Przewodnik dla grzeszników. Naturalne planowanie rodzinyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przedtytułowa

Przewodnik dla grzeszników

Tytułowa

Simcha Fisher

Przewodnik dla grzeszników Naturalne planowanie rodziny

Przełożył Radosław Plato

Wydawnictwo W drodze, 2019

Dedykacja

Damienowi, ma się rozumieć!

Redakcyjna

Tytuł oryginału

The Sinner’s Guide to Natural Family Planning

Copyright © 2014 by Simcha Fisher. Published by Our Sunday Visitor Publishing Division, Our Sunday Visitor, Inc. All rights reserved.

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2019

Redaktor prowadzący – Ewa Kubiak

Redakcja – Paulina Jeske-Choińska

Korekta – Lidia Kozłowska, Paulina Jeske-Choińska

Fotografia (s. 2) – Daniel Lobo (flicr.com)

ISBN 978-83-7906-325-3

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I

ul. Kościuszki 99

61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62

sprzedaz@wdrodze.pl

www.wdrodze.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wprowadzenie
Dlaczego powstała ta książka i czym ona nie jest

Gdy piszę końcowe rozdziały tej książki, trwa Tydzień Świadomości o Naturalnym Planowaniu Rodziny. Corocznie w lipcu Internet kipi od informacji na temat NPR. Szczerze, to najbardziej na świecie pragnę być trochę mniej uświadomiona odnośnie do NPR.

Dlaczego więc napisałam tę książkę?

Cóż, pary, które stosują NPR, by zachować odstęp między ciążami, są szczęśliwsze, bardziej zadowolone i wierniejsze niż ich rówieśnicy stosujący antykoncepcję. Każdego miesiąca delektują się nieprzytomnie wręcz romantycznym „efektem miesiąca miodowego”. Mężczyźni spędzają fazy płodności, cnotliwie zalecając się do swych żon, które oczekują z niecierpliwością dni niepłodnych po to, by mogły radośnie oddawać się swoim mężom.

Zupełnie jak w twoim domu, prawda? A może nie.

Może jest bardziej tak: kochacie się, ale wasze życie seksualne jest swego rodzaju bałaganem. Odrzucacie antykoncepcję ze względu na posłuszeństwo nauczaniu Kościoła i naprawdę wierzycie, że naturalne planowanie rodziny jest lepsze od tych okropnych chemikaliów, które stosują wszyscy inni. Robicie wszystko właściwie… ale w ogóle się przy tym nie bawicie. Twój mąż jest sfrustrowany i zły, ty jesteś zgorzkniała i zakłopotana, a cała sprawa jakoś stała się bolącą plątaniną wzajemnych nieporozumień, bolesnych uczuć i poczucia wyobcowania. Gdy czytacie pełne żaru doniesienia o korzyściach w budowaniu małżeństwa, płynących z naturalnego planowania rodziny, to jedynie was rozśmieszają. Albo doprowadzają do płaczu.

Jakim cudem może to być naturalne?

Może to nie jest naturalne, ale za to bardzo powszechne. I dlatego napisałam tę książkę.

Prawda jest taka, że korzyści w budowaniu małżeństwa płynące z dochowania wierności Kościołowi są rzeczywiste. Są osiągalne. Tylko że trzeba ciężko pracować, by je osiągnąć.

Propagatorzy NPR mają skłonności do malowania różowego obrazu, ponieważ NPR trudno sprzedać, przekonując ludzi, by zwrócili swoje życie seksualne ku Bogu. A więc, nie chcąc nikogo wystraszyć, kładą nacisk na zalety, prześlizgując się po poświęceniach, jakie często pojawiają się w ramach transakcji wiązanej.

Rozumiem, czemu to robią. Nie nawrócicie mas, mówiąc: „Słuchajcie wszyscy! Kto z was jest gotów na trochę zbawczego cierpienia?”. A jednak tak wiele par zapuszcza się w NPR w oczekiwaniu zachodów słońca i jaskrów, i są osłupiałe, gdy zamiast nich odkrywają krzyż. Nieprzygotowane, by wprowadzić jakiekolwiek zmiany, kończą z urazą do współmałżonka, a także do całego Kościoła – albo też mają poczucie winy i zawstydzenia, bo zmagają się z NPR, jak gdyby to z nimi było coś nie tak, dlatego że nie są non stop szczęśliwi, stosując tę metodę.

