WyspaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wyspa
Wyspa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 51,80 41,44
Wyspa
Wyspa
Wyspa
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
24,90 20,92
Szczegóły
Wyspa
Wyspa
Wyspa
E-book
28
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Przedmowa

Głód

Hjalti

Głód

Hjalti

María

Głód

Szkic do historii końca świata I

Hjalti

María

Hjalti

María

Głód

Hjalti

María

Leifur

Margret

Głód

Hjalti

María

Mara

Głód

Szkic do historii końca świata II

Hjalti

Leifur

María

Głód

Hjalti

María

Hjalti

Głód

Hjalti

María

Mara

Głód

Hjalti

María

Głód

María

Głód

Hjalti

Margret

Głód

Mara

Hjalti

Głód

Tytuł oryginału: EYLAND

Opieka redakcyjna: KRZYSZTOF LISOWSKI

Redakcja: Pracownia 12A

Korekta: ETELKA KAMOCKI, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, MARIA WOLAŃCZYK

Projekt okładki: JÓN ÁSGEIR

Projekt wnętrza: BENEDIKT BÓKAÚTGÁFA / Dynamo Reykjavík

Opracowanie graficzne wersji papierowej na podstawie edycji oryginalnej: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

Copyright © Sigriður Hagalín Bjőrnsdóttir, 2016

Published by agreement with Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen

© Copyright for the Polish translation Jacek Godek

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06642-3

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Gummiemu

Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

JOHN DONNE (1572–1631),

motto powieści Ernesta Hemingwaya Komu bije dzwon,

tłum. Bronisław Zieliński, Warszawa 1991

PRZEDMOWA

Słuchajcie mnie!

Jesteśmy tutaj. Żyjemy!

Łączą nas ze sobą tysiące najróżniejszych więzów: słowa, głosy, dotyk, teksty, krew, śpiew, struny, drogi, wiadomości bezprzewodowe. A niekiedy tylko widok tego samego słońca pełzającego po nieboskłonie, dźwięk tej samej piosenki w radiu, ten sam tekst mamrotany pod nosem w zamyśleniu podczas zmywania naczyń po kolacji.

Tak objawia się przynależność do społeczeństwa. Albo narodu, albo ludzkości. Gdziekolwiek człowiek zdecyduje się wytyczyć granicę.

Czasem zdarza się coś, co jeszcze silniej nas ze sobą wiąże, przybliża wzajemnie do siebie. Śluby, narodziny, zgony integrują rodziny; tragedie, wojny i rozgrywki sportowe scalają narody, skłaniają różnych ludzi do marszu w jednym rytmie.

Z rzadka zdarza się coś, co cementuje całą ludzkość, łączy losy wszystkich ludzi, jakby zacięła się grawitacja i świat się zmniejszył, na moment, stał się nam bliższy; każde dziecko pamięta, gdzie było wtedy, kiedy to się wydarzyło, kiedy wieść się rozniosła.

A czasem świat staje się tak mały, że kurczy się do rozmiarów jednego człowieka. Jeden mały człowiek nad wyludnionym fiordem.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

GŁÓD

Światło przebija się przez szarugę, muska grzbiet góry i rozlewa się po fiordzie niczym mleko. Drugie jagnię wyszło z łona i wyciekło na nabrzeżne kamienie, jest rdzawego koloru, jak pierwsze.

Przeklęta maciorka, żeby tak gnać do morza z miotem, można by pomyśleć, że chce te maleństwa utopić. Spłukuję w morzu krew z dłoni, a małe biedactwo usiłuje razem z pierwszym dobrać się do cycka. Oba są pełne życia i choć matka ledwo zipie, one, turlając się na cienkich nóżkach, toczą heroiczną walkę z grawitacją, walczą o prymat w drodze do cycka.

Matka ziewa i kładzie się na przednich nogach, wyczerpana szukaniem miejsca na poród. Rozglądam się za krukami, mewami i innymi nieproszonymi gośćmi, pełen obaw, że koło domu dorwą się do jagniąt. Musimy ruszać w drogę.

Ruda spogląda na mnie podejrzliwie swoimi owczymi oczami, nie ma w nich ani wdzięczności, ani przywiązania. Jest moją ulubienicą, zawsze na pierwszym miejscu, pozostałe zwierzęta ślepo za nią podążają. To, że nie chce kocić się w domu, lecz zmyka nad morze, jakby w środku porodu chciała wypłynąć na środek oceanu, nie wróży niczego dobrego.

