowy wró­cił z Nemil. Te stwo­rze­nia były jed­nak bar­dziej musku­larne, przy­naj­mniej dwu­krot­nie masyw­niej­sze od oswo­jo­nych zwie­rzą­tek przy­wie­zio­nych przez kup­ców do pły­wa­ją­cego mia­sta. Zmie­rzały pro­sto w jego stronę.

Rozej­rzał się wokół w poszu­ki­wa­niu cze­goś, co mógłby wyko­rzy­stać jako broń, i zna­lazł kawał wyrzu­co­nego na brzeg drewna, który nada­wał się na maczugę. Uniósł go i cze­kał, aż bhoka’rale podejdą bli­żej.

Zatrzy­mały się, spo­glą­da­jąc nań oczami upstrzo­nymi żół­tymi pla­mami.

I nagle środ­kowe stwo­rze­nie ski­nęło dło­nią.

„Chodź”. Nie można było wąt­pić w zna­cze­nie tego aż nazbyt ludz­kiego gestu.

Męż­czy­zna ponow­nie omiótł plażę badaw­czym spoj­rze­niem. Żadne z ciał się nie poru­szało. Kraby żero­wały bez prze­szkód. Raz jesz­cze zer­k­nął na nie­zwy­kłe niebo i ruszył ku trzem isto­tom.

Odwró­ciły się i popro­wa­dziły go na poro­śniętą trawą skarpę.

Tutej­sza trawa nie przy­po­mi­nała niczego, co w życiu widział: dłu­gie, puste w środku źdźbła o trój­kąt­nym prze­kroju, do tego ostre jak brzy­twa – o czym się prze­ko­nał, gdy prze­szedł przez ich kępę i zoba­czył, że nogi pokryły mu liczne, krzy­żu­jące się ze sobą ska­le­cze­nia. Za skarpą zaczy­nała się cią­gnąca się w głąb lądu rów­nina, z rzadka usiana kępami tej samej trawy. Zie­mia mię­dzy nimi była słona i jałowa. Gdzie­nie­gdzie dało się też dostrzec kamie­nie. Każdy z nich wyglą­dał ina­czej i wszyst­kie były dziw­nie kan­cia­ste, jakby nie dotknęła ich ero­zja.

W oddali wzno­sił się samotny namiot.

Bhoka’rale pro­wa­dziły go w tamtą stronę.

Gdy się zbli­żyli, zoba­czył smugi dymu bucha­jące ze szczytu namiotu oraz ze szpary wej­ścia.

Jego eskorta się zatrzy­mała. Kolejny gest skie­ro­wał go do środka. Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami, przy­kuc­nął i wsu­nął się do namiotu.

W pół­mroku było widać opa­tu­loną postać. Jej twarz osła­niał kap­tur. Przed nie­zna­jo­mym stał kok­sowy pie­cyk, z któ­rego biły ude­rza­jące do głowy opary. Przy wej­ściu posta­wiono krysz­ta­łową butelkę, tro­chę suszo­nych owo­ców oraz bochen czar­nego chleba.

– W butelce jest źró­dlana woda – wychry­piał nie­zna­jomy po mec­kro­sku. – Pro­szę, pokrzep się po swych przej­ściach.

Męż­czy­zna wymru­czał słowa podzię­ko­wa­nia i się­gnął szybko po butelkę. Zaspo­ko­iw­szy pra­gnie­nie, wycią­gnął rękę po chleb.

– Dzię­kuję, nie­zna­jomy – rzekł, potrzą­sa­jąc głową. – Od tego dymu wszystko tań­czy mi przed oczyma.

Odpo­wie­dział mu spa­zma­tyczny kaszel, który mógł być śmie­chem, a potem gest przy­po­mi­na­jący wzru­sze­nie ramion.

– Lep­sze to niż uto­nąć. Przy­kro mi, ale ten dym łago­dzi mój ból. Nie zatrzy­mam cię długo. Jesteś płat­nerz Withal.

Męż­czy­zna pode­rwał się nagle. Zmarsz­czył czoło.

– Tak, jestem Withal z Trze­ciego Mia­sta Mec­kro­sów… które już nie ist­nieje.

– To tra­giczny wypa­dek. Jesteś jedy­nym oca­lo­nym z kata­strofy. To ja cię oca­li­łem, choć inter­wen­cja znacz­nie nad­we­rę­żyła moje siły.

– Gdzie jeste­śmy?

– Ni­gdzie, w sercu nico­ści. To frag­ment, skłonny do wędrówki. Daję mu życie w stop­niu, w jakim pozwala na to moja wyobraź­nia. Wycza­ro­wa­łem to miej­sce ze wspo­mnień o domu. Odzy­skuję powoli siły, choć zdru­zgo­tane ciało na­dal przy­pra­wia mnie o strasz­liwe katu­sze. Ale, posłu­chaj, mówię i nie kaszlę. To już jest coś.

Z postrzę­pio­nego rękawa wychy­nęła zma­sa­kro­wana dłoń i syp­nęła garść nasion na węgle pie­cyka. Gdy zaczęły pękać z gło­śnym trza­skiem, dym stał się gęst­szy.

– Kim jesteś? – zapy­tał Withal.

– Upa­dłym bogiem… który potrze­buje twych talen­tów. Przy­go­to­wa­łem się na twe przy­by­cie, Withalu. Dosta­niesz dach nad głową, kuź­nię, wszel­kie surowce, jakich możesz potrze­bo­wać. Ubra­nia, żyw­ność, wodę. I trzech wier­nych słu­żą­cych, któ­rych już pozna­łeś…

– Bhoka’rale? – Withal prych­nął pogar­dli­wie. – A w czym one mogą…

– To nie są bhoka’rale, śmier­tel­niku. Choć być może kie­dyś nimi byli. To są nachty. Nada­łem im imiona Rind, Mape i Pule. Stwo­rzyli ich Jaghuci i potra­fią się nauczyć wszyst­kiego, czego możesz od nich wyma­gać.