To dla nich jest ta książka – dla par, które całkowicie zaangażowały się w tę ideę: które dopóki mają dobre powody, by odkładać ciążę na później, będą w tym celu stosować NPR. To dla par, które zdały sobie jednak sprawę, że te fantastyczne, korzystne „efekty uboczne” są nieuchwytne; a przez „nieuchwytne” rozumiem „straszne, okropne kłamstwa”.

Nie kocham NPR. Nie sądzę, że to magiczne lekarstwo na wszystko, które każda para musi przyjąć, aby osiągnąć pełnię człowieczeństwa. I wolałabym nie musieć sto- sować go wcale.

Nie nienawidzę jednak NPR tak jak kiedyś. Teraz rozumiem, co mają na myśli ci, którzy mówią, że to „budo-wanie małżeństwa”.

Mój mąż i ja jesteśmy małżeństwem od piętnastu lat, mamy dziewięcioro dzieci i stosowaliśmy NPR nieregularnie. W tych latach próbowaliśmy, z różnym stopniem starań i powodzenia, zachować odstęp między ciążami; i borykaliśmy się, z różnym stopniem starań i powodzenia, ze wzrostem duchowym, który Duch Święty przez cały czas próbuje przemycić do naszych lodówek, gdy w środku nie pali się światło.

Zawsze pragnęliśmy mieć dużą rodzinę i mamy nadzieję, że będziemy mieć jeszcze kilkoro dzieci więcej, zanim nasza płodność nie wygaśnie. Z zewnątrz zawsze wyglądaliśmy na wzór szczęśliwego, świętego, skłonnego do współpracy, ufnego, wielkodusznego katolickiego małżeństwa i życia rodzinnego – ale od wewnątrz zwykliśmy żyć w nieporządku. Byliśmy niedojrzali i samolubni, i brakowało nam samokontroli. Nie mieliśmy bladego pojęcia o swoich wzajemnych potrzebach ani o tym, jak otworzyć swoje życie na Boga, ani o tym, jak zrównoważyć roztropność i ufność, ani o tym, jak patrzeć na dzieci jak na dary. Kochaliśmy siebie nawzajem i nasze dzieci, ale wprawialiśmy się we wzajemne przygnębienie.

A teraz jesteśmy… lepsi.

Czy te dobrodziejstwa mogły spłynąć na nas bez NPR? Kto wie? To nie tak, jakby Bóg miał jedną metodę na czynienie nas bardziej świętymi, a jeśli się na nią nie zała-pujemy, to mamy pecha.

Wiem o tym, że zaszliśmy daleko i jako para, i jako katolicy. A nasze doświadczenie z NPR stanowi dobry punkt wyjścia, by wyjaśnić wszystkie zmiany, przez jakie przeszliśmy. Chcę się podzielić tym, czego się nauczyliśmy, i dodać nieco równowagi i szczerości do dialogu na temat NPR.

Chcę też dać wam nadzieję. Jeśli zmagacie się z NPR, to nie dlatego, że jesteście do niczego ani nie dlatego, że Kościół nie rozumie, czym w rzeczywistości jest seks. To dlatego, że, dla niektórych ludzi, NPR jest niekłamanym i wielkim krzyżem. Jak z każdym krzyżem, możesz zapaść się pod jego ciężarem albo możesz go nieść i pozwolić, by uczynił cię silniejszym. Ale w przeciwieństwie do wielu innych krzyży, możesz go z własnej woli odłożyć.

Lecz jeśli, właśnie teraz, twoja dola to niesienie tego krzyża, to czytaj dalej!

Powiedzmy sobie od razu, o czym ta książka nie jest:

* Nie nauczy cię, jak prowadzić kartę obserwacji cyklu.

* Nie wyjaśni dokładnie teologicznego argumentu przeciw antykoncepcji.

* Nie wytoczy świeckich argumentów za NPR. Jestem katoliczką, dlatego też piszę po katolicku.