Biorę oba jagnięta pod pachy i kuśtykam do domu. Tyra wskazuje drogę, a owca wlecze się za nią, becząc, choć pozwala sobie przy tym skubnąć wątłej roślinności. Wiosna przyszła wcześnie w tym roku. Może to będzie fałszywa wiosna z przymrozkami do czerwca. Jak zwykle.

Uschnięte trawy odtajały, ścieżka zmieniła się w strumyk, co rusz słychać głośne trzaski na zboczach gór i w skałach klifów; kiedy fiord oswobadza się z uścisku zimy, zaspy i kamienie spadają w morze. Za każdym razem serce bije mocniej, a gnijące ciało się kurczy – zaraz tu będą, znaleźli mnie, psia ich mać.

Jeszcze nie.

Czasem niepokój wyganiał mnie znad fiordu na stoki, abym ogarnął wzrokiem swoje królestwo, to jałowe dziedzictwo głodu, i upewnił się, że jest dobrze ukryte wśród skał i zarośli, tę pustelnię, w której, jak się zdaje, od dziesiątków lat nikt nie mieszkał, dom, który kiedyś nosił bardziej optymistyczne miano, a dziś zwie się Głód. Nazwa nie prowokuje losu, tego mogę być pewien.

 

Nic nie rzuca cienia na błękit, nie widzę nigdzie dymu, nie słyszę ani szczekania psów, ani ludzkich głosów, ni warkotu maszyn. Ale zachowuję czujność, hej, ho, przemykam pod dom niczym lis do nory, niczym obunóg pod kamień, banita z dwojgiem skradzionych jagniąt. Światło dzienne to zdradziecki przyjaciel, ale nie powinienem go przeklinać po czarnej, niekończącej się zimie.

Puszczam Rudą z jagniętami na pastwisko do pozostałych, a potem kieruję się do domu. Zatrzymuję się w drzwiach, zamykam oczy i wciągam powietrze, zapach domu jest surowy i dziwnie budujący, wilgoć, owcze bobki i mokry pies. Kiedyś futryna została pomalowana na biało, lecz dziś jest poszarzała ze starości, obła i miękka w dotyku jak ramię kobiety, dotykam jej, wchodząc do środka. To taki tik nerwowy, jeden z tysiąca drobnych nawyków wypełniających moje istnienie, zapewniających towarzystwo. Prawie.

Osiem schodków prowadzi na antresolę, do starej badstofa, gdzie na pulpicie pod niewielkim oknem czeka mój dziennik. Karty są zakurzone i nawilgłe, dzisiaj mamy 15 maja, prawie wszystko się zgadza. Błękit, bezwietrze, osiem stopni. Ruda powiła dwoje rudych jagniąt. Mogło być gorzej.

Owijam się szczelnie kocami, sięgam do szuflady po wełniane rękawiczki i staram się nie patrzeć na żeliwny piec. Zbyt ładna pogoda, aby w nim rozpalać, równie dobrze mógłbym wystrzelić racę.

Nie mam do roboty nic innego, jak pisać. Przypominać sobie i pisać, kiedyś, swego czasu mieniłem się historykiem współczesności i nawet czułem z tego powodu dumę. I dobrze się składa, teraz mogę stworzyć kronikę tego, co się dotychczas wydarzyło, tęsknić i rozpaczać nad minionym, nadać przeszłości kształt, wspominać, jak straciliśmy łączność, jak światło przygasło, jak nastały te ciemności.

HJALTI

Hjalti Ingolfsson pamięta, gdzie był, gdy usłyszał o ataku na wieże bliźniacze w Nowym Jorku. Siedział w nieprzyzwoicie drogim barze tapas w Kopenhadze, a jakże, i zastanawiał się, czy nie odesłać krewetek tygrysich z powrotem do kuchni, ale nie był w stanie wypatrzyć ani jednego kelnera. Chwilę wcześniej biegali po całym lokalu, a teraz jakby się ulotnili. Przeprosił swoją towarzyszkę – duńską koleżankę z roku na politologii międzynarodowej – która najwyraźniej z czystej litości przyjęła jego zaproszenie na drinka po wykładach, i ruszył na poszukiwania kelnera. Doprowadziło go do kuchni, w której pracownicy lokalu zebrali się przed telewizorem i patrzyli, jak samolot pasażerski wnika w ścianę drapacza chmur niczym ostrze noża w masło. Hjalti odwrócił się na pięcie, wyszedł przez drzwi wahadłowe, wrócił na miejsce i oznajmił dziewczynie, że kelnerzy oglądają w kuchni film katastroficzny, a ona po raz pierwszy tego przygnębiającego popołudnia się zaśmiała, dopiła białe wino i spytała, czy będzie mogła skserować jego notatki.

Ale dopiero w drodze do domu, przechodząc obok sklepu elektronicznego przy Vesterbrogade, Hjalti doznał olśnienia, że przecież nie pokazują tego samego filmu we wszystkich telewizorach; podczas gdy on siedział w barze i szturchał widelcem kilka mdłych krewetek na talerzu, wyzuty z nadziei, że koleżanka kiedykolwiek raczy się z nim przespać, świat został zmięty w małą kulkę; odtąd już nic nie miało być takie jak przedtem.


Znacznie później, w zupełnie innym życiu, w małej kuchni rejkiawickiej dzielnicy Hlidahverfi, Hjalti zastanawia się, czy tamto zdarzenie miało wpływ na jego decyzję, by samemu nauczyć się gotować. Pociąga wytrawne sherry i rozmyśla o zapakowanym w folię kawałku mięsa nurzającym się w ciepłej wodzie na kuchennym stole, być może nie osiągnął wszystkiego, co sobie zamierzył, nie wyrobił sobie nazwiska jako międzynarodowy politolog, nigdy nie przysłał korespondencji z Iraku czy Afganistanu, ale dzisiaj oczaruje gości doskonałą polędwiczką wołową sous-vide.

María jeszcze nie wróciła, ale on wie, że ona nie podziela jego zachwytu daniem. To nie jest sztuka kulinarna, twierdzi, to eksperyment chemiczny. Kiedy rzucasz surowy kawał mięsa na skwierczącą patelnię i oceniasz stopień wysmażenia, nakłuwając go – to jest kunszt, ryzyko, poważne gotowanie. A to, twierdzi, zadzierając nosa, to tylko kastracja dobrego byka.

Hjalti bierze nóż, żeby posiekać pieczarki, ich pożycie nie całkiem sprostało jego oczekiwaniom.

Kiedy zjawiają się przyjaciele, wszystko jest doskonałe, tarta ziemniaczana dochodzi w piekarniku, sałatka gotowa, sos bearneński grzeje się w sosjerce nad gorącą wodą; nim poda te specjały na stół, musi tylko wrzucić polędwiczkę na rozgrzaną patelnię.

I zaczekać na Maríę. Uśmiecha się przepraszająco, odbierając od gości okrycia i wieszając je:

– Ma próbę, pewnie się przedłużyła.

Przygotowuje drinki, dżin z drogim tonikiem i plasterkiem ogórka. Wznoszą toast w salonie, uśmiechnięci patrzą sobie w oczy ponad krawędziami kryształowych szklanek, koniecznie trzeba spotykać się z przyjaciółmi i radować w najmroczniejsze miesiące roku, rozmawiać o pracy, mediach, polityce, rynkach, zrobić wspólne zdjęcie, wybrać ciekawy filtr i wrzucić na Instagrama. Nasze zdrowie.

W końcu wraca María w cyklonie wymówek i miłosnych szczebiotów, całuje gości, chwali Hjaltiego za zapach potraw, pamiętała, żeby kupić truskawki do deseru, i wlewa w siebie drinka, podczas gdy pozostali dopijają resztki, podzwaniając kostkami lodu w pustych szklankach. Śmieje się do jego przyjaciół, gawędzi z ich żonami, opowiada o próbie, pokazuje stwardniałe opuszki palców i włącza jakąś dziwną muzykę, kiedy goście siadają do stołu; sympatyczna, miła, zawsze nieco egzotyczna. Potem patrzy na stół, a dzieci gdzie mają siedzieć?

– Dzieci?

– Moje dzieci, pamiętasz?

– Nie wziąłem ich pod uwagę – odpowiada Hjalti. – Może zamówimy dla nich pizzę?

Stół skuwa lodowate milczenie, María zbladła wokół nosa, goście wbili wzrok w blat.

Wstaje, idzie po dwa talerze, noże, widelce i szklanki i stawia je na stole, nie spoglądając na Hjaltiego. Elias zjawia się natychmiast, bardzo schludny, w koszuli, wita się zawstydzony i siada obok matki. Margret zajmuje miejsce koło Hjaltiego i rozgląda się prowokacyjnie.