* Nie będę udawać, że NPR naprawi twoje małżeństwo, jeśli twoje małżeństwo jest w poważnym kryzysie.

* Nie powie ci, ile mieć dzieci.

* Nie powie ci, że wszystkie małżeństwa automatycznie powinny stosować NPR, ani nie zasugeruje, że pary, które stosują NPR, są lepsze albo gorsze od par, które po prostu przyjmują wszystko, co się stanie.

* Nie dotyczy bezpłodności ani innych problemów zdrowotnych, chociaż wielu ludzi zwraca się do NPR z nadzieją na ich wyleczenie.

* Nie mówi za wiele o dzieciach. Książka zamiast tego skupia się na zagadnieniach seksualnych i dotyczących związków. Wyobraźcie sobie tylko, że piszę książkę o seksie, pożądaniu, posłuszeństwie i pasji, karmiąc piersią bobasa, z pięciolatkiem siedzącym mi na głowie i raczkującym brzdącem starannie montującym orzeszki ziemne pomiędzy palcami mojej stopy.

Wreszcie, jeśli czytasz moje słowa i wywołuje to w tobie intelektualny stan zapalny na tyle ostry, że pędzisz prosto do domu, do współmałżonka i przeprowadzacie głęboką i przenikliwą rozmowę o tym, czego się tu nauczyłeś (nauczyłaś), pamiętaj, proszę, że Simcha[1] to piękne, ponadczasowe imię, które nadaje się zarówno chłopcom, jak i dziewczynkom.

[1] Imię autorki wymawia się „Simka” – wszystkie przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumacza.

Część I

Rozdział pierwszy
Dlaczego Kościół po prostu nie zrobi listy?

Kiedy katolicy mówią o NPR – zwłaszcza o powodach zasadności stosowania NPR, aby uniknąć ciąży – zawsze ktoś pyta tonem dość płaczliwym, dlaczego Kościół po prostu nie zrobi porządku ze wszystkimi nieporozumieniami. Dlaczego po prostu nie zrobić listy: po prawej stronie – dobre powody odkładania ciąży na później; po lewej – złe powody?

Powinniśmy oczywiście nadal modlić się i próbować rozeznać wolę Boga wobec nas – ale dlaczego musi to być takie mgliste? Dlaczego Kościół po prostu nie może dać nam świętego spokoju i jak dotąd nie wyjaśnił tego zagadnienia dokładnie?

Większość z tych, którzy chcą większej przejrzystości, dąży do poznania woli Bożej, poszukując przewodnictwa, gdy rozeznają, jaka jest najlepsza droga dla ich małżeństwa. Inni poszukują dokumentu definitywnie rozstrzygającego, by udowodnić, że ich sąsiedzi nadużywają NPR, posługując się nim z „mentalnością antykoncepcji”.

 

Kościół, oczywiście, zostawia nam drogowskazy. W encyklice Humanae vitae mówi:

Jeśli więc istnieją słuszne powody dla wprowadzenia przerw między kolejnymi urodzeniami dzieci, wynikające bądź z warunków fizycznych czy psychicznych małżonków, bądź z okoliczności zewnętrznych, Kościół naucza, że wolno wówczas małżonkom uwzględniać naturalną cykliczność właściwą funkcjom rozrodczym i podejmować stosunki małżeńskie tylko w okresach niepłodności, regulując w ten sposób ilość poczęć (…) (punkt 16: Moralna dopuszczalność korzystania z okresów niepłodności)[1].

Katechizm zaś mówi, że: „Z uzasadnionych powodów małżonkowie mogą chcieć odsunąć w czasie przyjście na świat swoich dzieci. Do nich należy troszczyć się, by ich pragnienie nie wypływało z egoizmu, lecz było zgodne ze słuszną wielkodusznością odpowiedzialnego rodzicielstwa” (KKK 2368)[2].

W swoim Przemówieniu do uczestniczek Włoskiej Katolickiej Unii Położnych papież Pius XII powiedział, że tylko motywy bardzo poważne, takie jak: „racje medyczne, eugeniczne, socjalne”[3], „rzeczywiście zachodzące” mogą zwolnić parę ze zobowiązania do płodzenia dzieci.