Hjalti uśmiecha się szeroko i zaczyna krajać mięso, powinno wystarczyć, jeśli on i María nie wezmą dokładki. Czy mogę przedstawić dzisiejszych tajnych gości, mówi, oto młody Elias i jej dramatyczna wysokość Margret.

Margret sięga po tartę, a on lekko uderza ją w grzbiet dłoni, lekko, od niechcenia, jeszcze nie padło sakramentalne proszę, kochana, zazwyczaj to goście nakładają sobie pierwsi.

Dziewczyna patrzy na niego zdumiona, a María się zrywa:

– Ja zajmę się wychowaniem swoich dzieci, dziękuję ci bardzo.

Tym samym właściwie skończył się miły wieczór. Rozmowy przy stole stają się jakieś wymuszone, nie kleją się, dzieciaki skubią jedzenie, a potem uciekają do swoich pokoi. María łoi jeden kieliszek czerwonego wina za drugim, zdaje się czekać, aż goście sobie pójdą. On miękko tańczy wokół przyjaciół, zbyt głośno śmieje się z dowcipów, po drodze do kuchni upuszcza talerz, który się tłucze.

Na deser jedzą karmelowy pudding Maríi:

– Ale ciekawe – mówi Halldor, rozsmarowując jasnobrązową galaretkę tam i z powrotem po talerzyku, piją calvados do kawy i dziękują za niesamowity wieczór, następnym razem musicie przyjść do nas, i już ich nie ma.

Zostali sami w kuchni, na zgliszczach nieudanego wieczoru i do późnej nocy drą się na siebie. Ich kłótnie nigdy nie są bezbolesne, gwałtowność i wygadanie to ich wspólne cechy, łatwo im przychodzi wzajemnie się ranić. To starcie jest najbardziej emocjonalne w ich krótkim i hałaśliwym pożyciu, Elias otwiera cicho drzwi do pokoju siostry, ona wyciąga w jego stronę rękę, pozwala mu wejść do siebie pod kołdrę, tuli go i razem słuchają, jak matka zrywa kolejny związek.


Skutek tego weekendu jest taki, że María odchodzi. Ona płacze, lecz jemu zdaje się, że już dawno odeszła, czuje nawet ulgę, patrząc na nią, jej poszarzałą twarz z workami pod oczami, zmiętą i przezroczystą z braku snu, i rozżaloną. Kiedy nadchodzi poniedziałek, głosy mają schrypnięte i bezdźwięczne.

– No cóż. Muszę iść do pracy – mówi.

A ona smutno kiwa głową.

– Spakuję się, jak pójdziesz. Pozbieram nasze ciuchy, książki, instrumenty i wszystkie rzeczy dzieci, resztę załatwimy później.

„Insztrumenty”. Po piętnastu latach na Islandii wciąż nie wymawia normalnego „es”, zawsze zdradzi swoje pochodzenie bez względu na to, jak by się starała. Podczas ich przeciągających się kłótni nigdy nie może się wzbić, zawodzi ją gramatyka, to jest nierówna walka, ale on nic na to nie potrafi poradzić, poprawia ją jak dziecko, bezczelny i butny. Nie nazywam się Jalti, rozumiesz?

Pojedzie do swojej przyjaciółki Ingi, dzieci są tam już od sobotniego poranka, kiedy to oni kończyli sprawę, przeprowadzali wiwisekcję truchła ich związku uczuciowego, kroili je na kawałki, ty to zabiłeś, po prostu taki jestem, ty dostaniesz tę kończynę, a ja tę.

Hjalti bierze prysznic, goli się i spogląda w oczy samotnego mężczyzny w lustrze. Wychodzi z łazienki, a ona wciąż siedzi i patrzy w podłogę, czarne włosy opadają wzdłuż policzków i szczupłych ramion. Ma na sobie sweter, który kiedyś według niego podkreślał jej kobiece kształty, nieduże i miękkie jak puch piersi, teraz ona się kuli na kanapie niczym worek.

María podnosi wzrok. Jesteś skupionym na sobie, samolubnym dzieckiem.

Zmęczenie dopada go falami, oddałby wszystko, żeby tylko zakończyć tę rozmowę, żeby tylko udawać, że nic z tego nigdy się nie wydarzyło.

Robiłem, co mogłem.

Co mogłeś, to właściwie nic nie było.


Do pracy idzie na piechotę, zawsze to lepsze niż myśl o skrobaniu szyb i zimnym wnętrzu auta. Styczniowy poranek jest równie twardy i czarny jak ulice skute gołoledzią, od zimna drapie go w płucach. Idzie tak szybko, jak pozwalają na to warunki, buty ślizgają się na lodzie, a płaszcz na niewiele się zdaje na lodowatym wietrze. Po drodze spotyka jedynie dwa kruki dokazujące w świetle latarni, to pikujące ze słupa i wzbijające się w górę, nim dotkną ziemi, to znów wzlatujące wielkim łukiem do nieba i siadające z powrotem na latarni, rozkrakane, roześmiane.

O tak wczesnej porze niewiele osób jest w pracy, sekretarz redakcji patrzy na niego podejrzliwie.

– Nieźle wyglądasz. Jesteś chory?

Spogląda na nią spode łba, idzie po kawę, siada i włącza komputer. Po nocy wiadomości niewiele, sieć echem odbija stare nowiny.

Ludzie schodzą się na dyżur, witają się zaspani, włączają monitory i lampki biurkowe. Każdy pulpit w ciemnej hali zamienia się w ciepłą kulę świetlną, ugina się pod zakurzonymi ozdobami świątecznymi i stosami papierów.

Poranne kolegium jest drętwe, Ulfhildur całą nadzieję pokłada w dziale zagranicznym i berlińskiej konferencji na temat uchodźców, ludzie z działu krajowego mają albo sprawdzać niejasne wskazówki, które mogą się ewentualnie w coś zamienić, albo dalej iść tropem starych spraw.

– I może ktoś zadzwoni – mamrocze Hjalti w filiżankę.

– I może ktoś zadzwoni. – Ulfhildur się uśmiecha. – Nic ci nie jest? – pyta go po kolegium. – Wyglądasz przerażająco.

– To tylko bezsenna noc – odpowiada. – Nic, czego nie załatwiłoby kilka filiżanek kawy.

Zastanawia się, czy nie zadzwonić do Leifura i nie opowiedzieć mu o wydarzeniach weekendu, ale odkłada to, nie ma ochoty wysłuchiwać ojcowskich wyrzutów brata, strofującego tonu, zaglądałeś może do mamy po świętach? Hjalti wciąga głęboko powietrze i odpędza od siebie tę myśl.

María pewno teraz pakuje rzeczy, opróżnia swoją połowę szafy, rozłupuje na pół ich wspólne życie. Bierze walizkę ze schowka, składa bluzki i spodnie, czarną suknię, którą podarował jej przed koncertem w ubiegłym roku, suknię koncertmistrzyni. Do twarzy jej w niej, dekolt podkreśla długą, białą szyję i delikatne kości obojczykowe. Hjalti wyrzuca z pamięci obrazy i skupia się na zadaniach poranka.


O wiele później, kiedy zapanuje bałagan, ten moment będzie powracał w jego pamięci: czy mógł ją powstrzymać, namówić, by dała im drugą szansę, gdyby tylko zadzwonił, wrócił do domu.

 

Nie jest człowiekiem skomplikowanym. Matka zawsze mówiła z powagą: Hjaltiemu potrzeba tylko dobrej kobiety, jakby sam w sobie stanowił jakiś wielki problem. Jakby był przestępcą albo chorym na depresję. A nie jest, prawdę mówiąc, uważa się nawet za całkiem udany egzemplarz człowieka.

Tyle że nie lubi kłopotów. Nie lubi chaosu i problemów finansowych, brzydko pachnących chorób, niesmacznego jedzenia, zużytych chusteczek higienicznych ani obślizgłych zabawek na posadzce łazienki. Chce, żeby wszystko było takie, jak ma być, stosunki w domu normalne, żeby nie musiał zbierać zabawek z podłóg i codziennie odkurzać po to tylko, by dało się przebywać w mieszkaniu. I jest w stanie przyznać, że związek z Maríą i jej dziećmi wystawiał go czasem na próbę.

Ale nie był dla nich niedobry. Ona nie ma racji.