Ale nadal jesteśmy pozostawieni z przymiotnikami, takimi jak: „wyraźnie uzasadnione”, „poważne”, „słuszne”. Co to oznacza? Dlaczego Kościół nie da kilku konkretnych przykładów tego, co kwalifikuje się jako słuszny powód?

Moglibyśmy na przykład powiedzieć, „głęboka niestabilność finansowa stanowi uzasadniony powód odsunięcia ciąży w czasie”. Ale…

Kobieta (A) dorastała w skrajnej nędzy i była pewna, że nie dożyje wieku 40 lat. Jej mąż jest niepełnosprawny i często bez pracy; nie raz muszą podjąć duży wysiłek, by zdobyć pieniądze na czynsz za swój maleńki domek. Lecz dla nich to rutyna, która jest do zniesienia i nie wywołuje większych niepokojów. Z pomocą przyjaciół i programów rządowych wychowują oni dość szczęśliwe, zdrowe dzieci za 25 000 dolarów rocznie.

Kobieta (B) dorastała w zamożnej rodzinie, zawsze hojnie wspomagała centra kryzysowe ds. ciąży[4] w mieście zamieszkania i zawsze miała nadzieję, że będzie miała własną dużą rodzinę. Ale spotkała ją katastrofa, która doprowadziła ją do bankructwa i obecnie została zmuszona sprzedać wszystko i przeprowadzić się do maleńkiego domku i żyć za 25 000 dolarów rocznie. Wciąż nie mogą z mężem otrząsnąć się z szoku spowodowanego tym, co stało się z ich życiem, próbują jednak nauczyć się przyjmować pomoc, zamiast jej udzielać.

Kobieta (C) mieszka w maleńkim domku za 25 000 dolarów rocznie, którymi jej mąż gospodaruje oszczędnie, więc żadnemu z członków rodziny niczego nie brakuje. Ale ona doprowadza do tego, że małżonek śpi w jednym z tych plastikowych igloo dla psów u podnóża jej łóżka, dopóki nie zgodzi się sprzedać swojej ukochanej księgarenki i nie podejmie poważnej pracy w SoulDeth, S.A., gdzie mógłby wreszcie zarobić prawdziwe pieniądze.

Kobieta (D) ostatnio rzuciła swoją świetnie płatną pracę, może więc zostać w domu i pomyśleć o powiększeniu rodziny. Obecnie żyją z pensji jej męża wynoszącej 25 000 dolarów rocznie i nie mogą się doczekać, aż ich maleńki domek zapełni się dziećmi.

Rozumiesz? Obiektywne okoliczności są takie same, a termin „głęboka niestabilność finansowa” opisuje wszystkie cztery kobiety. Ale ich nastawienie do posiadania kolejnego dziecka będzie zupełnie inne. Nie wystarczy powiedzieć: „»Przypatrzcie się liliom polnym«[5] i tak dalej. Musimy zaufać Bogu”. Dla kobiety (A) to nie jest proszenie o wiele, ale dla kobiety (B) to już proszenie o heroizm.

Możesz powiedzieć: „Po prostu zaufaj Bogu w kwestii swojej płodności! My nie sprawujemy władzy nad swoim życiem; sprawuje ją Bóg”. Ale weźmy pod uwagę inną grupę kobiet:

Kobieta (A) wzbudza strach i niepokój, jest nieustępliwa i dominująca. Jej mąż trochę się jej boi, a jej spowiednik stale nalega, by bardziej zaufała Bogu.

Kobieta (B) jest infantylna i słaba, ma skłonność do zostawiania mężowi całego myślenia o trudnych sprawach – a potem użala się nad sobą, gdy oboje ponoszą konsekwencje jego decyzji. Ich małżeństwo jest nieszczęśliwe, a jej spowiednik stale mówi jej, że powinna dojrzeć.

Kobieta (C) jest niedbała i samolubna, i brak jej samokontroli, a spowiednik stale radzi jej, by bardziej korzystała z roztropności i przyjmowała większą odpowiedzialność.