Nie dzwoni do domu. Wychodzi uzbrojony w dyktafon i notatnik, żeby po posiedzeniu Rady Ministrów przepytać członków rządu. Miasto jest ciemne i ciche, a gmach Rady Ministrów zdaje się opuszczony, choć na zewnątrz czeka kilka ponurych ministerialnych limuzyn. Posiedzenie zostało zwołane dzień wcześniej, rząd zwykł się spotykać we wtorki, ale informacja o tym wyciekła do mediów. Dziennikarze usiedli w wyziębłym holu i czekają, są dla siebie konkurencją, witają się, a potem razem czekają w upartym milczeniu.

W końcu ze środka dochodzi hałas i ministrowie się wysypują, wszyscy naraz. To niedobrze, bo wywiadów będzie raczej niewiele, niektórzy przemykają się pokątnie. Na chodniku na zewnątrz udaje mu się zagadać do ministra finansów, wychudzonego mężczyzny, który opanował sztukę wykręcania się sianem, jeśli pytania nie są dość precyzyjne, i z ministrem oświaty, który najwyraźniej ma takie samo pojęcie o przygotowywanej reformie oświaty, co Hjalti. Sensownych newsów z tego nie będzie.

Zaczęło się przejaśniać. W tle gmachu koncertowego Harfa zaczynają się rysować kontury góry Esji, ściany chroniącej stolicę przed polarnymi wichrami, wietrznego parawanu. Odwraca się i oto staje twarzą w twarz z Elin Olafsdottir.

– Cześć i czołem. Dawno się nie widzieliśmy.

Całują się w policzki, ona ma na sobie jasny płaszcz, a oczy jeszcze błękitniejsze, jeszcze jaśniejsze, niż kiedy widzieli się ostatnio.

– To ciebie dzisiaj wysłano do naszego bunkra – zauważa żartobliwie. – Myślałam, że już nie jesteś chłopcem na posyłki.

– Nikt nie jest aż tak dobry, żeby nie iść na posiedzenie Rady Ministrów, czasem wychodzą od was ciekawe informacje.

– Ale chyba nie dziś, co?

– Nie, raczej posucha. Macie coś ciekawego?

– Zawsze mamy. Gospodarka na właściwych torach, społeczeństwo kwitnie, narodowi nigdy nie wiodło się tak dobrze. Ale wy o tym, zdaje się, nie informujecie.

– Nie, dobre wieści wolimy omijać. Jesteśmy jak te ziemskie elfy, każdy dzień zaczynamy od postanowienia, że będziemy naprawdę źli. Zwłaszcza dla polityków.

– Nie da się ukryć.

Kobieta waha się przez chwilę, po czym nachyla do niego i ścisza głos.

– Mógłbyś zapytać ministra spraw zagranicznych, dlaczego nie ma go na konferencji w Berlinie. Dlaczego to premier pojechał rozmawiać o uchodźcach. Przecież to nie jego działka.

– A ty mi tego nie możesz powiedzieć? Jest na wylocie?

– Najlepiej, jak sam go zapytasz. – Elin uśmiecha się, patrząc mu w oczy. – Fajnie było cię spotkać, musimy się kiedyś umówić i pogadać. Wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Tak, on wie, gdzie ją znaleźć, Elin Olafsdottir, ministra spraw wewnętrznych, byłą wykładowczynię nauk politycznych i niespodziewaną liderkę listy partii w okręgu wyborczym Rejkiawik Północ. Zdeklarowaną idealistkę albo niebezpieczną karierowiczkę, w zależności od tego z kim się rozmawia. Zawsze na biało, zawsze elegancka. Schodzi po schodach przed gmachem Rady Ministrów na wysokich obcasach, szofer wybiega jej naprzeciwko i otwiera drzwi czarnej jak węgiel terenówki. Pani minister wsiada, rzuca Hjaltiemu uśmiech i wsuwa delikatną łydkę do auta. Ten styl to nie przypadek, z władzą jej do twarzy.


Wraca do redakcji z wywiadem z obrażonym ministrem spraw zagranicznych, aż nadto niezadowolonym z pozostania w kraju, by to przemilczeć. Współpraca ministrów trzeszczy w szwach, Hjalti sam redaguje wiadomość, fajny news.

– Wiadomość na pierwszą stronę – cieszy się Ulfhildur. – Często dostajesz takie wskazówki od byłych narzeczonych?

On się uśmiecha.

– To nie jest była narzeczona. Znamy się trochę z dawnych czasów, z ogólniaka i politologii. Elin nigdy nie była w moim typie.

– Jasne – ironizuje Ulfhildur. – Jesteś ostrożny, prawda? Ona nigdy nie da ci niczego, jeśli nie będzie miała w tym swojego interesu. Ta dziewczyna szybko pnie się w górę.

Hjalti wzdycha, już o tym rozmawiali. Ulfhildur jest stworzona do tej pracy. Należy do tych, którzy zawsze wiedzą najlepiej, poprawia słownictwo innych, nieskromnie, bezczelnie, patrzy im przez ramię podczas pracy. W jej przekonaniu polityka i media wciąż ze sobą walczą, polityk usiłuje oszukać dziennikarza i nim rządzić, a ten z kolei robi wszystko, co w jego mocy, aby obnażyć polityka, sprowadzić go do parteru. Hjalti ma inne zdanie, może spotykać się z politykami na przyjęciach, wznosić toasty przy kanapkach, niektóre z sekretów zachować dla siebie, a inne ujawnić. Dzięki temu cieszy się ich zaufaniem, często dostaje informacje wcześniej niż inni, podczas gdy tacy jak Ulfhildur siedzą i czekają na serwis prasowy.

Na jej biurku walają się zapisane serwetki, filiżanki w połowie wypełnione zimną kawą, niedoczytane raporty i biuletyny regionalne, których nigdy nikomu nie chce się przeglądać. Już dawno przestała farbować włosy, a ćwierć wieku bezwzględnego kierowania redakcją wyryło między jej brwiami dwie głębokie bruzdy. Patrzy na niego z błyskiem ironii w oku.

On kręci głową.

– Czy ty siebie słyszysz? Nie musisz przejmować się mną i Elin. Jesteśmy po prostu starymi znajomymi.

– No to się zakręć koło tej swojej byłej narzeczonej. – Ulfhildur uśmiecha się przymilnie. – Dopóki będą z tego jakieś newsy.

No tak, dawne narzeczone. Idzie do toalety i wymiotuje zabarwioną kawą żółcią, obmywa twarz zimną wodą i patrzy sobie w oczy w upaćkanym lustrze. Czerwonooki i zgorzkniały. Powinien cieszyć się świeżo odzyskaną wolnością, ale czuje jedynie głęboką i szczerą pogardę dla samego siebie. Czterdziestokilkuletni, samotny i zgorzkniały, podczas gdy jego rówieśnicy wspinają się po szczeblach kariery, konfirmują dzieci i wymieniają dżipy na nowe. Przygląda się sobie w lustrze, przynajmniej włosy ma wciąż na miejscu. Jego atrakcyjność dla płci przeciwnej jeszcze nie zaczęła się ulatniać, klepie się po płaskim brzuchu pod szytą na zamówienie koszulą. Głowa do góry, Hjalti Ingolfssonie.


W domu niewiele przypomina o tym, że jeszcze niecałą dobę temu mieszkała tam czteroosobowa rodzina. Pustki między książkami na regałach są smutne, kilka koszul i garnitur samotnie wiszą w szafie. Jedna szczoteczka do zębów w szklance w łazience, pokoje dziecięce ziejące pustką. Zniknęły nawet rysunki Eliasa, tylko kilka plam ciastoliny pozostało na ścianach niczym siniaki.

María zabrała instrumenty z salonu, usiłowała nauczyć Hjaltiego ich nazw i uzmysłowić mu różnicę dźwięków, ale on tego nigdy nie pojął: oud, dulcimer, kantele, muzyka z innych czasów i nieistniejących już światów, melancholijna i magiczna, jej delikatne i silne dłonie uderzają, szarpią, głaszczą, stroją, oczy wpółprzymknięte i wargi zaciśnięte w skupieniu. Teraz w salonie panuje cisza.

Wygląda przez okno, przeżuwając późną kolację, kanapkę z folii z wędzonką baranią i sałatką włoską. W pustawym oknie, jeszcze niedawno opanowanym przez lilie pokoju i pelargonie, widzi swoje odbicie. Drżące w zakurzonej ciemności kwiaty, rzucające wyzwanie Esji i północnemu Atlantykowi, przypominały jej rodzinne strony.

Lilie pokoju. Właśnie.

Gazeta wyszła, Ulfhildur umieściła wywiad z ministrem spraw zagranicznych na pierwszej stronie, tak jak zamierzała. Hjalti idzie do kuchni, wyrzuca niedojedzoną kanapkę, otwiera butelkę chianti i zatapia się w lekturze.