Kobieta (D) z całych sił stara się być tak święta, jak inne kobiety w jej otoczeniu. Rodzi kolejne dzieci, by udowodnić swoje zaufanie do Boga, chociaż gospodarstwo domowe wymyka się jej spod kontroli, a dzieci są zaniedbane. Jej spowiednik mówi, że Bóg różnych ludzi prosi o różne rzeczy; spowiednik prosi ją też, żeby skupiała uwagę na własnej pracy.

„Zaufanie Bogu” jest cudowne, ale w każdym z tych przypadków oznacza coś zupełnie innego.

W porządku, Kościół dopuszcza więc większą swobodę, niż sądzimy, gdy idzie o rozeznanie wielkości własnej rodziny. Lecz na pewno niektóre sprawy są tak trywialne, że absolutnie nie mogą stanowić zasadnego powodu do odsunięcia ciąży w czasie. Na przykład waga rzadko jest kwestią życia i śmierci. Powiedzenie: „Nie, nie powinnaś odkładać ciąży na później tylko dlatego, żeby nieco stracić na wadze” wydaje się bezpieczne. Ale nawet tu może kryć się znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka – a Kościół zdaje sobie z tego sprawę.

Kobieta (A) jest zdrowa i piękna, ale poślubiła mężczyznę, który strofuje ją co noc, że nie mieści się w jeansy, które nosiła w liceum, mimo że to było dwadzieścia lat i pięcioro dzieci temu. Nauczyła się nienawidzić siebie i będzie się zadręczać emocjonalnie, jeśli prowadząc kartę obserwacji, popełni błąd i zajdzie w ciążę.

Kobieta (B) głosi radykalną otwartość na życie, ale w swych najszczerszych chwilach przyznaje sama przed sobą, że posiadanie wielu dzieci okazuje się świetną wymówką przed tym, że nigdy nie stawiła czoła swemu niezdrowemu nastawieniu do jedzenia. Mimo wszystko nie może zamartwiać się myśleniem o diecie, bo jest w ciąży (albo po porodzie, albo karmi piersią…).

Kobieta (C) kiedyś była anorektyczką, ale po latach terapii i ciężkiej pracy osiągnęła zdrową wagę. Lecz osiągnięcie nawet trzech kilogramów ponad próg zdrowej wagi naraża ją na niebezpieczeństwo nawrotu choroby, a myśl o kolejnej ciąży wywołuje u niej napady paniki.

Kobieta (D) to drobna krytykantka i chce, by jej bardziej przysadziste koleżanki miały ochotę się zabić, gdy razem idą kupować stroje kąpielowe. Żadnych dzieci w tym roku, nie po tych wszystkich pieniądzach, jakie wydała na najnowocześniejsze operacje odchudzające do maksimum!

Wszystkie cztery kobiety stają wobec dylematu: zrzucenie wagi kontra posiadanie kolejnego dziecka; jednak jego szczegóły nie mogłyby być trudniejsze.

Możemy też powiedzieć: „Duża rodzina jest oznaką Bożego błogosławieństwa. Nigdy nie będziesz żałować tego, że masz kolejne dziecko!”. Bezsporne, prawda?

Kobieta (A) zawsze pragnęła dużej rodziny i szczęśliwie urodziła trzy razy w ciągu pięciu lat swojego małżeństwa. Nie może się doczekać jeszcze wielu lat bycia płodną.

Kobieta (B) zawsze pragnęła dużej rodziny, ale obecnie ma już sześcioro dzieci, a ponieważ okazało się, że kilkoro z nich jest dziećmi specjalnej troski, zrozumiała, że zrobienie sobie przerwy byłoby dobrym pomysłem. Chciałaby również przepracować parę problemów w swoim małżeństwie, które narosły w tym bałaganie i pozostają nierozwiązane od kilku lat.

Kobieta (C) zawsze pragnęła dużej rodziny i obecnie ma jedenaścioro dzieci. Prawdopodobnie ma przed sobą jeszcze dekadę bycia płodną, ale chociaż z całego serca kocha swoje dzieci, jest już zwyczajnie zmęczona. Ona i jej mąż obecnie są znacznie bardziej stabilni finansowo, niż kiedy zakładali rodzinę – a jednak myśl o kolejnej ciąży napawa ją lękiem.

Kobieta (D) zawsze pragnęła dużej rodziny i jest na krawędzi menopauzy – ale nagle poczuła głębokie pragnienie, żeby mieć jeszcze jedno dziecko, z powodów, jakie dwadzieścia pięć lat temu, w czasie jej miesiąca miodowego byłyby jej obce.

Oczywiście w tym ostatnim przykładzie wszystkie cztery kobiety są tą samą osobą na różnych etapach jej życia. Zawsze ufała Bogu, a Bóg w różnych okresach błogosławił jej na rozmaite sposoby. Rozumiesz? Nawet jednej ścisłej, sztywnej, obiektywnej reguły nie da się zastosować do jednej i tej samej kobiety: bo wciąż jest po prostu za dużo zmiennych. Dla każdej konkretnej, obiektywnej reguły, jaką postawimy, można znaleźć wyjątki mieszczące się w dziedzinie normalnych ludzkich okoliczności.

Czy możemy w ogóle powiedzieć, że mamy bezdyskusyjne dobre powody, lub bezdyskusyjne złe powody, by odkładać w czasie zajście w ciążę?

Oczywiście, że tak. Po prostu nie potrafię pomyśleć o niczym bardziej prywatnym i osobistym od tych powodów. Jestem przekonana, że gdyby Kościół kiedykolwiek dał jakąś konkretną, obiektywną listę zasadnych powodów unikania ciąży lub zachodzenia w nią, to spowodowałoby to raczej więcej zamieszania, a nie mniej.

Ludzie, którzy mają dobre powody odraczania ciąży, popadliby w zwątpienie, a ludzie, którzy takich powodów nie mają, znaleźliby furtki. Ludzie osądzaliby się nawzajem jeszcze bardziej niż obecnie (ilość wzajemnych osądów i tak przynosi wstyd), a to odwracałoby uwagę duszy od rozmowy z Bogiem.

Owszem, nowoczesne, światowe pary potrzebują usłyszeć kogoś, kto mówi: „Małżeństwo jest po to, by płodzić dzieci, a dzieci są przywilejem, nie ciężarem. Nie marnujcie swojego daru płodności, lecz szukajcie darów, jakich udziela Bóg”. Ale staję się coraz bardziej sceptyczna wobec zarzutu, że spośród drobnego ułamka katolików stosujących NPR większość z nich stosuje je z „mentalnością przeciwną poczęciu nowego życia”.

Wyrażenie to pochodzi od papieża Jana Pawła II, który posłużył się nim w adhortacji Familiaris consortio, a później w encyklice Evangelium vitae na oznaczenie destrukcyjnego nastawienia współczesnych, nie tylko skutkującego coraz powszechniejszą akceptacją antykoncepcji, lecz również kładącego podwaliny pod inne zgubne wykroczenia przeciw osobie ludzkiej, takie jak aborcja i ubezpładnianie. Jak udowodnić, że papież mówił o ludziach stosujących NPR? Nie da się. W ogóle się nie da.

NPR można stosować samolubnie. Ale to jest grzech samolubstwa, nie zaś grzech antykoncepcji, a nikt nie ma prawa do wynajdowania nowych grzechów, które nie występują na kartach żadnego katechizmu ani innego dokumentu Kościoła.

Ale, ale! powiecie. Czasami to tak oczywiste! A para, którą widzę przed sobą na każdej niedzielnej mszy? Może technicznie rzecz biorąc, wszystko jest w porządku. Może i ukończyli kurs Pre-Cana[6] w swojej diecezji i zdobyli świadectwa. Ale oni mają tylko jedno dziecko i są jawnie bardzo szczęśliwi z tego, że tak się rzeczy mają. Dajcie spokój! Lśniący samochód. Luksusowe wakacje. Posiadają to i tamto. Nie trzeba umieć czytać w myślach, by wiedzieć, co dokładnie dzieje się w tym małżeństwie. Ktoś tam nadużywa NPR. Ktoś podąża za literą prawa, ale ma antykoncepcyjną mentalność.

Dobra, jeśli jesteście tego tacy pewni, to co powiecie na to: nie trzeba umieć czytać w myślach, by wiedzieć, co dzieje się w małżeństwach, w których jest siedmioro lub więcej dzieci, a żona wygląda na wyczerpaną. To jasne, że ci mężowie co noc gwałcą swoje żony.