– Nie mamy łączności – mówi Ulfhildur, kiedy Hjalti następnego dnia przychodzi do pracy z resztkami czerwonego wina dudniącymi mu w skroniach. – Nie tylko my, wygląda na to, że cała sieć padła. Od trzeciej w nocy nie dostaliśmy ani jednego zdjęcia, ani informacji z zagranicy. – Spogląda na niego. – Możesz się tym zająć?

Zaspana poranna zmiana siedzi i usiłuje znaleźć działające strony w Internecie. Łączność telefoniczna w każdym razie jest, wszystkie telefony w redakcji dzwonią, hałas niemal nie do zniesienia. Stacje informacyjne zamarły na ścianie z ekranami, prezenterzy i pogodynki sztywni, z otwartymi ustami wskazują Cardiff, Kijów, Los Angeles.

Hjalti siada przy telefonie i nawiązuje nieprzyjemne i oporne kontakty ze światem satelitów. Firmy telekomunikacyjne sprawdzają przyczynę awarii, należy się od nich spodziewać jakichś informacji. Udaje mu się połączyć z szybkomówną rzeczniczką Urzędu Poczty i Telekomunikacji, sprawa jest wyjaśniana, na tym etapie niewiele da się powiedzieć. Hjalti ją naciska, ktoś musi udzielić wywiadu. Wszystko lepsze niż brak odpowiedzi.

Dziesięć minut później Ulfhildur włącza radio, wiadomości poranne trafiają w eter i na trzeszczącej linii kierownik urzędu wyjaśnia: To jest poważna awaria, ale nie wiemy, gdzie tkwi przyczyna. Wygląda na to, że Internet niemal całkiem padł, telefoniczne połączenia krajowe są w porządku, ale brak kontaktu z zagranicą. Podejrzewamy, że awaria jest związana z kablem podmorskim.

Dziennikarz pyta o satelity, a kierownik chrząka i oddala pytanie.

– Naszym zdaniem awaria wynika najprawdopodobniej z zakłóceń elektrycznych, spowodowanych na przykład brakiem zasilania w centralnym oprzyrządowaniu. Nasz pion techniczny i operatorzy sieci satelitarnych szukają odpowiedzi. Kable podwodne prowadzą z wielu krajów i dochodzą do nas w różnych miejscach, tak że wykluczone, aby wszystkie naraz siadły. Najprawdopodobniej jest to jakieś uszkodzenie u nas.

– Jakie mogą być jego przyczyny?

Kierownik ponownie chrząka.

– Raz, kiedy mieliśmy podobną awarię, okazało się, że szkocki operator koparki przeciął kabel. Innym razem przegryzły go szczury, tak że powody mogą być różne. Jest to jeden z kosztów życia na północnoatlantyckiej wyspie związanych z koniecznością polegania na technice w kontaktach ze światem.

Dziennikarz dziękuje kierownikowi i jeszcze raz go przedstawia, Ulfhildur wzdycha i wyłącza radio, osobiście wyciągnęłaby z niego więcej.

Staroświecki hałas dochodzi z pomieszczenia z drukarką, faks wypluwa kartkę i piszczy.

Po konsultacji z wszystkimi dowodzącymi komendant główny policji podjął decyzję o ogłoszeniu stanu podwyższonej gotowości w związku z zakłóceniami funkcjonowania systemów łączności. Stan gotowości charakteryzują rozpoczęte działania, które mogą potencjalnie zagrozić bezpieczeństwu ludzi i / lub ładu społecznego. Na tym etapie zaczyna się współpraca obrony cywilnej z instytucjami, których ta sprawa dotyczy. Zagrożenie jest regularnie rozpoznawane i szacowane dla uzyskania jasnego obrazu aktualnej sytuacji. Proszę śledzić dalsze komunikaty obrony cywilnej.

– Nie mają bladego pojęcia, co się dzieje – mówi Ulfhildur, wbijając wzrok w tekst faksu. – Nie są w stanie nawet e-maila wysłać.

Ludzie z redakcji zagranicznej mają zmartwione miny, od nocy nie otrzymali z zagranicy ani zdjęć, ani depesz agencyjnych. Wojny, zamachy terrorystyczne i rozmaite katastrofy naturalne mogą mieć na świecie miejsce poza ich wiedzą. Inni współpracownicy Hjaltiego zdają się przybierać pozy, jakie przybierają podczas tradycyjnych katastrof, zakurzona redakcja wyczekuje poważnych wydarzeń.