Co powiedzieliście? To straszne oskarżenie, zupełnie nieprawdziwe i nikt nie ma prawa tego mówić o waszym małżeństwie? Cóż, może patrząc z zewnątrz, właśnie tak to wygląda.

Widzicie, każdy kij ma dwa końce: Jeśli potrafisz czytać to, co kryje się w sercach par, które mają tylko kilkoro dzieci, to ja potrafię czytać w sercach par wielodzietnych. Widzisz, jak brzydkie się to staje? Tylko jedna Osoba wie, co jest w sercu innego człowieka, a tą osobą nie jesteśmy ani ty, ani ja.

A dla ludzi, którzy nie posuwają się do osądzania nikogo, lecz po prostu chcą jasności i przewodnictwa w życiu, mam podnoszącą na duchu myśl mojej siostry, Abigail Tardiff:

Moralne nauki Kościoła są wielkim darem, ponieważ ratują nas przed złymi skutkami niezawinionych krzywd; mogą powstrzymać nas przed bezwiednym spapraniem sobie życia, jeśli tylko jesteśmy wystarczająco pokorni, by ich słuchać. Ale one nie zastąpią schadzki ze Stwórcą – ale któż chciałby, żeby ją zastępowały?[7]

 

Jeśli więc głos Kościoła wydaje się boleśnie wymijający, to dlatego, że nie chce on stanąć na drodze rozmowie, jaką możesz odbywać z Bogiem. Bóg nie chce rozmawiać z Kościołem jako całością: On chce rozmawiać z tobą.

Właśnie dlatego Kościół po prostu nie zrobi listy.

[1]Paweł VI, Encyklika Humanae vitae – o zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego, Oficyna Współczesna, Wrocław 1994, s. 8.

[2]Katechizm Kościoła katolickiego, Pallottinum, Poznań 2012.

[3]Chodzi o poważne powody, ale właśnie nie te, które wymienia autorka. W oryginale jest: „Od czynu pozytywnego, obowiązującego w małżeństwie [tj. od dania potomstwa – przyp. tłum.], mogą kogoś zwolnić na dłuższy czas, a nawet na cały czas trwania małżeństwa tylko motywy bardzo poważne, ale nie te, które podają tzw. zalecenia, racje medyczne, eugeniczne, ekonomiczne, socjalne”. Pius XII, Przemówienie Jego Świętobliwości Ojca św. papieża Piusa XII, wygłoszone dnia 29 października 1951 roku w Rzymie do uczestniczek Kongresu Włoskiej Katolickiej Unii Położnych, „Wiadomości Diecezjalne. Organ kurii diecezjalnej w Katowicach” 1958, r. 26, nr 4 (kwiecień), s. 72 [65–78] (tekst dostępny również w Internecie: https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pius_xii/przemowienia/polozne_29101951.html [dostęp: 29.04.2019]). Autorka ma jednak rację, że w myśl tego przemówienia nie ma i nie może być uniwersalnej reguły orzekania, kiedy można zwolnić małżonków ze zobowiązania do posiadania dzieci.

[4]W oryginale Crisis Pregnancy Centers, organizacje non-profit, zajmujące się poradnictwem dla kobiet rozważających aborcję.

[5]Aluzja do Mt 6,28 i nast., zob. też Mt 6,25–34. Cytat pochodzi z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu. Biblii Tysiąclecia, wyd. V, Pallottinum, Poznań 2003. Reszta cytatów biblijnych za: Pismo Świętego Starego i Nowego Testamentu, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2009.

[6]Nazwa kursu nauk przedmałżeńskich w Kościele katolickim w Stanach Zjednoczonych; nazwa odnosi się do cudu w Kanie Galilejskiej (J 2,1–12).

[7]Abigail Tardiff, The NFP „Index”, Catholic Exchange, 23.05.2003, https://catholicexchange.com/the-nfp-index (dostęp: 29.04.2019). Jest to przedruk z czasopisma „Canticle Magazine, the Voice of Today’s Catholic Woman”, które obecnie ukazuje się pod tytułem „Women of Grace”.